O Bursonie dawno nie było, od bardzo, bardzo dawna. Recenzję flagowego naonczas słuchawkowego wzmacniacza Dyrygent (Conductor) pisałem w 2013, monobloków Timekeeper rok później. Jeszcze wcześniej, w 2012, brałem pod odsłuchowy nóż mniej wysilony model słuchawkowego wzmacniacza HA-160DS, przy tej okazji raportując, że powstała w 1996 roku australijska firma z siedzibą w Melbourne, skupiająca muzyków, inżynierów i pasjonatów dźwięku, sama o sobie powiada, iż celem jej nieść radość muzycznych doznań w oparciu o najwyższej klasy dyskretne obwody tranzystorowe, wolne od tandetnych scalaków i op-ampów – groszowej szmiry psującej brzmienie. W autopromocyjnym peanie mowa też była o artystycznych zapędach, może nie aż na miarę największych dokonań, ale dzielących z nimi pasję tworzenia i dążenie do maksymalnej doskonałości, której finalnym rezultatem konstrukcja tak dopracowana, że dalsze jej doskonalenie to już dreptanie w miejscu. Dopiero osiągnąwszy ten etap – ogłaszał reklamowy folder – Burson Audio decyduje się wysłać na rynek nowy produkt, aby cieszył użytkowników wyjątkowymi przymiotami. Prócz czego na doskonałość ma się też składać wygląd, nie ustępujący jakością brzmieniu.
Upłynęła z górą dekada, firma już wtedy popularna jeszcze bardziej okrzepła i rozpostarła dostępność na aż sześćdziesiąt krain. I jak to z firmami audio bywa, powędrowała kosztowo w górę. Także dziś oferuje tańsze wzmacniacze, ale najlepszy słuchawkowy, figurujący w tytule, rozrósł się do dwóch sekcji oraz powiększył wagę, z tej okazji też właśnie cenę. W wersji Standard ma niewielki zasilacz typu płaskie pudełko, jest więc jednosekcyjny, ale w Deluxe i najwyższej Max to już wolnostojące 24-woltowe zasilacze SUPER CHARGER o sporych gabarytach i odpowiednio mocach 5A i 15A. Właśnie tę maksymalną, 15-amperową wersję z najlepszymi podzespołami miałem okazję testować – a co z tego wynikło, zaraz będę przedkładał.
Ale najpierw słóweczko o słuchawkowych wzmacniaczach pnących się ku szczytowi. Burson wyewoluował w dwupudełkowy o łącznej masie 7 + 3,5 = 10,5 kg, podczas gdy wyspecjalizowana w lampowych VivA Audio poszła o wiele dalej, szokując monstrualnym, wielokroć większym i cięższym, mimo iż też dwusekcyjnym modelem Belva, o przytłaczającej cenie 125 tys. dolarów. Wcześniej poznaliśmy jeszcze droższy – czterosekcyjny ze zintegrowanym przetwornikiem i bateryjnym napędem, sygnowany przez MSB – z tej perspektywy patrząc tranzystorowy w klasie A dual-mono Soloist Voyager Max chce za siebie skromniutkie 23,5 tys. PLN, a w niższych wersjach 20,5 i 17 tysięcy.












