Recenzja: Boenicke W11 Standard

Brzmienie cd.

Kąt odgięcia ma zasadnicze znaczenie.

   Samo brzmienie w tym pasie okazało się specyficzne – oparte o duże źródła, w tym wypadku nie jak najdokładniej separowane i ukazywane odrębnie, tylko jak najdokładniej wiązane z sobą w jedno ogólne brzmienie. – Lokalizacja i propagacja nie okazały się w prezentacyjnym ujęciu Boenicke W11 starannie rozróżnione i oddzielone, tylko płyta po płycie tworzył się jeden brzmieniowy konglomerat o wysokiej gęstości. Co nie znaczy, że lokalizacji zupełnie tam nie było: brzmienia dochodziły z określonych miejsc – gdy śpiewak stał po lewej, słychać było go z lewej. Niemniej stopień nasycenia przestrzeni brzmieniem w przypadku każdego z dziesiątek puszczanych w obroty krążków okazał się wyjątkowo wysoki – zupełny brak pustych miejsc wypełnianych samym poszumem tła. Od Boenicke W11 dostajemy muzyczną zupę – i to nie cienki rosołek.

Przepraszam za kulinarne porównanie, ale nie znalazłem pod ręką lepszego. By się wyrazić mniej trywialnie dodam, że muzyka tym razem szczególnie była esencjalna, całą przestrzeń nasycająca i wypełniająca sobą. Ucho nigdzie nie trafiało na pustkę; nie dość tego – za każdym razem sytuacja „dźwięk wszędzie”, w każdym miejscu go gęsto. Nieprzesadnie, realistycznie, niemniej muzyka wszechobecna, jednorodna, działająca jak jeden mięsień.

Samo zaś brzmienie ciepłe, biologiczne i w stu procentach melodyjne. Też tak jak lubię z meszkiem; a tym bardziej chropawe, im bardziej ustawimy kolumny pod aktywność sopranów. Ale przy ustawieniu basu na +2 nawet maksimum tej intensywności nie dawało chropawości wyraźnej, kto zatem ją wyżej ceni od melodyki naturalnej, zejść powinien na poziom +1 albo 0. (Rzecz jasna relatywizuję do swojego pokoju i toru, ale to chyba oczywiste.)

Naprawdę zasadnicze.

Duże źródła i ich skomasowanie do jakby jednego dźwięku szczególnie mocny wyraz znalazły w teście stereofonii. Nigdy poprzednio się nie zdarzyło, aby w Chung-kuo Vangelisa (płyta „Themes”) przechodzenie dźwięku pomiędzy kanałami właściwie nie istniało; by cały czas był intensywnie podtrzymany pomiędzy jednym a drugim na całej szerokości. W błędzie jednakże ci, którym się w związku z tym zdaje, że obraz w takim razie ułomny. Zupełnie nie odniosłem takiego wrażenia: to było inne, lecz fascynujące i wyrazowo mocne. Jeden brzmieniowy ekran, jedna kurtyna – różnie to można określać, tak czy tak efekt całościowy, duże wrażenie wywierający i ani trochę nie dający poczucia, że coś jest tutaj nie tak. Gdyż owo całościowe brzmienie głębokie – i w odniesieniu do siebie, i do tej jednolitej sceny o właśnie dużej głębi – a przy tym pełna kultura, imponująca siła oddziaływania, długie wybrzmienia, zaśpiewy, jeszcze ten meszek. Dźwięk niewątpliwie magiczny i określenie „teatr cudów” samo się narzucało. Siła, koherencja, koordynacja, holografia, elegancja i śpiewność. Ciśnienia bardzo wysokie, ale z uwagi na boczne ustawienie wooferów bardziej roztaczające się na cały obszar niż idącym tylko do przodu atakiem wgniatające słuchającemu mostek. Dźwięk wszechogarniający i rozbudzający wibracją całe pomieszczenie, a nie pozostający tylko za kolumnami lub nieznacznie tylko wysuwający się przed nie.

Wszystkie poza tym jednym testy zaliczone na wysokie oceny: naturalność normalnej mowy, eleganckie pogłosy, świetne obrazowanie wnętrz stepowaniem i innymi dźwiękami, imponujący brzmieniowym rozmachem i harmonicznie złożony fortepian, niezwykła intensywność skrzypiec w bachowskich produkcjach Milsteina. (To wyjątkowa płyta, lubiącym muzykę klasyczną radzę mieć.) Ciężki rock przy wyczuwalnym lekkim ociepleniu wyrazowo potężny i jasna rzecz, że jednolity wyrazowo. Jeżeli czegoś odnośnie go się czepiać, to może wokaliści trochę za bardzo się tracili w tej potężnej jednolitości brzmienia. Ale w muzyce rozrywkowej tego gubienia ani śladu – od jazzu i bossa novy po poezję śpiewaną same popisowe produkcje. Jedynie album „Ten New Songs” Leonharda Cohena pokazał przedobrzony bas, ale ta płyta tak została nagrana – to po jej stronie wina, a nie kolumn.  

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

2 komentarzy w “Recenzja: Boenicke W11 Standard

  1. Alucard pisze:

    Nigdy mnie kolumny nie interesowaly za bardzo, mialem tylko podstawowe podlogowe Kody z jakims wzmacniaczem Pioneera. Ale brzmi zdecydowanie jak cos, co chcialbym miec. Napieranie dzwieku na sluchacza skumulowane w poteznej energii to jest cos czego zawsze chcialem. Poki co szukalem tego w sluchawkach. Maja to co poniektore modele z wyzszej polki zachowujac przy tym inne walory dzwieku wysokiej proby. Co do samych kolumn to zawsze rozroznialem ladne lub brzydkie jesli idzie o wyglad. Pierwszy raz w zyciu widze kolumny ktore sa ohydne i stylowe jednoczesnie. Oryginalny sprzet 😉

    1. Piotr Ryka pisze:

      Ohydne to one nie są. Jak dla mnie ustawne i sympatyczne. Nietuzinkowe oczywiście też. Podobna kumulacja energii w słuchawkach Ultrasone E7, E9 i T7, aczkolwiek temu ostatniemu wcieleniu koniecznie należy wymienić kabel. (Technicznie łatwe, ekonomicznie słone.)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy