Recenzja: Boenicke W11 Standard

   Odsmażmy szwajcarski kotlet, jeden z najsmakowitszych i najgrubszych. W 2018-tym pisałem:

„O Boenicke Audio wie każdy zorientowany w sprawach głośnikowych audiofil, że to marka szwajcarska, oferująca specyficznego kształtu konstrukcje, brzmieniowo poczytywane za niezwykłe. Ale kiedy chcieć się wgryźć głębiej w temat i o Boenicke dokładniej przepytać, to niezbyt wiele się dowiemy z licznych skądinąd recenzji i od samego twórcy. Na stronie domowej Sven Boenicke powiada tyle o sobie, że w filharmonii i na koncertach bywa prawdopodobnie częściej niż którykolwiek inny konstruktor głośników i że ma dzięki temu brzmieniowy kształt oraz barwę instrumentów muzycznych zawsze przy sobie. A wszystko w następstwie drugiej płaszczyzny zawodowej działalności, bycia realizatorem koncertowych nagrań i posiadania na koncie ponad trzystu realizacji. Poza tym możemy także obejrzeć u Boenicke wysmakowany estetycznie i ckliwy emocjonalnie film o przemijalności życia i łańcuchu pokoleń, osadzony w surrealistycznych pejzażach i nowoczesnej architekturze z towarzyszeniem brzmień typowych dla współczesnej muzyki filmowej. Są tam także w dziale „Shows, Press” odsyłacze do mnogich recenzji, wywiadów i nawet wycieczek do siedziby, ale niewiele nowego można pośród nich znaleźć poza zdjęciami, z których wynika, że osprzęt elektroniczny sali odsłuchowej stale ewoluował, plus zdawkowe rozważania o komputerowym projektowaniu i uwagi o zaletach nie bycia z wykształcenia inżynierem, dzięki czemu ma się świeższe podejście i więcej zaliczonych prób oraz pouczających błędów. Z kolei kiedy samemu Internet przeczesać w poszukiwaniu czegoś więcej, możemy jeszcze w witrynie „Best Swiss” przeczytać, że już jako nastolatek Sven Boenicke intensywnie zajmował się inżynierią dźwięku i konstruowaniem głośników; a później, mimo iż wykształcił się na instruktora sportowego, jego serce wciąż pozostało wierne muzyce i sposobach jej odtwarzania, w związku z czym pod koniec lat 90-tych założył firmę Boenicke Audio, w całości poświęconą opracowywaniu wysokiej klasy głośników i poprawiających ich brzmienie akcesoriów.

Firma lokuje się nad Renem, w Bazylei, na zbiegu Szwajcarii, Niemiec i Francji; jest zaledwie trzyosobowa. Dzięki przynależącej do niej stronie internetowej możemy zajrzeć do firmowej kwatery głównej przy Ramsteinerstrasse 17, gdzie czeka na odwiedzających miejsce w pierwszym rzędzie na prawdziwym koncercie, bo tak kolumny Boenicke grać mają. I gdzie nie widać gramofonu, a jedynie źródła cyfrowe. Możemy się tam będąc nawet na wszystkie strony rozglądać i drobiazgowo pozwiedzać, bo wizualizacja jest dookólna, na bazie skanowania przestrzennego.
Z produktami Boenicke pierwszy raz miałem styczność na AVS 2013, gdzie grał szczytowy model z wycofanej już wcześniejszej linii, a rok później poprzedni dystrybutor, krakowski Living!Sound, prezentował ten właśnie recenzowany obecnie W8, ale nie umiem powiedzieć w której wersji; prawdopodobnie w najtańszej. Tyle że na stelażach SwingSound, które bez dopłaty znajdziemy jedynie w dwóch doposażonych, droższych wersjach.
Dystrybucja Boenicke pozostała w Krakowie, po zwinięciu się Living!Soundu przejął ją też krakowski Nautilus.”

Tyle wspominków, nie było powodu pisać o tym raz jeszcze w innym szyku zdaniowym. Ale minęły dwa lata, a nawet dwa i pół – i jak to w kolejach losu, to i owo uległo zmianie. Na stronie domowej Boenicke nie pozwiedzamy już kwatery głównej i nie obejrzymy tego filmu w surrealistycznych realiach. Obecnie film dostajemy inny, kładący nacisk na wizualizację procesu produkcji i powiązanie głośników z realiami muzyki live; jest zatem i strojenie fortepianu, i projektowanie komputerowe, i w akcji obrabiarki CNC, i także dopieszczanie wykończenia. Jest również osobiście Sven Boenicke – zagłębiony w muzyce, którą przyswaja nie poprzez swe głośniki, tylko słuchawki Grado. Pojawiający się drugi raz na zdjęciu z rzucającą wyzwanie miną, które to zdjęcie towarzyszy dłuższemu teraz opisowi historii powstania firmy. Zaczyna się ów opis od przywołania faktu, że w branży audio na całym świecie działa obecnie przeszło dwadzieścia tysięcy firm, oraz wynikającego zeń pytania – czy jeszcze jedna potrzebna? Na to pytanie Sven odpowiedział sobie kiedyś twierdząco, a sednem afirmacji była jakość. Kolumny inne od wszystkich, mające unikalne cechy, stopniowo rozwijane i udoskonalane na cześć i chwałę muzycznych dokonań. Reszty nie będę przytaczał, każdy może sobie przeczytać. A jakość się potwierdzi albo nie w rozdziałach o budowie i dźwięku.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

2 komentarzy w “Recenzja: Boenicke W11 Standard

  1. Alucard pisze:

    Nigdy mnie kolumny nie interesowaly za bardzo, mialem tylko podstawowe podlogowe Kody z jakims wzmacniaczem Pioneera. Ale brzmi zdecydowanie jak cos, co chcialbym miec. Napieranie dzwieku na sluchacza skumulowane w poteznej energii to jest cos czego zawsze chcialem. Poki co szukalem tego w sluchawkach. Maja to co poniektore modele z wyzszej polki zachowujac przy tym inne walory dzwieku wysokiej proby. Co do samych kolumn to zawsze rozroznialem ladne lub brzydkie jesli idzie o wyglad. Pierwszy raz w zyciu widze kolumny ktore sa ohydne i stylowe jednoczesnie. Oryginalny sprzet 😉

    1. Piotr Ryka pisze:

      Ohydne to one nie są. Jak dla mnie ustawne i sympatyczne. Nietuzinkowe oczywiście też. Podobna kumulacja energii w słuchawkach Ultrasone E7, E9 i T7, aczkolwiek temu ostatniemu wcieleniu koniecznie należy wymienić kabel. (Technicznie łatwe, ekonomicznie słone.)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy