Recenzja: Campfire Audio Cascade

   Kawałeczek luksusu za znośne pieniądze – tak można je zaanonsować. Je, czyli słuchawki od naszego starego znajomego, amerykańskiego ALO Audio. Dlaczego ALO nie rozpoczęło produkcji słuchawek pod własną marką, tylko wyłoniło Campfire, tego nie wiem, wiem natomiast, że to ci sami ludzie – Ken Ball, Thomas Martens i Vinnie Rossi. Trzej inżynierowie z Portland, pomiędzy Sacramento a Seattle, co w pacyficznej bryzie rzeźbią audiofilskie różności. Pierwszy zwłaszcza zapragną ponoć słuchawek i zabrał się za nie z takim samym zapałem, z jakim wcześniej, na samym początku ALO, stworzył cenione okablowanie, a potem popularne przenośne wzmacniacze i całą szeroko znaną resztę. Ma więc obecnie ALO Audio pełny kosz słuchawkowych różności; nie tylko słuchawkowe wzmacniacze, kable i przetworniki, ale nareszcie też same słuchawki. W dodatku jedne i drugie – nauszne i dokanałowe. Wszystkie rzucone na rynek w obecnym 2018, poczynając od miesiąca luty i tytułowych Cascade.

Cascade nie tylko były pierwsze, ale wciąż są jedyne spośród „normalnych”, wokółusznych. Sześć pozostałych modeli (Solaris, Atlas, Andromeda, Orion, Comet oraz najdroższy, jedyny customowy Equinox) to słuchawki dokanałowe. Szeroko rozrzucone cenowo, od półtora tysiąca do niecałych dwustu dolarów, co stawia jedyne wokółuszne Cascade z ich ceną $799 dokładnie pośrodku stawki. Więc cenę mają ze środeczka, natomiast resztę poza grupą. Jako jedyne są „na” a nie „w” i nie tylko ceny; nazwy też nie mają kosmicznej, a bardziej przyrodniczą i ziemską – kaskada. (Choć w sumie i je dałoby się nazwowo wystrzelić w kosmos, są wszak kaskady meteorytów.)

Starczy tych zabaw ze słowami, wracajmy na mądrości łono. A mądrość audiofilska prowadzi nas ku temu, że słuchawki się zapowiadają ciekawie; od ciekawego są producenta i z ciekawymi szczegółami, o których czas opowiedzieć.

Budowa

Pudełko od USA Made „French Paper Company”.

   Zacząłem od słowa „luksus”, już jako drugie się zjawiło, i bynajmniej nieprzypadkowo. Cascade nie kosztują dużo, w dobie cenowych szaleństw ich cena 3500 PLN na nikim nie zrobi wrażenia, natomiast opis techniczny zrobić już może, i to z paru powodów. Przede wszystkim dlatego, że diafragma jest powleczona berylem, a beryl to właśnie jedna z rzeczy wiodących do luksusu. Metal rzadki i bardzo drogi, od strony własności fizycznych i użytkowych lekki, toksyczny i w stanie czystym kruchy, ale niesamowicie sztywny i twardy. A kiedy spiec go w cienki płatek, to bardzo elastyczny i całkiem nieszkodliwy. (Toksyczny jest tylko pył.)

Taki spiek to więc coś fantastycznego na diafragmę – nie będzie żadnych zniekształceń i wielka szybkość reakcji. Jedynie cena niemożebna – beryl jest dużo droższy od złota. Tak więc poważna bariera, przez którą w głównej mierze jedyne dotąd słuchawki z diafragmą czysto berylową – sławne Focal Utopia – kosztują 18 tys. PLN. Aż pięć razy drożej od Cascade, te bowiem się wyspryciły. Membranę też mają berylową, ale z berylu jako powłoki naniesionej na mylar (producent się nie chwali, ale to pewnie on), naniesionej w procesie PVD.

To PVD to Physical Vapour Deposition, proces polegający na osadzaniu cienkich powłok poprzez wytrącanie ich z gazu. Tego rodzaju nanoszenie można wymusić w różny sposób: poprzez łuk elektryczny, laserem impulsowym, naparowaniem temperaturowym, przez ciśnieniowe napylenie, także przez jonizację lub wiązką przepuszczanych przez gaz elektronów – jest na to parę chwytów. Którego tu użyto, tego też nie zdradzają, ale pewnie chodzi o napylenie w komorze z obrotowym stolikiem. Dość, że dysponują Cascade diafragmą z pokryciem berylowym, a więc nie byle czym. Przy okazji dorzucę, że to oraz kształt muszli plus budowa pałąka wydają się sugerować jakąś kooperację z bawarskim Ultrasone, chociaż to tylko domysł. Ci także stosują PVD, napylając nawet w ten sposób zewnętrzne pokrywy muszel, a membrany swoich najlepszych słuchawek sporządzają z mylaru traktowanego tytanem z uzupełnieniem złotą folią. W dodatku kształt wielu od nich słuchawek jest podobny i w ten sam sposób funkcjonują pałąki, tak więc coś dużo tych podobieństw.

I ładne etui na podróż.

Porzućmy jednak temat, to w sumie nie takie ważne. W niedużym, zgrabnym pudełku z naklejką imitującą teksturą marmur dostajemy także nieduże, a mimo to wokółuszne słuchawki, o których producent zapewnia, że dźwięk dadzą znakomity, a na dodatek tak dla otoczenia będą ciche, że nawet szef widząc nas z nimi na głowie nie będzie miał pretensji. Szefa nie mam, więc z doświadczenia nic nie powiem, wszelako jako szef bym wolał, żeby pracownik mnie słyszał. (Ale pleść można co się chce.) Pomijając ten niefortunny przykład odnotować należy, że słuchawki faktycznie proponują użytkownikom dobrą izolację we/wy, co ma niewątpliwie zalety, i niewątpliwie też są ładne na miarę nawet luksusu, jak również wygodne i trwałe.

Wytwórca informuje, że trzy lata nad nimi siedział i są tego rezultaty. Berylowe diafragmy napędzane cewkami o magnesach neodymowych, specjalnie ukształtowane komory akustyczne i w wysokim gatunku kabel – łącznie gwarantujące jakość brzmieniową na co najmniej adekwatnym do ceny poziomie, przy czym dźwięk można dodatkowo kształtować dzięki znajdującym się w słuchawkowym secie czterem zestawom ustroi akustycznych. Zdejmujemy (z dziecinną łatwością) mocowane za pośrednictwem tylko magnesów pady i w specjalnych kieszonkach po stronie wewnętrznej umieszczamy jeden z czterech kompletów. Dźwięk zmienia się wówczas niewątpliwie, ale do mego gustu te adaptacje nie przypadły. Przypadły za to same pady, które są z mięciuteńkiej skórki i dobrze otulają, choć ich niewielki rozmiar powoduje konieczność poprawek przy nakładaniu. Te pady są nie tylko mięciutkie, ale także z profilem uwzględniającym kątowe ustawienie ucha, w efekcie czego przetwornik lądują równolegle do małżowin, dokładnie naprzeciw kanału słuchowego. (Tego nie trzeba było wymyślać, albowiem stary to wynalazek.)

A w środku ALO Audio Cascade.

Stronę komfortu uzupełnia wąski lecz grubo wyścielony pałąk, plus obrotowość i podługowatość muszli. Te całe są z aluminium anodyzowanego na czarno z dodatkiem małego logo w dolnym rogu i oczywiście wobec budowy zamkniętej nie mają żadnych otworów. Trzeba też odnotować, że mocowane magnesami pady osiadają z idealną precyzją i słychać potwierdzający to stuk, gdy na swoje miejsce trafiają. Wyjątkowo starannie opracowano też podpinanie kabla, realizowane po stronie słuchawek przez stanowiące integralną część wierzchniej osłony muszli przyłączeniowe ryjki, a po stronie samego kabla profesjonalne wtyki, wskakujące na swoje miejsce także z potwierdzającym stuknięciem. Sam kabel to też nie byle co – ma izolację klasy medycznej i z wierzchu popielaty oplot, przez który widać jego mocno skręconą strukturę. Jest lekki, nie hałasuje w kontakcie z ubraniem i całkowicie elastyczny. Ma 1,2 metra długości, więc rozmiar charakterystyczny dla słuchawek przenośnych, i adekwatnie do tego kończy go mały jack. Jako licowy skręcony został z cienkich drucików, w tym przypadku z gatunkowej srebrzonej miedzi – a ALO Audio, znany producent okablowania, oferuje szeroki wybór droższych zastępstw w różnych długościach i gatunkach oraz z różnymi końcówkami, także symetrycznymi. Na użyteczny dodatek słuchawki można złożyć i mają etui podróżne, dodajmy bardzo porządne.

W sumie jest zatem luksusowo przy relatywnie niewysokiej cenie, jak również ogólnie w porządku, zwłaszcza że nieodzowna w przypadku modeli wszędzie nam towarzyszących łatwość napędzania. Stosownie do wędrownego głównie przeznaczenia impedancja jest niska, zaś skuteczność wysoka. Pierwsza opiewa na 38 Ω, druga na 100 dB. Pasmo przenoszenia do tego spore, obejmujące zakres 5 Hz–33 kHz, i spory także ciężar – 383 g, jako następstwo bycia konstrukcją całościowo z metalu.

O wyjątkowo twardych muszlach i wyjątkowo miękkich padach.

Odwdzięcza się to trwałością i eleganckim wyglądem; słuchawki mają rasową powierzchowność i są niewrażliwe na trudy życia. Nie trzeba z nimi się cackać; nie porysują się, nie złamią. Na drogę w sztywne etui (o ile nie na głowie), kabel mocny i w niezłym gatunku, pokrywy muszel twardsze od orzechów, a pady z naturalnej skórki, bardzo miłej w kontakcie i też trwałej. Zadajemy więc szyku – od razu widać, nie masówka. Producent znany, choć nie ze słuchawek dotąd, więc jednocześnie prestiż i ciekawość.

Oglądanie mamy za sobą, pora na odsłuchową próbę.

Odsłuch: Z odtwarzaczem przenośnym

A także eleganckim wyglądzie.

   Słuchać inaczej jak z aparatury przenośnej dosłownie nie wypadało, zatem firmowa referencja redakcji Astell & Kern AK380 w ruch. A że referencja nielicha (choć już z produkcji wycofana), to prawda zaraz na jaw.

Prawda jest, proszę Państwa, taka, że słuchawki są nominalnie z przeznaczeniem do aparatury przenośnej, ale na tyle jakościowe i jednocześnie wymagające (ten beryl?), że nawet ten kosztowny Astell nie umiał wydusić z nich wszystkiego. Jakiego „wszystkiego”, o tym zaraz, a teraz jak to grało na użytek przenośny. Aby to sobie wyobrazić, trzeba się uciec do porównania – do porównania z domowym kinem. Wyobraźcie sobie, że trafiliście na takie, bo macie swoje albo jest u kolegi, a wówczas najsilniejsze wrażenia to efekty przestrzenne i oczywiście mocny bas. Tak właśnie brzmią Cascade; podkreślmy, na dobrym poziomie. Żaden aspekt brzmieniowy nie stanowi kłopotu: żadnej uszczypliwości sopranowej, przymglenia, złej artykulacji, wyobcowania, chłodu. Temperatura dokładnie neutralna, niczym na dzień dobry w hotelu; soprany nie przycięte i wystarczająco, a nawet bardziej, sferyczne; czystość medium też bez zarzutu. Tyle że to czyste medium wypełnia sferę pogłosową, wyraźnie rozbudowującą przestrzeń. Czuć momentalnie jak trafiamy do domowego kina, jak chce się wywrzeć na nas wrażenie. Ściany się rozsuwają, przestrzeń przed nami tuneluje. Znika normalne pomieszczenie, trafiamy na większy obszar. Szerszy, wyższy i zwłaszcza głębszy – dźwięki się niosą hen, daleko.

Ale to musi mieć cenę, tracimy bliskość wykonawców. Są realni i z czystymi głosami, ale przeniesieni do sal koncertowych nawet wówczas, gdy słuchamy muzyki klubowej czy kameralnej. To nie jest naturalne, ale by jeszcze nie szkodziło, tyle że wraz z tym przeniesieniem zanika dokładność opisu. Z daleka widać ich gorzej, co gorsza, gorzej też słychać, bowiem zanikają cechy słyszane gdy jest do nich blisko – i nie tylko same detale, także swoistość głosów. Dźwięk nieco się uogólnia, znikają pewne cenne składniki. Między innymi zmniejsza się też czucie przestrzeni w wymiarze pełnej jej żywości. Nie ma pyłków, iskierek, także mniejszych wibracji. W miejsce tego jest mocno powiększona echami przestrzeń i duża siła impaktu.

 

 

 

 

Ale nim o impakcie basowym, najpierw o zwykłym brzmieniu. Nie ma wprawdzie drobnych detali i nie poczujesz na sobie oddechu, niemniej głosy są nasycone, wybrzmiewają mocno i z melodyką, a także dobrze są wyważone na skali basy-sopran. Nie podbarwione z żadnej strony dają wysoką satysfakcję i naturalizm bycia. Ładnie obrysowane i dobrze wypełnione, odpowiednio też giętkie i odpowiednio muzyczne. Nie żadne w tym względzie szały, ale ogólnie w porządku i jeśli ktoś lubi klimat kinowego dźwięku, to do słuchania jak najbardziej. Szczególnie że ten wzmiankowany bas jest potężny, ale nie przerośnięty. Nie żaden durny przerost, tylko należne uczestnictwo. Z miąższością, dobrą rozdzielczością i odpowiednim sznytem. Od razu słychać, że to bas bardzo dobry – mocny i wyrazisty, bez zlania i przewałki. Huknąć potrafi pierwszorzędnie nie pchając się przed szereg; jedynie gdy go wywoła nagranie się zjawia i wówczas się popisuje. I to jest bardzo dobre, tego chętnie się słucha. Tym razem w oprawie akustycznej na podobieństwo kina domowego, ale sam bas nie jest na szczęście echowy, dudniący ani przerośnięty. Przykłada jedynie swą ciężką rękę do ogólnego spektaklu i nie mam co do tego pewności, ale wydaje mi się, że ALO Audio chciało tymi Cascade popisać się głównie przed młodymi ludźmi, którzy do efektów kinowych w kinach i grach komputerowych są przyzwyczajeni. Coś zatem odmiennego niż dawne Grado SR60 czy stricte audiofilsko-melomańskie Ultrasone Signature PRO.

I z adaptacją akustyczną.

To granie idące w stronę popisywania się przez Beyerdynamic DT990 i dochodzące dużo dalej, tak w okolice oBravo HAMT-1, czyli do głośnikowego a nie słuchawkowego brzmienia. Nie intymnego i bliskiego, tylko powiększonego i na zewnątrz. Więcej, włożonego w echową przestrzeń, która wszystko powiększa, ale też nieco wyobcowuje. Tutaj na szczęście w stopniu umiarkowanym, dzięki temu dobremu wyważeniu i nasyceniu głosów. Także dzięki neutralnej temperaturze, która nigdy nie osuwa się w chłód. Czujemy więc lekką dziwność wchodzenia w inną przestrzeń, ale nie odczuwamy wobec niej obcości. Wyjeżdżamy z tym campfire′owym mobilnym słuchaniem poza gorącą bliskość, wyjeżdżamy nawet daleko, ale nie trafiamy do żadnego chłodnego lochu czy w inne przykre miejsce. Staje się osobliwie, ciekawie, inaczej. Dźwięk zostaje ewidentnie „zrobiony”, ale nie ma w tym dużej przesady, a jest ciekawy efekt. I łatwo sobie wyobrażam, że wielu się to spodoba.

 

Przy komputerze

Łatwo też sobie wyobrazić, że po powrocie do domu nasz słuchawkowy wędrowiec dosiędzie się do komputera, bo co innego miałby robić? Na inne szkoda czasu… I wówczas słuchawki w słuchawkowy wzmacniacz podpięty do przetwornika albo karty dźwiękowej. Sam też to wypróbowałem i wtedy się okazało, że te pogłosowe wyolbrzymienia kosztem pewnych uproszczeń na pierwszym planie i w materii przestrzennej tutaj miejsca nie mają. Nie, żeby stały się te Cascade jakieś szczególnie podniecające. Chociaż… Trzeba im przyznać, że grały z klasą, niespecjalnie ustępując Sennheiser HD 800, czy Fostex TH900. Dużo i dobrze się działo; zagrało bliżej, cieplej, powłóczyście. Nie całkiem blisko, nie na wyciągnięcie ręki, ale tak na dwa metry, góra trzy. Nie tak też jak HD 800 z Tonalium swoiście – nie z takim indywidualizmem głosów – ale i nie całkiem bez indywidualizmu, z dawką własnego smaku. (Z dumperem nr 2 jeszcze wyższą, gdyby ktoś akurat o to szczególnie zabiegał.) Także z ewidentną nas tym wszystkim muzykalnością, to znaczy gładko, elastycznie i z długim podtrzymywaniem brzmień.

Przede wszystkim do zadań mobilnych.

By jednak nie było całkiem bez wad, z nieznacznym przymgleniem dźwięku, wynikającym z jego kotłowania w komorach. Najwyraźniej te wspomniane trzy lata nie starczyły na zaadaptowanie ich w taki sposób, by zjawisko to całkiem usunąć; przyznać jednak należy, że z odtwarzaczem przenośnym, z którym sygnał nie miał tej mocy i inną impedancję, zjawisko nie występowało. Szkoda jedynie, że jak to mawiali dawniej: albo rybka, albo pipka. (Albo na ryby, albo z dziewczyną – i wyjcie feministki.) Albo ze stacjonarnym wzmacniaczem cieplej i bliżej, ale nie całkiem przejrzyście, albo z odtwarzaczem przenośnym czysto i transparentnie, ale z dystansem, echowo i chłodniej. Niemniej w każdym wypadku gęsto, z nastrojem, dźwięcznie i nie bez brzmieniowej poezji. Raczej więc pod początkującego albo mało zapalczywego audiofila, niż zapalczywego i wytrawnego, któremu rozpoznanie wad nie nastręczy trudności i będą mu przeszkadzać. Za mało bowiem mają te Cascade przy stacjonarnym wzmacniaczu swobody oddychania i dystansu pomiędzy dźwiękami, a przy przenośnym bezpośredniości i naturalnego ciepła. Więc nie zawalczą z Sennheiser Momentum, Meze 99 Classic, OPPO PM-3, ani tym bardziej z Fostex TH610. A ściślej rzecz obrazując: udanie zawalczą wyglądem, wygodą i trwałością, ale nie klasą brzmienia.   

Podsumowując

   Start w słuchawkową produkcję udał się ALO Audio średnio. Zaproponowało konstrukcję wokółuszną do sprzętu przenośnego mającą szereg zalet, ale więcej po stronie wizualno-użytkowej niż brzmieniowej. A i w tej mierze nie wszystko idealne, bo słuchawek nie da się tak po prostu odłożyć miękko na bok; przodem czy tyłem bić będą metalem o podłoże, natomiast po wypłaszczeniu muszli (da się) wtyki kabli nałożą się i skrzyżują, więc też nie będzie bezkolizyjnie. Niemniej wyglądają bardzo rasowo, wygodnie są w noszeniu i wszystkie surowce, włącznie z kablem, mają w dobrym gatunku, przy czym ten ich niezły kabel za paręset dolarów dopłaty może być jeszcze dużo  lepszy – w końcu ALO to znany producent kabli. Jednocześnie brzmieniowo nie są złe, nie ma najczęstszych wad. Brak rozjaśnień; przeciwnie, jest klimatyczne przyciemnienie, dźwięk gęsty i ze światłocieniem. Nie ma też przykrych sopranowych pików ani basowych przesterów, jednakże jest to generalnie domowe kino, czyli nie do końca po audiofilsku. Przyzwyczajonym do atmosfery gier komputerowych i filmowych seansów będzie to pewnie w smak, ale meloman może się skrzywić. I nie do końca poprawi mu humor przejście z odtwarzacza przenośnego na tor stacjonarny, bo wówczas zrobi się wprawdzie cieplej i bardziej bezpośrednio, ale zawiśnie mgiełka krzyżujących się dźwięków, którym małe, zamknięte muszle nie pozwalają naturalnie się rozejść. Nie zniszczy to wprawdzie muzykalności, która i w konwencji przenośnej, i w stacjonarnej jest dobra, ale będzie jednak przeszkadzać, zwłaszcza takim jak ja purystom. Wszystko to razem nie byłoby powodem do zmartwień, ale słuchawki są z ambicjami, kosztują też niemało, a konkurencja może spać spokojnie, za skromniejsze pieniądze oferując wprawdzie nie tak szykowną powierzchowność i brak membran z berylu, ale za to udańsze brzmienie.

 

W punktach:

Zalety

  • Dość (chociaż nie skrajnie) łatwe do napędzania.
  • Dźwięk o spektakularnych zakusach.
  • I zawsze muzykalny.
  • Także bez makroskopowych wad.
  • Bo z wysoko idącymi i przestrzennymi sopranami, a bez najmniejszej uszczypliwości.
  • Także z mocnym ale niczego nie podbarwiającym i nie zniekształconym basem.
  • W obu wypadkach zatem pozytyw.
  • Również ze strony dobrego wypełnienia i nasycenia barw.
  • W przypadku dobrych odtwarzaczy przenośnych całkowita przejrzystość.
  • Wyważone tonalnie wokale i wszystkie wraz z nimi dźwięki.
  • Na przyzwoitym poziomie szczegółowość.
  • Spektakularnie powiększana przestrzeń na echowym podłożu.
  • Dobra szybkość i długie podtrzymanie.
  • Dobra też dźwięczność.
  • Przyzwoita, chociaż daleka od bycia popisową stereofonia.
  • Co najmniej neutralna temperatura, a więc nigdy żadnego chłodu.
  • Z aparaturą stacjonarną poczucie ciepła i umiarkowanej ale jednak bliskości.
  • Wygodne.
  • Elegancko się prezentujące.
  • Wysokogatunkowe surowce.
  • Porządny, odpinany kabel.
  • Można złożyć.
  • Porządne też etui podróżne i porządne opakowanie.
  • Cztery ustroje akustyczne dla ciekawych ich skutków.
  • Można dokupić lepsze kable, w tym także symetryczne.
  • Znany, choć nie ze słuchawek, producent.
  • Made in USA.
  • Polski dystrybutor.

Wady i zastrzeżenia

  • Problematyczny stosunek jakości do ceny.
  • Ze stacjonarnym wzmacniaczem z większą mocą kreowane dźwięki wzajemnie się zakłócają, tworząc nieznaczny ale słyszalny woal.
  • Lekki niedostatek brzmieniowej soli.

Dane techniczne Campfire Audio Cascade:

  • Słuchawki dynamiczne o budowie wokółusznej, zamknięte.
  • Aluminiowe muszle i składany stalowy pałąk.
  • Diafragma: φ 42 mm beryllium PVD.
  • Pasmo przenoszenia: 5 Hz – 33 kHz.
  • Czułość: 100 dB.
  • Impedancja: 38 Ω.
  • Waga: 383 g.
  • Pady z naturalnej jagnięcej skóry mocowane magnesami.
  • Kabel odpinany, przewody typu Litz ze srebrzonej miedzi, wtyk mały jack.
  • Łączenie kabla ‘Push-Pull’.
  • Opakowanie od „French Paper Company”
  • W komplecie sztywne etui podróżne i zestaw adapterów akustycznych.
  • Cena: 3500 PLN

System:

  • Źródła: Astel & Kern AK380, PC.
  • Przetwornik: Ayon Sigma.
  • Wzmacniacz słuchawkowy: Ayon HA-3.
  • Słuchawki: AudioQuest NightHawk, Campfire Audio Cascade, Fostex TH610 & TH900 Mk2, Sennheiser HD 800.
  • Interkonekty: Sulek Audio, Tonalium RCA.
  • iFi iOne z iUSB3.0 i kablami USB Gemini oraz koaksjalnym Tellurium Q Black Diamond.
  • Kable zasilające: Illuminati Power Reference One, Sulek Power.
  • Listwa: Sulek Audio.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

6 komentarzy w “Recenzja: Campfire Audio Cascade

  1. mykupyku pisze:

    Warto może skorygować szereg błędów merytorycznych. Cascade nie były pierwsze, CA nie rzuciło na rynek wszystkich słuchawek w 2018. Od 2015 r. wypuściło kilkanaście modeli, niektórych już nie produkuje, obecnie w ofercie ma więcej niż sześć, a Equinox nie jest najdroższy, bo tyle samo kosztuje Solaris – i te są obecnie nowym flagowcem.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Zawsze słuchawki customowe są flagowe, bo są lepsze. Historia firmy Campfire, a ściślej jej usystematyzowanie, należy do nich samych. Jeżeli tego porządnie nie robią, to ja za nich nie będę. A sedno i tak leży w jakości brzmieniowej, której odnośnie słuchawek wokółusznych jak na razie nie osiągnęli.

      1. mykupyku pisze:

        Equinox to customowa wersja Atlasów, a Solaris to nowe flagowce – flagowe, bo według Kena Balla najlepsze słuchawki jakie kiedykolwiek zrobił. co do historii CA też się Pan myli – wystarczy zerknąć tylko na ich stronę: We launched the Jupiter, Orion and Lyra in the late Summer of 2015. In the Spring of 2016, we introduced the Nova and Andromeda. The Fall of 2016 we introduced our liquid alloy metal line; Lyra II, Dorado, and Vega. In August 2017 we introduced Polaris. In February 2018 we introduced our first headphone, Cascade. April 2018 we announced Comet and Atlas. Andromeda S was announced in August and will be shipping this fall.

        1. Piotr Ryka pisze:

          No i bardzo dobrze. Wszystko mamy już wyjaśnione i teraz wystarczy, żeby zrobili dobre wokółuszne słuchawki. A tak w sumie, to skoro od tylu lat robią i Cascade robili przez trzy, to efekt już powinien być świetny. Najwyraźniej coś poszło nie tak, choć może dokanałówki są w porządku. Namawiano mnie kilkakrotnie na ich recenzję, ale w tego typu słuchawkach niespecjalnie gustuję, a ściślej nie lubią być zatykane moje uszy.

          1. mykupyku pisze:

            fakt – aplikacja słuchawek dokanałowych sprawia problemy i do tego dużo trudniej wydobyć z nich „duży” dźwięk. z drugiej strony duży sprzęt nie sprawdzi się w mobilnych zastosowaniach, a stara zasada, że najlepiej gra to co akurat mamy przy sobie sprawdza się i tutaj. ten segment ciekawie się rozwija i pojawią się świetnie grające słuchawki w coraz lepszych cenach. moje ulubione CA to Andromedy, a w grudniu pojawią się Solaris, które ponoć są lepsze – i jak już sprawdzać coś ze stajni CA to Solaris. bo Cascade są solidne, ale przeciętne na tle konkurencji – już podobnie wycenione Elear, Aeon, Sonorus czy tańsze NightHawki/Owle są ciekawsze. bo porównania do flagowców byłyby niesprawiedliwe.

          2. Piotr Ryka pisze:

            Słuchawki dokanałowe potrafią zagrać fantastycznie. Szczególnie zapadła mi w pamięć sesja z Westone 4. Zjawiskowo wręcz grały, chociaż ze sprzętem o całkiem innym niż dla nich przeznaczeniu. I zawsze trzeba uważać, bo nie dość głęboko wciśnięte dokanałówki grają beznadziejnie i miałem do czynienia z sytuacjami, że właściciel chciał je odsyłać, a po prośbie o mocniejsze wciśnięcie ta chęć zupełnie mijała.

            Po AVS pewnie przetestuję któreś dokanałowe Campfire, choć zaraz po raczej inne będę miał priorytety. Ale jak dobrze grają, to warto wziąć je na warsztat, tak choćby tytułem odreagowania Cascade.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy