Brzmienie
Start zwyczajowo przy komputerze obsługiwanym przez przetwornik Phasemation z konwerterem Denafrips IRIS. Pomiędzy przetwornikiem a wzmacniaczem interkonekt Next Level Tech ETHER, pomiędzy konwerterem a przetwornikiem koaksjalny Hijiri. Poziom wzmocnienia maksymalny, krosowanie kanałów wyłączone.
Sennheiser HD 600
Zerowe ocieplenie, natomiast dużo, nawet bardzo, tak zwanej analogowości. Robiąca wrażenie głębia sceny i robiące wrażenie sferyczne formowanie oklasków, a pierwszy plan bliski, ale z metrowym albo większym dystansem. Wzmożona czujność na sygnał i gotowość analiz, lecz nie zaburzających płynności ani melodycznego charakteru. Czarne tła i czerń otaczająca przekaz magicznym przyciemnieniem, na tym podłożu mocny, chropawy sopran trąbek i płynnie złagodzony wokali. Pomimo braku ciepła tchnienie biologiczności emanujące z postaci, a całość przypominająca opisywaną niedawno u SAEQ na germanach, przy odrobinę wyższej, pozbawionej przysadzistości, dobrze trafionej tonalności. Bas o lekkiej tendencji do pogłosowego przerostu i nadmiernego dudnienia, w zamian mocno obecny. Żywość, siła, dynamika i wciąganie w muzykę przemożne, całkiem udane odtwórczo membrany bębnów, choć nie aż tak wzorcowe, jak u DCA STEALTH. Ogólnie high-end całą gębą i gdyby nie usterki basu (tylko w niektórych nagraniach), można by dojść błyskawicznie do wniosku, że szukanie innych słuchawek i innego wzmacniacza to niepotrzebna strata czasu, możliwego do przeznaczenia na upajanie się tym brzmieniem.
AudioQuest NightHawk
Cieplejsze i mniej posągowe, a bardziej ludzko bliskie i intymniejsze emocjonalnie pamiętne słuchawki AudioQesta pokazały cokolwiek lepszy indywidualizm głosowy oraz jeszcze intensywniejsze otaczanie muzyką. Mimo to miałem wątpliwości odnośnie ich przewag, odnosiłem wrażenie, że styl Sennheiserów lepiej z tym wzmacniaczem się zgrywa, dzięki lepszemu, bardziej trójwymiarowemu obrazowaniu sceny z pogłębiającym obraz towarzyszeniem nuty tajemniczości czarnych akcentów. Wróciłem do Sennheiserów – i faktycznie, bardziej mi się podobały, pomimo iż to NightHawk prezentowały lepsze panowanie nad basem, lepszą analogowość i bardziej naturalną dystrybucję ciepła. Zresztą, zależało od repertuaru – do muzyki klubowej i jazzowej wybrałbym NightHawk, a do symfoniki albo rocka HD 600. Co o tyle było odstępstwem od sytuacji typowej, że zwykle NightHawk podobają mi się bardziej w każdym repertuarze. Tym razem nie, ich zdolność modelowania przestrzeni z tym akurat wzmacniaczem okazała się słabsza. Słuchałem naprzemiennie jednych i drugich, zastanawiając się już po własnych diagnozach, co też mieli na myśli krytycy oskarżający op-ampy V7 o przesadę analityczną. Sam tego nie znalazłem, pomimo ich rzeczywiście nadprzeciętnych zdolności analitycznych, wyczuwając zarazem coś, co mniej mi się podobało, a mianowicie minimalny metaliczny posmak, obecny pod powierzchniową płynnością. I odnośnie tej cechy zaskakujące zjawisko: ten smaczek gryzł się z zainstalowanym w przetworniku procesorem K2, odpowiedzialnym za analogowość, w tym redukcję pogłosu: wzmacniacz Bursona wolał pracować z Phasemation mającym wyłączony K2 – lekka echowość i mniejsza płynność lepiej scalały się z jego własnymi brzmieniowymi atrybutami, nie walcząc przeciw nim. Co całościowo tak lub tak nie było zasadniczym zwrotem, a tylko lekką zmianą stylu, który mnie bardziej ujmował bez K2, co w sumie dobrą wiadomością, bo oprócz tego Phasemation i odtwarzacza Reimyo tego układu nigdzie nie ma.
FiiO FT7
NightHawk odeszły osiem lat temu z towarzyszeniem producenckich tłumaczeń, że zbyt odciągają go od zasadniczej działalności, jaką produkcja kabli. Też mi tłumaczenie, chciałoby się powiedzieć, a jednocześnie nie sposób rzucić, że to nie nasza sprawa, bo słuchawki wszak dla nas. Ale było, minęło, jużeśmy opłakali. Na pocieszenie przyszły FiiO. Znajomy, pracujący często w słuchawkach i entuzjasta stylu Sennheiser HD 800, był pod dużym wrażeniem możliwości tych FiiO, a jeszcze bardziej, gdy je przepiąłem z własnego kabla na Tonalium. W tym miejscu dygresyjka. Tonalium nie jest najlepszym znanym mi kablem słuchawkowym, znam dwie lepsze marki, ale wystarczająco dobrym, by grążyć zwykłą konkurencję. Przy okazji dopowiem, iż na to by rozgłaszać absurdalne twierdzenie (któraż to jego edycja?), że między kablami (w tym słuchawkowymi) nie ma różnic, trzeba być albo audialnym idiotą, albo cwaniakiem szukającym poklasku i z jego wsparciem profitów.
Powracając do FiiO. To słuchawki zadziorne, w pewnym stopniu antagonista NightHawk. Ale w tej zadziorności siła – bliskie zwarcie ze słuchającym, pompowanie energii, a przy tym dawka animuszu z mniej gładką niż u najgładszych ogładą. Melodyka bez zarzutu, ale tekstury nie jak po maśle, a z wyczuwalnym tarciem, niczym twarz u faceta, który się dzień nie golił. Nie było tu śliskości, wraz z czym nudnej obojętności; przy takich pozostałych atrybutach brzmienie przykuwało uwagę. Mogłoby się jednak zdawać, że tranzystorowy styl wzmacniacza podbije te szorstkości do stanów nieprzyjemnych, albo przynajmniej mniej przyjemnych. Nic jednak z takich rzeczy i zarazem zwrot akcji, bo dla FiiO aktywacja procesora K2 ⌈3⌉ była właśnie korzystna – naturalizująca przekaz, pogłębiająca brzmienie. Tym samym precz uogólnienia – w odniesieniu do Burson Soloist Voyager nie odnalazłem prawd ogólnych o sposobie użycia i doborze słuchawek. Każde udawało się dobrze dostroić i każde miały zalety, a jednocześnie jedne przeciw drugim swoje brzmieniowe racje. Kto wolałby z dystansem i bardziej akademicko, dla niego Sennheisery, a kto blisko, cieplej, chropawiąco i jednocześnie biologicznie w analogowym mimo pewnej szorstkości stylu, dla tego FiiO FT7. Poza tym u tych FiiO żadnych zniekształceń basowych (w tym basowego zlewania) i żadnych metalicznych posmaków. Do tego tajemniczość głębokiej sceny i pełne rozciąganie pasma, świetnie słyszalne przy organach. Także intymność, poetyka i wyrafinowanie, wprawdzie nie aż miary szczytowych, ale bardzo w porządku – Arii z Wariacji Goldbergowskich można było wysłuchać z namysłem i w skupieniu. Jedocześnie skomasowany rock w Homecoming Green Day znakomicie separowany i znakomicie żywy; i rzecz nie do pominięcia – indywidualizm głosowy naprawdę rzadko spotykany. – Szorstkie, metafizyczne piękno spotkania z drugim człowiekiem. ⌈4⌉
Final DX6000
Świeżego chowu dynamiczne Final to wcielenie poezji. Niemalże nie ma drugich o tym stopniu melodyjności i gładzi. Co mogłoby oznaczać brak przypraw i w rezultacie nudę, gdyby nie działo się z udziałem potężnego rzutu energii, wrzucającego słuchacza w energetyczny autentyzm, którego też większości nie ma – tak więc dwa względy wyjątkowe. A ponieważ recenzowany wzmacniacz (nie zapominajmy, to recenzja wzmacniacza) uchodzi za najlepiej współpracujący ze słuchawkami o tej charakterystyce, należało się dużo spodziewać. I rzeczywiście – muzyczna uczta, niemniej i te słuchawki (zaskoczenie) ukazały mech na teksturach, ale nie taki jak prawdziwy, a leciutko szorstkawy. Teksturowa okrywa nie była niczym jedwab, tylko taka z pod włos branego aksamitu o nie do końca układnym dotyku. Nie było tego wiele, niemniej u tych słuchawek pierwszy raz się spotkałem. Miało to coś z nerwowości i elektrycznego naładowania – odrobina ostrości tam, gdzie się nie spodziewamy. Ale to tylko na fakturach, a sama melodyka płynna w stopniu aż całkowitym, towarzysząca jej energia tak samo bez zarzutu. Słuchanie w skutek interesujące na bazie melanżu gładkości i śladowych podostrzeń, słuchanie dużych dźwięków i dużej mocy muzycznej. Esencje wysycone, a czernie odpowiednio czarne, podobnie jak soprany srebrzyste, a głosy ujmujące. Poziom ogólny nie aż miary Warwick Acoustics BRAVURA, ale bliziutko tego i styl analogiczny, odrobinę ostrzejszy. Nie o aż takiej gładkości faktur, ale ogólny naturalizm i bardzo duża, chyba nawet większa, siła uderzania muzyką.
Ultrasone Tribute7
Ultrasone mnie zaskoczyły, okazując się grać nie tylko płyną melodyką, ale też (jako pierwsze) gładkimi fakturami. Te radykalnie gładsze aniżeli przy FiiO i znacznie też niż z Final, zaznaczały swoje istnienie czymś innym niż opór powierzchni. Przykuwała uwagę moc pulsu i głębia brzmienia przy ocienionych aranżach, tu sprawiających wrażenie czegoś oczywistego, tak jakbyśmy rzeczywiście mieszkali w spowitym mrokami świecie. Fenomenalny rytm, wybijany ciemną brzmieniową głębią, czynił oczywistością, że nigdy tych słuchawek nie oddam. No i esencja. Brzmieniowa esencja zarówno mocniej wysycona, jak i likworową gładkością oraz wykwintem smaku przewyższająca to, co było przedtem.
Od dawna te słuchawki nie miały okazji tak wybić się nad tańsze, a tutaj właśnie to. Elegancja brzmieniowa w połączeniu z nadzwyczajną, niemal niespotykaną mocą, i jednocześnie pełne panowanie nad brzmieniem – żadnych zniekształceń, przerostów, przedobrzania, skręcania tonalności albo pasma. Brzmienie nie z takich stricte naturalnych ani też wyrafinowaniem sięgające absolutnych szczytów, ale upojne, trafiające do przekonania i pod każdym względem wybitne. Poprzez to też sam wzmacniacz podnoszący rangę i raz jeszcze dowodzący, że nie ma przy nim ograniczeń – ani odnośnie stylu, ani zdolności napędzania. Może być z jego udziałem gładko i esencjanie, albo chrapliwie i szarpliwie. Może napędzać słuchawki poszukujące dużych mocy równie dobrze jak wysokoskuteczne – i to nawet bez uciekania się do redukcji o 50 czy 90%, do czego z wysoce czułymi Ultrasone nie musiałem się uciec. (Zaniechanie możliwe było dzięki bardzo wolno narastającej głośności – precyzja jej wyskalowania na stustopniowej skali okazała się wyjątkowa, można się wstrzelić w idealną.)
[3] Jedno wciśnięcie podczas grania, świetnie się wyłapuje różnice.
[4] „Problem drugiego” to jedno z fundamentalnych zagadnień metafizyki. Jak to się dzieje, że ja spotykam was, a wy mnie oraz siebie nawzajem?










