Recenzja: CEntrance HiFi-M8 V2

Dźwięk

Ale cała świecąca.

   Jak już zdążyłem przyznać, podszepty o wyjątkowości produktów CEntrance nie wywołały u mnie chęci natychmiastowego użycia; obydwa ich słuchawkowe wzmacniacze na długo wylądowały w szufladzie. Po części skutkiem lenistwa, po części też przesytu, jak również z tego powodu, że inne opukiwania badawcze pilniejsze albo pozornie bardziej kuszące. A wszystko to było błędem, złym doborem postępowania, bo teraz czuję niesmak i mam do siebie pretensje, gdyż wielu z was mogło od dawna cieszyć się swoim CEntrance, korzystać z lepszej muzyki. Ale cóż, tak to wyszło – ostawmy to niedopatrzenie i straconą przez nie okazję, wżyjmy się w teraźniejszość.

    Można o tym CEntrance pisać spokojnie lub się ekscytować. Można stylem narracyjnym Hitchcocka próbować zacząć od trzęsienia ziemi i potem podkręcać akcję, albo zwyczajnie sięgnąć po jedne, drugie, trzecie i kolejne słuchawki, by zdać relację z ich brzmienia. Kusi mnie pójść drogą Hitchcocka – rozniecić silny ogień, by solidnie zabulgotało. Lecz z drugiej strony dobrze jest się także nie ekscytować, zachować obiektywizm maksymalny. Ale co tam – niech się zagotuje!
   Zaraz na wstępie wypalę, że CEntrance HiFi-M8 V2 to urządzenie co najmniej równorzędne z bardzo chwalonym dwa lata temu i wciąż pozostającym w ofercie iFi Audio iDSD Diablo, a odeń zdecydowanie tańsze. Nie mające purpurowego fraczka, w zamian oferujące efekty świetlne, ale przede wszystkim dające równej jakości i mocy dźwięk, pod niektórymi względami wręcz lepszy. Do tej lepszości zaraz dojdę, ale najpierw się uspokoję, próbując przybrać pozę zimnego obiektywisty. Dobrze, już się uspokoiłem, sięgnijmy po pierwsze słuchawki.

AudioQuest NightHawk (kabel FAW Hybrid XLR)

   Tak, jasne – onych już nie produkują, ale to nieodmiennie i na zawsze jedne z najlepszych słuchawek za umiarkowane pieniądze. Łatwe przy tym do napędzenia, granic mocy się przy nich nie sprawdzi. Ale co z brzmieniem, jakie brzmienie zaoferował CEntrance? Zaoferował pierwszorzędne w gramofonowym stylu. W gramofonowym, czyli będące mieszanką najwyższej szlachetności melodycznej z energią muzycznego tętna. W sumie można powiedzieć, że amerykański wzmacniacz przenośny z japońską kością przetwornika uwypuklił własności samych NightHawk i na tym w sumie poprzestał, nie dodając niczego od siebie. Co okazało się mieć istotne znaczenie, ale dopiero za chwilę, kiedy da akcji odsłuchowej wkroczyły Final D8000 i Susvary. Na razie byłem sam na sam z NightHawk i uderzała mnie ich melodyjność podszywana potęgą. Bo wierzchem gładko płynące, ciepłe i całkowicie naturalne głosy wokalistek i wokalistów, a w tle groźne pomruki masywnej partii basowej. Takie już są te NightHawk – wyjątkowo masywne i wyjątkowo melodyjne. Pod względem basu ustępujące jedynie Ultrasonom z linii E7, E9, T7, a pod względem melodyjności nie ustępujące żadnym, choć gdyby przymieszać do niej kwestię delikatności i modulacji, to takie Susvary będą lepsze. Ale to odkładamy na bok, akcentujemy co innego. Otóż każde słuchawki mają tendencje do przejawiania ułomności, może jedynie Sennheiser Orfeusz i zrekablowane AKG K1000 są niemal od nich wolne.

Przez cztery w sumie gniazda słuchawkowe moc wytryskuje niesamowita, a jakość nie chce być gorsza.

   Dla NightHawk te ułomności to skłonność do takiego zgęszczania medium, że staje się nieprzejrzyste oraz nadmierna pogłosowość. I w tych kolejnych punktach CEntrance HiFi-M8 V2 ukazał swe zalety, albowiem przejrzystość całkowita plus zero sztucznego pogłosu. Tego ostatniego aż wręcz za mało przy kablu symetrycznym FAW Hybrid; ten czasem cenny, a czasem zaburzający ozdobnik zupełnie niemal się redukował. Redukował i poprzez to tym bardziej brzmienie stawało się gramofonowe, bo jak już kiedyś pisałem, cyfrowy sygnał od analogowego różni się przede wszystkim addycją pogłosowych udziwnień i mniejszą energetycznością. Tu zaś, przecież w domenie cyfrowej, było właśnie gramofonowo – ciepło, płynnie, z pełnością i dużą mocą, tak że sama przyjemność. Miękkie, gęste i melodyjnie falujące dźwięki, a do tego bas gigant i fortepiany, trąbki, gitary – wszystkie instrumenty naprane mocą. Przy czym zwracam uwagę, że taka moc jest niejednokrotnie stowarzyszona z dużymi naprężeniami, co staje się brutalnie oczywiste podczas słuchania gitar – naciągi strun za duże, w zamian zwiększona intensywności drgań. Takiej sztuczności zestaw CEntrance HiFi-M8 V2 z NightHawk zupełnie nie potrzebował – naciągi prawidłowe, brzmienia i tak potężne. Wychodząc z tego odsłuchu byłem w świetnym humorze, zbudowany szczególnie tym, jak niedroga amerykańska maszynka uwolniła od najczęstszych wad genialne a niedrogie amerykańskie słuchawki.

Ultrasone Tribute 7 (kabel Tonalium XLR)

    Sięgnąłem po słuchawki niemieckie, tak z pięć razy droższe i też nieprodukowane. Ale podobnie jak poprzednie oferujące całkiem wyjątkowy fun factor na bazie ekstremalnie potężnego basu, w ich przypadku jeszcze podbijany niespotykanym nasyceniem, dźwiękiem o gęstości szczególnej. To ma, a raczej miewa, swoją cenę, bo mało jest wzmacniaczy, czy całościowo biorąc torów, zdolnych to wykorzystać do budowania naturalnego, a nie przesadnie echowego, za twardego, dudniącego przekazu. Ale kiedy trafiamy na taki, trafiamy na muzyczną ucztę. Spośród słuchawek dzisiaj produkowanych jedynie T+A Solitaire P mają gęstość i energię podobne, no ale te problemy z torem. Nie potrafił im sprostać w sposób zupełny przywołany już iFi Diablo, a zdołał CEntrance. iFi bowiem w przypadku plików hi-res powodował u T7 nadmiar pogłosów, u CEntrance w ogóle takiego czegoś nie było. Zupełnie nie było też nadmiernego naprężania strun, a jedyne czego ewentualnie przy tych Ultrasone i wcześniej NightHawk mógłby się czepić, to minimalnie powściągniętych wysokich tonów. U NightHawk to zresztą norma i sami ich twórcy podkreślali, że większość słuchawek high-end z ekstensją sopranów przesadza, szczypiąc nimi gdzie nie tsza. Co skutkuje brakiem naturalizmu, choć może być ekscytujące, a sam ostatnio co po chwilę jestem przy tym temacie.

    Lecz Ultrasone sopranowo powściągliwe nie są, potrafią z sopranami dojechać do samego końca słyszalnej skali. Jednak przy CEntrance tak się nie działo; soprany się pokazały strzeliste, ale nie jak na możliwości tych słuchawek maksymalne. Niemalże maksymalne, ale z poszumem i szmerami odrobinę powściągniętymi, co ocieplało dźwięk, zarazem odbierając mu tajemniczości. Ogólnie jednak było to niesamowicie dobre granie, dające pełny naturalizm, dzięki panowaniu nad pogłosami i dudnieniem. W mierze naturalności lepsze niż z iFi Diablo, a przecież niższa cena. Nie mówiąc o tym, że drogie tory stacjonarne potrafią sobie z tymi Ultrasone zupełnie nie radzić, podobnie jak dalekie od naturalizmu bywają z nimi drogie DAP-y.
    No i co, panie Ryka, warto było odkładać recenzję?

 

 

 

 

 

Final D8000 (oryginalny kabel miedziany 6,35 mm)

   Obie poprzednie pary sprawdziły najmocniejsze gniazdo 4-pin, czego im wcale nie było trzeba, wysterowywać je łatwo. Planarne Final są trudniejsze, ale nie jakieś specjalnie trudne. Zadowoliły się gniazdem duży jack, ich kabel tylko je dopuszczał. Zadowoliły w pełni, bez najmniejszych problemów z dochodzeniem do piękna; i rzekłbym, że to piękno ukazały pełniej. Nie tylko dzięki swej największej otwartości scenicznej, której rola nie była jakaś nadzwyczajna, bo te wcześniej słuchane też ją miały. Ale nie miały czegoś innego, co muszę nazwać sopranowym podszyciem, o którym ostatnimi czasy wielokroć wyrażałem opinię, że denaturalizuje brzmienie. Tak, denaturalizuje, ale jedynie wówczas, kiedy jest go za dużo. Tutaj zaś było odrobinę – akurat dość na tyle, żeby wszystko stało się bardziej pobudzone, misterniejsze, bardziej wielowarstwowe i odrobinę tajemnicze. Nie oczywiste jak chleb z pieca, że jednoznacznie ciepły, smaczny i z należycie chrupiącą skórką, który rozkrawany i smakowany sprzedaje same oczekiwane smaki. Ta muzyka była bardziej jak butelka gatunkowego wina, skrywającego wielość smaków nie całkiem oczywistą, wzbogacaną nutami od codzienności się różniących. Słuchało się więc z większym zainteresowaniem, a tym jeszcze chciwiej, iż było to brzmienie perfekcyjne, które u tych słuchawek nie zjawia się ot tak. Jak mało które są wrażliwe na jakość podawanego sygnału, każdą zawartą w nim niedokładność, każde odstępstwo zniekształcające, podadzą jak na tacy. Co tę ma z drugiej strony zaletę, że sygnał jakościowy ukażą szczególnie pięknie, jak działo się w tym wypadku. Mówiłem już, że zdradzał pokrewieństwo do gramofonowego, a właśnie Final D8000 są tymi, które do gramofonowej perfekcji pasują idealnie. Porównywane kiedyś z wieloma innymi najlepszymi na gramofonowym sygnale wyszły z porównania zwycięsko, a podobnie fenomenalnie brzmiały przy sygnale z wzorcowych taśm magnetofonowych odtwarzanych przez profesjonalny magnetofon. CEntrance HiFi-M8 V2 to nie jest aż gramofon ani studyjny magnetofon analogowy, ale jego przetwornik AKM nie od parady nosi sygnaturę producencką „Velvet Sound”, nie od parady są tam też pikosekundowe zegary i aż osiem OP-amów. Sygnały czerpane z YouTube, TIDAL (w tym poziomu MASTER) i gęste pliki z dysku jedne po drugich potwierdzały wyjątkowość przenośnego napędu CEntrance i stacjonarnych słuchawek Finala. Aż się nie mogłem oderwać od tej pary, a przecież cztery metry za plecami stała aparatura o tyle dostojniejsza…

HiFiMAN Susvara (kabel Tonalium XLR)

Kompatybilność wszechstronna.

    Mówiłem coś o powściąganiu sopranów? Nie tym razem. Analogicznie jak Final, tyle że jeszcze mocniej, również mające przetworniki planarne Susvary, ale grające z symetrycznego wyjścia 4-pin, buchnęły sopranowym progresem. Że w ogóle były w stanie zagrać z przenośnego grajka na pełny regulator, to już coś niezwykłego. Że było to granie uroczyście piękne, to już niesamowite. Wszak pisząc ich recenzję pastwiłem się nad stacjonarnymi wzmacniaczami kategorii high-end, które takiego piękna wycisnąć z nich nie dawały rady, bo albo sygnatura nie pasowała, albo mocy za mało. Tymczasem trzy tysiące z kawałkiem kosztujący i za tę skromną kwotę oferujący jeszcze własny przetwornik CEntrance bezproblemowo dał radę – mało tego, dał fantastycznie. Tym to niesamowitsze, że używając zwykłego kabla USB; no, może nie całkiem zwykłego, ale takiego za parę stówek, a nie za parę tysięcy. I z ofertą takiej głośności, że aż musiałem cofać potencjometr. Wyobrażacie sobie? – cofać potencjometr u przenośnego grajka za trzy tysiące przy Susvarach, które można, a nawet trzeba, podpinać do kolumnowych odczepów wzmacniaczy mających kilkadziesiąt watów? I może zwariowałem, ale nic a nic nie odniosłem wrażenia, że mocy jest za mało; tej mocy oprócz głośności, ciśnieniowej energii w dźwięku. Tak samo nie brakowało jakości. Bajeczna melodyka, zdolna utopić w pięknie, bo lepiej niż u każdych niemal słuchawek zdolna operować wycieniowaniem na skali ciszej-głośniej i lepiej niż u prawie wszystkich modulować dźwięki. Te same głosy wokalistów modelowane były staranniej – jeżeli jest coś takiego jak pieszczota dźwiękowa, to Susvary są w niej mistrzowskie. Ale mistrzowskie dopiero wówczas, gdy pasujący im wzmacniacz, a o to łatwo nie jest. Firmowy HiFiMAN-a kosztuje przeszło osiemdziesiąt tysięcy i mocy ma jak ciężarówka, a tutaj pikuś mieszczący się w dłoni i ważący ćwiartkę jednego, a nie ćwierć setki kilogramów. Tak, pewnie, nie aż taki high-endowy, ale mający rzecz najważniejszą – słuchając Susvar nim napędzanych nie miałem żadnych krytycznych uwag, czerpałem czystą przyjemność. Czego nie mogę powiedzieć o wzmacniaczu włosko-estońskiej ViVa Audio – wielkim jak pół lodówki, kosztującym czternaście tysięcy euro. Jedyne, co na jego obronę, to to, że z niego Susvary ciągnęły sygnał przez kabel własny, który jest wyjątkowo marny[1], a z CEntrance przez o niebo lepszy Tonalium.

    Wyszło więc na to, że niezależnie od ceny, brzmieniowego stylu i prądożerności słuchawek, amerykański wzmacniacz przenośny z własnym przetwornikiem, pochodzący od producenta mało u nas znanego, ale uchodzącego za profesjonała, to coś naprawdę specjalnego. Aparatura co najmniej równorzędna względem bardzo wysoko ocenionego iFi Diablo, przy czym konfidencjonalnie podszepnę, że dla siebie bym tego CEntrance wybrał. Głównie z uwagi na obsługę Susvar i obsługę plików hi-res, ale też i z uwagi na całą melodykę. Z tym, że jeśli ktoś woli brzmienia z większym udziałem pogłosów i poprzez nie tworzoną atmosferą odchodzenia od codzienności, to Diablo będzie dlań lepsze.

Każde słuchawki pojadą, nawet te diabelskie Susvary. 

    Na koniec jeszcze uwaga o rzeczy zapomnianej, o tych dwóch osobnych suwaczkach do podbijania sopranów i basu. Obydwa działają wyraźnie, momentalnie czuć zmianę. Żaden też nie denaturalizuje w sposób powodujący niesmak. Śmiało można używać któregoś albo obu – dźwięk pociemnieje, pogrubi się i zmasywnieje na dole, a wysmukleje i posrebrzy górą. Sam jednak wyczuwałem w tym muzyczną nieprawdę, toteż z suwaczków nie korzystałem.

[1] Wg producenta umyślnie, bo każdy wytrawny audiofil i tak kupi swoim któryś naj-naj od firmy którą najwyżej ceni.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

11 komentarzy w “Recenzja: CEntrance HiFi-M8 V2”

  1. Marek S. pisze:

    Może się powtarzam, ale polecam przetestować również Toppinga G5.
    U mnie gra z kablem Tonalium i ZMF Verite Closed. Od momentu posiadania go, zacząłem zastanawiać się jaki jest sens inwestować tyle pieniędzy w stacjonarkę.

    1. Sławek pisze:

      Czyli słuchawki 10x droższe od wzmacniacza…
      Ciekawy przypadek, ja bym jednak poszukał trochę dalej.

      1. Marek S. pisze:

        Z tego co słyszałem, to nie ja jedyny napędzam Verite tym G5. Oczywiście marzy mi się Cayin n8ii mk2, ale nie spieszy mi się na tyle, że już muszę go mieć

    2. Piotr+Ryka pisze:

      Szczerze mówiąc z tej pary bardziej interesowałyby mnie słuchawki. Ale zapytam RMS, może mają tego Toppinga G5 egzemplarz testowy. Już jednak parę rzeczy czeka w kolejce, czyli to nie będzie tak zaraz.

      1. Marek S. pisze:

        G5 to może nie jest jakiś ósmy cud, ale dobrze sobie radzi z pełnowymiarowymi słuchawkami i kosztuje grosze. Odnośnie słuchawek zauważyłem że brak tu recenzji marki ZMF, jedynie co to mogę polecić posłuchać VC, słuchawki zamknięte grające tak jakby były otwarte. Portfolio wciąż się powiększa o nowe flagowce.
        Także jest kilka interesujących nowości wśród dap-ów, czyli Cayin N7 oraz ibasso d320max ti na 4 kościach Rohm. Jest z czego wybierać, gdyby tak jeszcze można było wszystkiego najpierw posłuchać to byłoby super.

  2. Marcin pisze:

    Panie Piotrze,

    Czy w ramach ciekawości podłączył Pan pod ten wzmacniacz K1000? Jeśli nie, to czy mógłby Pan spróbować, czy też mija się to z celem?

    Pozdrawiam

    1. Piotr+Ryka pisze:

      Myślę, że się mija, bo Susvary już prawie całkiem skończyły jego potencjał, a moje K1000 z wysokopojemnościowym kablem Entreq Olympus potrzebują jeszcze przynajmniej o jedną trzecią więcej, o ile nie dwa razy. Ale nawet spróbować nie można, bo one mają na stałe podpięty kabel zakończony głośnikowymi widełkami, a z niego przejściówki na 4-pin nie mam. (Dałoby się zrobić poprzez jakieś łączące zaciski śrubowe, no ale nie mam.)

  3. Marek S. pisze:

    Po przeczytaniu na spokojnie recenzji, nabrałem ochotę by go posłuchać. Dopiero teraz zauważyłem, że brak jest na pokładzie zbalansowanego 4.4 pentacon. I po co człowiek zamawiał kabel do dapa 😉

    1. Piotr+Ryka pisze:

      No tak, kable to wieczny problem.

  4. Alucard pisze:

    Z nowych zawodników słuchawkowych do przetestowania pojawiły się ZMF Caldera. Oprócz nowych Yamach.

    1. Piotr+Ryka pisze:

      Na razie z nowszych dotarły do mnie tylko w otwartej wersji DCA Stealth.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

© HiFi Philosophy