Recenzja: Campfire Audio Cascade

Odsłuch: Z odtwarzaczem przenośnym

A także eleganckim wyglądzie.

   Słuchać inaczej jak z aparatury przenośnej dosłownie nie wypadało, zatem firmowa referencja redakcji Astell & Kern AK380 w ruch. A że referencja nielicha (choć już z produkcji wycofana), to prawda zaraz na jaw.

Prawda jest, proszę Państwa, taka, że słuchawki są nominalnie z przeznaczeniem do aparatury przenośnej, ale na tyle jakościowe i jednocześnie wymagające (ten beryl?), że nawet ten kosztowny Astell nie umiał wydusić z nich wszystkiego. Jakiego „wszystkiego”, o tym zaraz, a teraz jak to grało na użytek przenośny. Aby to sobie wyobrazić, trzeba się uciec do porównania – do porównania z domowym kinem. Wyobraźcie sobie, że trafiliście na takie, bo macie swoje albo jest u kolegi, a wówczas najsilniejsze wrażenia to efekty przestrzenne i oczywiście mocny bas. Tak właśnie brzmią Cascade; podkreślmy, na dobrym poziomie. Żaden aspekt brzmieniowy nie stanowi kłopotu: żadnej uszczypliwości sopranowej, przymglenia, złej artykulacji, wyobcowania, chłodu. Temperatura dokładnie neutralna, niczym na dzień dobry w hotelu; soprany nie przycięte i wystarczająco, a nawet bardziej, sferyczne; czystość medium też bez zarzutu. Tyle że to czyste medium wypełnia sferę pogłosową, wyraźnie rozbudowującą przestrzeń. Czuć momentalnie jak trafiamy do domowego kina, jak chce się wywrzeć na nas wrażenie. Ściany się rozsuwają, przestrzeń przed nami tuneluje. Znika normalne pomieszczenie, trafiamy na większy obszar. Szerszy, wyższy i zwłaszcza głębszy – dźwięki się niosą hen, daleko.

Ale to musi mieć cenę, tracimy bliskość wykonawców. Są realni i z czystymi głosami, ale przeniesieni do sal koncertowych nawet wówczas, gdy słuchamy muzyki klubowej czy kameralnej. To nie jest naturalne, ale by jeszcze nie szkodziło, tyle że wraz z tym przeniesieniem zanika dokładność opisu. Z daleka widać ich gorzej, co gorsza, gorzej też słychać, bowiem zanikają cechy słyszane gdy jest do nich blisko – i nie tylko same detale, także swoistość głosów. Dźwięk nieco się uogólnia, znikają pewne cenne składniki. Między innymi zmniejsza się też czucie przestrzeni w wymiarze pełnej jej żywości. Nie ma pyłków, iskierek, także mniejszych wibracji. W miejsce tego jest mocno powiększona echami przestrzeń i duża siła impaktu.

 

 

 

 

Ale nim o impakcie basowym, najpierw o zwykłym brzmieniu. Nie ma wprawdzie drobnych detali i nie poczujesz na sobie oddechu, niemniej głosy są nasycone, wybrzmiewają mocno i z melodyką, a także dobrze są wyważone na skali basy-sopran. Nie podbarwione z żadnej strony dają wysoką satysfakcję i naturalizm bycia. Ładnie obrysowane i dobrze wypełnione, odpowiednio też giętkie i odpowiednio muzyczne. Nie żadne w tym względzie szały, ale ogólnie w porządku i jeśli ktoś lubi klimat kinowego dźwięku, to do słuchania jak najbardziej. Szczególnie że ten wzmiankowany bas jest potężny, ale nie przerośnięty. Nie żaden durny przerost, tylko należne uczestnictwo. Z miąższością, dobrą rozdzielczością i odpowiednim sznytem. Od razu słychać, że to bas bardzo dobry – mocny i wyrazisty, bez zlania i przewałki. Huknąć potrafi pierwszorzędnie nie pchając się przed szereg; jedynie gdy go wywoła nagranie się zjawia i wówczas się popisuje. I to jest bardzo dobre, tego chętnie się słucha. Tym razem w oprawie akustycznej na podobieństwo kina domowego, ale sam bas nie jest na szczęście echowy, dudniący ani przerośnięty. Przykłada jedynie swą ciężką rękę do ogólnego spektaklu i nie mam co do tego pewności, ale wydaje mi się, że ALO Audio chciało tymi Cascade popisać się głównie przed młodymi ludźmi, którzy do efektów kinowych w kinach i grach komputerowych są przyzwyczajeni. Coś zatem odmiennego niż dawne Grado SR60 czy stricte audiofilsko-melomańskie Ultrasone Signature PRO.

I z adaptacją akustyczną.

To granie idące w stronę popisywania się przez Beyerdynamic DT990 i dochodzące dużo dalej, tak w okolice oBravo HAMT-1, czyli do głośnikowego a nie słuchawkowego brzmienia. Nie intymnego i bliskiego, tylko powiększonego i na zewnątrz. Więcej, włożonego w echową przestrzeń, która wszystko powiększa, ale też nieco wyobcowuje. Tutaj na szczęście w stopniu umiarkowanym, dzięki temu dobremu wyważeniu i nasyceniu głosów. Także dzięki neutralnej temperaturze, która nigdy nie osuwa się w chłód. Czujemy więc lekką dziwność wchodzenia w inną przestrzeń, ale nie odczuwamy wobec niej obcości. Wyjeżdżamy z tym campfire′owym mobilnym słuchaniem poza gorącą bliskość, wyjeżdżamy nawet daleko, ale nie trafiamy do żadnego chłodnego lochu czy w inne przykre miejsce. Staje się osobliwie, ciekawie, inaczej. Dźwięk zostaje ewidentnie „zrobiony”, ale nie ma w tym dużej przesady, a jest ciekawy efekt. I łatwo sobie wyobrażam, że wielu się to spodoba.

 

Przy komputerze

Łatwo też sobie wyobrazić, że po powrocie do domu nasz słuchawkowy wędrowiec dosiędzie się do komputera, bo co innego miałby robić? Na inne szkoda czasu… I wówczas słuchawki w słuchawkowy wzmacniacz podpięty do przetwornika albo karty dźwiękowej. Sam też to wypróbowałem i wtedy się okazało, że te pogłosowe wyolbrzymienia kosztem pewnych uproszczeń na pierwszym planie i w materii przestrzennej tutaj miejsca nie mają. Nie, żeby stały się te Cascade jakieś szczególnie podniecające. Chociaż… Trzeba im przyznać, że grały z klasą, niespecjalnie ustępując Sennheiser HD 800, czy Fostex TH900. Dużo i dobrze się działo; zagrało bliżej, cieplej, powłóczyście. Nie całkiem blisko, nie na wyciągnięcie ręki, ale tak na dwa metry, góra trzy. Nie tak też jak HD 800 z Tonalium swoiście – nie z takim indywidualizmem głosów – ale i nie całkiem bez indywidualizmu, z dawką własnego smaku. (Z dumperem nr 2 jeszcze wyższą, gdyby ktoś akurat o to szczególnie zabiegał.) Także z ewidentną nas tym wszystkim muzykalnością, to znaczy gładko, elastycznie i z długim podtrzymywaniem brzmień.

Przede wszystkim do zadań mobilnych.

By jednak nie było całkiem bez wad, z nieznacznym przymgleniem dźwięku, wynikającym z jego kotłowania w komorach. Najwyraźniej te wspomniane trzy lata nie starczyły na zaadaptowanie ich w taki sposób, by zjawisko to całkiem usunąć; przyznać jednak należy, że z odtwarzaczem przenośnym, z którym sygnał nie miał tej mocy i inną impedancję, zjawisko nie występowało. Szkoda jedynie, że jak to mawiali dawniej: albo rybka, albo pipka. (Albo na ryby, albo z dziewczyną – i wyjcie feministki.) Albo ze stacjonarnym wzmacniaczem cieplej i bliżej, ale nie całkiem przejrzyście, albo z odtwarzaczem przenośnym czysto i transparentnie, ale z dystansem, echowo i chłodniej. Niemniej w każdym wypadku gęsto, z nastrojem, dźwięcznie i nie bez brzmieniowej poezji. Raczej więc pod początkującego albo mało zapalczywego audiofila, niż zapalczywego i wytrawnego, któremu rozpoznanie wad nie nastręczy trudności i będą mu przeszkadzać. Za mało bowiem mają te Cascade przy stacjonarnym wzmacniaczu swobody oddychania i dystansu pomiędzy dźwiękami, a przy przenośnym bezpośredniości i naturalnego ciepła. Więc nie zawalczą z Sennheiser Momentum, Meze 99 Classic, OPPO PM-3, ani tym bardziej z Fostex TH610. A ściślej rzecz obrazując: udanie zawalczą wyglądem, wygodą i trwałością, ale nie klasą brzmienia.   

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

6 komentarzy w “Recenzja: Campfire Audio Cascade

  1. mykupyku pisze:

    Warto może skorygować szereg błędów merytorycznych. Cascade nie były pierwsze, CA nie rzuciło na rynek wszystkich słuchawek w 2018. Od 2015 r. wypuściło kilkanaście modeli, niektórych już nie produkuje, obecnie w ofercie ma więcej niż sześć, a Equinox nie jest najdroższy, bo tyle samo kosztuje Solaris – i te są obecnie nowym flagowcem.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Zawsze słuchawki customowe są flagowe, bo są lepsze. Historia firmy Campfire, a ściślej jej usystematyzowanie, należy do nich samych. Jeżeli tego porządnie nie robią, to ja za nich nie będę. A sedno i tak leży w jakości brzmieniowej, której odnośnie słuchawek wokółusznych jak na razie nie osiągnęli.

      1. mykupyku pisze:

        Equinox to customowa wersja Atlasów, a Solaris to nowe flagowce – flagowe, bo według Kena Balla najlepsze słuchawki jakie kiedykolwiek zrobił. co do historii CA też się Pan myli – wystarczy zerknąć tylko na ich stronę: We launched the Jupiter, Orion and Lyra in the late Summer of 2015. In the Spring of 2016, we introduced the Nova and Andromeda. The Fall of 2016 we introduced our liquid alloy metal line; Lyra II, Dorado, and Vega. In August 2017 we introduced Polaris. In February 2018 we introduced our first headphone, Cascade. April 2018 we announced Comet and Atlas. Andromeda S was announced in August and will be shipping this fall.

        1. Piotr Ryka pisze:

          No i bardzo dobrze. Wszystko mamy już wyjaśnione i teraz wystarczy, żeby zrobili dobre wokółuszne słuchawki. A tak w sumie, to skoro od tylu lat robią i Cascade robili przez trzy, to efekt już powinien być świetny. Najwyraźniej coś poszło nie tak, choć może dokanałówki są w porządku. Namawiano mnie kilkakrotnie na ich recenzję, ale w tego typu słuchawkach niespecjalnie gustuję, a ściślej nie lubią być zatykane moje uszy.

          1. mykupyku pisze:

            fakt – aplikacja słuchawek dokanałowych sprawia problemy i do tego dużo trudniej wydobyć z nich „duży” dźwięk. z drugiej strony duży sprzęt nie sprawdzi się w mobilnych zastosowaniach, a stara zasada, że najlepiej gra to co akurat mamy przy sobie sprawdza się i tutaj. ten segment ciekawie się rozwija i pojawią się świetnie grające słuchawki w coraz lepszych cenach. moje ulubione CA to Andromedy, a w grudniu pojawią się Solaris, które ponoć są lepsze – i jak już sprawdzać coś ze stajni CA to Solaris. bo Cascade są solidne, ale przeciętne na tle konkurencji – już podobnie wycenione Elear, Aeon, Sonorus czy tańsze NightHawki/Owle są ciekawsze. bo porównania do flagowców byłyby niesprawiedliwe.

          2. Piotr Ryka pisze:

            Słuchawki dokanałowe potrafią zagrać fantastycznie. Szczególnie zapadła mi w pamięć sesja z Westone 4. Zjawiskowo wręcz grały, chociaż ze sprzętem o całkiem innym niż dla nich przeznaczeniu. I zawsze trzeba uważać, bo nie dość głęboko wciśnięte dokanałówki grają beznadziejnie i miałem do czynienia z sytuacjami, że właściciel chciał je odsyłać, a po prośbie o mocniejsze wciśnięcie ta chęć zupełnie mijała.

            Po AVS pewnie przetestuję któreś dokanałowe Campfire, choć zaraz po raczej inne będę miał priorytety. Ale jak dobrze grają, to warto wziąć je na warsztat, tak choćby tytułem odreagowania Cascade.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy