Recenzja: Campfire Audio Cascade

Budowa

Pudełko od USA Made „French Paper Company”.

   Zacząłem od słowa „luksus”, już jako drugie się zjawiło, i bynajmniej nieprzypadkowo. Cascade nie kosztują dużo, w dobie cenowych szaleństw ich cena 3500 PLN na nikim nie zrobi wrażenia, natomiast opis techniczny zrobić już może, i to z paru powodów. Przede wszystkim dlatego, że diafragma jest powleczona berylem, a beryl to właśnie jedna z rzeczy wiodących do luksusu. Metal rzadki i bardzo drogi, od strony własności fizycznych i użytkowych lekki, toksyczny i w stanie czystym kruchy, ale niesamowicie sztywny i twardy. A kiedy spiec go w cienki płatek, to bardzo elastyczny i całkiem nieszkodliwy. (Toksyczny jest tylko pył.)

Taki spiek to więc coś fantastycznego na diafragmę – nie będzie żadnych zniekształceń i wielka szybkość reakcji. Jedynie cena niemożebna – beryl jest dużo droższy od złota. Tak więc poważna bariera, przez którą w głównej mierze jedyne dotąd słuchawki z diafragmą czysto berylową – sławne Focal Utopia – kosztują 18 tys. PLN. Aż pięć razy drożej od Cascade, te bowiem się wyspryciły. Membranę też mają berylową, ale z berylu jako powłoki naniesionej na mylar (producent się nie chwali, ale to pewnie on), naniesionej w procesie PVD.

To PVD to Physical Vapour Deposition, proces polegający na osadzaniu cienkich powłok poprzez wytrącanie ich z gazu. Tego rodzaju nanoszenie można wymusić w różny sposób: poprzez łuk elektryczny, laserem impulsowym, naparowaniem temperaturowym, przez ciśnieniowe napylenie, także przez jonizację lub wiązką przepuszczanych przez gaz elektronów – jest na to parę chwytów. Którego tu użyto, tego też nie zdradzają, ale pewnie chodzi o napylenie w komorze z obrotowym stolikiem. Dość, że dysponują Cascade diafragmą z pokryciem berylowym, a więc nie byle czym. Przy okazji dorzucę, że to oraz kształt muszli plus budowa pałąka wydają się sugerować jakąś kooperację z bawarskim Ultrasone, chociaż to tylko domysł. Ci także stosują PVD, napylając nawet w ten sposób zewnętrzne pokrywy muszel, a membrany swoich najlepszych słuchawek sporządzają z mylaru traktowanego tytanem z uzupełnieniem złotą folią. W dodatku kształt wielu od nich słuchawek jest podobny i w ten sam sposób funkcjonują pałąki, tak więc coś dużo tych podobieństw.

I ładne etui na podróż.

Porzućmy jednak temat, to w sumie nie takie ważne. W niedużym, zgrabnym pudełku z naklejką imitującą teksturą marmur dostajemy także nieduże, a mimo to wokółuszne słuchawki, o których producent zapewnia, że dźwięk dadzą znakomity, a na dodatek tak dla otoczenia będą ciche, że nawet szef widząc nas z nimi na głowie nie będzie miał pretensji. Szefa nie mam, więc z doświadczenia nic nie powiem, wszelako jako szef bym wolał, żeby pracownik mnie słyszał. (Ale pleść można co się chce.) Pomijając ten niefortunny przykład odnotować należy, że słuchawki faktycznie proponują użytkownikom dobrą izolację we/wy, co ma niewątpliwie zalety, i niewątpliwie też są ładne na miarę nawet luksusu, jak również wygodne i trwałe.

Wytwórca informuje, że trzy lata nad nimi siedział i są tego rezultaty. Berylowe diafragmy napędzane cewkami o magnesach neodymowych, specjalnie ukształtowane komory akustyczne i w wysokim gatunku kabel – łącznie gwarantujące jakość brzmieniową na co najmniej adekwatnym do ceny poziomie, przy czym dźwięk można dodatkowo kształtować dzięki znajdującym się w słuchawkowym secie czterem zestawom ustroi akustycznych. Zdejmujemy (z dziecinną łatwością) mocowane za pośrednictwem tylko magnesów pady i w specjalnych kieszonkach po stronie wewnętrznej umieszczamy jeden z czterech kompletów. Dźwięk zmienia się wówczas niewątpliwie, ale do mego gustu te adaptacje nie przypadły. Przypadły za to same pady, które są z mięciuteńkiej skórki i dobrze otulają, choć ich niewielki rozmiar powoduje konieczność poprawek przy nakładaniu. Te pady są nie tylko mięciutkie, ale także z profilem uwzględniającym kątowe ustawienie ucha, w efekcie czego przetwornik lądują równolegle do małżowin, dokładnie naprzeciw kanału słuchowego. (Tego nie trzeba było wymyślać, albowiem stary to wynalazek.)

A w środku ALO Audio Cascade.

Stronę komfortu uzupełnia wąski lecz grubo wyścielony pałąk, plus obrotowość i podługowatość muszli. Te całe są z aluminium anodyzowanego na czarno z dodatkiem małego logo w dolnym rogu i oczywiście wobec budowy zamkniętej nie mają żadnych otworów. Trzeba też odnotować, że mocowane magnesami pady osiadają z idealną precyzją i słychać potwierdzający to stuk, gdy na swoje miejsce trafiają. Wyjątkowo starannie opracowano też podpinanie kabla, realizowane po stronie słuchawek przez stanowiące integralną część wierzchniej osłony muszli przyłączeniowe ryjki, a po stronie samego kabla profesjonalne wtyki, wskakujące na swoje miejsce także z potwierdzającym stuknięciem. Sam kabel to też nie byle co – ma izolację klasy medycznej i z wierzchu popielaty oplot, przez który widać jego mocno skręconą strukturę. Jest lekki, nie hałasuje w kontakcie z ubraniem i całkowicie elastyczny. Ma 1,2 metra długości, więc rozmiar charakterystyczny dla słuchawek przenośnych, i adekwatnie do tego kończy go mały jack. Jako licowy skręcony został z cienkich drucików, w tym przypadku z gatunkowej srebrzonej miedzi – a ALO Audio, znany producent okablowania, oferuje szeroki wybór droższych zastępstw w różnych długościach i gatunkach oraz z różnymi końcówkami, także symetrycznymi. Na użyteczny dodatek słuchawki można złożyć i mają etui podróżne, dodajmy bardzo porządne.

W sumie jest zatem luksusowo przy relatywnie niewysokiej cenie, jak również ogólnie w porządku, zwłaszcza że nieodzowna w przypadku modeli wszędzie nam towarzyszących łatwość napędzania. Stosownie do wędrownego głównie przeznaczenia impedancja jest niska, zaś skuteczność wysoka. Pierwsza opiewa na 38 Ω, druga na 100 dB. Pasmo przenoszenia do tego spore, obejmujące zakres 5 Hz–33 kHz, i spory także ciężar – 383 g, jako następstwo bycia konstrukcją całościowo z metalu.

O wyjątkowo twardych muszlach i wyjątkowo miękkich padach.

Odwdzięcza się to trwałością i eleganckim wyglądem; słuchawki mają rasową powierzchowność i są niewrażliwe na trudy życia. Nie trzeba z nimi się cackać; nie porysują się, nie złamią. Na drogę w sztywne etui (o ile nie na głowie), kabel mocny i w niezłym gatunku, pokrywy muszel twardsze od orzechów, a pady z naturalnej skórki, bardzo miłej w kontakcie i też trwałej. Zadajemy więc szyku – od razu widać, nie masówka. Producent znany, choć nie ze słuchawek dotąd, więc jednocześnie prestiż i ciekawość.

Oglądanie mamy za sobą, pora na odsłuchową próbę.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

6 komentarzy w “Recenzja: Campfire Audio Cascade

  1. mykupyku pisze:

    Warto może skorygować szereg błędów merytorycznych. Cascade nie były pierwsze, CA nie rzuciło na rynek wszystkich słuchawek w 2018. Od 2015 r. wypuściło kilkanaście modeli, niektórych już nie produkuje, obecnie w ofercie ma więcej niż sześć, a Equinox nie jest najdroższy, bo tyle samo kosztuje Solaris – i te są obecnie nowym flagowcem.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Zawsze słuchawki customowe są flagowe, bo są lepsze. Historia firmy Campfire, a ściślej jej usystematyzowanie, należy do nich samych. Jeżeli tego porządnie nie robią, to ja za nich nie będę. A sedno i tak leży w jakości brzmieniowej, której odnośnie słuchawek wokółusznych jak na razie nie osiągnęli.

      1. mykupyku pisze:

        Equinox to customowa wersja Atlasów, a Solaris to nowe flagowce – flagowe, bo według Kena Balla najlepsze słuchawki jakie kiedykolwiek zrobił. co do historii CA też się Pan myli – wystarczy zerknąć tylko na ich stronę: We launched the Jupiter, Orion and Lyra in the late Summer of 2015. In the Spring of 2016, we introduced the Nova and Andromeda. The Fall of 2016 we introduced our liquid alloy metal line; Lyra II, Dorado, and Vega. In August 2017 we introduced Polaris. In February 2018 we introduced our first headphone, Cascade. April 2018 we announced Comet and Atlas. Andromeda S was announced in August and will be shipping this fall.

        1. Piotr Ryka pisze:

          No i bardzo dobrze. Wszystko mamy już wyjaśnione i teraz wystarczy, żeby zrobili dobre wokółuszne słuchawki. A tak w sumie, to skoro od tylu lat robią i Cascade robili przez trzy, to efekt już powinien być świetny. Najwyraźniej coś poszło nie tak, choć może dokanałówki są w porządku. Namawiano mnie kilkakrotnie na ich recenzję, ale w tego typu słuchawkach niespecjalnie gustuję, a ściślej nie lubią być zatykane moje uszy.

          1. mykupyku pisze:

            fakt – aplikacja słuchawek dokanałowych sprawia problemy i do tego dużo trudniej wydobyć z nich „duży” dźwięk. z drugiej strony duży sprzęt nie sprawdzi się w mobilnych zastosowaniach, a stara zasada, że najlepiej gra to co akurat mamy przy sobie sprawdza się i tutaj. ten segment ciekawie się rozwija i pojawią się świetnie grające słuchawki w coraz lepszych cenach. moje ulubione CA to Andromedy, a w grudniu pojawią się Solaris, które ponoć są lepsze – i jak już sprawdzać coś ze stajni CA to Solaris. bo Cascade są solidne, ale przeciętne na tle konkurencji – już podobnie wycenione Elear, Aeon, Sonorus czy tańsze NightHawki/Owle są ciekawsze. bo porównania do flagowców byłyby niesprawiedliwe.

          2. Piotr Ryka pisze:

            Słuchawki dokanałowe potrafią zagrać fantastycznie. Szczególnie zapadła mi w pamięć sesja z Westone 4. Zjawiskowo wręcz grały, chociaż ze sprzętem o całkiem innym niż dla nich przeznaczeniu. I zawsze trzeba uważać, bo nie dość głęboko wciśnięte dokanałówki grają beznadziejnie i miałem do czynienia z sytuacjami, że właściciel chciał je odsyłać, a po prośbie o mocniejsze wciśnięcie ta chęć zupełnie mijała.

            Po AVS pewnie przetestuję któreś dokanałowe Campfire, choć zaraz po raczej inne będę miał priorytety. Ale jak dobrze grają, to warto wziąć je na warsztat, tak choćby tytułem odreagowania Cascade.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy