Powracamy do marki Aura. Półtora roku temu pisałem recenzję zintegrowanego wzmacniacza Aura VA-40 Rebirth, obecnie staje przed nami tej samej marki dzielony. Wprowadzony do oferty niedawno i wyglądowo pokrewny, złożony z dwóch segmentów identycznych pokrojem, ale z czernią za dominantę, w miejsce u tamtego srebrzystego korpusu.
Najkrócej o samej firmie. Zaistniała poprzez stworzenie wzmacniacza AURA VA-40 Bowers & Wilkins, w którego powstawaniu sami John Bowers ani Roy Wilkins nie mieli żadnego udziału. Maszyna powstała z inspiracji i poprzez realizację wizji dwóch inżynierów z Portsmouth, Michaela Tu i Andrew Hunta, a firma Bowers & Wilkins, będąca najpierw sklepem handlującym elektroniką, a dopiero od 1966 producentem głośników, wzięła wzmacniacz pod swoje skrzydła, o co ją zresztą proszono. Współpraca z twórcami wzmacniacza nie rozwinęła się jednak pomyślnie, po roku od rozpoczęcia sprzedaży Michael Tu postanowił się wynieść do Japonii i tam rozwijać już tylko na własne konto interes, rejestrując swój powstały w 1989 Aura Design Ltd. na wyspach japońskich. Niemniej wzmacniacz rozpoczął życie w świadomości audiofilskiego grona, pewna ilość stała się czyjąś własnością, a wokół tych sprzedanych zaczęła się tworzyć legenda „rewelacyjnego wzmacniacza po bardzo tanich pieniądzach”.
Robiąc skok z końca lat 80-tych do 2024 roku lądujemy w objęciach wzmacniacza już tylko japońskiego, sygnowanego przez tokijski klaster produktowy Yukimu; wzmacniacza już nie tak taniego (12 900 PLN), stanowiącego zgodnie z przydomkiem Rebirth odświeżoną, gruntownie udoskonaloną wznowę mającego lata temu niełatwy start pierwowzoru. Recenzja kończyła się słowami „Ta Aura się udała”, a wcześniej było o zaciekawieniu, nawet o magii i fascynacji.
To teraz znowu skok, już tylko o półtora roku: siadamy przed tą samą, szacując po wyglądzie maszyną, ale już podzieloną na przedwzmacniacz i wzmacniacz właściwy oraz w tym przedwzmacniaczu wzmacniacz słuchawkowy – tak dobry, że właśnie: „Proszę siadać!”. Urządzenie już nie jest autorstwa Michaela Tu; wzorując się na jego rozwiązaniach zaprojektował je Isamu Nakazono z Yukimu Corporation. Czym różni się we wnętrzu, to spróbujemy wybadać, a powierzchowność to architektoniczna analogia, jedynie z szatą kolorystyczną zmienioną na głównie czarną a nie srebrną, plus usprawnione odprowadzanie ciepła, które wraz ze znacznym przyrostem mocy też odpowiednio wzrosło, a wciąż musi się nieniszcząco zmieścić w spłaszczonej obudowie.
Rzecz jasna wzrosła także cena:
Przedwzmacniacz/wzmacniacz słuchawkowy LCC-1 kosztuje 19 900 PLN
Końcówka mocy LCP-1 – 16 990 PLN
Co jest czym czego
Obie sekcje podzielonego wzmacniacza mają, jak już mówiłem, pokrój analogiczny z jednoczęściową Aurą Rebirth, ale odmienne wykończenie, przez co zmieniony charakter wyglądu. Kiedy tam front połyskiwał jednorodnym lustrzanym blaskiem, naruszanym jedynie przez dwa czarne pokrętła, tu dominantą czerń, naruszana przez srebrne, zaokrąglone na końcach winiety. Szerokie i podługowate, rozpostarte centralnie, na obu sekcjach jednakowe rozmiarem i jednakowo uzupełniane na lewym skraju podświetlanymi prostokątami włączników. Ale tak było na początku produkcji, potem winieta przedwzmacniacza uległa drastycznemu zwężeniu; z jej obrębu zniknęły wszystkie znajdujące się tam wcześniej narzędzia obsługowe. Nie wiem, czy to są tylko dwa różne warianty wykończeniowe, czy tak już zmieniono na stałe, tak czy tak będę opisywał jedynie wariant stojący u mnie, czyli z najnowszej serii.
Sekcja przedwzmacniacza powinna się znaleźć na spodzie, jako się mniej rozgrzewająca; srebrną winietę ma teraz małą jak wizytówka i zgodnie z tym samą na niej nazwą Aura plus mniejszą czcionką dopisek linear device. Między winietą a włącznikiem przycisk z podpisem GAIN, do dwustopniowej regulacji siły wzmacniacza słuchawkowego, która swe podniesienie oznajmia przycisku podświetleniem. Zaraz obok dwa gniazda słuchawkowe: Pentacon 4,4 mm i duży jack 6,35 mm, z kolei na prawym skraju potencjometr, obsługiwany też z pilota, a zbliżając się od winiety ku niemu po drodze podświetlające się po aktywacji przyciski: PHONO, Line1, Line2 i BAL, przełączające wejścia. Zasadnicza powierzchnia frontu to anodyzowane na czerń i szczotkowane, ekstrudowane wcześniej (tj. wytłoczone pod wysokim ciśnieniem) aluminium, na obu bokach natomiast tej samej wysokości panele z litej stali, tworzące wspólnie wyższy rant względem pokrywy wierzchniej, która jest wzdłużnie przedzielona na większe przednie plateau z arkusza włókien węglowych i o połowę węższy, laserem wykrojony panel z chromowanej, nierdzewnej, polerowanej ręcznie stali.
Patrząc na tył od jego strony po lewej zacisk uziemienia powiązany z gramofonowym przedwzmacniaczem, obok wejście gramofonowe RCA i dwa takie samie liniowe, a dalej czwarte XLR i kolejno dwa wyjścia – niesymetryczne i symetryczne. Dalej już tylko wtyki dla przewodowego pilota (gdyby bezprzewodowy się nie nadawał skutkiem przysłony odbiornika, albo gdybyśmy chcieli uczynić wzmacniacz trzyczęściowym), na finał trzybolcowe wejście mocy z komorą bezpiecznika.
Urządzenie zapoczątkowuje u producenta serię Linear Classics, a wbudowany w nie symetryczny wzmacniacz słuchawkowy oparto na dyskretnej architekturze push-pull dual-MOSFET, gdzie każdy kanał jest obsługiwany przez dwie dopasowane pary tranzystorów EXICON ECX10P20/ECX10N20 (łącznie osiem tranzystorów MOSFET); jedynie wstępny stopień konwersji symetrycznej wykorzystuje wzmacniacz operacyjny Burr Brown OPA 2134UA. Obsługujący ten układ toroid jest robiony na zamówienie i odznacza się wyjątkową jakością, został też odizolowany magnetycznie od ścieżki sygnału metalową barierą, a płyta główna montażu powierzchniowego, celem maksymalnego odseparowania od wibracji podstawy, została przymocowana do pokrywy górnej i wyposażona we własną izolację magnetyczną w postaci płata folii miedzianej. Z kolei karbonowa pokrywa nad nią (właśnie jako wykonana z karbonu) została wyselekcjonowana spośród wielu wypróbowanych, min. ceramicznych i aluminiowych, pod kątem minimalizacji zakłóceń elektromagnetycznych i wibracyjnych.
W firmowych materiałach opisowych czytamy, że „w celu zagwarantowania bezkompromisowej wydajności, w całym urządzeniu zastosowano najwyższej jakości podzespoły, takie jak rezystory metalizowane VISHAY i najwyższej klasy kondensatory UKA, UUQ i UCQ.”
Całość waży 6,5 kg i ma wymiary 430 × 71 × 332 mm. W spoczynku pobiera 1W, a maksymalnie 20W. Pasmo przenoszenia oszacowano na 20 Hz – 20 kHz (+0 dB -0,2 dB), THD zmieszczono poniżej 0,003% i S/N ma odstęp113 dB, a moce wzmacniacza słuchawkowego to 14V dla gniazda symetrycznego i 8V niesymetrycznego.
Cena sekcji LCC-1, jak już pisałem, opiewa na 19 900 PLN, jako wycena przedwzmacniacza zwykłego i gramofonowego oraz wzmacniacza słuchawkowego.
Sekcja wzmacniacza właściwego LCP-1 jest tańsza i kosztuje 16 990 PLN. Ma takie same gabaryty, ale o blisko dwa kilogramy większą wagę (8,2 kg), trochę inaczej też wygląda i nie wyłącznie pod względem czynników obsługowych. Tych oczywiście mniej – na frontonie końcówki mocy poza podświetlanym włącznikiem i szeroką winietą z napisem „Aura” niczego więcej nie ma. Ale odmienność tyczy również pokrywy nad elektroniką, której dwie trzecie zajmuje szczelinowo-żebrowy radiator, jako gwarant odprowadzania ciepła. Ciepła generowanego tutaj przez układ push-pull kombinowany z tranzystorów MOS-FET EXICON EXW20N20/ECW20P20, które zostały do radiatora przytwierdzone od spodu – całość wzmocnienia to cztery łącznie potężne tranzystory wspierane wysokopojemnościowymi kondensatorami Nichicon MUSE i metalizowanymi rezystorami Vishai, a przede wszystkim „praktycznie bezwibracyjnym” najwyższej klasy toroidem produkowanym na zamówienie.
Wzmacniacz może pracować jako stereofoniczna końcówka mocy 2 x 75W/8Ω, bądź też jako monoblok (przez przełączenie BTL); a wtedy ma w kanale 1 x 150W/8Ω mocy. Parametry techniczne mówią prócz tego o impedancji wejściowej 100 kΩ, paśmie przenoszenia 20 Hz do 20 kHz (±1 dB), THD mniejszym niż 0,06% oraz maksymalnym poborze oszacowanym na 100 W.
Wierzchni radiator uzupełnia taka sama chromowana płyta z nierdzewnej, chromowanej stali, na tylnej ściance rozmieszczono po jednej parze wejść XLR i RCA, suwakowy przełącznik przerzucania się między nimi, jeden komplet zwór głośnikowych, przełącznik Mono/Stereo, gniazdo zasilające z obok komorą bezpiecznika i jack pilota przewodowego.
Podobnie jak sekcję przedwzmacniacza całość oparto na czterech metalowych walcach z wprasowanymi gumowymi ringami o zadaniu redukcji drgań, wbrew domyślnej sugestii, moduł końcówki mocy rozgrzewa się słabiej od modułu z pracującym pod dużym obciążeniem (trudne do napędzenia słuchawki) wzmacniaczem słuchawkowym.
Brzmienie: W roli wzmacniacza głośnikowego
Zacznijmy od głośników i w ich kontekście poglądowej lekcji na temat: Co może zmienić interkonekt. Konkretnie dwa komplety, bo Aura potrzebuje dwóch. Mogą być RCA, a mogą XLR, mogą też być mieszane, a sam postanowiłem sprawdzić, czy są pomiędzy różnice, zaczynając od łącz symetrycznych, z których jednym był redakcyjny Tellurium Q Black Diamond, a drugim pożyczony Siltech. Pojawiło się brzmienie w typie nadwrażliwej czujności, takiej uwrażliwione na najmniejsze oznaki dźwięku, najcichsze nawet poszmery. Ale nie tylko wrażliwe, też chcące tę wrażliwość podnieść do rangi artystycznej i w ramach tego silne czucie obecności nawet milczącej sceny muzycznej. Stan nieustannego pobudzenia, w którym nigdzie nie ma martwoty – w każdym calu dźwiękowego obszaru coś wibruje i szemrzy – dotyka milionami muśnięć. Osobiście bardzo to lubię: to z jednej strony wzmacnia poczucie prawdziwości poprzez wzmożenie uczestnictwa, z drugiej pobudza wyobraźnię i rozbudza sferę magiczną, bo przecież w pozanagraniowym świecie nie doświadczamy czegoś takiego, kiedy jesteśmy w mieszkaniu. (W lecie nocą na łące, na jeziorze lub w lesie można doświadczyć czegoś podobnego, ale dalece nietożsamego.) Szum tła poprzez nagranie, on w zależności od wzmacniacza może być słabszy lub silniejszy, a moim zdaniem, tak odbieram, im jest silniejszy, tym lepszy wzmacniacz. (Oczywiście także kolumny, ale teraz nie o nich.) Dzielony wzmacniacz Aury okazał się zaliczać do tych, które to intensyfikują – rozbudzona i rozedrgana cisza i ożywiona nagraniowa przestrzeń należą do jego silnych stron. Do czego dołącza czucie głębi – przestrzeń nie tylko jest intensywna szmerową obecnością, fascynuje też słuchającego głębią. Pokój, kończący się fizycznie ścianą kilka metrów od niego, w świecie nagrania nie ma ściany: otwiera się przepastna głębia, w której chóry, orkiestry i organy potrafią grać kilkadziesiąt metrów odeń i nic ich nie oddziela. To również mocną stronę dzielonego wzmacniacza Aury, który tę głębię potrafi skalować w zależności od stopnia głośności na zasadzie: „im ciszej, tym dalej”. A trzymając w ręku pilota łatwo wyszukać punkt zjawiającego się szczytowego realizmu, kiedy chór czy orkiestra najdoskonalej się wizualizują i świetnie widać miejsca instrumentów, i słychać poszczególne głosy. Znakomita z tym była zabawa, toteż długo siedziałem w tych chórach i orkiestrach, przeplatając je organami i muzyką elektroniczną oraz nagraniami oper na żywo, sporządzanych w trakcie przedstawień. Ale kazała się też przywołać i inna muzyka, ta bliższa lokalizacyjnie. Nigdy bliższa niż półtora do dwóch metrów za linią ustawienia głośników i przy tym samym dystansie bardziej zbliżona do prezentacji wzmacniacza Circe Labs niż Lavardin, to znaczy pozbawiona tendencji by ruszać ku słuchającemu – woląca pozostawać na miejscu powstania, by tam się na niej skupiać i się z dystansu przyglądać. Ale to tak w stopniu pośrednim, bo gdy przy Circle Labs to umiejscowienie było zupełnie jednoznaczne na zasadzie „jest tam i tylko tam”, tu się zjawiała pewna skłonność do przybliżenia ku słuchaczowi, ale wyraźnie słabsza niż w prezentacji Lavardin. Zarazem – tak samo jak u obu tamtych – na szerokość bardzo nieznacznie szersza od rozstawienia kolumn, całą potęgę wyobraźni kierująca nie na szerokość, a na przepastną głębokość – czyli dokładnie tak jak lubię.
Ta bliższa słuchacza muzyka pozwoliła potwierdzić, że źródła dźwięku są duże, w niektórych przypadkach aż nadnaturalne, a scena nieznacznie szersza niż u dwóch konkurencyjnych i przy tym wypiętrzająca się wyżej, dająca większą ścianę pierwszego planu. Przy tym wysoce też spoista, czyli pozbawiona brzmieniowych luk w odniesieniu do pól brzmieniowych źródeł, a nie jedynie samego ożywiania planktonem.
Same zaś dźwięki klarowne, czyste, bardzo wyraźne i nasycone ekspresyjnie – najmniejszych ciągot do stylu obojętności i relaksacji, wszystko intensywnie wzmożone. Ciemny aranż i komplementarny względem niego wyczuwalny naddatek tlenu, tak że od tego przyciemnienia nie staje się duszno ani ciasno, a wręcz przeciwnie – czystość atmosferyczna, duży plener i pełna swoboda oddechu. Tak samo komplementarnie współpracujące żywość i melodyjność – pierwsza przyspieszająca i pobudzająca, druga uspokajająca i rozmarzająca. Przy czym od pierwszej szybkie narastanie, a druga mogłaby trochę dłużej podtrzymywać wybrzmienia, trochę za prędko ucinane. Z tego wszystkiego całościowa efektowność na wysokim poziomie, ale prócz tego za wczesnego ucinania wybrzmień też drugi czynnik dwuznaczny – podbarwianie średnicy sopranem.
W wielu recenzjach rozpisywałem się o domieszkowym czynniku sopranowym, zwracając uwagę, że ma walor wyostrzania obrazu, też podkręca pogłosy i akcentuje grasejacje, wyzwalając od nudzącego zbytniego uspokojenia. Poza tym może w odniesieniu do ludzkich głosów działać odmładzająco, odejmując artystom wieku – ale to wszystko kosztem wzrostu nerwowości, osłabienia melodyjności i przede wszystkim nie jest to stuprocentowy naturalizm, a przynajmniej nie w sensie powszednim, takim zwykło-życiowym.
Obwody push-pull mają naturalną skłonność do takiej intensyfikacji sopranów i za szybkiego urywania wybrzmień, podczas odsłuchu z pierwszym zestawem kabli można to było potwierdzić. W rozpatrywanym przypadku to podostrzenie trochę psuło mi też nie samą tylko melodyjność i brany z życia naturalizm, ale też zaburzało poczucie tajemniczości, skądinąd świetnie rozbudzane przez tę inspirującą aktywność przestrzeni, też przez ciemne scenerie i powszechne głębie wszystkiego, również nie wiadomo skąd brany napływ dodatkowego tlenu oraz całościowy rozmach spektakli.
Usłyszawszy to przypomniałem sobie o własnym błędzie, a mianowicie o tym, że przystępując do odsłuchu nie wyeksponowałem zza zasłon ustroi akustycznych; całe były za nimi schowane i upchnięte do kąta. Poprawiwszy, skonstatowałem poprawę, pod postacią nie tylko bardziej unormowanie naturalnej, spokojniejszej i trafniej ukierunkowanej prezentacji sopranów, ale też wraz z tym również przyrostu wypełnienia, całościowego zgęstnienia dźwięku i, czego już nie oczekiwałem, dodatkowego pogłębienia sceny, w sensie częstszego zwracania uwagi słuchacza na jej zjawiskową głębokość. Teraz stało się już pod każdym względem super: czuć było pietyzm traktowania i niezwykłość każdego dźwięku, czuć było też niezwykłą nośność wraz przyrostem długości wybrzmień. Lecz w dalszym ciągu sopran okazywał się dominantą, jako mimo wszystko za intensywny, aczkolwiek czujność aparatury w odpowiedzi na sygnał i jej umiejętność sprowadzania wszystkiego do form trójwymiarowych, były równie dominujące, tyle, że jako leżące w zasadniczym nurcie brzmieniowej poprawności, a nie trochę poszarpujące brzegi muzycznej strugi. Koloratury już bez zarzutu i śpiew wszelkiego rodzaju już niemal idealny, ale jeszcze momenty krzyku z odrobiną przewagi wyżyłowanej krzykliwości nad rozpostarciem przestrzennym, a zwykła mowa odrobinę podostrzana sopranową posypką.
– Piękno niewątpliwie wplecione w całokształt prezentacji, ale jeszcze nie idealne, jeszcze mogące stać się piękniejszym. Zarazem holografia magiczna i filharmonia jak prawdziwa, głęboki – też dźwięczny i potężny – dźwięk fortepianu solo, operujący na pełnej skali i o głęboko czytanej strukturze harmonicznej. Bas przestrzenny i potrafiący zalewać sobą przestrzeń, aczkolwiek nie należący do takich po brzegi wypełnionych ciężką treścią, poprzez to super masywnych. Za to wyraziście konstruowany i generalnie w porządku; rock wraz z tym też nie z takich epatujących masywnością, ale wystarczająco mocny, zły i prędki.
Wszystko to należało określić słowami „klimatyczne” i „spektakularne”, ale miałem ochotę na więcej, zwłaszcza na do ostatka wypełnienie i melodyjność ani trochę nie psutą sopranami. Dlatego kable XLR zostały zastąpione dwoma Sulkami RCA, przy okazji trochę pożałowałem, że tylko jednym z nich szczytowy RED, drugim był średni 6×9. (Skądinąd znakomity, no ale nie aż tak.)
Ale w zupełności starczyły. Tonalność poszła w dół, i to wyraźnie. Dźwięk stał się bardziej miękki oraz muzycznie prawidłowy, przy tym z lampowym charakterem i cieplejszy. Wybrzmienia jeszcze się wydłużyły, i teraz już bym nie chciał, by stały się jeszcze dłuższe. Wraz z ciepłem stało się radośniej i w odczuciu bardziej przyjaźnie, Bossa Nova dopiero teraz stała się w pełni sobą, podobnie jazz także zyskał swój właściwy charakter. A trzeba zauważyć, że oba te gatunki miały poprzednio wydźwięk emocjonalny od posępnego po neutralny, co nie jest ich naturą, choć jazz faktycznie bywa nieraz sam z siebie posępny, ale to raczej tak już na specjalne okazje, na Zaduszki Jazzowe albo skowyty metafizyczne.
Zmiana najbardziej dostrzegalna, to przesunięcie akcentu z sopranowego na basowy – i nie wiem, czy może być większa, gdy nie brać pod uwagę zamiany brzmienia z dobrego na niedobre w obie strony, która to sytuacja tutaj nie miała miejsca. Już wcześniej było bowiem świetne, a to obecne jeszcze lepsze, przynajmniej w mych kryteriach ocen. Ale dla kogoś wolącego tajemniczość chłodną od ciepłej, a poprawności melodycznej nie przedkładającego nad dreszcze alienacji, to wcześniejsze, przy innych interkonektach, mogło go bardziej zadowalać. Dla mnie jednak dużo ważniejsze było, że przy teraz użytych kablach całkowicie zniknęła wada obwodów push-pull: brzmienie przestało być za prędko urywane w wybrzmieniach, za chude i zanadto podostrzane sopranem. Co równie ważne, nie stało się to kosztem dobitnej wyraźności, czucia przestrzeni nawet milczącej, ani też kosztem scenicznej głębi. Ta ostatnia się nawet zwiększyła, a same dźwięki doskonalej modelowały krawędzie i bardziej uwzględniały trzeci wymiar, a przede wszystkim miały bardziej otwarty na różne nastroje charakter.
Całościowo – tu nie ma złudzeń – było to brzmienie doskonalsze niż tak mi się podobające od założycielskiego dla tej marki wzmacniacza Aura Rebirth: analogowo bardziej dopieszczone, szlachetniejsze, ciekawsze, subtelniejsze i potężniejsze. Takie już naprawdę lampowe, w najlepszym rozumieniu tego słowa, pozwalające się zapadać w wielogodzinne, fascynujące słuchanie. Ale żeby nie było, że na tym nawet najmniejszej skazy: bas nie miał najniższego zejścia, a przejrzystość nie była taka, jak ta niesamowita od mistrzowskiego pod jej względem wzmacniacza Lavardin. Tym niemniej high-end w całej krasie, prócz tego w zapasie słuchawki.
Odsłuch cd.: Ze słuchawkami
Wzmacniacz słuchawkowy w module przedwzmacniacza LCC-1 to, jak już zostało zaznaczone, nie żaden jakiś skromy dodatek w stylu „odczepcie się ode mnie – kiedy już tak koniecznie chcecie, to wam obsłużę też słuchawki”. To, podobnie jak u Aura Rebirth, pełnowartościowa konstrukcja obiecująca rasowe brzmienie szerokiego spektrum słuchawek, a zainstalowana tutaj jest jeszcze bardziej zaawansowana, może dać jeszcze więcej.
Zacząłem od sprawdzenia wydajności prądowej, której maksimum uzyskuje się podłączając źródło interkonektem XLR i oczywiście ustawiając moc na maksymalny poziom przyciskiem z lewej albo się posłużywszy pilotem. W tym ustawieniu udało się do bardzo dużej głośności rozpędzać zarówno bardzo wysokiej mocy żądające Dan Clark Audio STEALTH, jak i nieustępujące im pod tym względem HiFiMAN Susvara Unveiled; jedynie ekstremalnie trudne pierwotne Susvary miałyby głośnościowe ograniczenia w rzadkich przypadkach wyjątkowo cicho nagranych płyt; wzmacniacz należy zatem uznać za rzeczywiście mocny (jak zapewniał producent), choć nie aż ekstremalny. Przechodząc do postaci brzmienia:
Sennheiser HD 600
W pierwszych minutach wydało mi się, że wzmacniacz Aury nie jest w stanie prawidłowo obsłużyć trzystuomowych słuchawek, sporadycznie teraz występujących. Lecz nie – wystarczyło obniżyć przyciskiem moc, by wszystko się unormowało, by znikły zniekształcenia powodowane za mocną energetyczną pompą. Pokazało się brzmienie spokojne, całkowicie wyzbyte sopranowej agresji (zaskoczenie!), na bazie tego gęste (znowu!) i przyciemnione oraz mistrzowsko analogowe – pod względem parametru gęstości bardziej nią wysycone niż było przy kolumnach. Co ciekawe, nie zaistniała tym razem jakaś większa różnica między interkonektem symetrycznym a niesymetrycznym, jedynie Sulek RED (RCA) w ramach między nimi porównań udowadniał swą wyższość za sprawą zwiększonego pietyzmu dla dźwięku oraz zwiększonymi uzdolnieniami odnośnie subtelności; przy tym potrafił mocniej zaznaczać soprany bez żadnego uszczerbku dla kwestii analogowych, ale ogólny wyraz stylistyczny pozostawał bez zmiany, jako dźwięk masywny, spokojny, ściemniony i przede wszystkim popisowo analogowy, zupełnie jakby to nie był obwód push-pull, a przecież taki był. Niczego też nie dało się zarzucić dźwięczności, pomimo że masywność nie zawsze chadza z nią w parze. Ta tak samo okazała się bez zarzutu, podobnie jak subtelność.
Wysoce był zarazem zastanawiający fakt gęstego i masywnego brzmienia u Sennheiser HD 600, jako zjawisko naprawdę nieczęste; te słuchawki zwykly się pokazywać po nie aż do tego stopnia dociążonej stronie brzmienia, jedynie ciemny aranż to u nich regularny czynnik. Oprócz tego kazała zwracać na siebie uwagę sama wysoka jakość brzmienia, dobrze świadcząca o wzmacniaczu – jest bowiem cechą HD 600 więcej zyskiwać wraz z klasą wzmacniacza niż ma to miejsce u innych słuchawek. Odnotować też należało dużą do wielkiej scenerię (wielkość zależna od nagrania), efektownie modelowaną trzymanym w ryzach pogłosem i wyraźnie obrazującą dalekie plany, przy samych dźwiękach dużych na bliskim pierwszym planie, ale raczej bez grania w głowie, zwykle trochę przed twarzą.
AudioQuest NightHawk
Skoro wystartowaliśmy od klasyka, to dalej również klasyk; bardziej klasyczny pod tym względem jako już nieprodukowany, a mniej poprzez to, że dużo młodszy kalendarzowo. (Sennheiser HD 600 pozostają w produkcji od 1997.) Po raz kolejny zostałem zmuszony zakosztować goryczy powodowanej rynkową absencją tych bardzo niezwykłych NightHawk; nie zawsze tak się dzieje, nie bezwyjątkowo dowodzą wyższości nad klasykiem Sennheisera, ale tym razem znów dowiodły, przynajmniej w mym odbiorze. Jeszcze głębsze i gęstsze, doskonalej też trójwymiarowo modelowane przez nie brzmienia, miały w sobie „to coś”, co szczególnie działa na wyobraźnię – miały zarówno posmak autentyzmu, jak i znamię mistrzostwa. Mało tego, doskonalsza u tych NightHawk subtelność, wspanialej się obrazująca przestrzeń i wyższa analogowość. To ostatnie to norma, to pierwsze też dość częste, lecz przestrzeń u nich większa oraz dokładniej opisana, to już coś nieczęstego. Ale tak – sama przestrzeń bardziej u nich obecna, zarówno poprzez ssanie głębi, jak i obecność planktonu, też większym szumem własnym i tajemniczością pogłosów. Do tego wyważone tonalnie pasmo, subtelność high-endowego na pełną skalę poziomu, ciepło – ale bez ocieplenia – i całościowy jedwabisty analog zdobiony pięknie trójwymiarowym sopranem i efektownie potężnym basem. Miód!
HiFiMAN Susvara Unveiled
W obliczu tak dobrego brzmienia naszła mnie chętka konfrontacji z referencyjnym poziomem. Pod względem tonalności zjawiło się to samo, ale subtelność jeszcze wzrosła, co pozwolę sobie scharakteryzować jako większą szlachetność doskonalszej materii brzmieniowej. Sama substancja muzyczna zaistniała jako bardziej wielowarstwowa i z dotykowo subtelniejszą powierzchnią, a w całościowym odbiorze, w odniesieniu do wszystkich aspektów, zjawił się bardziej namacalny i trafiający w sedno realizm. Moc przy tym dawała radę, choć potencjometr dla koncertowych głośności daleko za połową, a w ramach subtelności pojawiły się znakomicie odbierane przez słuchającego chrypki i powierzchniowa złożoność faktur, w żadnym stopniu nie zaburzające, a jedynie zdobiące aksamitną gładkość brzmieniową.
Tonalność wyważona, natomiast stany emocjonalne z mocnym przechyłem w stronę refleksji i zadumy, aż po sam przejmujący smutek – zero przejawów radości, jedynie sama żywość, złożoność, piękno formy, ekstatyczne oklaski, wspaniała holografia i obszarowa potęga.
Dan Clark Audio STEALTH
U nich od razu zwracała uwagę fenomenalna szczegółowość i przenikliwość w odniesieniu do badawczego zgłębiania nagrań, przy wyższym aniżeli u NightHawk i Unveiled ustawieniu tonalnym, od tych ostatnich też jawnie cieplejszej i radośniejszej prezentacji. Wszystko to znów w ciemnym aranżu i analogowym popisie, przy mocnym basie, mocno akcentowanym rytmie, dużym dystansie od zniekształceń. Potężny rock, z dogłębną analizą i super wypełnieniem, ale u Susvar jeszcze lepszym. Znowu bez grania w głowie, za to z wielkim obszarem i jeszcze raz (to nieodmienne) znakomitą holografią. Lecz naturalność ludzkich głosów trochę lepsza u Susvar.
Ogólnie biorąc wzmacniacz słuchawkowy wbudowany w dzieloną Aurę niej jest aż elitarny, ale z pewnością high-endowy, i to taki pod każdym wzglądem. Jeszcze mu jakość podnosi analogowa wydolność, której przy architekturze push-pull raczej się słusznie nie oczekuje, ale niedawno brany pod lupę Lavardin, wcześniej poprzednia Aura i teraz ta, a jeszcze wcześniej końcówka mocy Leben CS-1000P, to wszystko są dowody, że taki typ obwodu z analogową melodyjnością bynajmniej się nie wykluczają – przeciwnie, bywa nieraz, że idą ręka w rękę.
Podsumowując
Akapit wyżej znalazło się podsumowanie wbudowanego w moduł LCC-1 wzmacniacza słuchawkowego, trzeba to uzupełnić opinią o głośnikowym w module LCP-1. O którym można rzec podobnie: Zaskakującym jest, że obwody push-pull potrafią tak frontalnie i tak udanie bronić się przed krytyką wytykającą im niedostatki melodyjności, wdzięku i czaru. Słuchając dzielonego Aura LCC-1/LCP-1 nikt niemający rozeznania o architekturze obwodu nie odgadłby, że to push-pull, rozpoznał to najwyżej po tym jaki jest płaski konstrukcyjnie. I tak, zgodnie z duchem brzmieniowym tego rozwiązania dostajemy brzmienie energetyczne i prędkie, lecz kiedy się przyłożyć do źródła i interkonektów, dołącza do tego czar długich wybrzmień, dołącza też dowolna nastrojowość, w tym nawet taka nigdzie się nie spiesząca, zadumana. Dołączają też i gęstość, dołącza melodyjność, biologiczna temperatura głosów i ich ujmująca prawdziwość. Nie, to nie jest właściwe słowo… Ujmująca – tak, owszem – ale jeszcze bardziej wtrącająca nas w metafizyczny dreszcz emocji spotkania z innym człowiekiem, nieraz już nieżyjącym.
Tworzona przez ludzi technologia nie znalazła dotąd lepszego sposobu na ożywianie zmarłych i bilokację żywych niż audiofilska aparatura audio. Obrazy niby to dają więcej, jako odwołujące się do zmysłu będącego naszym głównym poznawczym, ale produkowanym dziś kamerom i monitorom jeszcze daleko do rejestratorów dźwięku i głośników pod względem skali prawdziwości i stopnia naśladownictwa. Gdyby obwody push-pull nie miały tutaj takiej siły jak lampowe i tradycyjne tranzystorowe, stałyby na pozycji straconej, jako że tamte nie muszą być od nich droższe, ekonomią się z nimi nie wygra. Ale najwyraźniej push-pulle potrafią już konkurować pod względem skali prawdziwości i magii zmartwychwstania czy magii bilokacji, w tej Aurze mamy na to kolejny tego dowód. To nie jest dowód druzgocący, nie dowód przewyższenia, ale dowód na dorównanie.
W punktach
Zalety
- I któż by się spodziewał takiej melodyjności i takiej gęstości dźwięku w architekturze push-pull?
- A jednak…
- W ślad za tym wynalazkiem technicznym i zgodnie z jego duchem dźwięk:
- Żywy
- Szybki
- Dynamiczny
- Porywający
- Super szczegółowy
- Wyjątkowo wyraźny
- Trójwymiarowy
- Ale w kontrze do tego:
- Możliwy też do ustawiania od podwyższonego, przez naturalny, do obniżonego tonalnie
- Gęsty
- Analogowy
- Z najwyższym walorem melodycznym
- I w ramach tego bez śladu podostrzania sopranów
- Długo podtrzymywany
- Zdobiony światłocieniem
- Produkujący się w ciemnych aranżach
- Wszechstronny uczuciowo
- Z lampowym charakterem
- Rzucający czar poetycki
- I magię pełnej inkarnacji
- Od strony czysto technicznej to efektownie się prezentujący i nietypowo płaski, symetryczny, tranzystorowy wzmacniacz dzielony.
- Wyposażony w same najlepsze podzespoły.
- Wykonany z dbałością o stabilizację temperatury pracy.
- Mający bardzo dobry stosunek mocy pobieranej do oddawanej.
- Zdolny napędzać nawet trudne kolumny i słuchawki.
- Mogący się przemienić w konstrukcję trzyczęściową na bazie monobloków.
- Z wbudowanym wysokiej klasy wzmacniaczem słuchawkowym i dobrym pre gramofonowym.
- Wysmakowany estetycznie.
- Zadbano tu o każdy detal.
- Sterowanie pilotem.
- Genetycznie umocowany w wybitnym protoplaście sygnowanym przez Bowers & Wilkins.
- Same entuzjastyczne recenzje.
- Made in Japan
- Znany i ceniony producent.
- Sprawdzona polska dystrybucja.
Wady i zastrzeżenia
- Duży wybór bardzo udanych rozwiązań alternatywnych.
- Bi-wiring tylko w razie podwojenia.
- Brak wyświetlacza, o ile komuś to przeszkadza, bo mnie na przykład nie.
- Poszukanie wyższej klasy potencjometru byłoby chyba z korzyścią.
- W razie stawiania sekcji na sobie wyższe podstawki między nie od rzeczy, bo wzmacniacz słuchawkowy potrafi się porządnie rozgrzać.
Dane techniczne
Aura CCP-1
- Typ: przedwzmacniacz liniowy / wzmacniacz słuchawkowy
- Wejścia: PHONO (MM) ×1, XLR ×1, LINE (RCA) ×2
- Wyjścia: XLR ×1, RCA ×1
- Wyjścia słuchawkowe: 4.4mm (zbalansowane) ×1, 6.3mm ×1
- Wymiary: 430 × 71 × 332 mm
- W komplecie pilot, instrukcja i kable do łączenia sekcji
Cena: 19 900 PLN
Aura LCP-1
- Typ: końcówka mocy stereo z możliwym przejściem na mono
- Wejścia: RCA × 1, XLR × 1
- Moc wyjściowa: 75W + 75W (8Ω), 150W (Bridge)
- Pasmo przenoszenia: 20Hz–20kHz ±1dB
- Pobór mocy: 100 W (max.)
- THD: 0.06% lub mniej (LINE 8Ω 1kHz)
- Wymiary: 430 × 71 × 332 mm
Cena: 16 990 PLN
System:
- Źródło: Cairn Soft Fog V2
- Wzmacniacz dzielony: Aura LCC-1 & LCP-1
- Przedwzmacniacz odniesienia: ASL Twin-Head Mark III
- Końcówka mocy odniesienia: Croft Polestar1
- Kolumny: Audioform 304
- Słuchawki: AudioQuest NightHawk (kabel FAW Hybrid), Dan Clark Audio STEALTH (kabel Tonalium-Metrum Lab), HiFiMAN Susvara Unveiled (kabel Tonalium-Metrum Lab), Sennheiser HD 600
- Interkonekt: Sulek RED & Sulek 6×9
- Kabel głośnikowy: Sulek 6×9
- Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Sulek 9×9, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One.
- Listwa: Sulek Edia.
- Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
- Kondycjoner masy: QAR-S15.
- Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
- Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Divine Acoustics KEPLER, Solid Tech „Disc of Silence”.
- Ustroje akustyczne: Audioform.













