Recenzja: Burson Soloist Voyager 

Budowa

    Jako się rzekło, on dwusekcyjny, ten nowy Burson wiodący. Nie zastąpił na tej pozycji dawnego Conductora w sensie anihilacji poprzednika – oba są równolegle w ofercie, Soloist tylko się wysforował. Oba mogą jednako pełnić rolę słuchawkowych wzmacniaczy i kolumnowych przedwzmacniaczy, obydwa występować w wersjach z przetwornikiem i bez, do obu mogą być podłączane nie jedynie słuchawki, ale też wciąż oferowane w uaktualnionej wersji głośnikowe monobloki Timekeeper, a dodatkowo, dla użytkowników o poszerzonych wymaganiach, także mikrofon i subwoofer.

     Porzućmy tego tańszego i skupmy się na naszym, rozpoczynając od formy. Obudowę dano mu nie z tych największych – czterdziestodwu lub trzy centymetrowych (jak przykładowo u włoskiej Audma), ale też i nie z mniejszych czy najmniejszych, a średnią. Na 26,5 cm szeroką, na 8,5 wysoką i bliską kwadratowości obwodu głębokością 27. Panele przedni i tylny są wydłużonymi ośmiokątami o czwórgraniastych bokach, dzięki czemu powierzchnie boczne zostały powiększone, a całość jawi się jako niebanalna wzorniczo, nie będąc zwykłym pudełkiem. Graniaste powiększenie służy nie tylko zaciekawianiu, ale też łatwiejszemu odprowadzaniu ciepła, którego tutaj nie brak. Moduł zasilający o analogicznym wykroju (cały ożebrowany i z niebieskim światełkiem) pozostaje łagodnie chłodnawy, ale właściwy, wzmacniaczowy, grzeje się do temperatury 43℃ ⌈1⌉ (zmierzyłem), aż niemal parząc ręce. Ciepło odprowadzają z niego aluminiowa obudowa z przetłoczeniami na wierzchu i żebrowaniami na bokach oraz wentylatory pod płytą główną, wywiewające gorące powietrze szczelinami na całą szerokość przy podstawie tylnego panelu, czemu towarzyszy niewielki hałas, gubiący się w dziennym szumie, ale dobrze słyszalny w otoczeniu zupełnej ciszy.  

     Na przednim z prawej gładko chodzący potencjometr cyfrowej regulacji poprzez układy Nisshinbo MUSES72320, małe okienko wyświetlacza, informujące turkusowymi cyframi o aktualnym poziomie głośności (które można trzystopniowo przyciemniać, ale nie można wygasić), też o aktywnym złączu i zadanym stopniu wzmocnienia. Czterema przyciskami poniżej można je wprawiać w tryb regulacji, pozwalający wybierać jeden z trzech poziomów siły wzmacniacza (100%/50%/10%) i jeden z trzech krosowania albo jego dezaktywację, plus parę innych rzeczy (np. balans kanałów, ale tylko dla kolumn). Na lewo od okienka dwa gniazda słuchawkowe: 4-pin i Pentacon oraz gniazdo dla mikrofonu, a zaraz przy nich mały przycisk ON/Stand by, który przy stanie aktywności sam się użyje, gdybyśmy przez 20 minut nie przepuszczali przez wzmacniacz sygnału. Co ma sens z punktu widzenia oszczędności energii, jako że takie grzanie urządzenia oznacza duży pobór, którego maksymalnej miary próżno szukać w technicznych danych, przy bezczynności 80W. (Przecież to klasa A.) Oznacza to zarazem, że gdyby tak się stało wbrew woli niepilnującego sprawy użytkownika, będzie on zmuszony odczekać dłuższą chwilę na ponowne rozgrzanie, które zapewne towarzyszy pełnej sprawności muzycznej. (Ale tę nadgorliwość można dezaktywować.) 

    Na przednim panelu jeszcze tylko mikre okienko pilota (zaraz przy potencjometrze), w uzupełnieniu trzeba dodać, że cały panel wraz z całą obudową jest tytanowo srebrny; gałka, żebra na bokach oraz wszystkie przyciski połyskują polerowaną miedzią; światełko indykatora aktywności to malutki niebieski punkcik, obok którego biały napis BURSON. Pilot niewielki, też tytanowy i też z miedzianymi przyciskami, służący do włączania, regulacji głośności oraz wyboru wejść. Te są cztery – na tylnym panelu po dwie pary łączy RCA i XLR, także łącze dla subwoofera (może działać ze słuchawkami), a dla graczy komputerowych obsługa mikrofonu. Tam także łącze energetyczne poprzez wtyk niskonapięciowy 24V, z którego za szarym kablem podążając trafiamy do zasilacza SUPER CHARGER. Ten jest mniejszy i dwakroć lżejszy, ale jak już nadmieniałem analogiczny wzorniczo – Burson, dbając o całościową estetykę, oferuje klientom dwu i czteropółkowe designersko dopracowane aluminiowe stelaże: jeden dla czystych słuchawkowców, drugi użytkowników kolumn, zmuszonych dodać pasujące wzorniczo świeżego chowu Timekeepery.  

     Do zasilacza wchodzimy od ściany klasycznym kablem prądowym, którego zwykły przykład dostajemy w komplecie. Dostajemy też parę przejściówek XLR/RCA (nie wolno użyć innych!) oraz przejściówki na końcówkę okablowania prądowego, ażeby podróżując po świecie móc wszędzie się podłączać, na którą to okoliczność zasilacz akceptuje prądy 110 – 240V. Dostajemy też oczywiście przykręcane do zasilacza od przodu złącze prądowe, ten szary, lekko sztywny kabel.

     Odnośnie zasilacza SUPER CHARGER, producent szczyci się dostarczaniem prądu czystszego niż bateryjny, w co niechętnie chcę wierzyć, ale wierzę, że czysty.

     Całość otrzymujemy w dwóch pudłach z lakierowanej tektury plus podłużne na akcesoria, osobliwością możliwość podmiany kompaktowych modułów cyfrowych, niczym lamp mocowanych wielopinowymi złączami. W przypadku wersji Max czynności niepotrzebnej, u niej już wszystko maksymalne; przy tej okazji warto odnotować, jakie życie bywa przekorne. Burson zaczynał od chwalenia się nieużywaniem w swoich wzmacniaczach marnych op-ampów psujów, okrutnie pastwiąc się nad tymi, którzy ich używają. A teraz sam bazuje na op-ampowym wzmocnieniu, tyle że wyrafinowanym własnego autorstwa (przy wsparciu TDK i Texas Instruments).   

     W kooperacji z obecnymi tutaj, chłodząco ożebrowanymi aluminiowymi pancerzykami super op-ampami Vivid PRO V7 ⌈2⌉ (po trzy takie w każdym kanale układu dual-mono) działają ultraciche moduły zasilania SP02, natomiast (co producent podkreśla) w ścieżce sygnału nie ma żadnych kondensatorów ani transformatorów (całkiem jak w moim lampowym), a mimo to płyta główna aż dusi się od nawału podzespołów montażu powierzchniowego.

     Dane techniczne informują poza wagą i rozmiarami o paśmie przenoszenia 0 Hz – 48 kHz (+/- 1 dB), THD poniżej 0,0015%, stosunku S/N 116 dB i separacji kanałów szacowanej na 99,5%. Impedancja wejściowa to 32 kΩ, wyjściowa 0,5 Ω, a największą uwagę zwraca niecodzienna moc maksymalna: od 10 W (XLR) dla impedancji 16 Ω, po 0,64 W (XLR) dla rzadkich już dziś 300 Ω. (Duże wartości, naprawdę duże, pogoni się każde słuchawki.)

     O cenie wspominałem, że spora, ale jak na wyrób celujący w szczytowe możliwości tranzystorowych wzmocnień, pozostająca daleko z tyłu za spotykanymi u MSB The Reference, Boulder 812, Chord DAVE, dCS Bartók czy ENLEUM 23R. znacząco niższa od tych z Niimbusa Ultimate i T+A HA 200, skromna w porównaniu do wystawionych przy najwyższych modelach Wells Audio, skromna przy AUDMA MAESTRO. 

 

     Ale ceny cenami, a kluczowe, co w zamian.

 

[1] W temperaturze otoczenia 21℃. 

[2] Najnowszy wzmacniacz operacyjny Burson Audio Vivid PRO OPA V7 (€169 za parę) wyposażony został w 8-warstwową płytkę PCB, izolującą ścieżkę sygnału od uziemienia i ekranowania, co optymalizuje przesył, zapewniając dodatkową ochronę przed zakłóceniami. Dzięki Vivid OPA V7 Burson zyskał minimalizację zniekształceń pętli otwartej, redukcję poziomu szumów, zmniejszenie dryftu sygnałowego i niski offset sygnału audio (przesunięcia DC). Prócz tego układ V7 charakteryzuje się szerszym od wersji poprzednich pasmem transferu i dzięki mniejszym gabarytom lepszą kompatybilnością z zasilaczami, stanowiąc kolejny etap na drodze osiągania maksymalnie analogowego wzmocnienia dźwięku. (Za stroną sprzedażową AUDIOPHONICS.) Krytycy zwracają jednocześnie uwagę na wyższą temperaturę pracy i zakusy analityczne.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

© HiFi Philosophy