Recenzja: CEntrance HiFi-M8 V2

    W jubileuszowym 2000 roku Michael Goodman – muzyk, inżynier i wykładowca Columbia College w Chicago – zakłada firmę CEntrance, której jego studenci będę pierwszymi pracownikami, a której wizja przewiduje współpracę z każdą inną należącą do branży audio. Własna działalność skupia się zaś wokół kwestii analogowo-cyfrowych, programowania i łączności bezprzewodowej. Z czasem szczycący się najwyższymi kwalifikacjami pracownicy CEntrance zyskają miano branżowej jednostki SWAT – grupy wykonawczej kierowanej do zadań specjalnych, zlecanych przez nie mogące sobie z nimi samodzielnie poradzić inne firmy. Te inne to min. Gibson, McIntosh, Harmann, TAPCO, Korg i Behringer, też TDK, Lexicon, TASCAM, Analog Devices i cała masa drugich; ogólnie ponad stu znanych producentów nawiązało bliską współpracę po tym, jak CEntrance wyprodukowało w 2006 pod kryptonimem CE1105 elektroniczne sprzęgło do nagrywania dźwięku w systemie Windows, a zaraz potem sprzęgło mikrofonowe dla łączy USB.

    Rok 2009 przybliża nas do urządzenia tytułowego: CEntrance wypuszcza wtedy na rynek DACport – swój pierwszy kieszonkowy przetwornik D/A ze słuchawkowym wzmacniaczem. Rok 2011 to z kolei debiut stacjonarnego odpowiednika – zdobywcy wielu nagród DACmini CX, który trafi nawet na okładkę „Stereophile”. A 2013 to już debiut pierwotnej wersji testowanego teraz wzmacniacza w jednej obudowie z przetwornikiem – debiut CEntrance HiFi-M8, opatrzonego przez magazyn internetowy „CNet” chlubnym mianem: „Best Amplifier Ever Tested”.

    Z naszego na słuchawkach zogniskowanego punktu widzenia istotny był też rok 2021; rok wypuszczenia słuchawkowego wzmacniacza przenośnego CEntrance Ampersand, przeznaczonego specjalnie dla najbardziej wymagających prądowo, czyli wyposażonych w przetworniki planarne. To urządzenie także leży koło mnie i będzie w swoim czasie oceniane, natomiast odnośnie szacowanego w tej chwili powinienem napisać, że jest to jeden z tych produktów, o którym się mawia, iż należy do kategorii specjalnej, ponieważ jego znakomita jakość znana jest wyłącznie nielicznym wtajemniczonym, podczas kiedy szeroki ogół o marce CEntrance jeszcze nie słyszał, dopiero się o niej dowie. Czy prawda to w odniesieniu do anglojęzycznej części globu, co do tego można mieć wątpliwości, skoro pisma branżowe przenośnemu kombajnowi od CEntrance poświęciły sporo recenzji, lecz u nas jego profesjonalny wytwórca z pewnością jeszcze nie jest tak znany, jak na to zasługuje. Trochę wypromowany w kraju macierzystym, ale nieprawdą byłoby powiedzieć, że testowane urządzenie to produkt równie rozpoznawalny jak te od FiiO, iFi, Cayina, Chorda czy ALO Audio.

    Też osobiście o CEntrance niczego nie słyszałem, dopóki nie otrzymałem propozycji testu – propozycji z podszeptem, że nie będę żałował, bo to naprawdę coś. Faktycznie, tu nie było zmyłki, warto było poświęcić uwagę produktom CEntrance, które się u mnie wyleżały; powinienem był dużo szybciej wziąć je pod lupę ocen. Ale przyjaciel kot mnie opuścił, zdrowie też dopisuje średnio, nie bardzo chciało mi się słuchać, ani tym bardziej pisać. W końcu jednak się przełamałem, trzeba jakoś brnąć przez codzienność bez względu na pogodę. Tak więc obejrzawszy ze wszystkich stron, poczytawszy instrukcję i anonse wytwórcy, podumawszy także nad ceną i otoczywszy się wiankiem słuchawek, zabrałem się za testowanie.

Co widać zanim coś będzie słychać

Kolorowe pudełko.

   W małym pudełku z wieczkiem koloru „żółty fluo”, wysupławszy należne 3600 PLN po podjęciu zakupowej decyzji, otrzymujemy słuchawkowy wzmacniacz z czterema aż wyjściami na słuchawki, wyposażony we własny przetwornik. Jedno i drugie (wzmacniacz i przetwornik) to jak się przekonamy naprawdę niemała sprawa, z kolei cena jest nieduża, jak na takie ambitne coś. Bo imaginujcie waszmościowie, w tym czarnym urządzonku znalazło się aż osiem wzmacniaczy operacyjnych oraz super kość przetwornika Asahi Kasei Microdevices VelvetSound™ AKM AK4493, w niejednym drogim stacjonarnym przetworniku też samotnie obecna, ponieważ tak skonstruowana, że może bezproblemowo obsługiwać oba stereofoniczne kanały. Znalazł się również nadajniki łączności bezprzewodowej i cała paleta dostrojeń do programów operacyjnych w smartfonach i odtwarzaczach przenośnych, ale może przeróbmy to po kolei zamiast tylko wyliczać.

   Urządzenie jest całe czarne i całe może świecić. Albowiem cały niemalże wierzch korpusu o kształcie spłaszczonej beczułki to profesjonalny wyświetlacz z dwóch rzędów po dziesięć w każdym świetlnych kropek, mających wg twórców nie tylko informować o przyłożonej mocy, ale też przypominać wyświetlacze na dawnych magnetofonach kasetowych, bieganiem świateł informować o tętnie odtwarzanej muzyki. Komu by się to nie podobało, może światła te zgasić, a kto jest za świeceniem, ten może kręcąc małym regulatorkiem wyjeżdżać ponad poziom zero i w bardzo dużym zakresie dobierać jasność sobie odpowiednią (pamiętając jednakże, że im to świecenie mocniejsze, tym bateria rozładowuje się prędzej). Co jednak będzie boleć tylko przy pracy bezprzewodowej, ponieważ oba przyłącza USB (typu C i generacji 3.1) nadają się do ładowania. Jedno przeznaczono wyłącznie dla niego, i to znajduje się po tej samej stronie co dwa mocniejsze gniazda słuchawkowe – 6,35 mm „duży jack” i 4-pin XLR, a drugie po przeciwnej. Po tej przeciwnej oprócz niego jest cała masa różności, w tym pokrętełka regulacji głośności i to siły świecenia, a ono samo może pracować w dwóch trybach przełączanych suwaczkiem: 1) wyłącznego transferu sygnału; 2) sygnału plus prąd ładowania.

    Oprócz tego suwaczka są tam też cztery inne: ustawiający niższą lub wyższą moc wzmacniacza (niższa dla dokanałowych), aktywujący tryb STAMINA oszczędzania baterii oraz osobne aktywujące podbicia basu i sopranów. Ogólnie zatem pięć suwaczków (i dla nich przeznaczona szpilka regulacyjna w zestawie), dwa pokrętełka regulacji – dla światła i dla dźwięku, to dwufunkcyjne USB i dwa gniazda słuchawek. Te tutaj to jack 3,5 mm i symetryczny jack 2,5 mm, a gdyby komuś było mało tych wszystkich kąsków obsługowych, to są tam jeszcze dwa malutkie przyciski: jeden do aktywacji ogólnej (sprzężony ze światełkami informacji o stopniu naładowania), drugi do przełączania trybów łączności Bluetooth/USB.

I czarna zawartość.

    W komplecie oprócz samego urządzenia oraz wspomnianej szpilki dla suwaków otrzymujemy kabel USB oraz z czarnego aksamitu saczek podróżny ze sznurkowym ściągaczem, natomiast instrukcję ściąga się z Internetu, a miłą wiadomością to, że nie potrzebujemy sterownika, bo CEntrance HiFi-M8 V2 sam dogada się z Windows 10 lub 11. Dogada też ze smartfonami i DAP-ami via iOS, Android, Mac, Linux i Windows, a ładować go można nie tylko za pośrednictwem podłączonego źródła sygnału, ale też nagniazdkową ładowarką 5 V/2,4 A, której jednak  w komplecie nie ma. Są za to cztery elastomerowe nóżki do podklejenia na spodzik, a na tym spodziku gwintowana dziurka do ewentualnego wkręcenia antenki, ale tej w komplecie też nie ma.

   Całość czarna z satynowym połyskiem, wielorako mogąca świecić i wielorako się dopasować, ważąca zaledwie 250 g i mająca wymiary 161 x 111 x 42 mm. Wewnątrz, oprócz wspomnianych ośmiu OP-ampów i super kości przetwornika, na wymienienie zasługują dwa zegary (osobne dla potoków krotności 44,1 i 48 kHz), każdy o dokładności 10 ppm, co daje jitter 1 ps.

    Wzmacniacz obsługuje słuchawki z przedziału impedancji 8 – 600 Ω, oddając maksymalną moc 1,6 W przez gniazdo 4-pin. Przetwornik z kolei obsługuje pliki o gęstości do 384 kHz/32-bit plus pojedyncze DSD, przy paśmie przenoszenia 20 Hz – 20 kHz, zniekształceniach THD 0,004% i gwarantowanej całkowitej ciszy tła. Czas pracy urządzenia dla sygnału z przyłącza USB to maksymalnie 8 godzin, która to praca będzie się dla wzmacniacza odbywać w „niestandardowej klasie wzmocnienia A”.

   Tak najogólniej biorąc urządzenie w porównaniu do droższych DAP-ów intuicyjnie odbieramy jako lekkie, a jego zaokrąglone boczne ścianki uprzyjemniają trzymanie. Dynamiczne pulsowanie światełek może sobie, jak Hamlet – albo być, albo nie być – dużo innych ustawień można wyregulować i każde poza bardzo szczególnymi (AKG K1000, RAAL i elektrostaty) słuchawki do pełnej mocy rozpędzić. Pytaniem pozostaje, jaki po rozpędzeniu dźwięk.

Dźwięk

Ale cała świecąca.

   Jak już zdążyłem przyznać, podszepty o wyjątkowości produktów CEntrance nie wywołały u mnie chęci natychmiastowego użycia; obydwa ich słuchawkowe wzmacniacze na długo wylądowały w szufladzie. Po części skutkiem lenistwa, po części też przesytu, jak również z tego powodu, że inne opukiwania badawcze pilniejsze albo pozornie bardziej kuszące. A wszystko to było błędem, złym doborem postępowania, bo teraz czuję niesmak i mam do siebie pretensje, gdyż wielu z was mogło od dawna cieszyć się swoim CEntrance, korzystać z lepszej muzyki. Ale cóż, tak to wyszło – ostawmy to niedopatrzenie i straconą przez nie okazję, wżyjmy się w teraźniejszość.

    Można o tym CEntrance pisać spokojnie lub się ekscytować. Można stylem narracyjnym Hitchcocka próbować zacząć od trzęsienia ziemi i potem podkręcać akcję, albo zwyczajnie sięgnąć po jedne, drugie, trzecie i kolejne słuchawki, by zdać relację z ich brzmienia. Kusi mnie pójść drogą Hitchcocka – rozniecić silny ogień, by solidnie zabulgotało. Lecz z drugiej strony dobrze jest się także nie ekscytować, zachować obiektywizm maksymalny. Ale co tam – niech się zagotuje!
   Zaraz na wstępie wypalę, że CEntrance HiFi-M8 V2 to urządzenie co najmniej równorzędne z bardzo chwalonym dwa lata temu i wciąż pozostającym w ofercie iFi Audio iDSD Diablo, a odeń zdecydowanie tańsze. Nie mające purpurowego fraczka, w zamian oferujące efekty świetlne, ale przede wszystkim dające równej jakości i mocy dźwięk, pod niektórymi względami wręcz lepszy. Do tej lepszości zaraz dojdę, ale najpierw się uspokoję, próbując przybrać pozę zimnego obiektywisty. Dobrze, już się uspokoiłem, sięgnijmy po pierwsze słuchawki.

AudioQuest NightHawk (kabel FAW Hybrid XLR)

   Tak, jasne – onych już nie produkują, ale to nieodmiennie i na zawsze jedne z najlepszych słuchawek za umiarkowane pieniądze. Łatwe przy tym do napędzenia, granic mocy się przy nich nie sprawdzi. Ale co z brzmieniem, jakie brzmienie zaoferował CEntrance? Zaoferował pierwszorzędne w gramofonowym stylu. W gramofonowym, czyli będące mieszanką najwyższej szlachetności melodycznej z energią muzycznego tętna. W sumie można powiedzieć, że amerykański wzmacniacz przenośny z japońską kością przetwornika uwypuklił własności samych NightHawk i na tym w sumie poprzestał, nie dodając niczego od siebie. Co okazało się mieć istotne znaczenie, ale dopiero za chwilę, kiedy da akcji odsłuchowej wkroczyły Final D8000 i Susvary. Na razie byłem sam na sam z NightHawk i uderzała mnie ich melodyjność podszywana potęgą. Bo wierzchem gładko płynące, ciepłe i całkowicie naturalne głosy wokalistek i wokalistów, a w tle groźne pomruki masywnej partii basowej. Takie już są te NightHawk – wyjątkowo masywne i wyjątkowo melodyjne. Pod względem basu ustępujące jedynie Ultrasonom z linii E7, E9, T7, a pod względem melodyjności nie ustępujące żadnym, choć gdyby przymieszać do niej kwestię delikatności i modulacji, to takie Susvary będą lepsze. Ale to odkładamy na bok, akcentujemy co innego. Otóż każde słuchawki mają tendencje do przejawiania ułomności, może jedynie Sennheiser Orfeusz i zrekablowane AKG K1000 są niemal od nich wolne.

Przez cztery w sumie gniazda słuchawkowe moc wytryskuje niesamowita, a jakość nie chce być gorsza.

   Dla NightHawk te ułomności to skłonność do takiego zgęszczania medium, że staje się nieprzejrzyste oraz nadmierna pogłosowość. I w tych kolejnych punktach CEntrance HiFi-M8 V2 ukazał swe zalety, albowiem przejrzystość całkowita plus zero sztucznego pogłosu. Tego ostatniego aż wręcz za mało przy kablu symetrycznym FAW Hybrid; ten czasem cenny, a czasem zaburzający ozdobnik zupełnie niemal się redukował. Redukował i poprzez to tym bardziej brzmienie stawało się gramofonowe, bo jak już kiedyś pisałem, cyfrowy sygnał od analogowego różni się przede wszystkim addycją pogłosowych udziwnień i mniejszą energetycznością. Tu zaś, przecież w domenie cyfrowej, było właśnie gramofonowo – ciepło, płynnie, z pełnością i dużą mocą, tak że sama przyjemność. Miękkie, gęste i melodyjnie falujące dźwięki, a do tego bas gigant i fortepiany, trąbki, gitary – wszystkie instrumenty naprane mocą. Przy czym zwracam uwagę, że taka moc jest niejednokrotnie stowarzyszona z dużymi naprężeniami, co staje się brutalnie oczywiste podczas słuchania gitar – naciągi strun za duże, w zamian zwiększona intensywności drgań. Takiej sztuczności zestaw CEntrance HiFi-M8 V2 z NightHawk zupełnie nie potrzebował – naciągi prawidłowe, brzmienia i tak potężne. Wychodząc z tego odsłuchu byłem w świetnym humorze, zbudowany szczególnie tym, jak niedroga amerykańska maszynka uwolniła od najczęstszych wad genialne a niedrogie amerykańskie słuchawki.

Ultrasone Tribute 7 (kabel Tonalium XLR)

    Sięgnąłem po słuchawki niemieckie, tak z pięć razy droższe i też nieprodukowane. Ale podobnie jak poprzednie oferujące całkiem wyjątkowy fun factor na bazie ekstremalnie potężnego basu, w ich przypadku jeszcze podbijany niespotykanym nasyceniem, dźwiękiem o gęstości szczególnej. To ma, a raczej miewa, swoją cenę, bo mało jest wzmacniaczy, czy całościowo biorąc torów, zdolnych to wykorzystać do budowania naturalnego, a nie przesadnie echowego, za twardego, dudniącego przekazu. Ale kiedy trafiamy na taki, trafiamy na muzyczną ucztę. Spośród słuchawek dzisiaj produkowanych jedynie T+A Solitaire P mają gęstość i energię podobne, no ale te problemy z torem. Nie potrafił im sprostać w sposób zupełny przywołany już iFi Diablo, a zdołał CEntrance. iFi bowiem w przypadku plików hi-res powodował u T7 nadmiar pogłosów, u CEntrance w ogóle takiego czegoś nie było. Zupełnie nie było też nadmiernego naprężania strun, a jedyne czego ewentualnie przy tych Ultrasone i wcześniej NightHawk mógłby się czepić, to minimalnie powściągniętych wysokich tonów. U NightHawk to zresztą norma i sami ich twórcy podkreślali, że większość słuchawek high-end z ekstensją sopranów przesadza, szczypiąc nimi gdzie nie tsza. Co skutkuje brakiem naturalizmu, choć może być ekscytujące, a sam ostatnio co po chwilę jestem przy tym temacie.

    Lecz Ultrasone sopranowo powściągliwe nie są, potrafią z sopranami dojechać do samego końca słyszalnej skali. Jednak przy CEntrance tak się nie działo; soprany się pokazały strzeliste, ale nie jak na możliwości tych słuchawek maksymalne. Niemalże maksymalne, ale z poszumem i szmerami odrobinę powściągniętymi, co ocieplało dźwięk, zarazem odbierając mu tajemniczości. Ogólnie jednak było to niesamowicie dobre granie, dające pełny naturalizm, dzięki panowaniu nad pogłosami i dudnieniem. W mierze naturalności lepsze niż z iFi Diablo, a przecież niższa cena. Nie mówiąc o tym, że drogie tory stacjonarne potrafią sobie z tymi Ultrasone zupełnie nie radzić, podobnie jak dalekie od naturalizmu bywają z nimi drogie DAP-y.
    No i co, panie Ryka, warto było odkładać recenzję?

 

 

 

 

 

Final D8000 (oryginalny kabel miedziany 6,35 mm)

   Obie poprzednie pary sprawdziły najmocniejsze gniazdo 4-pin, czego im wcale nie było trzeba, wysterowywać je łatwo. Planarne Final są trudniejsze, ale nie jakieś specjalnie trudne. Zadowoliły się gniazdem duży jack, ich kabel tylko je dopuszczał. Zadowoliły w pełni, bez najmniejszych problemów z dochodzeniem do piękna; i rzekłbym, że to piękno ukazały pełniej. Nie tylko dzięki swej największej otwartości scenicznej, której rola nie była jakaś nadzwyczajna, bo te wcześniej słuchane też ją miały. Ale nie miały czegoś innego, co muszę nazwać sopranowym podszyciem, o którym ostatnimi czasy wielokroć wyrażałem opinię, że denaturalizuje brzmienie. Tak, denaturalizuje, ale jedynie wówczas, kiedy jest go za dużo. Tutaj zaś było odrobinę – akurat dość na tyle, żeby wszystko stało się bardziej pobudzone, misterniejsze, bardziej wielowarstwowe i odrobinę tajemnicze. Nie oczywiste jak chleb z pieca, że jednoznacznie ciepły, smaczny i z należycie chrupiącą skórką, który rozkrawany i smakowany sprzedaje same oczekiwane smaki. Ta muzyka była bardziej jak butelka gatunkowego wina, skrywającego wielość smaków nie całkiem oczywistą, wzbogacaną nutami od codzienności się różniących. Słuchało się więc z większym zainteresowaniem, a tym jeszcze chciwiej, iż było to brzmienie perfekcyjne, które u tych słuchawek nie zjawia się ot tak. Jak mało które są wrażliwe na jakość podawanego sygnału, każdą zawartą w nim niedokładność, każde odstępstwo zniekształcające, podadzą jak na tacy. Co tę ma z drugiej strony zaletę, że sygnał jakościowy ukażą szczególnie pięknie, jak działo się w tym wypadku. Mówiłem już, że zdradzał pokrewieństwo do gramofonowego, a właśnie Final D8000 są tymi, które do gramofonowej perfekcji pasują idealnie. Porównywane kiedyś z wieloma innymi najlepszymi na gramofonowym sygnale wyszły z porównania zwycięsko, a podobnie fenomenalnie brzmiały przy sygnale z wzorcowych taśm magnetofonowych odtwarzanych przez profesjonalny magnetofon. CEntrance HiFi-M8 V2 to nie jest aż gramofon ani studyjny magnetofon analogowy, ale jego przetwornik AKM nie od parady nosi sygnaturę producencką „Velvet Sound”, nie od parady są tam też pikosekundowe zegary i aż osiem OP-amów. Sygnały czerpane z YouTube, TIDAL (w tym poziomu MASTER) i gęste pliki z dysku jedne po drugich potwierdzały wyjątkowość przenośnego napędu CEntrance i stacjonarnych słuchawek Finala. Aż się nie mogłem oderwać od tej pary, a przecież cztery metry za plecami stała aparatura o tyle dostojniejsza…

HiFiMAN Susvara (kabel Tonalium XLR)

Kompatybilność wszechstronna.

    Mówiłem coś o powściąganiu sopranów? Nie tym razem. Analogicznie jak Final, tyle że jeszcze mocniej, również mające przetworniki planarne Susvary, ale grające z symetrycznego wyjścia 4-pin, buchnęły sopranowym progresem. Że w ogóle były w stanie zagrać z przenośnego grajka na pełny regulator, to już coś niezwykłego. Że było to granie uroczyście piękne, to już niesamowite. Wszak pisząc ich recenzję pastwiłem się nad stacjonarnymi wzmacniaczami kategorii high-end, które takiego piękna wycisnąć z nich nie dawały rady, bo albo sygnatura nie pasowała, albo mocy za mało. Tymczasem trzy tysiące z kawałkiem kosztujący i za tę skromną kwotę oferujący jeszcze własny przetwornik CEntrance bezproblemowo dał radę – mało tego, dał fantastycznie. Tym to niesamowitsze, że używając zwykłego kabla USB; no, może nie całkiem zwykłego, ale takiego za parę stówek, a nie za parę tysięcy. I z ofertą takiej głośności, że aż musiałem cofać potencjometr. Wyobrażacie sobie? – cofać potencjometr u przenośnego grajka za trzy tysiące przy Susvarach, które można, a nawet trzeba, podpinać do kolumnowych odczepów wzmacniaczy mających kilkadziesiąt watów? I może zwariowałem, ale nic a nic nie odniosłem wrażenia, że mocy jest za mało; tej mocy oprócz głośności, ciśnieniowej energii w dźwięku. Tak samo nie brakowało jakości. Bajeczna melodyka, zdolna utopić w pięknie, bo lepiej niż u każdych niemal słuchawek zdolna operować wycieniowaniem na skali ciszej-głośniej i lepiej niż u prawie wszystkich modulować dźwięki. Te same głosy wokalistów modelowane były staranniej – jeżeli jest coś takiego jak pieszczota dźwiękowa, to Susvary są w niej mistrzowskie. Ale mistrzowskie dopiero wówczas, gdy pasujący im wzmacniacz, a o to łatwo nie jest. Firmowy HiFiMAN-a kosztuje przeszło osiemdziesiąt tysięcy i mocy ma jak ciężarówka, a tutaj pikuś mieszczący się w dłoni i ważący ćwiartkę jednego, a nie ćwierć setki kilogramów. Tak, pewnie, nie aż taki high-endowy, ale mający rzecz najważniejszą – słuchając Susvar nim napędzanych nie miałem żadnych krytycznych uwag, czerpałem czystą przyjemność. Czego nie mogę powiedzieć o wzmacniaczu włosko-estońskiej ViVa Audio – wielkim jak pół lodówki, kosztującym czternaście tysięcy euro. Jedyne, co na jego obronę, to to, że z niego Susvary ciągnęły sygnał przez kabel własny, który jest wyjątkowo marny[1], a z CEntrance przez o niebo lepszy Tonalium.

    Wyszło więc na to, że niezależnie od ceny, brzmieniowego stylu i prądożerności słuchawek, amerykański wzmacniacz przenośny z własnym przetwornikiem, pochodzący od producenta mało u nas znanego, ale uchodzącego za profesjonała, to coś naprawdę specjalnego. Aparatura co najmniej równorzędna względem bardzo wysoko ocenionego iFi Diablo, przy czym konfidencjonalnie podszepnę, że dla siebie bym tego CEntrance wybrał. Głównie z uwagi na obsługę Susvar i obsługę plików hi-res, ale też i z uwagi na całą melodykę. Z tym, że jeśli ktoś woli brzmienia z większym udziałem pogłosów i poprzez nie tworzoną atmosferą odchodzenia od codzienności, to Diablo będzie dlań lepsze.

Każde słuchawki pojadą, nawet te diabelskie Susvary. 

    Na koniec jeszcze uwaga o rzeczy zapomnianej, o tych dwóch osobnych suwaczkach do podbijania sopranów i basu. Obydwa działają wyraźnie, momentalnie czuć zmianę. Żaden też nie denaturalizuje w sposób powodujący niesmak. Śmiało można używać któregoś albo obu – dźwięk pociemnieje, pogrubi się i zmasywnieje na dole, a wysmukleje i posrebrzy górą. Sam jednak wyczuwałem w tym muzyczną nieprawdę, toteż z suwaczków nie korzystałem.

[1] Wg producenta umyślnie, bo każdy wytrawny audiofil i tak kupi swoim któryś naj-naj od firmy którą najwyżej ceni.

Podsumowanie

   Właściwie już podsumowałem, powyższy passus wyjaśnia wszystko. Może tylko przypomnę, że iFi Diablo sporo droższy; tysiąc paręset to wprawdzie niespecjalnie dużo, ale niektórzy muszą się naszarpać, zanim tyle zainkasują. Z tego punktu widzenia wybór będzie natychmiastowy, nieco trudniej się zdecydować, czy woleć styl bardziej gramofonowy, czy może bardziej jak z CD. Pisałem o tej różnicy szczegółowo w recenzji Shelter 201 MM, nie będę się powtarzał. Oczywiście w tym wypadku nie chodzi o różnicę dosłowną pomiędzy plikiem czy CD a płytą winylową, lecz niewątpliwie Diablo to styl bardziej cyfrowy, CEntrance bardziej gramofonowy. Chłodniejszy powiew cyfry z tą jej tajemniczością, czy może ciepły oddech analogu branego prosto z życia? Tego za nikogo nie zdecyduję, a sam wybieram analog, niemniej słuchanie w bardziej cyfrowych klimatach znaczonych nutką odrealnienia też sprawia mi wielką radość. A tak w ogóle, to bardzo miłe, że dożyliśmy czasów, kiedy mieszczący się w dłoni wzmacniacz słuchawkowy wyposażony we własny przetwornik tyle może zaoferować. Pamiętam jak dwadzieścia lat temu, i jeszcze lata potem, słuchawkowe wzmacniacze stacjonarne za od jednego do wielu tysięcy potrafiły kaleczyć muzykę, nawet czynić ją niejadalną. (Edgar SH-1 i Vincent KHV-111 za przykłady, by nie być gołosłownym.) A i obecnie też bywa, czego ta wielka ViVa przykładem, że mając do czynienia z piekielnie drogim wzmacniaczem oraz piekielnie drogimi słuchawkami człowiek bardziej się wierci niż przyswaja muzykę. Zamiast pochłaniać ją z zapałem i samemu sobie bić brawo, że tego właśnie słucha, kombinuje jak to naprawić i nieraz wykombinować nie może. Bo bardzo drogie elektrostaty albo słuchawki wstęgowe nie radzą sobie z najniższym basem, albo nietanie dynamiczne nie mogą nijak sprawić, by muzyka stała się sobą, abyśmy zapomnieli przy niej o całym świecie, zamiast snuć rozważania o odpowiednim wzmacniaczu i poprawiających kablach. Tego wszystkiego unikamy przy tym CEntrance, w każdym razie sam uniknąłem. Podobał mi się – i nic więcej. Bo może dla oczu śliczny nie jest, ale znakomicie grający i wszystkim podpinanym słuchawkom jak najbardziej przyjazny. Szkoda jedynie, że potencjometr ma mały i schowany – regulacja głośności to już nie sama przyjemność, trzeba na niej skupić uwagę.

 

W punktach

Zalety

  • Przenośny przetwornik i słuchawkowy wzmacniacz o który nam chodziło.
  • Taki mający wszystko w porządku, a nawet dużo więcej.
  • Na kluczowy dodatek to wszystko za rozsądną cenę.
  • Czyli może być nasz.
  • W ramach naszego bycia wyjątkowo analogowe, pozbawione zniekształceń brzmienie.
  • Więc ciepłe.
  • Melodyjne.
  • Niosące dużo energii.
  • I jako takie dynamiczne, ciśnieniowe i wartkie.
  • Także całkowicie przejrzyste i z dobrą separacją.
  • Z towarzyszeniem wszystkich szczegółów.
  • Generalny, od analogu brany muzyczny optymizm nie stoi wbrew budowaniu także posępnych klimatów.
  • Całkowicie rozwarte pasmo z możliwymi jeszcze do podbijania obydwoma skrajami. (To działa, i wyraźnie.)
  • Na pokładzie osiem Op-ampów.
  • Przetwornik Asahi Kasei Microdevices VelvetSound™ AKM AK4493.
  • Zegary tłumiące jitter do 1 ps.
  • 2 x USB C (3.1).
  • Obsługa plików do 384 kHz/32-bit włącznie i 1 x DDS.
  • Regulator siły wzmocnienia pozwala napędzić każde słuchawki – od IEM po planarne (nawet te najtrudniejsze, co jest ewenementem).
  • Możliwe ładowanie baterii podczas odtwarzania, nic a nic nie pogarszające jakości brzmienia (sprawdziłem).
  • Długi czas pracy.
  • Łączność bezprzewodowa.
  • Aż cztery słuchawkowe wyjścia, w tym dwa symetryczne.
  • Kompatybilność z wieloma smartfonami.
  • Niepotrzebne sterowniki dla Windows.
  • Wygodnie leży w ręce i wyjątkowo mało waży.
  • Świetlny indykator wzmocnienia zajmuje cały wierzch korpusu i można nim oświetlać pokój, a można go też przytłumić lub wygasić.
  • W komplecie kabel USB i aksamitny woreczek ochronny.
  • Niespotykanie korzystny stosunek jakości do ceny.
  • Profesjonalny producent o najwyższej renomie.
  • Made in USA.
  • Polski dystrybutor.
  • Ryka approved.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Mały i schowany potencjometr w kieszonkowym urządzeniu ma sens, ale obsługowo wygodny nie jest. (Na szczęście chodzi z dobrze dobranym oporem.)
  • Mało znany u nas producent, ale to się na pewno zmieni.

 

Dane techniczne CEntrance HiFi-M8 V2:

SPECYFIKACJE ANALOGOWE

  • Pasmo przenoszenia: 20 Hz…20 kHz ±0,2 dB
  • THD+N: 0,004% (0 dBFS, 1 kHz)
  • Poziom hałasu: 6 µV RMS (A-ważone), maksymalne wzmocnienie
  • Moc wyjściowa, XLR: 1,6 W (maksymalna suma, 75 Ω) (to niebezpiecznie dużo, proszę uważać na słuch)
  • Moc wyjściowa, ¼”: 532 mW (maksymalna suma, 32 Ω)
  • Moc wyjściowa 2,5 mm: 360 mW (maksymalna suma 47 Ω)
  • Moc wyjściowa 3,5 mm: 130 mW (maksymalna suma, 32 Ω)
  • Maksymalny poziom, XLR: 6,1 V rms / +17,9 dBu
  • Maksymalny poziom, ¼”: 3,1 V rms / +12 dBu
  • Maksymalny poziom, 2,5 mm: 2,9 V rms / +11,5 dBu
  • Maksymalny poziom, 3,5 mm: 1,5 V rms / +5,5 dBu
  • Impedancja wyjściowa, XLR: 2,5 Ohm
  • Impedancja wyjściowa, 1/4″: 2 Ohm
  • Impedancja wyjściowa, 2,5 mm: 0,3 oma
  • Impedancja wyjściowa, 3,5 mm: 0,5 oma
  • Obsługiwane słuchawki: 8…600 Ohm, praktycznie każde dostępne słuchawki
  • Przełącznik wzmocnienia: 20 dB (ustaw niski dla IEM)

 

SPECYFIKACJE CYFROWE

  • Rozdzielczość, USB: 24-bitowy, 32-bitowy
  • Częstotliwość próbkowania, USB: 44,1 kHz, 48 kHz, 88,2 kHz, 96 kHz, 176,4 kHz, 192 kHz, 352,8 kHz, 384 kHz + DSD
  • Taktowanie: Dwa niestandardowe zegary zgodne ze specyfikacją milową, precyzja 10 ppm, jitter 1 ps
  • Zgodność: iPhone, iPad, Android, Mac, Linux, PC. Sterownik nie jest wymagany w systemie Windows 10
  • Wejście USB: USB-C, w pełni kompatybilny z USB 3.1
  • Specyfikacja Bluetooth: Zbalansowany dźwięk: APTX, AAC, MP3, SBC

 

OGÓLNE SPECYFIKACJE

  • Liczba wyjść: Łącznie 4 (2 zbalansowane (XLR i 2,5 mm) i 2 niezbalansowane (1/4″ i 3,5 mm)
  • Liczba wzmacniaczy: Łącznie 8 (4 po stronie zimnej, 4 po stronie gorącej)
  • Wzmacniacz słuchawkowy: Niestandardowa, klasa A, technologia AmpExtreme™ z dwubiegunowymi zasilaczami
  • Czas pracy baterii: Wejście Bluetooth: 15 godz., wejście USB: 8 godz. (tryb wytrzymałości włączony, 4 wzmacniacze aktywne)
  • Czas pracy baterii: Wejście Bluetooth: 8 godz., wejście USB: 5 godz. (tryb Stamina wyłączony, 8 wzmacniacze aktywnych)
  • Czas ładowania: ~4,5 godziny przy użyciu ładowarki USB 2,4 A
  • Ładowanie prądem stałym: +5 V z adaptera USB, np. ładowarki iPada. Zalecane 2 A lub więcej
  • Moc analogowa: Izolowane akumulatorowo, analogowe szyny zasilające ±10 V z mikrosekundowym czasem odpowiedzi przejściowej
  • Zasilacze wewnętrzne: Osiem niezależnych, wysokowydajnych zasilaczy impulsowych
  • Miernik poziomu LED: Profesjonalny, rektyfikowany pełnookresowo, precyzyjnie skalibrowany, profesjonalny miernik LED z regulacją jasności
  • Materiał obudowy: Aluminium lotnicze, twardo anodowane dla odporności na zarysowania, czarne
  • Bateria: Li-Polymer z japońską formułą chemiczną dla długotrwałej mocy
  • Wymiary jednostki: 121 mm (4,76″) (L), 70 mm (2,76″) (W), 36 mm (1,42″) (H)
  • Waga jednostkowa: 250 gramów
  • Wymiary pudełka: 161 mm (6,33″) (L), 111 mm (4,37″) (W), 42 mm (1,65″) (H)
  • Waga pudełka: 455 gramów
  • Dołączone akcesoria: Skrócona instrukcja obsługi, aksamitne etui, gumowe nóżki, narzędzie do obsługi przełączników, kabel USB-C do ładowania lub USB audio.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

11 komentarzy w “Recenzja: CEntrance HiFi-M8 V2”

  1. Marek S. pisze:

    Może się powtarzam, ale polecam przetestować również Toppinga G5.
    U mnie gra z kablem Tonalium i ZMF Verite Closed. Od momentu posiadania go, zacząłem zastanawiać się jaki jest sens inwestować tyle pieniędzy w stacjonarkę.

    1. Sławek pisze:

      Czyli słuchawki 10x droższe od wzmacniacza…
      Ciekawy przypadek, ja bym jednak poszukał trochę dalej.

      1. Marek S. pisze:

        Z tego co słyszałem, to nie ja jedyny napędzam Verite tym G5. Oczywiście marzy mi się Cayin n8ii mk2, ale nie spieszy mi się na tyle, że już muszę go mieć

    2. Piotr+Ryka pisze:

      Szczerze mówiąc z tej pary bardziej interesowałyby mnie słuchawki. Ale zapytam RMS, może mają tego Toppinga G5 egzemplarz testowy. Już jednak parę rzeczy czeka w kolejce, czyli to nie będzie tak zaraz.

      1. Marek S. pisze:

        G5 to może nie jest jakiś ósmy cud, ale dobrze sobie radzi z pełnowymiarowymi słuchawkami i kosztuje grosze. Odnośnie słuchawek zauważyłem że brak tu recenzji marki ZMF, jedynie co to mogę polecić posłuchać VC, słuchawki zamknięte grające tak jakby były otwarte. Portfolio wciąż się powiększa o nowe flagowce.
        Także jest kilka interesujących nowości wśród dap-ów, czyli Cayin N7 oraz ibasso d320max ti na 4 kościach Rohm. Jest z czego wybierać, gdyby tak jeszcze można było wszystkiego najpierw posłuchać to byłoby super.

  2. Marcin pisze:

    Panie Piotrze,

    Czy w ramach ciekawości podłączył Pan pod ten wzmacniacz K1000? Jeśli nie, to czy mógłby Pan spróbować, czy też mija się to z celem?

    Pozdrawiam

    1. Piotr+Ryka pisze:

      Myślę, że się mija, bo Susvary już prawie całkiem skończyły jego potencjał, a moje K1000 z wysokopojemnościowym kablem Entreq Olympus potrzebują jeszcze przynajmniej o jedną trzecią więcej, o ile nie dwa razy. Ale nawet spróbować nie można, bo one mają na stałe podpięty kabel zakończony głośnikowymi widełkami, a z niego przejściówki na 4-pin nie mam. (Dałoby się zrobić poprzez jakieś łączące zaciski śrubowe, no ale nie mam.)

  3. Marek S. pisze:

    Po przeczytaniu na spokojnie recenzji, nabrałem ochotę by go posłuchać. Dopiero teraz zauważyłem, że brak jest na pokładzie zbalansowanego 4.4 pentacon. I po co człowiek zamawiał kabel do dapa 😉

    1. Piotr+Ryka pisze:

      No tak, kable to wieczny problem.

  4. Alucard pisze:

    Z nowych zawodników słuchawkowych do przetestowania pojawiły się ZMF Caldera. Oprócz nowych Yamach.

    1. Piotr+Ryka pisze:

      Na razie z nowszych dotarły do mnie tylko w otwartej wersji DCA Stealth.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

© HiFi Philosophy