O Bursonie dawno nie było, od bardzo, bardzo dawna. Recenzję flagowego naonczas słuchawkowego wzmacniacza Dyrygent (Conductor) pisałem w 2013, monobloków Timekeeper rok później. Jeszcze wcześniej, w 2012, brałem pod odsłuchowy nóż mniej wysilony model słuchawkowego wzmacniacza HA-160DS, przy tej okazji raportując, że powstała w 1996 roku australijska firma z siedzibą w Melbourne, skupiająca muzyków, inżynierów i pasjonatów dźwięku, sama o sobie powiada, iż celem jej nieść radość muzycznych doznań w oparciu o najwyższej klasy dyskretne obwody tranzystorowe, wolne od tandetnych scalaków i op-ampów – groszowej szmiry psującej brzmienie. W autopromocyjnym peanie mowa też była o artystycznych zapędach, może nie aż na miarę największych dokonań, ale dzielących z nimi pasję tworzenia i dążenie do maksymalnej doskonałości, której finalnym rezultatem konstrukcja tak dopracowana, że dalsze jej doskonalenie to już dreptanie w miejscu. Dopiero osiągnąwszy ten etap – ogłaszał reklamowy folder – Burson Audio decyduje się wysłać na rynek nowy produkt, aby cieszył użytkowników wyjątkowymi przymiotami. Prócz czego na doskonałość ma się też składać wygląd, nie ustępujący jakością brzmieniu.
Upłynęła z górą dekada, firma już wtedy popularna jeszcze bardziej okrzepła i rozpostarła dostępność na aż sześćdziesiąt krain. I jak to z firmami audio bywa, powędrowała kosztowo w górę. Także dziś oferuje tańsze wzmacniacze, ale najlepszy słuchawkowy, figurujący w tytule, rozrósł się do dwóch sekcji oraz powiększył wagę, z tej okazji też właśnie cenę. W wersji Standard ma niewielki zasilacz typu płaskie pudełko, jest więc jednosekcyjny, ale w Deluxe i najwyższej Max to już wolnostojące 24-woltowe zasilacze SUPER CHARGER o sporych gabarytach i odpowiednio mocach 5A i 15A. Właśnie tę maksymalną, 15-amperową wersję z najlepszymi podzespołami miałem okazję testować – a co z tego wynikło, zaraz będę przedkładał.
Ale najpierw słóweczko o słuchawkowych wzmacniaczach pnących się ku szczytowi. Burson wyewoluował w dwupudełkowy o łącznej masie 7 + 3,5 = 10,5 kg, podczas gdy wyspecjalizowana w lampowych VivA Audio poszła o wiele dalej, szokując monstrualnym, wielokroć większym i cięższym, mimo iż też dwusekcyjnym modelem Belva, o przytłaczającej cenie 125 tys. dolarów. Wcześniej poznaliśmy jeszcze droższy – czterosekcyjny ze zintegrowanym przetwornikiem i bateryjnym napędem, sygnowany przez MSB – z tej perspektywy patrząc tranzystorowy w klasie A dual-mono Soloist Voyager Max chce za siebie skromniutkie 23,5 tys. PLN, a w niższych wersjach 20,5 i 17 tysięcy.
Budowa
Jako się rzekło, on dwusekcyjny, ten nowy Burson wiodący. Nie zastąpił na tej pozycji dawnego Conductora w sensie anihilacji poprzednika – oba są równolegle w ofercie, Soloist tylko się wysforował. Oba mogą jednako pełnić rolę słuchawkowych wzmacniaczy i kolumnowych przedwzmacniaczy, obydwa występować w wersjach z przetwornikiem i bez, do obu mogą być podłączane nie jedynie słuchawki, ale też wciąż oferowane w uaktualnionej wersji głośnikowe monobloki Timekeeper, a dodatkowo, dla użytkowników o poszerzonych wymaganiach, także mikrofon i subwoofer.
Porzućmy tego tańszego i skupmy się na naszym, rozpoczynając od formy. Obudowę dano mu nie z tych największych – czterdziestodwu lub trzy centymetrowych (jak przykładowo u włoskiej Audma), ale też i nie z mniejszych czy najmniejszych, a średnią. Na 26,5 cm szeroką, na 8,5 wysoką i bliską kwadratowości obwodu głębokością 27. Panele przedni i tylny są wydłużonymi ośmiokątami o czwórgraniastych bokach, dzięki czemu powierzchnie boczne zostały powiększone, a całość jawi się jako niebanalna wzorniczo, nie będąc zwykłym pudełkiem. Graniaste powiększenie służy nie tylko zaciekawianiu, ale też łatwiejszemu odprowadzaniu ciepła, którego tutaj nie brak. Moduł zasilający o analogicznym wykroju (cały ożebrowany i z niebieskim światełkiem) pozostaje łagodnie chłodnawy, ale właściwy, wzmacniaczowy, grzeje się do temperatury 43℃ ⌈1⌉ (zmierzyłem), aż niemal parząc ręce. Ciepło odprowadzają z niego aluminiowa obudowa z przetłoczeniami na wierzchu i żebrowaniami na bokach oraz wentylatory pod płytą główną, wywiewające gorące powietrze szczelinami na całą szerokość przy podstawie tylnego panelu, czemu towarzyszy niewielki hałas, gubiący się w dziennym szumie, ale dobrze słyszalny w otoczeniu zupełnej ciszy.
Na przednim z prawej gładko chodzący potencjometr cyfrowej regulacji poprzez układy Nisshinbo MUSES72320, małe okienko wyświetlacza, informujące turkusowymi cyframi o aktualnym poziomie głośności (które można trzystopniowo przyciemniać, ale nie można wygasić), też o aktywnym złączu i zadanym stopniu wzmocnienia. Czterema przyciskami poniżej można je wprawiać w tryb regulacji, pozwalający wybierać jeden z trzech poziomów siły wzmacniacza (100%/50%/10%) i jeden z trzech krosowania albo jego dezaktywację, plus parę innych rzeczy (np. balans kanałów, ale tylko dla kolumn). Na lewo od okienka dwa gniazda słuchawkowe: 4-pin i Pentacon oraz gniazdo dla mikrofonu, a zaraz przy nich mały przycisk ON/Stand by, który przy stanie aktywności sam się użyje, gdybyśmy przez 20 minut nie przepuszczali przez wzmacniacz sygnału. Co ma sens z punktu widzenia oszczędności energii, jako że takie grzanie urządzenia oznacza duży pobór, którego maksymalnej miary próżno szukać w technicznych danych, przy bezczynności 80W. (Przecież to klasa A.) Oznacza to zarazem, że gdyby tak się stało wbrew woli niepilnującego sprawy użytkownika, będzie on zmuszony odczekać dłuższą chwilę na ponowne rozgrzanie, które zapewne towarzyszy pełnej sprawności muzycznej. (Ale tę nadgorliwość można dezaktywować.)
Na przednim panelu jeszcze tylko mikre okienko pilota (zaraz przy potencjometrze), w uzupełnieniu trzeba dodać, że cały panel wraz z całą obudową jest tytanowo srebrny; gałka, żebra na bokach oraz wszystkie przyciski połyskują polerowaną miedzią; światełko indykatora aktywności to malutki niebieski punkcik, obok którego biały napis BURSON. Pilot niewielki, też tytanowy i też z miedzianymi przyciskami, służący do włączania, regulacji głośności oraz wyboru wejść. Te są cztery – na tylnym panelu po dwie pary łączy RCA i XLR, także łącze dla subwoofera (może działać ze słuchawkami), a dla graczy komputerowych obsługa mikrofonu. Tam także łącze energetyczne poprzez wtyk niskonapięciowy 24V, z którego za szarym kablem podążając trafiamy do zasilacza SUPER CHARGER. Ten jest mniejszy i dwakroć lżejszy, ale jak już nadmieniałem analogiczny wzorniczo – Burson, dbając o całościową estetykę, oferuje klientom dwu i czteropółkowe designersko dopracowane aluminiowe stelaże: jeden dla czystych słuchawkowców, drugi użytkowników kolumn, zmuszonych dodać pasujące wzorniczo świeżego chowu Timekeepery.
Do zasilacza wchodzimy od ściany klasycznym kablem prądowym, którego zwykły przykład dostajemy w komplecie. Dostajemy też parę przejściówek XLR/RCA (nie wolno użyć innych!) oraz przejściówki na końcówkę okablowania prądowego, ażeby podróżując po świecie móc wszędzie się podłączać, na którą to okoliczność zasilacz akceptuje prądy 110 – 240V. Dostajemy też oczywiście przykręcane do zasilacza od przodu złącze prądowe, ten szary, lekko sztywny kabel.
Odnośnie zasilacza SUPER CHARGER, producent szczyci się dostarczaniem prądu czystszego niż bateryjny, w co niechętnie chcę wierzyć, ale wierzę, że czysty.
Całość otrzymujemy w dwóch pudłach z lakierowanej tektury plus podłużne na akcesoria, osobliwością możliwość podmiany kompaktowych modułów cyfrowych, niczym lamp mocowanych wielopinowymi złączami. W przypadku wersji Max czynności niepotrzebnej, u niej już wszystko maksymalne; przy tej okazji warto odnotować, jakie życie bywa przekorne. Burson zaczynał od chwalenia się nieużywaniem w swoich wzmacniaczach marnych op-ampów psujów, okrutnie pastwiąc się nad tymi, którzy ich używają. A teraz sam bazuje na op-ampowym wzmocnieniu, tyle że wyrafinowanym własnego autorstwa (przy wsparciu TDK i Texas Instruments).
W kooperacji z obecnymi tutaj, chłodząco ożebrowanymi aluminiowymi pancerzykami super op-ampami Vivid PRO V7 ⌈2⌉ (po trzy takie w każdym kanale układu dual-mono) działają ultraciche moduły zasilania SP02, natomiast (co producent podkreśla) w ścieżce sygnału nie ma żadnych kondensatorów ani transformatorów (całkiem jak w moim lampowym), a mimo to płyta główna aż dusi się od nawału podzespołów montażu powierzchniowego.
Dane techniczne informują poza wagą i rozmiarami o paśmie przenoszenia 0 Hz – 48 kHz (+/- 1 dB), THD poniżej 0,0015%, stosunku S/N 116 dB i separacji kanałów szacowanej na 99,5%. Impedancja wejściowa to 32 kΩ, wyjściowa 0,5 Ω, a największą uwagę zwraca niecodzienna moc maksymalna: od 10 W (XLR) dla impedancji 16 Ω, po 0,64 W (XLR) dla rzadkich już dziś 300 Ω. (Duże wartości, naprawdę duże, pogoni się każde słuchawki.)
O cenie wspominałem, że spora, ale jak na wyrób celujący w szczytowe możliwości tranzystorowych wzmocnień, pozostająca daleko z tyłu za spotykanymi u MSB The Reference, Boulder 812, Chord DAVE, dCS Bartók czy ENLEUM 23R. znacząco niższa od tych z Niimbusa Ultimate i T+A HA 200, skromna w porównaniu do wystawionych przy najwyższych modelach Wells Audio, skromna przy AUDMA MAESTRO.
Ale ceny cenami, a kluczowe, co w zamian.
[1] W temperaturze otoczenia 21℃.
[2] Najnowszy wzmacniacz operacyjny Burson Audio Vivid PRO OPA V7 (€169 za parę) wyposażony został w 8-warstwową płytkę PCB, izolującą ścieżkę sygnału od uziemienia i ekranowania, co optymalizuje przesył, zapewniając dodatkową ochronę przed zakłóceniami. Dzięki Vivid OPA V7 Burson zyskał minimalizację zniekształceń pętli otwartej, redukcję poziomu szumów, zmniejszenie dryftu sygnałowego i niski offset sygnału audio (przesunięcia DC). Prócz tego układ V7 charakteryzuje się szerszym od wersji poprzednich pasmem transferu i dzięki mniejszym gabarytom lepszą kompatybilnością z zasilaczami, stanowiąc kolejny etap na drodze osiągania maksymalnie analogowego wzmocnienia dźwięku. (Za stroną sprzedażową AUDIOPHONICS.) Krytycy zwracają jednocześnie uwagę na wyższą temperaturę pracy i zakusy analityczne.
Brzmienie
Start zwyczajowo przy komputerze obsługiwanym przez przetwornik Phasemation z konwerterem Denafrips IRIS. Pomiędzy przetwornikiem a wzmacniaczem interkonekt Next Level Tech ETHER, pomiędzy konwerterem a przetwornikiem koaksjalny Hijiri. Poziom wzmocnienia maksymalny, krosowanie kanałów wyłączone.
Sennheiser HD 600
Zerowe ocieplenie, natomiast dużo, nawet bardzo, tak zwanej analogowości. Robiąca wrażenie głębia sceny i robiące wrażenie sferyczne formowanie oklasków, a pierwszy plan bliski, ale z metrowym albo większym dystansem. Wzmożona czujność na sygnał i gotowość analiz, lecz nie zaburzających płynności ani melodycznego charakteru. Czarne tła i czerń otaczająca przekaz magicznym przyciemnieniem, na tym podłożu mocny, chropawy sopran trąbek i płynnie złagodzony wokali. Pomimo braku ciepła tchnienie biologiczności emanujące z postaci, a całość przypominająca opisywaną niedawno u SAEQ na germanach, przy odrobinę wyższej, pozbawionej przysadzistości, dobrze trafionej tonalności. Bas o lekkiej tendencji do pogłosowego przerostu i nadmiernego dudnienia, w zamian mocno obecny. Żywość, siła, dynamika i wciąganie w muzykę przemożne, całkiem udane odtwórczo membrany bębnów, choć nie aż tak wzorcowe, jak u DCA STEALTH. Ogólnie high-end całą gębą i gdyby nie usterki basu (tylko w niektórych nagraniach), można by dojść błyskawicznie do wniosku, że szukanie innych słuchawek i innego wzmacniacza to niepotrzebna strata czasu, możliwego do przeznaczenia na upajanie się tym brzmieniem.
AudioQuest NightHawk
Cieplejsze i mniej posągowe, a bardziej ludzko bliskie i intymniejsze emocjonalnie pamiętne słuchawki AudioQesta pokazały cokolwiek lepszy indywidualizm głosowy oraz jeszcze intensywniejsze otaczanie muzyką. Mimo to miałem wątpliwości odnośnie ich przewag, odnosiłem wrażenie, że styl Sennheiserów lepiej z tym wzmacniaczem się zgrywa, dzięki lepszemu, bardziej trójwymiarowemu obrazowaniu sceny z pogłębiającym obraz towarzyszeniem nuty tajemniczości czarnych akcentów. Wróciłem do Sennheiserów – i faktycznie, bardziej mi się podobały, pomimo iż to NightHawk prezentowały lepsze panowanie nad basem, lepszą analogowość i bardziej naturalną dystrybucję ciepła. Zresztą, zależało od repertuaru – do muzyki klubowej i jazzowej wybrałbym NightHawk, a do symfoniki albo rocka HD 600. Co o tyle było odstępstwem od sytuacji typowej, że zwykle NightHawk podobają mi się bardziej w każdym repertuarze. Tym razem nie, ich zdolność modelowania przestrzeni z tym akurat wzmacniaczem okazała się słabsza. Słuchałem naprzemiennie jednych i drugich, zastanawiając się już po własnych diagnozach, co też mieli na myśli krytycy oskarżający op-ampy V7 o przesadę analityczną. Sam tego nie znalazłem, pomimo ich rzeczywiście nadprzeciętnych zdolności analitycznych, wyczuwając zarazem coś, co mniej mi się podobało, a mianowicie minimalny metaliczny posmak, obecny pod powierzchniową płynnością. I odnośnie tej cechy zaskakujące zjawisko: ten smaczek gryzł się z zainstalowanym w przetworniku procesorem K2, odpowiedzialnym za analogowość, w tym redukcję pogłosu: wzmacniacz Bursona wolał pracować z Phasemation mającym wyłączony K2 – lekka echowość i mniejsza płynność lepiej scalały się z jego własnymi brzmieniowymi atrybutami, nie walcząc przeciw nim. Co całościowo tak lub tak nie było zasadniczym zwrotem, a tylko lekką zmianą stylu, który mnie bardziej ujmował bez K2, co w sumie dobrą wiadomością, bo oprócz tego Phasemation i odtwarzacza Reimyo tego układu nigdzie nie ma.
FiiO FT7
NightHawk odeszły osiem lat temu z towarzyszeniem producenckich tłumaczeń, że zbyt odciągają go od zasadniczej działalności, jaką produkcja kabli. Też mi tłumaczenie, chciałoby się powiedzieć, a jednocześnie nie sposób rzucić, że to nie nasza sprawa, bo słuchawki wszak dla nas. Ale było, minęło, jużeśmy opłakali. Na pocieszenie przyszły FiiO. Znajomy, pracujący często w słuchawkach i entuzjasta stylu Sennheiser HD 800, był pod dużym wrażeniem możliwości tych FiiO, a jeszcze bardziej, gdy je przepiąłem z własnego kabla na Tonalium. W tym miejscu dygresyjka. Tonalium nie jest najlepszym znanym mi kablem słuchawkowym, znam dwie lepsze marki, ale wystarczająco dobrym, by grążyć zwykłą konkurencję. Przy okazji dopowiem, iż na to by rozgłaszać absurdalne twierdzenie (któraż to jego edycja?), że między kablami (w tym słuchawkowymi) nie ma różnic, trzeba być albo audialnym idiotą, albo cwaniakiem szukającym poklasku i z jego wsparciem profitów.
Powracając do FiiO. To słuchawki zadziorne, w pewnym stopniu antagonista NightHawk. Ale w tej zadziorności siła – bliskie zwarcie ze słuchającym, pompowanie energii, a przy tym dawka animuszu z mniej gładką niż u najgładszych ogładą. Melodyka bez zarzutu, ale tekstury nie jak po maśle, a z wyczuwalnym tarciem, niczym twarz u faceta, który się dzień nie golił. Nie było tu śliskości, wraz z czym nudnej obojętności; przy takich pozostałych atrybutach brzmienie przykuwało uwagę. Mogłoby się jednak zdawać, że tranzystorowy styl wzmacniacza podbije te szorstkości do stanów nieprzyjemnych, albo przynajmniej mniej przyjemnych. Nic jednak z takich rzeczy i zarazem zwrot akcji, bo dla FiiO aktywacja procesora K2 ⌈3⌉ była właśnie korzystna – naturalizująca przekaz, pogłębiająca brzmienie. Tym samym precz uogólnienia – w odniesieniu do Burson Soloist Voyager nie odnalazłem prawd ogólnych o sposobie użycia i doborze słuchawek. Każde udawało się dobrze dostroić i każde miały zalety, a jednocześnie jedne przeciw drugim swoje brzmieniowe racje. Kto wolałby z dystansem i bardziej akademicko, dla niego Sennheisery, a kto blisko, cieplej, chropawiąco i jednocześnie biologicznie w analogowym mimo pewnej szorstkości stylu, dla tego FiiO FT7. Poza tym u tych FiiO żadnych zniekształceń basowych (w tym basowego zlewania) i żadnych metalicznych posmaków. Do tego tajemniczość głębokiej sceny i pełne rozciąganie pasma, świetnie słyszalne przy organach. Także intymność, poetyka i wyrafinowanie, wprawdzie nie aż miary szczytowych, ale bardzo w porządku – Arii z Wariacji Goldbergowskich można było wysłuchać z namysłem i w skupieniu. Jedocześnie skomasowany rock w Homecoming Green Day znakomicie separowany i znakomicie żywy; i rzecz nie do pominięcia – indywidualizm głosowy naprawdę rzadko spotykany. – Szorstkie, metafizyczne piękno spotkania z drugim człowiekiem. ⌈4⌉
Final DX6000
Świeżego chowu dynamiczne Final to wcielenie poezji. Niemalże nie ma drugich o tym stopniu melodyjności i gładzi. Co mogłoby oznaczać brak przypraw i w rezultacie nudę, gdyby nie działo się z udziałem potężnego rzutu energii, wrzucającego słuchacza w energetyczny autentyzm, którego też większości nie ma – tak więc dwa względy wyjątkowe. A ponieważ recenzowany wzmacniacz (nie zapominajmy, to recenzja wzmacniacza) uchodzi za najlepiej współpracujący ze słuchawkami o tej charakterystyce, należało się dużo spodziewać. I rzeczywiście – muzyczna uczta, niemniej i te słuchawki (zaskoczenie) ukazały mech na teksturach, ale nie taki jak prawdziwy, a leciutko szorstkawy. Teksturowa okrywa nie była niczym jedwab, tylko taka z pod włos branego aksamitu o nie do końca układnym dotyku. Nie było tego wiele, niemniej u tych słuchawek pierwszy raz się spotkałem. Miało to coś z nerwowości i elektrycznego naładowania – odrobina ostrości tam, gdzie się nie spodziewamy. Ale to tylko na fakturach, a sama melodyka płynna w stopniu aż całkowitym, towarzysząca jej energia tak samo bez zarzutu. Słuchanie w skutek interesujące na bazie melanżu gładkości i śladowych podostrzeń, słuchanie dużych dźwięków i dużej mocy muzycznej. Esencje wysycone, a czernie odpowiednio czarne, podobnie jak soprany srebrzyste, a głosy ujmujące. Poziom ogólny nie aż miary Warwick Acoustics BRAVURA, ale bliziutko tego i styl analogiczny, odrobinę ostrzejszy. Nie o aż takiej gładkości faktur, ale ogólny naturalizm i bardzo duża, chyba nawet większa, siła uderzania muzyką.
Ultrasone Tribute7
Ultrasone mnie zaskoczyły, okazując się grać nie tylko płyną melodyką, ale też (jako pierwsze) gładkimi fakturami. Te radykalnie gładsze aniżeli przy FiiO i znacznie też niż z Final, zaznaczały swoje istnienie czymś innym niż opór powierzchni. Przykuwała uwagę moc pulsu i głębia brzmienia przy ocienionych aranżach, tu sprawiających wrażenie czegoś oczywistego, tak jakbyśmy rzeczywiście mieszkali w spowitym mrokami świecie. Fenomenalny rytm, wybijany ciemną brzmieniową głębią, czynił oczywistością, że nigdy tych słuchawek nie oddam. No i esencja. Brzmieniowa esencja zarówno mocniej wysycona, jak i likworową gładkością oraz wykwintem smaku przewyższająca to, co było przedtem.
Od dawna te słuchawki nie miały okazji tak wybić się nad tańsze, a tutaj właśnie to. Elegancja brzmieniowa w połączeniu z nadzwyczajną, niemal niespotykaną mocą, i jednocześnie pełne panowanie nad brzmieniem – żadnych zniekształceń, przerostów, przedobrzania, skręcania tonalności albo pasma. Brzmienie nie z takich stricte naturalnych ani też wyrafinowaniem sięgające absolutnych szczytów, ale upojne, trafiające do przekonania i pod każdym względem wybitne. Poprzez to też sam wzmacniacz podnoszący rangę i raz jeszcze dowodzący, że nie ma przy nim ograniczeń – ani odnośnie stylu, ani zdolności napędzania. Może być z jego udziałem gładko i esencjanie, albo chrapliwie i szarpliwie. Może napędzać słuchawki poszukujące dużych mocy równie dobrze jak wysokoskuteczne – i to nawet bez uciekania się do redukcji o 50 czy 90%, do czego z wysoce czułymi Ultrasone nie musiałem się uciec. (Zaniechanie możliwe było dzięki bardzo wolno narastającej głośności – precyzja jej wyskalowania na stustopniowej skali okazała się wyjątkowa, można się wstrzelić w idealną.)
[3] Jedno wciśnięcie podczas grania, świetnie się wyłapuje różnice.
[4] „Problem drugiego” to jedno z fundamentalnych zagadnień metafizyki. Jak to się dzieje, że ja spotykam was, a wy mnie oraz siebie nawzajem?
Brzmienie cd.
Dan Clark Audio STEALTH
Czy faktycznie tak dobrze flagowy Burson radzi sobie ze słuchawkami o najwyższych potrzebach prądowych, to miało się okazać dopiero przy STEALTH, które chcą wyjątkowo dużo. Oprócz tego odznaczają się rzadką cechą, właściwą elitarnym – obca im powściągliwość sopranów. Dopiero one, albo AKG K1000, Stax SR-009 też Audio-Technica ATH-L5000 uświadamiają do jakiego stopnia górny zakres u większości słuchawek dostajemy stłumiony. Co zarazem oznacza, że nie tylko moc współpracującego wzmacniacza powinna być dla STEALTH wyjątkowa, ale także kultura. Do czego też dociąga chwila przyzwyczajenia – przechodząc ze zwyklejszych zjawia się sopranowy szok. Ale jak wartościowy! Siedząc obok orkiestry jazzowej też zostaniemy na wylot sopranami przeszyci – sam tego nie wytrzymywałem, wychodziłem z klubów jazzowych. Tej miary sopranowy ostrzał i z Bursonem się zjawił, a na niemałą ozdobę imponująco prezentował na wyjątkowo głębokiej, holograficznie formowanej scenie. Jednocześnie z mocniejszym niż u pozostałych kontrastem sopranowej jasności na czarnym podkładzie basu i przy średnicy więcej niż zazwyczaj sopranem obfitej i wraz z tym ofensywnej – wyższej tonalnie, jaskrawszej i maksymalnie realistycznej, pozbawionej zabiegów z łagodzącymi obłościami, obniżeniami, ocieplaniem, słodzeniem. Granie dożylne przez grubą igłę, piki sopranów realistycznie ostre, obecność w koncertowych salach realniejsza niż wcześniej i zarazem od słuchającego więcej wymagająca, bo relaks w żadnym razie. Ażeby było osobliwiej, brzmienie łagodniało wraz z wyłączeniem procesora K2 (który ma z założenia analogowość prawdziwościowo poprawiać), cofając się w głąb sceny i tonując sopranową furię wyczuwalnym, w tym wypadku kojącym pogłosem. Dobrze więc, znowu dobrze, że działo się w ten sposób, bo każdy przetwornik oprócz tego takiego układu nie ma.
W odróżnieniu od Ultrasone, a podobieństwie do pozostałych, powróciła chropawość tekstur i lekka do średniej chrapliwość głosów. Z tej okazji wkroczyło coś, co ten Burson ma za pazuchą, mianowicie krosowanie kanałów. W odróżnieniu od lwiej części urządzeń tym dysponujących, u Bursona wraz z aktywacją nie pojawia się przykre, mnie przynajmniej drażniące rozmywanie konturów – obraz wciąż pozostaje ostry, natomiast trochę się ociepla i sopranowo łagodnieje, co na sopranowe szaleństwa STEALTH bardzo dobrze działało, z krosowaniem słuchało się milej. Słuchało w ustawieniu CROSSFEED HIGH, przy czym stopniowość wyczuwalna, ale różnice między stopniami śladowe, a ustawienie w badanym przypadku najwyższe najkorzystniejsze. (Oczywiście z punktu widzenia moich potrzeb, gdyby komuś się zapomniało, że recenzja to rzecz subiektywna.) Ale i tu było względnie, bo wokale, zwłaszcza kobiece, przy krosowaniu wypadały lepiej, ale już Scherzo No.2 Chopina w wykonaniu jakże niesłusznie zapomnianego Xavera Scharwenki ⌈5⌉ wolałem bez krosowania i wciąż bez K2.
Ogólnie zaś współpraca STEALTH z Bursonem trudna, ale owocna. Owocna zwłaszcza dla tych, którzy chcą właśnie tych sopranów – takich prawdziwych, bez złagodzeń.
HiFiMAN Susvara Unveiled
Sopranową fosforyzację flagowe HiFiMAN podały pod postacią łagodniejszego światła. ⌈6⌉ Zarówno dzięki bogatszej aranżacji scenicznej (lepsze pomiary odległości i więcej relacji międzydźwiękowych), jak i śladowemu przyrostowi ciepła, a przede wszystkim obniżeniu tonacji. Popisowe soprany starowały u nich z niższego pułapu, wolniej nabierając smukłości, a fisz nie był aż tak srebrny i tak przeszywający. Ale i tu wyłączanie K2 owocowało łagodzącą oprawą pogłosu i widzeniem z większego dystansu, prokurując mniejszą dosadność. Pasowanie ogólne nie było aż tak dobre jak z Ultrasonami – towarzyszyła pewna chropawość i nie taka aż głębia – w zamian, na pocieszenie, ślad słodyczy i ocieplenia. Wyraźność maksymalna, medium o całkowitej czystości, opowiadanie staranne, skanowanie tekstur mikroskopowe. Podobno wzmacniacz Bursona najlepiej współpracuje z Audeze, w co chętnie gotowym wierzyć; w wyobraźni jawi się jako komplementarna synergia. Ale że sam za Audeze nie przepadam (lubię, doceniam, nie przepadam), nie posiadam tych słuchawek w kolekcji, sprawdzenie było niemożliwe.
Zapadłem w słuchanie, i jak to często bywa, podniesienie głośności okazało się dobrym sposobem na pozbycie krytycznych uwag. Soprany ożyły i pojaśniały, bezpośredniość średnicy wzrosła, podstawa basowa spotężniała. Mocniejsza niewątpliwie niż u STEALTH i równie niewątpliwie skromniejsza niż przy Ultrasonach, ale jej siła atrakcji to w przypadku STEALTH naturalność membran i talerzy oraz zjawiskowa rozdzielczość, czego w takich jakościach nawet Ultrasone nie dały. Unveiled też nie ukazały tak agresywnie prawdziwych sopranów, co nadrabiały lepszą wizją – kubatury bębnów i rozstaw instrumentów plus widok pomieszczenia były u nich na wyższym poziomie. Także same membrany tylko o włos mniej prawdziwe, a momentami wcale. Tak naprawdę jedynie werbel odrobinę prawdziwością odstawał, reszta 1:1.
Na pozostałym obszarze opisu to, co zawsze u tych Unveiled – piękna paleta kolorów, bezpośredniość zupełna i rewelacyjnej jakości „obroty sfer muzycznych”. Odrobinę mniej głębi niż przy najlepszy wzmacniaczach lampowych i nie aż tyle aromatu czy miąższości, ale całościowe obrazowanie w porządku, bardzo nawet. Niemniej to Ultrasone pasowały najlepiej, to ich słuchało się w największym skupieniu i spełnieniu.
Przy odtwarzaczu
Ten etap to już inna rola opisowa, tak naprawdę porównanie do lamp. Czyli do Antique Sound Lab Twin-Head ⌈8⌉, z którego pozostała obudowa, w niej doskonalsze od oryginalnych transformatory i potencjometry (dwa krokowe DACT), dołożone kondensatory bocznikujące, a wyjściowe tak duże, że w tubusach poza nią. Od góry powtykanych dziesięć lamp NOS, samych najlepszych gatunkowo i rocznikowo. ⌈9⌉ – Nie piszę tego dla chwalenia „czegoż to pan recenzent nie ma”, tylko wyskalowania porównywanych obiektów. Pan recenzent tego wzmacniacza poza porównaniami nie używa, muzyki ma po dziurki w nosie od słuchania recenzowanych. Ale kiedy już porównuje, to zwykle przykro mu się robi, że nie swojego słucha, musi te dostarczone drugie. A jak było tym razem? Za pośrednictwem wziętych do pomocy Unveiled, STEALTH i Ultrasone, też jeszcze nie zrecenzowanych ArcTec/Berlin AB 92, przez kilka godzin porównywałem, sięgając po płyty zawierające wyselekcjonowane utwory. Słuchałem opisywanego Bursona zarówno w konfiguracji interkonektu XLR (Tellurium Q Black Diamond), jak i łączenia RCA (Sulek RED), w pierwszym przypadku mając możność porównań natychmiastowych, via przepięcie słuchawek w trakcie grania. Wnioski? Tym razem (bywa inaczej) niczego nowego nie doświadczyłem – owszem, brzmienie jeszcze się pogłębiło, czernie stały jeszcze czarniejsze a wyraźność przyrosła, ale styl formowania dźwięku ani trochę nie uległ zmianie – ani emocje inne, ani gładsze faktury. Nawet, powiedziałbym – przeciwnie – teraz też i u Ultrasone na tle wzmacniacza wzorcowego pojawiło się minimalne drżenie powierzchni, u pozostałych, za wyjątkiem ArcTec/Berlin, silniejsze. Czy on jest za dokładny, ten Solis Voyager Max, czy to jego niedoskonałość? – tego nie umiem rozstrzygnąć. Nie ulegało natomiast kwestii, że lampy ASL są zwinniejsze i bardzie gibkie na liniach melodycznych, ich ruch muzyczny płynniejszy. Ale żeby ktoś zaraz nie pomyślał, że to było znaczące. Tego było na koniec noża, garstka by się nie uzbierała. Zależy więc od wrażliwości słuchającego oraz dostępu do porównań. Bo jak dla kogoś końcem skali są chińskie kombajniki za dwa tysiące złotych ze słuchawkami za podobnie, to Burson takie grąży gęstszym i szczegółowszym, też bardziej wyrafinowanym dźwiękiem.
I tak, owszem – te za dwa, za cztery mogą gładziej – z reguły gładko grają, ale sama gładkość to jedno, a siła życiowa drugie. Wysycenie muzyki barwą, nastrojem, niuansowością i nade wszystko stopniem wżycia, to są aspekty decydujące, które na tle takich tańszych tylko Burson posiada w zakresie high-end skali. (Na obronę kombajnów dodam, że FiiO K19 bardzo dobrze się bronił, a AUDMA to coś bajecznego i innowacyjność w rozkwicie, ale po drogich pieniądzach.)
[6] Niektóry dawniej sławni popadają w niepamięć, gdy inni w sławie trwają. A jeszcze inni, kiedyś niechciani, cieszą się wymuszaną sławą. (Przykład wiodący – Gustaw Mahler.)
[7] Z wiekiem, w miarę dalszego wygrzania, upodobniają się do pierwszych Susvar, co mi się nie podoba.
⌈8⌉ Nieprodukowanego od dawna, już nawet marka nie istnieje.
⌈9⌉ Nieprawda, w sekcji zasilania zamiast oryginalnych 350B Western Electric (straszna spiekota finansowa) podróbki Valve Art. Audio.
Podsumowanie
Nieuczciwością byłoby przemilczenie faktu, że na tej samej półce cenowej SAEQ PDA-1b wywarł korzystniejsze wrażenie. Pewnie dlatego, że jego brzmienie podobniejsze było do lampowego, a nie wchodzące głąbiej w możliwości tranzystorowe. To znaczy: tak, ono u SAEQ też doskonali dźwięk brany z tranzystorów, ale właśnie na podobieństwo lamp, stanowiąc dla nich konkurencję. Burson nie do końca zmierza w tę stronę, choć jego brzmienie to też popis głębi dźwięku i nasycania. Ale zarazem większy nacisk na wyraźność i wyłapanie szczegółów, mniejszy na melodykę i w jej ramach gładkość powierzchni. Bo owszem, lubię chropawienie, nawet się go domagam, ale pod postacią chrypek, grasejacji czy innych szorstkości, ale tych branych z życia, a nie elektrycznego pulsu tekstur powstającego po stronie nagrań. I, jak już mówiłem, nie umiem rozstrzygnąć, czy Burson jest aż tak dokładny, że widzi nagraniowe wady tam, gdzie ich inni nie widzą, czy sam te wady stwarza. Ale dla słuchającego bez znaczenia, on chce maksimum przyjemności. Lecz znowuż – z powodu czego robi się komuś przyjemnie? Dla lubiącego styl lampowy, przyjemność będzie czerpana z analogowości najbliższej życia, ale dla lubiącego analizy może być jej wyzwalaczem maksymalizm analityczny. – A co komu z tego bliższe, co mu najbardziej leży, to już nie moja rola wiedzieć, każdy to ma dla siebie. Słuchawkowce SAEQ i AUDMA, podobnie jak do obsługi kolumn przeznaczona Aura VA-40 Rebirth, są przykładami tranzystorów grających tak jak lampy. Burson Soloist Voyager nie podąża ich ścieżką, choć do pewnego momentu tak. Też idzie w pogłębianie zarówno barw jak brzmienia, też kładzie czarne tła, też wszystko dzieje się u niego w medium o krystalicznej czystości z wirującym planktonem. Wcale nie jest chłodniejszy ani mniej wypełniony, ani też mniej potężny. Ale gdy tamte dążą do gładzi i poprzez nią szlachetności tworzywa, on wybiera, trudno powiedzieć czy elektryczne, ale z pewnością elektryzujące wibrowanie tekstur, co może być drażniące, a może zadowalające, zależy od słuchającego. Jedne słuchawki to wibrowanie rozpoznają wyraźniej, inne mniej; u Ultrasone i ArcTec/Berlin (niech będzie przed ich recenzją) przy Phasemation nie było go wcale. Co mnie samemu akurat najbardziej odpowiadało, ale ktoś może widzieć to inaczej. Jest więc alternatywa – Burson Soloist Voyager to inny stylistycznie wzmacniacz, różny pod ważnym względem. Zachodzi przy tym analogia do różnic (weźmy najbliższy przykład) pomiędzy dopiero co zrecenzowanymi słuchawkami FiiO FT7 a wieloma innymi, choćby też niedawnymi opisowo NUR Harmonia. Mikronowej cienkości membrana FiiO, pracując bez komory akustycznej, którą zastępuje jej ucho, generuje podobną wibrację jak Burson, podczas kiedy u NUR, z ich dużą, w uniwersyteckim laboratorium na wydziale akustyki zaprojektowaną komorą rezonansu, dzieje się dokładnie na odwrót – wszystko zostaje wygładzone.
– I jedni wolą NUR, a inni FiiO.
W punktach
Zalety
- Szczytowej klasy słuchawkowy wzmacniacz tranzystorowy tańszy od elitarnej konkurencji.
- Dysponujący wieloma cechami zbieżnymi z lampowym wzorem dźwięku:
- Głębią
- Nasyceniem
- Bogactwem kolorytu
- Biologicznością postaci
- Ogólną siłą życia i siłą wżywania
- Naturalnością atmosfery
- W tym prawidłową (nigdy chłodną) temperaturą i dobrze uchwyconą tonalnością
- Czerpiący jednocześnie z tranzystorowych wzorów:
- Znakomitości dynamicznej
- Szybkości (w tym nie przeciągania fraz)
- Dokładności
- Ostrości konturów
- Całkowitej transparentności medium
- Wysokich ciśnień akustycznych
- Neutralności nastrojowej, gotowej oddać każde emocje
- Własnego nie przegrzewania atmosfery
- Głębi analitycznej
- Brzmieniowej ekscytacji i brzmieniowego fermentu na bazie tych analiz
- A zatem ekscytacji analitycznej (o ile ktoś jej chce)
- Class A
- Dual-mono
- Łącza XLR i RCA
- W akcji własnego autorstwa najwyższej klasy jakościowej nowe wzmacniacze operacyjne.
- Brak kondensatorów i transformatorów w ścieżce sygnału.
- Wyosobniona sekcja zasilania.
- Bardzo duża i trzystopniowo skalowana siła wzmocnienia pozwala ponieść każde słuchawki.
- Wyjątkowa precyzja elektronicznego potencjometru.
- Trzyzakresowy Crossfeed (krosowanie kanałów) nie pociąga za sobą spadku ostrości, a przecież zwykle tak się dzieje.
- Praktyczny i elegancki pilot.
- Można przyciemnić wyświetlacz.
- Efektowne i zgrane stylistycznie obudowy wzmacniacza i zasilacza.
- Do dokupienia fabryczny stelaż, równie świetnie skomponowany.
- Relatywnie szybkie osiąganie pełnej sprawności brzmieniowej.
- Znany na całym świecie australijski producent o znaczącym dorobku.
- Sprawdzona polska dystrybucja.
Wady i zastrzeżenia
- Częstokroć nie występuje gładkość tekstur znana z innych urządzeń, wyczuwa się ich wibrowanie.
- W związku z czym to raczej wzmacniacz dla lubiących tranzystorowe.
- Sekcja wzmocnienia osiąga podczas pracy wysoką temperaturę.
- Częste narzekania na to, że kabel zasilania ma gniazdo z przodu zasilacza. (Mnie to nie przeszkadzało.)
- Nie można całkiem zgasić wyświetlacza. (To owszem.)
Dane techniczne:
- Wymiary: 265 x 270 x 85 mm
- Ciężar: 7,0 kg sekcja wzmacniacza; 3,5 kg zasilacza
- Wejścia: 2 x XLR (2 x 3-pin), 2 x RCA, mic bypass
- Wyjścia słuchawkowe: 4-pin XLR (balanced), 6,35 mm (single-ended)
- Wyjścia: 1 x XLR (preamp), 1 x RCA (preamp), 1 x RCA (subwoofer)
- Pasmo przenoszenia: 0 – 48 kHz +/- 1 dB
- THD: poniżej 0,0015%
- Impedancja wejściowa: 32 kΩ
- Impedancja wyjściowa (wzmacniacz): 0,5 Ω
- Impedancja wyjściowa (preamp): 25 Ω
- OPAMP-y: V6 Vivid (Standard) lub V7 Vivid (Deluxe i Max)
- Zasilacz: 24 V/5 A (Standard) lub Super Charger 5A (Deluxe) i 15A (Max).
- Charakterystyka wyjść XLR/SE:
- (impedancja – moc XLR/SE – stosunek sygnału do szumu – separacja)
- 16 Ω – 10 W/5 W – 116 dB – 99%
- 32 Ω – 8 W/4 W – 111 dB – 99%
- 100 Ω – 3,8 W/1,9 W – 110 dB – 99%
- 150 Ω – 1,3 W/650 mW – 110 dB – 99%
- 300 Ω – 640 mW/320 mW – 109 dB – 99,5%
Cena: 23,5 tys. PLN (wersja Max); 20,5 tys. (wersja Deluxe); 17 tys. (wersja Standard)















