Brzmienie: W roli wzmacniacza głośnikowego
Zacznijmy od głośników i w ich kontekście poglądowej lekcji na temat: Co może zmienić interkonekt. Konkretnie dwa komplety, bo Aura potrzebuje dwóch. Mogą być RCA, a mogą XLR, mogą też być mieszane, a sam postanowiłem sprawdzić, czy są pomiędzy różnice, zaczynając od łącz symetrycznych, z których jednym był redakcyjny Tellurium Q Black Diamond, a drugim pożyczony Siltech. Pojawiło się brzmienie w typie nadwrażliwej czujności, takiej uwrażliwione na najmniejsze oznaki dźwięku, najcichsze nawet poszmery. Ale nie tylko wrażliwe, też chcące tę wrażliwość podnieść do rangi artystycznej i w ramach tego silne czucie obecności nawet milczącej sceny muzycznej. Stan nieustannego pobudzenia, w którym nigdzie nie ma martwoty – w każdym calu dźwiękowego obszaru coś wibruje i szemrzy – dotyka milionami muśnięć. Osobiście bardzo to lubię: to z jednej strony wzmacnia poczucie prawdziwości poprzez wzmożenie uczestnictwa, z drugiej pobudza wyobraźnię i rozbudza sferę magiczną, bo przecież w pozanagraniowym świecie nie doświadczamy czegoś takiego, kiedy jesteśmy w mieszkaniu. (W lecie nocą na łące, na jeziorze lub w lesie można doświadczyć czegoś podobnego, ale dalece nietożsamego.) Szum tła poprzez nagranie, on w zależności od wzmacniacza może być słabszy lub silniejszy, a moim zdaniem, tak odbieram, im jest silniejszy, tym lepszy wzmacniacz. (Oczywiście także kolumny, ale teraz nie o nich.) Dzielony wzmacniacz Aury okazał się zaliczać do tych, które to intensyfikują – rozbudzona i rozedrgana cisza i ożywiona nagraniowa przestrzeń należą do jego silnych stron. Do czego dołącza czucie głębi – przestrzeń nie tylko jest intensywna szmerową obecnością, fascynuje też słuchającego głębią. Pokój, kończący się fizycznie ścianą kilka metrów od niego, w świecie nagrania nie ma ściany: otwiera się przepastna głębia, w której chóry, orkiestry i organy potrafią grać kilkadziesiąt metrów odeń i nic ich nie oddziela. To również mocną stronę dzielonego wzmacniacza Aury, który tę głębię potrafi skalować w zależności od stopnia głośności na zasadzie: „im ciszej, tym dalej”. A trzymając w ręku pilota łatwo wyszukać punkt zjawiającego się szczytowego realizmu, kiedy chór czy orkiestra najdoskonalej się wizualizują i świetnie widać miejsca instrumentów, i słychać poszczególne głosy. Znakomita z tym była zabawa, toteż długo siedziałem w tych chórach i orkiestrach, przeplatając je organami i muzyką elektroniczną oraz nagraniami oper na żywo, sporządzanych w trakcie przedstawień. Ale kazała się też przywołać i inna muzyka, ta bliższa lokalizacyjnie. Nigdy bliższa niż półtora do dwóch metrów za linią ustawienia głośników i przy tym samym dystansie bardziej zbliżona do prezentacji wzmacniacza Circe Labs niż Lavardin, to znaczy pozbawiona tendencji by ruszać ku słuchającemu – woląca pozostawać na miejscu powstania, by tam się na niej skupiać i się z dystansu przyglądać. Ale to tak w stopniu pośrednim, bo gdy przy Circle Labs to umiejscowienie było zupełnie jednoznaczne na zasadzie „jest tam i tylko tam”, tu się zjawiała pewna skłonność do przybliżenia ku słuchaczowi, ale wyraźnie słabsza niż w prezentacji Lavardin. Zarazem – tak samo jak u obu tamtych – na szerokość bardzo nieznacznie szersza od rozstawienia kolumn, całą potęgę wyobraźni kierująca nie na szerokość, a na przepastną głębokość – czyli dokładnie tak jak lubię.
Ta bliższa słuchacza muzyka pozwoliła potwierdzić, że źródła dźwięku są duże, w niektórych przypadkach aż nadnaturalne, a scena nieznacznie szersza niż u dwóch konkurencyjnych i przy tym wypiętrzająca się wyżej, dająca większą ścianę pierwszego planu. Przy tym wysoce też spoista, czyli pozbawiona brzmieniowych luk w odniesieniu do pól brzmieniowych źródeł, a nie jedynie samego ożywiania planktonem.
Same zaś dźwięki klarowne, czyste, bardzo wyraźne i nasycone ekspresyjnie – najmniejszych ciągot do stylu obojętności i relaksacji, wszystko intensywnie wzmożone. Ciemny aranż i komplementarny względem niego wyczuwalny naddatek tlenu, tak że od tego przyciemnienia nie staje się duszno ani ciasno, a wręcz przeciwnie – czystość atmosferyczna, duży plener i pełna swoboda oddechu. Tak samo komplementarnie współpracujące żywość i melodyjność – pierwsza przyspieszająca i pobudzająca, druga uspokajająca i rozmarzająca. Przy czym od pierwszej szybkie narastanie, a druga mogłaby trochę dłużej podtrzymywać wybrzmienia, trochę za prędko ucinane. Z tego wszystkiego całościowa efektowność na wysokim poziomie, ale prócz tego za wczesnego ucinania wybrzmień też drugi czynnik dwuznaczny – podbarwianie średnicy sopranem.
W wielu recenzjach rozpisywałem się o domieszkowym czynniku sopranowym, zwracając uwagę, że ma walor wyostrzania obrazu, też podkręca pogłosy i akcentuje grasejacje, wyzwalając od nudzącego zbytniego uspokojenia. Poza tym może w odniesieniu do ludzkich głosów działać odmładzająco, odejmując artystom wieku – ale to wszystko kosztem wzrostu nerwowości, osłabienia melodyjności i przede wszystkim nie jest to stuprocentowy naturalizm, a przynajmniej nie w sensie powszednim, takim zwykło-życiowym.
Obwody push-pull mają naturalną skłonność do takiej intensyfikacji sopranów i za szybkiego urywania wybrzmień, podczas odsłuchu z pierwszym zestawem kabli można to było potwierdzić. W rozpatrywanym przypadku to podostrzenie trochę psuło mi też nie samą tylko melodyjność i brany z życia naturalizm, ale też zaburzało poczucie tajemniczości, skądinąd świetnie rozbudzane przez tę inspirującą aktywność przestrzeni, też przez ciemne scenerie i powszechne głębie wszystkiego, również nie wiadomo skąd brany napływ dodatkowego tlenu oraz całościowy rozmach spektakli.
Usłyszawszy to przypomniałem sobie o własnym błędzie, a mianowicie o tym, że przystępując do odsłuchu nie wyeksponowałem zza zasłon ustroi akustycznych; całe były za nimi schowane i upchnięte do kąta. Poprawiwszy, skonstatowałem poprawę, pod postacią nie tylko bardziej unormowanie naturalnej, spokojniejszej i trafniej ukierunkowanej prezentacji sopranów, ale też wraz z tym również przyrostu wypełnienia, całościowego zgęstnienia dźwięku i, czego już nie oczekiwałem, dodatkowego pogłębienia sceny, w sensie częstszego zwracania uwagi słuchacza na jej zjawiskową głębokość. Teraz stało się już pod każdym względem super: czuć było pietyzm traktowania i niezwykłość każdego dźwięku, czuć było też niezwykłą nośność wraz przyrostem długości wybrzmień. Lecz w dalszym ciągu sopran okazywał się dominantą, jako mimo wszystko za intensywny, aczkolwiek czujność aparatury w odpowiedzi na sygnał i jej umiejętność sprowadzania wszystkiego do form trójwymiarowych, były równie dominujące, tyle, że jako leżące w zasadniczym nurcie brzmieniowej poprawności, a nie trochę poszarpujące brzegi muzycznej strugi. Koloratury już bez zarzutu i śpiew wszelkiego rodzaju już niemal idealny, ale jeszcze momenty krzyku z odrobiną przewagi wyżyłowanej krzykliwości nad rozpostarciem przestrzennym, a zwykła mowa odrobinę podostrzana sopranową posypką.
– Piękno niewątpliwie wplecione w całokształt prezentacji, ale jeszcze nie idealne, jeszcze mogące stać się piękniejszym. Zarazem holografia magiczna i filharmonia jak prawdziwa, głęboki – też dźwięczny i potężny – dźwięk fortepianu solo, operujący na pełnej skali i o głęboko czytanej strukturze harmonicznej. Bas przestrzenny i potrafiący zalewać sobą przestrzeń, aczkolwiek nie należący do takich po brzegi wypełnionych ciężką treścią, poprzez to super masywnych. Za to wyraziście konstruowany i generalnie w porządku; rock wraz z tym też nie z takich epatujących masywnością, ale wystarczająco mocny, zły i prędki.
Wszystko to należało określić słowami „klimatyczne” i „spektakularne”, ale miałem ochotę na więcej, zwłaszcza na do ostatka wypełnienie i melodyjność ani trochę nie psutą sopranami. Dlatego kable XLR zostały zastąpione dwoma Sulkami RCA, przy okazji trochę pożałowałem, że tylko jednym z nich szczytowy RED, drugim był średni 6×9. (Skądinąd znakomity, no ale nie aż tak.)
Ale w zupełności starczyły. Tonalność poszła w dół, i to wyraźnie. Dźwięk stał się bardziej miękki oraz muzycznie prawidłowy, przy tym z lampowym charakterem i cieplejszy. Wybrzmienia jeszcze się wydłużyły, i teraz już bym nie chciał, by stały się jeszcze dłuższe. Wraz z ciepłem stało się radośniej i w odczuciu bardziej przyjaźnie, Bossa Nova dopiero teraz stała się w pełni sobą, podobnie jazz także zyskał swój właściwy charakter. A trzeba zauważyć, że oba te gatunki miały poprzednio wydźwięk emocjonalny od posępnego po neutralny, co nie jest ich naturą, choć jazz faktycznie bywa nieraz sam z siebie posępny, ale to raczej tak już na specjalne okazje, na Zaduszki Jazzowe albo skowyty metafizyczne.
Zmiana najbardziej dostrzegalna, to przesunięcie akcentu z sopranowego na basowy – i nie wiem, czy może być większa, gdy nie brać pod uwagę zamiany brzmienia z dobrego na niedobre w obie strony, która to sytuacja tutaj nie miała miejsca. Już wcześniej było bowiem świetne, a to obecne jeszcze lepsze, przynajmniej w mych kryteriach ocen. Ale dla kogoś wolącego tajemniczość chłodną od ciepłej, a poprawności melodycznej nie przedkładającego nad dreszcze alienacji, to wcześniejsze, przy innych interkonektach, mogło go bardziej zadowalać. Dla mnie jednak dużo ważniejsze było, że przy teraz użytych kablach całkowicie zniknęła wada obwodów push-pull: brzmienie przestało być za prędko urywane w wybrzmieniach, za chude i zanadto podostrzane sopranem. Co równie ważne, nie stało się to kosztem dobitnej wyraźności, czucia przestrzeni nawet milczącej, ani też kosztem scenicznej głębi. Ta ostatnia się nawet zwiększyła, a same dźwięki doskonalej modelowały krawędzie i bardziej uwzględniały trzeci wymiar, a przede wszystkim miały bardziej otwarty na różne nastroje charakter.
Całościowo – tu nie ma złudzeń – było to brzmienie doskonalsze niż tak mi się podobające od założycielskiego dla tej marki wzmacniacza Aura Rebirth: analogowo bardziej dopieszczone, szlachetniejsze, ciekawsze, subtelniejsze i potężniejsze. Takie już naprawdę lampowe, w najlepszym rozumieniu tego słowa, pozwalające się zapadać w wielogodzinne, fascynujące słuchanie. Ale żeby nie było, że na tym nawet najmniejszej skazy: bas nie miał najniższego zejścia, a przejrzystość nie była taka, jak ta niesamowita od mistrzowskiego pod jej względem wzmacniacza Lavardin. Tym niemniej high-end w całej krasie, prócz tego w zapasie słuchawki.








