Recenzja: Phasemation HD-7A192

Phasemation_HD-7A192_019_HiFi Philosophy   Phasemation, a właściwe Phase Tech, bo tak się ta firma nazywa w Japonii, to jak pisałem przy okazji recenzji wzmacniacza słuchawkowego EPA-007, niewielki ale bardzo szanowany i mający na koncie wiele osiągnięć producent elektroniki. Producent jak Finale Audio Design jeszcze niedawno zupełnie w Europie nieznany, bazujący całkowicie na dużym i zamożnym rynku Japońskim. W dobie globalizacji wszystko się jednak zaczyna przenikać, choć ostatnie przenikanie Rosjan na Ukrainę może oznaczać pewien regres tego trendu. Paradoksami polityczno gospodarczymi nie musimy się jednak jak na razie aż tak bardzo przejmować, a wyroki losu są jak wiadomo antyglobalizacyjne, bowiem odporne na przenikanie. Natomiast jako entuzjaści muzyki przejmujemy się brzmieniami przy komputerach i w systemach stacjonarnych, a jednym z głównych czynników wpływających na te brzmienia są przetworniki DAC, pozwalające zamieniać cyfrową strugę bitów na lepsze czy gorsze naśladownictwo analogowej muzyki.

Tak nawiasem żyjemy w rzeczywistości kwantowej, w której wszystko jest skwantowane, a więc w naturalny sposób cyfrowe, jednak stopień owej naturalnej cyfryzacji tak jest zaawansowany, że rzeczy dziejące się na poziomie naszych zmysłów spokojnie możemy uznać za procesy ciągłe, czyli analogowe. Ludzkie oczy posiadają wprawdzie zdolność rozpoznawania pojedynczych fotonów, ale jedynie podprogowo, bo filtr świadomego widzenia tnie wszystko poniżej pięciu fotonów błyskających równocześnie, jako nieistotne z punktu widzenia biologicznego przeżycia zawracanie głowy. Z tego względu nie widzimy płaszczyzn, na przykład niebieskiego obrusa, pod postacią plejady niebieskich rozbłysków, tylko możemy z błogim spokojem kontemplować jego niebieską gładkość, mąconą co najwyżej nierównościami materiału i nie uprzątniętymi okruchami z kolacji. Gdybyśmy jednak widzieli i słyszeli dokładniej, a nasze mózgi nie miały wbudowanych filtrów wygładzających, rzeczywistość wokół okazałaby się migotliwym szaleństwem cząstek, dzięki któremu widzenie i słyszenie jest w ogóle możliwe. Stwórca małych zwierzątek, jakimi w istocie jesteśmy, zadbał jednak byśmy na i bez tego zwariowanym świecie nie musieli wariować od kwantowego szumu, dzięki czemu postrzegamy rzeczywistość jako gładki, analogowy spokój. Spokój ów jest naszym środowiskiem zmysłowym, co Immanuel Kant mógłby określić jako wrodzoną formę poznawczą, choć Kant bardziej był wyrafinowany i myślowo głęboki, za takie formy uważając przede wszystkim rzeczy tak wydawać by się mogło niezależne od poznających podmiotów jak przestrzeń, czas oraz przyczynowość. W zawiłości kantyzmu nie będziemy tu jednak przenikać, bo recenzja dla większości czytelników stałaby się nieinteresująca, ale warto mieć świadomość (którą Kant też się niemało zajmował), że walka z cyfrowym szumem jaką parają się przetworniki DAC, to w istocie walka z nie do końca doskonałą ludzką pomysłowością i zawdzięczającym jej istnienie kwantowaniem bitowym. To zaś operuje na poziomie wiele rzędów wielkości powyżej kwantowania naturalnego, którego natury tak nawiasem nie potrafimy jak dotąd przeniknąć i z przenikaniem tym wiążą się kolosalne trudności, tak więc z globalizacją w sensie wiedzy ostatecznej jest gorzej niż z jakąkolwiek inną. Trudności pojawiają się także od strony drugiej, czyli na poziomie prymitywnego kwantowania sztucznego, tego zawartego na płytach CD i w komputerowych plikach; a wygładzeniem ich jakże wygodnej do zapisywania i powielania postaci zajmują się właśnie DAC-ki, usiłujące owo ordynarne dla naszych zmysłów schodkowanie bitowe przerobić na gładszą postać, ściągając je na mikro poziom operacyjny naszych zmysłów. Krótko mówiąc, usiłują sprowadzić formalnie a uwznioślić estetycznie  naszą nieudolną cyfryzację, translokując ją do poziomu o wiele bardziej zaawansowanego środowiska naszej zmysłowości, którą cztery miliardy lat ewolucji biologicznej oszlifowały i funkcjonalnie rozwinęły w stopniu dalece wyższym. W efekcie jest to poziom, dla którego odpowiednie rozdzielczości monitorów i wszelkiego rodzaju płyt z zapisem muzycznym bądź wizualnym są dopiero bliższą czy dalszą przyszłością. Monitory o doskonałej gładkości obrazu musiałyby mieć kilkanaście tysięcy linii poziomych, podczas gdy najlepsze z ogólnie dostępnych mają ich nieco ponad dwa, a podobnie cyfrowa rejestracja dźwięków musiałaby być wielokrotnie lepsza, by zapis cyfrowy stał się dla naszych uszu jako tako przestrzenny i gładki. Tak nawiasem (mnożą się nam te nawiasy, łobuzy) twórcy formatu CD przekonani byli o jego idealnym dla naszych zmysłów oszustwie, wierząc głęboko, że format 16 bit/44,1 kHz jest dostatecznie rozdzielczy; i dopiero Ed Meitner udowodnił im, że są w grubym błędzie, mierząc poziom jittera i pokazując jego rozmiar. I patrzcie państwo, jak to jest – przez całe lata wierzono, iż dźwięk z płyty CD jest idealnym oszustwem, a gramofony i czarne krążki gremialnie wędrowały na śmietnik, a teraz wojna w drugą stronę, gramofony z powrotem do łask i jednocześnie coraz bardziej rozdzielcze, coraz dokładniej taktujące DAC-ki.

Taki właśnie DAC stanowi przedmiot tej recenzji, aczkolwiek w wersji okrojonej, zaledwie połówkowej, bo bez dedykowanego zegara. Phasemation HD-7A192 jest bowiem wysokiej klasy przetwornikiem za odpowiednio wysokie pieniądze w postaci ponad trzynastu tysięcy, ale by nas do reszty pogrążyć, ma za partnera dedykowany zewnętrzny zegar, który kosztuje dwakroć więcej niż on sam, tak więc dystrybutor nawet go jak na razie nie ściągnął w obawie o możliwość zbycia. Wszystko ma jednak różne kierunki patrzenia. Kiedy patrzymy od strony kosztującego trzy tysiące M-DAC Audiolaba, nie mówiąc o innych jeszcze tańszych, wówczas te kilkanaście tysięcy za Phasemation staje się cenową wielokrotnością z tej perspektywy będącą zbędnym poniekąd wydatkiem. Ale kiedy spojrzeć od strony DAC-ka zwącego się Trinity, kosztującego sto sześćdziesiąt tysięcy, okazuje się kilkunastokrotnie tańszy i wręcz okazyjny. Co komu zbędne, co komu okazja. Różne bywają okazje i oszczędności. Niedawno obiło mi się o uszy, że gość dostawał od teściowej pół miliona euro miesięcznego kieszonkowego, ale tak mu się śpieszyło do jeszcze większych pieniędzy, że kazał ją zamordować. Wszystko jest względne. Prawie.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

28 komentarzy w “Recenzja: Phasemation HD-7A192

  1. Maciej pisze:

    Piotrze, powiedz czy da się i jeśli tak to jakbyś porównał Phasemation do Myteka 192 w funkcji DAC ?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Da się porównać i nawet porównałem. Marnie to dla Myteka wypadło. Phasemation bardzo wyciąga nagrania jakościowo do góry. Nie jest tylko rzetelny i staranny; potrafi dużo więcej. Wszystko przy nim na pięknie zyskuje. Taki magik stylista.

  2. Maciej pisze:

    Tylko w przyrodzie chyba jest tak że albo DAC rozdzielczy i precyzyjny i preamp/wzmacniacz słuchawkowy dodaje czaru, albo gęsty dac ze stopniem lampowym i obiektywny preamp/wzmacniacz…

    Może uda mi się tego Phasemation posłuchać. Czy jeszcze w graniu z Auralic’iem ma coś wspólnego?

  3. Maciej pisze:

    *Auralic Vega

  4. Piotr Ryka pisze:

    Auralic Vega słuchałem tylko w nieswoim systemie, tak więc pole opisu mam ograniczone. W ciemno wybrałbym Phasemation, ale przy bezpośredniej konfrontacji może byłoby inaczej. Dzisiaj będę słuchał Phasemation z Twin-Head, to zobaczymy jak zagrają gęsty z gęstym.

    1. Maciej pisze:

      i jak i jak?

      1. Piotr Ryka pisze:

        Dobrze, bardzo dobrze. Nie było żadnego konfliktu, tylko wzajemne uzupełnianie i bardzo ciekawa muzyka. Przyjemnie jest od czasu do czasu móc posłuchać własnego wzmacniacza. Odświeżające doznanie.

        1. Michal W pisze:

          Jakie słuchawki braly udzial w tym zestawieniu?czy dac ten dobrze zgrywa sie k812?

          1. Piotr Ryka pisze:

            Słuchałem właśnie z K812.

  5. mruk pisze:

    Dzień dobry,
    czytam Pańskie recenzje (z przyjemnością) od dłuższego czasu, zwłaszcza te dotyczące sprzętu, który cenowo mieści się (teoretycznie) w zasięgu moich możliwości finansowych. Gratuluję strony i udanych – pozbawionych (na tyle, na ile to możliwe) wodolejstwa, ciekawych recenzji.
    Od pewnego czasu jednak ciekawi mnie ekonomiczna (nie filozoficzna) strona audiofilstwa. Recenzowany DAC kosztuje bagatela 14 tysięcy złotych. Ciekaw jestem, jaki procent naszego społeczeństwa, zainteresowany dziedziną audio (to ważne zastrzeżenie) może sobie pozwolić na taki zakup, żeby nie okupywać go wielomiesięcznymi czy wieloletnimi wyrzeczeniami? Myślę, że może to być grubo poniżej 0,1%. I jeszcze jedno, ciekawsze pytanie: ilu ludzi takiego DACa (i inny podobny element systemu audio od 10 tys. wzwyż) u nas kupuje, założywszy, że sprzęt jest z tych bardziej popularnych i jest dostępny u polskich dystrybutorow? 100-200 osób? Jakiego rzędu to mogą być liczby?? Będę wdzięczny za jakieś orientacyjne realne dane. Pozdrawiam
    mruk

    1. Piotr Ryka pisze:

      Przykro mi, nie zajmuję się stroną sprzedażową. Takie pytania trzeba kierować do dystrybutorów. Dużo zależy tutaj od popularności marki a nie tylko ceny. Urządzenia udane kosztujące parę tysięcy sprzedają się w setkach, a bardzo drogie najwyżej w dziesiątkach sztuk. Niedrogie a dobre głośniki czy DAC-ki w tysiącach. Sennheiser na całym świecie sprzedał poniżej trzydziestu tysięcy słuchawek HD 800. To daje pewne wyobrażenie o skali.

      1. mruk pisze:

        Dziękuję za tę garść informacji. Zwłaszcza ta ostatnia daje pewne wyobrażenie o tym, jak elitarne jest grono audiofilów, które w dodatku dzieli się na jeszcze węższe grona (słuchawkowcy, analogowcy, Dac-owcy). To, w porównaniu z wysokimi cenami urządzeń, daje do myślenia.
        Nie chcę rozpoczynać odrębnej dyskusji, niezwiązanej z tematem recenzji. Tylko jeszcze taka refleksja:
        Mam nadzieję, że zmieni się jednak podejście części producentów (może impuls wyjdzie z Chin?, a może już wyszedł?), i przestaną kreować sobie elitarnego, majętnego klienta dla swoich topowych urządzeń, których cena jest często gęsto (prawdopodobnie) sztucznie zawyżana (nie twierdzę bynajmniej, że to wszystko oszustwo, nabieranie gości, jak to niektórzy laicy twierdzą, co to, to nie, ale chcę powiedzieć, że wzrost nakładów na zaprojektowanie, wykonanie tych topowych urządzeń – w porównaniu do urządzeń tzw. budżetowych – jest znacznie niższy do wzrostu ich ceny – także w porównaniu do niższych modeli – tego oczywiście nie wiem na pewno, ale przypuszczam, taką mam intuicję).
        Może ktoś wreszcie uda się zarobić na średnio lub nawet mniej niż średnio zamożnych klientach?

    2. Michal W pisze:

      Ogladales kiedys TOP GEAR, tam tez testują tylko samochody na ktore stac 1% spoleczenstwa :)

      1. mruk pisze:

        Jasne, oglądałem. To jednak trochę inna kwestia. Auta, w dodatku testowane w TV.

  6. mruk pisze:

    Ostatnie pytanie miało brzmieć nieco inaczej:
    Chodzi mi oczywiście o to, czy wreszcie pojawi się producent, który skalkuluje, że bardziej opłaca mu się sprzedać dobry sprzęt (np. model słuchawek, które dziś kosztują np. 5 tys. zł) w większej ilości, bo taniej (np. za te 3 tys.) niż w mniejszej ilości, ale za to drożej??

    1. Piotr Ryka pisze:

      Analizę rynku przedstawiłem w artykułach „O sensie i rozterkach audiofilizmu” oraz „O luksusie”, które można znaleźć (nieco myląco) w zakładce Muzyka. Co do sprzętu wysokiej jakości za niewielkie pieniądze, to można wskazać wyroby takich firm jak ifi Audio czy Hegel, a słuchawki najwyższej jakości w okolicach trzech tysięcy to na przykład HiFiMAN HE-560, albo Pandora Hope VI.

      1. mruk pisze:

        Przeczytałem tekst O sensie i rozterkach… Bardzo ciekawy. Może będzie okazja kiedyś wrócić do paru poruszonych tam wątków.

        1. mruk pisze:

          W każdym razie podpisuję się pod końcowymi podsumowującymi zdaniami tego tekstu: nierówności społeczne, zanik klasy średniej i związany z tym brak postępu w dziedzinie audio i mielenie tego samego przez producentów. Nic dodać nic ująć.

    2. Daniel pisze:

      Najgorsze jest to że praktycznie cały audiofilizm kręci sie wokół ceny, potem futersów, dźwięku a na końcu na muzyce.

      1. Piotr Ryka pisze:

        Nie sądzę aby tak było. W końcu chodzi o muzykę a nie co innego.

  7. Maciej pisze:

    Według mnie klocki za 5-6K PLN dają już bardzo dobrą jakość. Co i tak przy średniej ilości klocków w pokoju gdzie słuchamy daje kwotę ok 25-30K PLN czasem nawet mniej jeśli kupimy coś używanego. I to jest bardzo duża kwota na polskie realia. Ale jakość jest już bardzo wysoka, o ile wybiera się dobrze i skutecznie pod kątem swoich uszu a nie na podstawie tego co gdzieś jest napisane (bez urazy dla Piotra : ) )

    Audiofilizm jako taki to jednak rodzaj zaburzenia. To kompulsywne dążenie do zmian i realizacja tych obsesji. Ale im bardziej je zaspokajamy tym bardziej rosną w siłę. Tu nie ma żartów – w skrajnych przypadkach rozpadają się przez to rodziny. Dobrze jest lubić fajny, solidny sprzęt, zmieniać co parę lat w nim coś, ale jednak większość czasu powinno zajmować używanie tego co mamy a nie myślenie o zmianie. To daje komfort i radość. To nie kable za 100K PLN dają prawdziwą satysfakcję tylko gramy dystansu na które jesteśmy w stanie się zdobyć i którymi możemy się delektować przy lampce wina jak słuchamy nowej płyty.

    Dobre brzmienie to stan umysłu a nie fakt.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Nie możemy doświadczyć niczego co nie jest stanem naszego umysłu.

      1. Maciej pisze:

        Tutaj Piotrze mój elementarz pojęć wydaje się być zbyt skromny :)

        1. Piotr Ryka pisze:

          Bertrand Russell zobaczywszy kiedyś w piśmie naukowym artykuł pod tytułem „Dlaczego nie możemy wiedzieć do dzieje się w naszych głowach”, pozwolił sobie skomentować, iż jego zdaniem jest dokładnie na odwrót – cały czas wiemy co dzieje się w naszych głowach, natomiast nie możemy wiedzieć co dzieje się gdziekolwiek indziej.

          1. mruk pisze:

            Macieju, racja, dobre brzmienie to kwestia do pewnego stopnia subiektywna: upodobań, ale i wrażliwości, którą z czasem się z pewnością rozwija. Tzn. w miarę obcowania z dobrym sprzętem, słyszy się coraz więcej. Steż stąd, jak sądzę, wynika jeden z głównych zarzutów, jakie wysuwają laicy pod adresem audiofilów, tzn. ci pierwsi twierdzą, że audiofile ulegają autosugestii, o którą tym łatwiej, że jest poprzedzona sporymi wydatkami
            Tak twierdzą zwykli zjadacze chleba, zadowalający się byle jakim dźwiękiem.
            Jest jeszcze szeroka grupa nie-laików, ale i nie-audiofilów (sam się do niej zaliczam), która w relacji do audiofilstwa i audiofilów odczuwa mieszaninę zainteresowania, może nawet podziwu, ale niestety też zazdrości (czy raczej resentymentu). W końcu jakoś trzeba sobie zracjonalizować trudną do zniesienia sytuację, że nie stać mnie na te wszystkie luksusowe audiofilskie cacka. No i się pojawiają te różne zarzuty: że audiofilizm to nabieranie gości, ściema producentów, naciągactwo, szaleństwo czy choroba itd. Stąd też te kwasy.

            Ale mnie chodziło tylko o to, że ta drożyzna wynika (w części) z pewnej filozofii producentów: chcą mieć produkt uważany za eksluzywny.
            I stąd moje wzdychanie, że może by któryś z nich takie podejście zmienił – i dzięki temu osiągnąć równie dobry, a może i lepszy, wynik finansowy.

  8. Maciej pisze:

    Wydaje mi się że audiofilsko grają i są dobrze wycenione: Audiolab MDAC, słuchawki Beyerdynamic, słuchawki AKG (poza flagowcami bo te mają ceny przynajmniej 2 krotnie zawyżone), przewody Reson, WireWorld, produkty Rega, sprzęty NAD, wzmacniacze Feliks Audio, wzmacniacz Lorelai, Schiit, WBA, Atoll, Tomanek, używany hi end z lat 90 :) i pewnie wiele innych…

    1. mruk pisze:

      Dzięki. Być może będę miał okazję co nieco z tego sprawdzić, i coś nabyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy