Recenzja: EAR Yoshino HP4

    Zacznijmy tym razem od osoby. EAR, czyli Esoteric Audio Research Ltd., to dzieło jednego człowieka – Tima de Paravicini (1945 – 2020). Wbrew włosko brzmiącemu nazwisku twórcy firma brytyjska, a dokładniej angielska, z siedzibę w Cambridge. Założona w 1976, wraz z jednoproduktową wówczas ofertą wzmacniacza lampowego  EAR 509, oferowanego tak nawiasem do dzisiaj.

Tim miał ciekawe życie – przyszedł na świat w Nigerii, gdzie jego ojciec był geologiem. W wieku lat siedmiu powrócił z rodzicami do ich rodzimej Anglii, w której jego przodkowie nie osiedlili się pokolenie ani dwa wcześniej, tylko żyli tam od praszczurów – byli baronetami i aktywnymi uczestnikami wojny domowej z 1642 roku. Był zatem Tim baronem – przedstawicielem wyższego stanu szlacheckiego, który już jako nastolatek pasjonował się sprzętem audio, i mimo stania z czasem światowej sławy ekspertem, w gruncie rzeczy był samoukiem.
Anglia mu niespecjalnie odpowiadała – wychowany w ciepłym klimacie mając 21 lat na powrót przeniósł się do Afryki, tym razem do RPA. Tam krążył zawodowo pomiędzy branżą komputerową a branżą audio, która na koniec wzięła górę. Wzięła, ponieważ zaproszono go do Japonii, gdzie podjął pracę jako projektant dla Luxmana. Szło dobrze, ale nie bycie Japończykiem zamykało drogę awansu na szczytowe pozycje w firmie, tak więc zabrawszy japońską żonę po raz wtóry wrócił Tim do rodzinnej Anglii, gdzie takich barier nie stawiano. Tu współpracował początkowo z firmą Tangent, ale wkrótce założył własną – i od tego momentu mamy już do czynienia ze sławnym Esoteric Audio Research Ltd. by Tim de Paravicini.

Kiedy pod koniec zeszłego roku klasyk poród słuchawkowych wzmacniaczy – tytułowy EAR HP4 – do mnie przybywał, Tim był jeszcze wśród nas, ale nim zdążyłem lampy i trafa wygrzać, 17  grudnia odszedł.

EAR to firma wyspecjalizowana w produktach lampowych – i nie z tego głównie powodu, że Tim wolał brzmienia lampowe w sensie subiektywnego preferowania. To swoją drogą, lecz wbrew obiegowym opiniom uważał lampy także za lepsze technicznie, argumentując – z powszechnie znaną porywczością – że są szybsze i odporniejsze na zniekształcenia, a na dodatek lepiej znoszą wysokie temperatury, zwykle towarzyszące dużym mocom. W dodatku historycznie ugruntowała się zasada, że urządzenia lampowe to klasa A, podczas gdy tranzystorowe to AB lub B; Tim zaś, skrajnie uwrażliwiony na zniekształcenia, wolał te w klasie A. I jeszcze jedno: Tim od wczesnych lat działalności znany był jako twórca szczytowej klasy, wręcz uważanych za najlepsze na świecie transformatorów, których sposób nawijania uzwojeń wciąż pozostaje tajemnicą. Co oczywiście sprzyjało jego konstrukcjom lampowym, tym szybciej zyskały sławę. Wymieńmy choćby sławną „Mickey Mouse” – lampowy wzmacniacz EAR V12, znany nie tylko z wybitnego napędzania kolumn, ale też uważany za referencyjny dla słuchawek AKG K1000.

Osierocona przez twórcę firma z Cambridge, angielskiego zagłębia audio, prowadzona teraz przez syna, od początku z dumą podkreśla, że to tam, a nie gdzieś na Dalekim Wschodzie, projektowane i wykonywane są jej wyroby. Projektowane przez prawdziwego mistrza i wykonywane z wielką pieczołowitością, gwarantującą najwyższą jakość. Może się też Esoteric Audio Research Ltd. poszczycić przynależnością do branży profesjonalnej, jako że baron Timothy de Paravicini współpracował z wieloma zawodowymi muzykami i studiami nagrań, projektując min. wyposażenie studyjne dla Pink Floyd.

Technologia i wygląd

Klasyk.

   Wzmacniacz słuchawkowy de Paraviciniego to urządzenie pokaźne. Po wysupłaniu dwudziestu przeszło tysięcy zostajemy właścicielami masywnego kloca – od frontu całego w złoceniach i chromach, skrywającego najwyższej próby technologię lampową. Na to w każdym razie wskazywałyby mnogie recenzje, w których obsługujący wysokiej klasy słuchawki dynamiczne i planarne HP4 stawiany bywa wyżej od topowych zestawów elektrostatycznych. Tego akurat nie sprawdzę, takiego zestawu nie mam (ewentualnie z pamięci), niemniej to się wydaje możliwe.

Przechodząc do rzeczy. Wzmacniacz zjawił się na rynku w okolicach 2000 roku i zdążył stać się klasykiem, na co potrzeba czasu i talentu twórcy. Przez jednych uważany za najlepszy na świecie, przez innych może nie aż – tak czy tak z pewnością szczytowy i elitarny, był HP4 w czasach rynkowego debiutu postrzegany jako szokowo drogi, kosztował $5250. Używając modnego dziś wyrażenia, śmiało można powiedzieć, iż był jego twórca trendsetterem, wytyczającym kierunek branży słuchawkowego audio ku coraz wyższym cenom. Dziś już nikogo nie zdumiewa te pięć tysięcy dolarów za słuchawkowy wzmacniacz; najdroższe takie  kosztują dwadzieścia razy więcej. Wzmacniaczy słuchawkowych o cenach z okolic dwudziestu tysięcy złotych i wyższych jest zaś pokaźna pula, z roku na rok coraz większa. I do tej puli na krajowej niwie dołącza protoplasta-trendsetter i wcielenie luksusu w jednym – Esoteric Audio Research HP4.

Ta marka nie miała szczęścia do polskiej dystrybucji, kolejne przedstawicielstwa zawodziły. Podpisywały umowy, sprzętu nie zamawiały, na półkach wyrobów EAR albo nie było wcale, albo nie było prawie. Obecnie są, czego dowodem egzemplarz testowany.

Już zdążyłem nadmienić, że wzmacniacz jest luksusowy i pokaźny – z pokrętłami na rzecz tego luksusu pokrytymi prawdziwym złotem. Ale mogą być srebrne, gdyby ktoś sobie nie życzył aż tak ostentacyjnego przepychu. Dwa są z prawej i więcej żadnych; większe do obsługi potencjometru z profilującym nacięciem na szerokim obwodzie; mniejsze to włącznik, który się tylko przekręca, tak mniej więcej o ósmą część obrotu. Wtedy zapała się bursztynowa dioda, świecąca dość łagodnie, acz mogłaby łagodniej. Na lewo od pokręteł duże, kwadratowe wgłębienie z matowo czarnym tłem, w którego czterech rogach rozlokowano słuchawkowe gniazda: dwa z lewej dla słuchawek o niskiej impedancji, dwa z prawej o wysokiej. Obciążać można wszystkie naraz – i trzeba jednocześnie stwierdzić, że ubytek jakości przy większym niż jedno obciążaniu jest śladowy, nieomal żaden.

I to taki klasyczny.

Pośrodku basenu z gniazdami jest mały przycisk POWER AMP, którego przyciśnięcie uruchamia wyjście liniowe z tyłu, dzięki któremu wzmacniacz zaczyna pracować jak przelotka, którą można usadowić pomiędzy źródłem lub przedwzmacniaczem a wzmacniaczem da kolumn. Przelotka bardzo pokaźna i wyjątkowo przyciągająca spojrzenia.

Urządzenie jest głębsze niż szersze – rzadziej, chociaż nierzadko spotykanym wzorem rozciąga się bardziej do tyłu. Co będzie ułatwiało znalezienie miejsca, ale mimo takiego uformowania lśniący front ma rozmiary pokaźne: szeroki na 245 mm i wysoki na 95 mm jest niemożliwy do przeoczenia. Głębokość to 320 mm; już nie w złoceniach gałek i chromach, tylko w okrywie matowoczarnej blachy. Blachę z wierzchu po lewej znaczą dwa rzędy szczelin, z uwagi na cztery we wnętrzu  lampy i dwa transformatory sterujące. Trzecie trafo, toroidalne wejściowe, jest jeszcze pokaźniejsze i ma orientację pionową, wraz z czterema dużymi i dwoma mniejszymi kondensatorami składając się na sekcję zasilania. Która jest odgrodzona od reszty grubą, metalową osłoną – nie ma zatem obawy o atak magnetycznych pól. Osłonięte przegrodą, wentylowane i strojone impedancyjnie dwoma transformatorami lampy mocy to 6SN7 z logami samego EAR (użytkownicy podpowiadają ich wymianę). Kondensatory i oporniki są markowe, rozplanowanie i montaż przewlekany staranne, okablowanie solidnie grube i prowadzone z rozmysłem. Całość pracuje w klasie A w oparciu o wejścia i wyjścia RCA i XLR, a przełączenia między sekcjami symetryczną a niesymetryczną obsługuje zapadkowy przełącznik z tyłu. Urządzenie można uziemić, jest odpowiedni na to zacisk, gniazdo zasilania rzecz jasna jest trójbolcowe, dostęp do bezpiecznika łatwy. Obudowa wspiera się na czterech gumowych walcach, które zastąpiłem czymś lepszym. W komplecie oprócz wzmacniacza i kabla zasilania dostajemy dużego formatu ale dość lakoniczną instrukcję.

Odnośnie technicznych danych napotykamy dylemat, jako że nie jest jasne, czy wzmacniacz może oddać słuchawkom 0,6 W mocy (jak utrzymują jedni), czy 1,0 W (jak sugerują drudzy). Na pewno jednak w klasie A. Sam producent tej mocy nie określa – z technicznych parametrów podaje symbol lamp, wymiary oraz wagę, a także czułość 300 mV, równowagę balansu ±0,5 dB, odstęp od szumu 90 dB i THD 0,5%. Oznajmia także z dumą, jak było już mówione, że wszystkie gniazda słuchawkowe można obciążać jednocześnie; a nie zostało napisane, ale podobno można obstalować wersję z wyjściami słuchawkowymi symetrycznymi (1 x 4-pin lub 2 x 3-pin). W standardzie wszystkie cztery na jack 6.35 mm.

Dwadzieścia lat panowania.

Instrukcja nie zawiera żadnego rysunku ani schematu, co dość zaskakujące. (Schemat obwodu był kiedyś w Internecie i był chwalony za elegancję i oryginalność). Niby rysunek nie jest konieczny, skoro wszystko zostało opisane, ale utarło się zamieszczać w instrukcjach schematy frontu i tyłu z podpisanymi funktorami.

Nagromadzone przez lata w Internecie i recenzjach pochwały tyczyły jednak w mniejszym stopniu jakości obwodu, w większym jakości brzmienia. I, jak mówiłem, nawet jeśli nie było mowy o najlepszym słuchawkowym wzmacniaczu na świecie, to na pewno o jednym z najlepszych.

Przed przystąpieniem do sprawdzania tego wrócę do kwestii ceny. W zbliżonych kwotach możemy teraz nabyć lampowe Cary Cad-300-SEI, Cayina HA-300 i Woo Audio WA-5000LE lub super tranzystorowego Niimbus Ultimate Series HPA US4+. Wszystko to wzmacniacze ponadprzeciętne, aż elitarne nawet, które musimy brać pod uwagę jako alternatywy. 

Odsłuch: Przy komputerze ze słuchawkami o niskiej impedancji

Przez cztery słuchawkowe gniazda.

   Takich o niskiej jest teraz dużo więcej, honoru wysokoomowych w najwyższej lidze jakościowej bronią jedynie Sennheisery z rodziny HD 800, flagowe Beyerdynamic T1 i u Audio-Technica kilka modeli szczytowych, spośród których flagowy ATH-L5000 był dostępny w ilości limitowanej i limit już się wyczerpał. Z kolei Beyerdynamic w najnowszej rewizji V3 swoich flagowych T1 przeszedł na niskoimpedancyjną stronę mocy, a Sennheiser obniżył impedancję u nowych reprezentantów popularnej rodziny HD 600, co jeszcze wzmogło i tak dużą przewagę niskoimpedancyjnych.

Z tymi o niskiej impedancji wzmacniacz zagrał bez żadnej przesady wzorcowo, pomimo iż pochodzi z czasów, gdy takich było mało. Od dynamicznych Ultrasone T7 i Focal Utopia, poprzez planarne Final D8000 Pro i Meze Empyrean, po mające najrzadziej spotykaną konstrukcję AMT i nadnormatywną potrzebę mocy HEDDphone, było to brzmienie popisowe. Nigdy za jasne ani za ciemne; w odniesieniu do oświetlenia każdorazowo proponujące ilość lumenów pozwalającą najdelikatniej nawet odcinające się od tła elementy sugestywnie wyeksponować. Pod tym względem ideał: atmosfera o wzmagającym zainteresowanie klimacie tajemniczości i jednocześnie obrazowaniu czytelnym, gdzie wszystko jest wyraźne, odnośnie kształtu dopieszczone, odnośnie brzmienia zaś magiczne i przede wszystkim piękne.

Z tylko u lamp spotykaną głębią brzmienia i głębią kolorytu, ale bez śladu przesadzania z mrocznością i cieniowaniem. Podkreślona w efekcie sama plastyka i nastrojowość, świetnie uzupełniane żywością i arcymistrzowską melodyką. Tak nawiasem, tej miary predyspozycje melodyczne spotyka się niemal wyłącznie u dużych triod, a i to pod warunkiem, że same lampy w najwyższym gatunku. Tymczasem tutaj Timowi starczyły średnie triody.

I tylko dwa pokrętła.

Mimo takiego nacisku na podkręcanie atmosfery, EAR HE4 nie posiłkuje się spotęgowanym pogłosem, tak samo jak odnośnie światła uzależniając jego dawkę od słuchawek. W Ultrasonach i Meze zjawiało się echowego efektu sporo, w Focalach  i Final niemal nic, a u HEDDphone najwięcej. Co im (takie to już niezwykłe słuchawki) ani trochę nie przeszkadzało w osiąganiu całkowitej bezpośredniości i najwyższej miary wiarygodności wokali, którą to wiarygodność (jeszcze większą) na swój użytek Ultrasone akcelerowały najbliższym pierwszym planem. One i Final grały przy tym najjaśniej, jeśli nie liczyć Susvar – ale wcale nie jasno, już prędzej z lekka w stronę cienia.  A najciemniej HEDDphone.

Podobny brak narzucania własnego stylu można było zaobserwować w odniesieniu do natlenienia, gdzie z Ultrasonami tlenu mniej, o wiele więcej u Focali.

Nie chcę brnąć za daleko w porównania słuchawek, to nie historia o nich. Trzeba w miarę możności ich brzmienia syntetyzować, wyciskając te cechy, które dawał sam wzmacniacz. Już padły słowa o plastyce, klimatycznym lecz pełnym oświetleniu i najwyższej miary melodyjności, lecz wraz z tym wcale nie tak było, że cechy owe – klasyczne u konstrukcji lampowych – wychodziły przed szereg, a reszta była zwykła. Już zasygnalizowałem żywość, ale to trzeba ująć szerzej:

Wszystkie aspekty bardziej oczekiwane u konstrukcji tranzystorowych, jak szczegółowość, dynamika, szybkość czy dźwiękowa energia – też były w HE4 na najwyższym poziomie. Wzbogacane zupełną otwartością, bogactwem tekstur, chropawą a nie tylko gładką i melodyjną fakturą głosów, a w wymiarze duchowym przede wszystkim głębokim zaangażowaniem.

Ale przyłączy komplet.

Żadnego uciekania w indyferentyzm, jałowy obiektywizm ani czczą neutralność. Muzyka jako żywe wcielenie piękna z walorem silnych emocji, co piszę z tym większym przekonaniem, że podczas trzymiesięcznego używania zrosłem się z tym wzmacniaczem. A mimo tego nie zlał się z otoczeniem, nie przestał fascynować. Przeciwnie, fascynacja narosła. Szczytowej klasy walor melodyczny i wzbogacana świetnym wypełnieniem plastyka idą u niego w parze z żywością, dynamiką i elektryzującą energią. Zwieńczeniem splotu jakościowego angaż emocjonalny; jeśli gdzieś występuje muzyka neutralna, nie budząca emocji, słuchającemu obojętna, to ta jej przeciwieństwem.

Trójwymiarowy obraz – epatujący pięknem formy, bogactwem treści i siłą akustyczną – tak to wygląda, tak gra. A nie myślałem, że tak będzie, bo mi się wydawało, że te lustrzane chromy skrywają w średnich gabarytach miłe lecz bardziej zwykłe granie, a opowieści o tym, że mamy do czynienia z najlepszym słuchawkowym wzmacniaczu świata nie robiły jakoś wrażenia. Tymczasem to jest naprawdę jeden ze wzmacniaczy szczytowych, każdy składnik jakości brzmienia wyciągający na najwyższy poziomom. Nie ma w nim żadnego „coś za coś” ani przemilczanych przez recenzenta uchybień. Nie ma też deficytu brzmieniowego maksymalizmu, mimo iż nie są to ani duże triody, ani wielgachne tranzystory. Lampy są średnie, satysfakcja wielka. A już na pewno bardzo duża. Żadnej przesady w tym, że wzmacniacz okrzyknięto klasykiem. Tak – oto jest klasyk – i nie piszę tego z kurtuazji ani z szacunku dla nieżyjącego Tima. To klasyk z tych, o których się pamięta jako wzorcu, kiedy coś nie gra w zadawalający sposób.

A w środku – no jakże, lampy!

I jeszcze jedna ważna cecha pozostaje do podkreślenia – przy całym autentyzmie i bogactwie brzmienia, nie jest ono męczące. Nie występuje sekwencja, że owszem – zrazu fantastycznie, ale po godzinie, półtorej czujesz się już znużony. Słuchać można całe wieczory, zmęczenie nie przychodzi. To rzadka i cenna cecha, właściwa tylko torom z najszlachetniejszą melodyką.

Klasyczność konstrukcyjną i satysfakcję audialną wzmaga techniczno-użytkowy walor ponadprzeciętnie dużej mocy, pozwalającej obsługiwać z pełnym komfortem nawet słuchawki wymagające ponadnormatywnej. Z tego obszaru AMT HEDDphone obsługiwane były koncertowo, a skrajnie już wymagające Susvary – bardziej pod względem mocy przypominające głośniki – przy głośniej nagranych utworach też mogły grać na cały regulator, czasami aż za głośno, z potęgową rezerwą.

 

 

Odsłuch: Przy komputerze ze słuchawkami o wysokiej impedancji

Impedancja nie ma znaczenia.

   W tej roli wystąpiły tylko jedne, ale dla rynku najważniejsze. Mowa oczywiście o Sennheiser HD 800.

Przed chwilą się zagalopowałem, napisałem niemalże wszystko. Ponieważ przy wysokim omażu sytuacja się powtórzyła, odłóżmy na momencik  samo brzmienie i zacznijmy od tego, że dwa rodzaje gniazd słuchawkowych w EAR są rzeczywiście dwoma rodzajami. To znaczy HD 800 zagrały zdecydowanie lepiej z tych do nich skierowanych; nie tylko wyraźnie głośniej, ale też głębiej, płynniej i dużo lepiej akustycznie. W ich przypadku akustyka dołączyła do melodyki, dźwięczności i żywości jako czwarty as atutowy. (W bridżu może być tylko jeden, lecz w tej rozgrywce były cztery.) Co nie oznacza, że próbowane poprzednio miały jakiś akustyczny mankament, ale poza HEDDphone ich akustyczny składnik aż tak się nie narzucał. U HD 800 natomiast także był główną dominantą, i było czymś frapującym móc uczestniczyć w tym spektaklu. Umiarkowany pogłos, a mimo tego wnętrza dosłownie pchały się przed oczy. Każda muzyka była „gdzieś” i każde „gdzieś” odwzorowane starannie. To było słychać w pierwszej sekundzie i oprócz tego tę muzykę, którą już opisałem. Trochę ściemnioną, klimatyczną, intrygującą, z brzmieniową głębią i emocją. A przy tym znowu nie męczącą, taką na długie wieczory. Detaliczność najwyższej próby i tak związana z melodyką, że słychać było jak grający sonatę Mozarta (K. 331) Glenn Gould autentycznie śpiewa, a nie tylko coś mruczy. I jeszcze jedno warte podkreślenia – energetyczna strona brzmienia Sennheiserów napędzanych przez EAR okazała się całkiem bliska tej nieporównywalnej do innych z Ultrasone T7. Nie było aż takich ciśnień i aż takiego grzmotu, ale tylko nieznacznie słabsze. I do tego stopnia nieznaczne, że dopiero po po dłuższym czasie zacząłem sobie zdawać sprawę, że słuchane przed chwilą Ultrasone wcale nie były dużo potężniejsze; jedno brzmienie przeszło tu w drugie bez wyraźnego jakościowego schodka.

Zapotrzebowanie na moc zasadniczo też.

A jak pisałem nie tak dawno, podwyższona dawka energii jest jedynym remedium na nudę. Kiedy ze słuchawkami mniej energetycznymi czujemy przesyt muzyką, te dające energię wyższego poziomu okazują się wciąż ciekawe. Z EAR wszystkie grają energetycznie, chociaż dla AKG K1000 i Susvar (słuchawek jak głośniki) będzie tej energii za mało w sensie całkowitego spełnienia. Natomiast dla często trudnych dla wzmacniaczy Sennheiser HD 800 była to energia ekstatyczna. Tym bardziej wraz z tym satysfakcjonowały niezwykłe cechy melodyczne oraz złożoność brzmienia. Jeszcze bardziej przy odtwarzaczu.

Porównanie z Twin-Head przy odtwarzaczu

   Po to recenzent ma swój sprzęt, żeby móc porównywać. Po to ma wzmacniacz i słuchawki. Tak się składa, że mam słuchawkowy wzmacniacz referencyjny, dopracowany do maksimum. Ale wraz z tym dopracowaniem paradoksalnie osłabiony, ponieważ najpiękniejsze brzmienie zwykło się upatrywać w dużych triodach, a spośród nich w 45᾽. A to są duże triody, ale o relatywnie małej mocy, najmniejszej spośród takich. Dlatego Twin-Head nie nadaje się na przykład do HEDDphone, je napędzam końcówką mocy. (Grają z Twin-Head bardzo dobrze, ale jeszcze nie do wiwatu.) EAR tej mocy ma trochę więcej – akurat tyle, by zagarnąć te prądożerne AMT w rewir fantastycznego brzmienia. Ale odnośnie też niełatwych Sennheiser HD 800 Twin-Head ma swój arsenał – on był kiedyś  konstruowany z myślą o słuchawkach wysokoomowych. Radzi więc sobie, mimo nie najwyższej mocy, z takimi wręcz referencyjnie, toteż dla EAR był jak nemezis, coś nie do pokonania. Rzeczywiście nie został pokonany w porównaniu łeb w łeb, ale trzeba mieć na uwadze, że Twin-Head jest maksymalnie przerobiony i ma same szczytowe lampy vintage. A EAR miał tylko sprzedażowe, podczas gdy w Internecie są porady, że lampy trzeba zmienić. A także to, że zmienić bardzo łatwo, też mowa jakich użyć. Jak gra z takimi, tego nie wiem, ale i bez zabawy z lampami zagrał rewelacyjnie. Minimalnie tylko ustąpił podrasowanemu do maksimum, trzykroć cięższemu i dzielonemu konkurentowi. Różnice były bardzo małe zarówno w odniesieniu do Sennheiser HD 800, jak i Ultrasone T7, które wziąłem do dogłębnej obróbki porównawczej jako przykłady wysoko i nisko omowych.

Różnice dotyczyły wyłącznie trzech aspektów:

  • Brzmienie Twin-Head było nieznacznie głębsze – głębokie maksymalistycznie, aż do granic przesady.
  • Było też nieco niższe tonalnie – bardziej angażujące czynnik basowy.
  • Prócz tego było sopranowo gładsze, mimo sopranów wystrzelenia – brzmienie EAR w porównaniu śladowo soprany podostrzało.

I do każdych brzmieniowo pasuje.

Tyle różnic na bazie tego, że cenę Twin-Head szacuję na pięćdziesiąt tysięcy i jest konstrukcją dużo większą. Do stawiania na biurku zupełnie się nie nadaje, chyba że takim prezesa banku. Poza tym nie jest produktem rynkowym; doprowadzenie go do takiego stanu to kilkaset godzin pracy trzech specjalistów i cała paka drogich części plus komplet optymalnych lamp. A gdyby EAR Yoshino też dać sugerowane lepsze lampy, kto wie, czy z tej nieznacznej przewagi cokolwiek by zostało. Dlatego mogę przejść do podsumowania i napisać

 

 

 

 

Podsumowanie

   Zarówno w naturalnym oglądzie, to znaczy bez porównań, na bazie wiedzy pamięciowej, jak również w bezpośredniej konfrontacji, okazał się klasyczny EAR HP4 klasykiem i referencją. Klasykiem mającym za sobą dwie dekady rynkowego sukcesu w roli konstrukcji szczytowej. Tyle już lat upłynęło, technologiczne centra się translokowały, nowych słuchawek napłynęło morze, konstruktor przeniósł się na łono Abrahama, a EAR Yoshino wciąż odpiera ataki prężącej mięśnie konkurencji. Odpiera zarówno jakością brzmienia, które jest znakomite niezależnie od marki i impedancji słuchawek, jak i przepychem wyglądu, którym dosłownie przytłacza. Jeszcze to wzmaga dużą mocą i obsługą przez wejście symetryczne; w razie życzenia nabywcy, także z użyciem symetrycznego słuchawkowego wyjścia. (Osobiście zalecam takie w wersji 2 x 3-pin.)

Cenę miał kiedyś naumyślnie astronomiczną, ażeby się wyróżniać, lecz rynek go dogonił; przegonił nawet – dużo skromniej wyglądające słuchawkowe wzmacniacze bywają teraz znacznie droższe. A pod względem brzmieniowym? – pod tym lepsze na ogół nie są, najwyżej tylko inne. Te lepsze prosto z półki kosztują od piętnastu tysięcy dolarów w górę, są zatem dwa i więcej razy droższe. Ale i do nich odnosi się pytanie, jak wypadłyby w konfrontacji z mającym najlepsze możliwe lampy EAR.

I trzeba jeszcze zauważyć, że nie będą to lampy należące do szczególnie kosztownych, a na dodatek mamy wybór gatunkowych pośród produkowanych obecnie. Są takie od Sophia Electric, są od Northern Electric i są od Natural Sound. Sztuka to koło stu dolarów, gdzie im tam drożyzny. Natomiast najlepszych historycznie należy szukać pod symbolem 6188 – i takie też nie są ekstra drogie.

 

W punktach

Zalety

  • Klasyk.
  • I zasłużenie.
  • Kiedyś najlepszy, nadal w ścisłej czołówce.
  • Skandalizująca początkowo cena zdążyła zmienić się w normalną, dopasowaną do jakości.
  • W ramach bycia klasykiem brzmienie klimatyczne.
  • Lampowe.
  • Lekko ściemnione.
  • Trójwymiarowe.
  • Głębokie.
  • Dociążone.
  • Dynamiczne.
  • Wysokoenergetyczne.
  • Super detaliczne.
  • Popisowo dźwięczne.
  • Wyraziste.
  • Plastyczne.
  • Przejrzyste.
  • Rozdzielcze.
  • Żywe.
  • Z prawidłową ciepłotą.
  • Na dużej scenie.
  • Dobrze kontrolujące pogłosy.
  • Utrafione tonalnie.
  • Posadowione na w pełni rozciągniętym paśmie.
  • Całe z najwyższą kulturą.
  • I przede wszystkim zjawiskowo melodyjne.
  • W efekcie można słuchać całymi godzinami nie odczuwając ani znudzenia monotonią, ani zmęczenia ekstatycznością.
  • Mimo (a może właśnie dzięki) wyczuwalnej nucie lampowej, w pełni realistyczne.
  • Żadnych kłopotów z holografią, delikatnością, obrazowaniem dalekich planów.
  • Prawdopodobna poprawa po przejściu na wyższej jakości lampy.
  • Które nie należą do drogich, a dobre jakościowo są produkowane obecnie.
  • Luksusowy wygląd.
  • Cztery słuchawkowe wyjścia.
  • Po dwa dla wysokiej i niskiej impedancji.
  • Duża moc.
  • W efekcie obciążenie więcej niż jednego gniazda nieznacznie wpływa na jakość.
  • W testach wszystkie słuchawki okazały się świetnie pasować.
  • Zero brumu.
  • Opcjonalnie możliwe słuchawkowe wyjścia symetryczne.
  • Funkcja przelotki.
  • We/wy RCA i XLR.
  • Wzorcowo pomyślany obwód.
  • Perfekcyjnie zrealizowany.
  • Znane z najwyższej klasy transformatory.
  • Dzieło mistrza.
  • Made in England.
  • Polska dystrybucja.
  • Ryka approved.

 

Wady I zastrzeżenia

  • Pełen przepychu wygląd nie będzie po myśli osobom ceniącym powściągliwość.
  • Słuchawkowe wyjścia symetryczne jedynie jako opcja.
  • Najlepsze lampy trzeba kupić samemu.
  • Cena niełatwa do przełknięcia.

 

Dane techniczne EAR HP4:

  • Wzmacniacz słuchawkowy na czterech lampach mocy 6SL7.
  • Gniazda słuchawkowe: 4 x 6,35 mm.
  • Dwa dla niskiej (poniżej 40 Ω), i dwa dla wysokiej impedancji.
  • Moc wyjściowa: 600 mW (?)
  • Impedancja wejściowa: 40 kΩ
  • Impedancja wyjściowa: 2 Ω niska, 40 Ω wysoka
  • Czułość (dla maksymalnej mocy wyjściowej): 300mv
  • Balans kanałów: ± 0,5%
  • Pozostały poziom hałasu (minimalna głośność): 90 dB
  • THD: <0,5%
  • Pobór mocy: 25 W.
  • Rozmiar (bez pokręteł sterujących): 245 x 320 x 95 mm
  • Waga: 6,0 kg
  • Cena: 20 850 PLN

 

Dystrybucja w Polsce: HiFi Ja i Ty

 

System:

  • Źródła: gramofon CSPort TAT2, odtwarzacz Ayon CD-35 II.
  • Wkładka: ZYX Ultimate DYNAMIC.
  • Kabel ramię-przedwzmacniacz: Siltechem Signature Avondale II.
  • Wzmacniacze słuchawkowe: ASL Twin-Head Mark III, EAR Yoshino HP4, Phasemation EPA-007.
  • Słuchawki: Final D8000 Pro, Focal Utopia (kabel Luna Cables), HEDDphone (kabel Tonalium-Metrum Lab i Sulek), HiFiMAN Susvara (kabel FAW Noir Hybrid i Tonalium-Metrum Lab), Meze Empyrean (kabel Tonalium-Metrum Lab i Sulek), Sennheiser HD 800 (kabel Tonalium-Metrum Lab), Ultrasone Tribute 7 (kabel Tonalium-Metrum Lab).
  • Kabel USB: Fidata.
  • Kabel LAN: Ayon.
  • Przetwornik: PrimaLuna EVO 100.
  • Przedwzmacniacz gramofonowy: Ancient Audio Silver Stage.
  • Interkonekty: Sulek Edia & Sulek 6×9.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Sulek 9×9 Power.
  • Listwa: Sulek.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Harmonix SF-200.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

8 komentarzy w “Recenzja: EAR Yoshino HP4

  1. Bogdan pisze:

    Super, że mamy wnkońcu i polską recenzję. To taki trochę wzmacniacz legenda, co wszyscy o nim wiedzą, ale niewielu widziało. A jak by on się z grubsza brzmieniowo miał do Ayona HA3 i Woo wa5? Pytam ogólnie, ale i z perspektywy Meze Empyrean.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Od Ayona wydaje się lepszy i względem Woo z jego sprzedażowymi lampami też. Ale jak wyglądałaby konfrontacja z Woo mającym lampy mocy i prostowniki od Emission Labs kontra EAR z, powiedzmy, kompletem czterech Sophia Electric, tego nie podejmuję się zgadywać. Jedno i drugie brzmienie na pewno byłoby świetne, ale które lepsze i jak się różniące – nie wiem. Niewątpliwą zaletę EAR jest całkowity brak brumu. To rzadka cecha lampowców.

  2. Bogdan pisze:

    Dziekuje. Moj egzemplarz Ayona na szczescie kompletnie cichy. A czemu lepszy w dwoch zdaniach? Ayon z lampami mullarda gra swietnie, nie bardzo wiem co mogloby byc lepsze, ale jak sie nie poslucha to sie nie wie, stad pytanie.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Jak ma lampy Mullarda, to inna sprawa. Myślałem o takim prosto z półki. Mającego lampy Mullarda nie słyszałem. A lepsze może być wszystko: kształt sceny, zanurzenie w muzyce, jej realizm, otwartość i poetyckość, dynamika, poryw, ciśnienie, angaż emocjonalny – masa rzeczy.

  3. Bogdan pisze:

    Dziękuję bardzo. Muszę powiedzieć, że niezależnie od (świetnej) treści dużą wartością Pana recenzji są właśnie porównania. Nie sposób wszystkiego posłuchać, ale jest szansa odniesienia do czegoś znanego. Jak zawsze w audio jest też kwestia zależności elementów.

    Ja w połączeniu Meze Empyrean z Ayonem HA-3 (o którego tak dopytuję) trafiłem chyba dobrze. Jest i czar lampy i wirtuozeria. Meze wcale nie mają przywar, które im się zarzuca (brak dynamiki). Nic (odpukać!) u mnie nie brumi i piękne lampy widać jak na dłoni – coś czego EAR nie ma, bo u niego są schowane.

    Ta jeszcze do kompletu brakuje recenzji Auris Nirvana. I może Lucarto Songolo. Ciekawe byłyby też DNA Stratus i ampsandsound, ale to już egzotyka chwalona za oceanem.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Na razie będą słuchawki T+A z dedykowanym wzmacniaczem i wzmacniacz słuchawkowy Rogue Audio.

  4. Bogdan pisze:

    Też pięknie, choć bezlampowo jak rozumiem.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Rogue ma lampy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy