Odsłuch
Na wstępie ostrzeżenie. Malutki wzmacniacz jest mały, ale faktycznie mocny. Podłączenie skutecznych słuchawek bez uprzedniego sprawdzenia poziomu głośności może być bardzo bolesne i może zniszczyć słuchawki. Sprawdzenie nie jest trudne, po naciśnięciu któregoś z przycisków regulacji ekran wyświetli pionowy suwak wysterowania, a w razie odtwarzania pliku także okładkę płyty i cztery najważniejsze przyciski obsługowe.
Sennheiser HD 600 (z kablem własnym poprzez przejściówkę Grado)
Pojawiło się prawidłowo gęste, analogowe i wyraźnie ściemnione brzmienie. Ładnie wtapiające szczegóły w muzyczną całość i elegancko wyoblające krawędzie za sprawą trójwymiarowych sopranów, tak żeby stało się trójwymiarowo nie tylko dzięki głębi sceny. Wybrzmienia długie, ujmujące, tonalność celnie utrafiona z minimalnym przekierowaniem do dołu, aby głosy nabrały odpowiedniej dojrzałości, a brzmieniom nie zabrakło basu. Ten bas mocno wybijany i tylko śladowo skłębiony, że nawet sporo kosztujące duże wzmacniacze nie oferują lepszego. Sporo przy tym pogłosu, i ładnie podanego, a ogólnie muzyka, a nie techniczny popis z wyżyłowaniem zamiast magii. Czuć było przede wszystkim samą muzyczną esencję oraz artyzm aranży, a nie żadne wyścigi po jak najwięcej szczegółów i najostrzejsze krawędzie. A zatem artystyczna forma, taka dla melomanów, a scena lekko oddalona i z zaznaczoną perspektywą. Do tego medium ciśnieniowe, ale zarazem przezierne – za znakomitym klimatem stało zarówno ono, jak przyciemnione oświetlenie. Wszak magiczny to moment, gdy gasną światła w teatrze i oświetlona zostaje scena – to otwarcie spektaklu – i ta tutaj ta muzyka była spektakularna. Mająca czynnik „Ach!” i czynnik zanurzenia, tak jakbyś znalazł się na planecie, na której są muzyczne morza. Na powierzchni zwyczajne życie, ale dajesz nura iś w magii. No proszę – taka mała pchła, a zanurzać potrafi. (Coś mi się te Sennheiser po zmianie padów za bardzo podobają, poprzednio aż tak dobrze z nimi się nie bawiłem.)
AudioQuest NightHawk (Tonalium)
Przy mniejszym, ale też ściemnieniu, NightHawk zagrały kontrastowiej. Poprzez jaśniejszy, mocniej eksponowany sopran i głębszy, mocniej bijący bas. Efektem trochę młodsi wokaliści o wyższych, bardziej przeszywających i delikatniejszych, sopranami podszytych kruchszych głosach, ale wciąż bez zarzutu melodyjnych. Nieco poprawiona trójwymiarowość oklasków, którym ta większa kontrastowość najwyraźniej pomogła, mocniejszy udział perkusyjnych talerzy – i w ogóle więcej wyodrębniania, a mniej scalania do jednolitej formy. Bas wyraźniejszy i bardziej różnorodny brzmieniowo przy jednoczesnym mocniejszym punchu. Ogólnie żywiej, z mocniej zaznaczającymi się podziałami na poszczególne brzmienia i większą siłą basowego oraz sopranowego ataku, ale wciąż z tego bez zarzutu melodyjność oraz dobry klimat odtwórczy na bazie głębi brzmieniowej i braku pejoratywów. Zważywszy że kiedyś, przy pierwszym zetknięciu, ten Woo niespecjalnie mi się podobał, po daniu mu chwili na rozgrzanie lamp stał się zupełnie inny jakościowo.
Ultrasone Tribute 7 (Tonalium)
Tak, wiem, tych słuchawek prawie nikt nie ma, a okablowanych Tonalium nikt pewnie, ale są tak specjalne, że znakomicie służą za badawcze narzędzie.
Bardziej przejrzyste medium, wyraźniejsze kontury oraz większa wrażliwość na najmniejsze brzmieniowe drgnienia – to było zauważalne od razu. Także bas mocniej pulsujący i bardziej podkładający siebie jako ogólne tło, a całościowo brzmienie podobnie klimatycznie ściemnione, bez oznak najmniejszych krzykliwości, syczenia czy choćby tylko nie dość trójwymiarowych form. Żywsze niż u poprzednich tempo, głębsze wgryzanie się w materię dźwięku i dokładniejsze skanowanie. Wybrzmienia bardziej różnorodne, a narastanie szybsze i wyżej wychodzące, by potem niżej schodzić. Co razem się składało na jakość niewątpliwie wyższą, pozwalającą więcej odczytywać i mocniej być smaganym, ale wyższą nie aż na tyle, by mówić o zupełnie innym poziomie jakościowym. Dwa razy wcześniej było świetnie, a teraz jeszcze lepiej; z coraz większym uznaniem patrzyłem na mikrusa, którego walcowata baza poprawiała możliwość odtwarzania ze stojącego na podłodze PC. Uznanie to dotyczyło nie tylko hybrydowego wzmacniacza, dotyczyło też przetwornika, który tak dobrze sobie radził, jakby kosztował wiele tysięcy.
Final D8000 PRO Da Capo
Nie pozwólmy im leniuchować, nie po to są obecne, by obecnymi nie być. Nasycane muzyką pokazały od razu jak misternie się z nią obchodzą, ile zyskuje jakość dotyku kierowanego do słuchacza. To samo ale nie to samo, większy pietyzm brzmieniowy, doskonalsze separowanie, doskonalsze ukazywanie głębi. A przy tym dźwięki duże, wyraźnie większe niż u poprzednich, mocniej wchodzące do głowy i głębsze, mimo że podawane z większym pietyzmem oraz dbałością o drobiazgi, w tym efektowne strzępienie obrysów. Harmonia rozdzielona na wiele wchodzących w skład harmonik, budujących więcej muzycznych warstw. Za sprawą tego większa chropawość znakomicie wplatana w brzmienie, ekstra dodatki tlenu, powiewu, meszku na teksturach, igrania dźwięków między sobą. Tonalność celnie utrafiona, o włos wyższa niż Ultrasone, taka sama jak w NightHawk. Po recenzji interkonektu Kondo ośmielę się powiedzieć, że przy tym wszystkim szczególny rys emocjonalny japońskiego high-endu, w postaci nutki melancholii wtrącanej do przekazu. Wraz z tym bardziej refleksyjnie, z zadumą albo choć westchnieniem, a nie na przełaj przez muzykę – żadne samo hura i do przodu. Inna więc atmosfera niż cwałujących Ultrasone, podobniejsza do tej z Sennheiser, ale zarazem w mocnym oświetleniu, pośród wielkiej mnogości szczegółów, przy doskonalszym obrazowaniu i wspanialszej śpiewności w bardziej trójwymiarowym świecie. High-end więc w pełnym wydaniu – jakie wejścia w specyfikę głosów, jakie składanie i rozkładanie harmonik, jaka precyzja podziałów i doskonałość scalania! Z takiego prztyczka za cztery tysiące? Niemożliwe… Dobrze przynajmniej, że te słuchawki za dwadzieścia, bo mona by w coś zwątpić.
Dan Clark Audio STEALTH (Tonalium)
Miałem poważne obawy, że ten maluszek na małej bazie nie da rady poskromić flagowych planarów Dana Clarka, że wyciągnie z nich ultra szczegółowość i skanowanie do pikseli, a muzyka w tym zaginie. Nic podobnego się nie stało, lampy w malutkim Woo przejawiają dominującą siłą sprawczą, w postaci klimatycznego przyciemniania i falowania gęstej cieczy zamiast kruchości zmurszałych schodków. Faktem jest, że soprany DC przy równej strzelistości nie były tak trójwymiarowe jak Final, i całość też nie była, ale wraz ze smuklejszym sopranowym srebrzeniem pokazała się ujmująca rzewność skrzypiec, a perlistość i wyoblanie wcale nie były ułomne. Niższe brzmienia miały gęstą esencję mroku, także szlachetność dotykowego mistrzostwa. Dźwięczność była wręcz popisowa, szybkość bliska elektrostatom, masywność wcale-wcale, o co u tych słuchawek naprawdę nie jest łatwo. Tonalność zaś niezwykła, bo trafna idealnie, ale zwiększony udział sopranów dojrzałe generalnie głosy nasycał pierwiastkiem młodzieńczości, co było unikalne i bardzo mi się podobało. Wraz z tymi sopranami podniesiona szmerowość i wzmocnione czucie muzyki poprzez zalew spraw drobnych, na przeciwnym biegunie bas dobrze sobie radził, bo co by miał sobie nie radzić u słuchawek planarnych. Poza rzewnością także tęskność była ponadprzeciętna – tęskne ogromy muzyki elektroniczne zjawiały się w metafizycznej szacie. Znakomita też dynamika – jazda iście alpejska – aż głupio mi się zrobiło, że nie chciałem tego Woo recenzować. Swoje robił Pentacon wzięty od Furutecha, po drugiej stronie przejściówki Tonalium uzupełniany gniazdem 4-pin najlepszym od tej firmy. Niemniej to nie przejściówka grała, ona głównie nie psuła.
HiFiMAN Susvara (Tonalium)
Dużo, o wiele za dużo słuchawek z górnych półek, ale dzisiaj panuje moda na słuchanie z laptopów, smartfonów itp., toteż posiadacze takich słuchawek od parowania ich z nimi nie stronią. Dwa na szczęście przykłady tańszych, które z punktu widzenia czystej muzycznej przyjemności okazały się grać nie gorzej, a i z technicznej nie chciały być gorsze, co prawie się udało. A jak wyglądała sprawa w odniesieniu do sprawdzonych najdroższych? Susvary (te pierwotne) znane są z bycia wyjątkowo trudnymi w odniesieniu do mocy wzmacniaczy, grają na pełny regulator pod względem dynamicznym dopiero przy 20 W, a jeszcze więcej też nie zaszkodzi. Jeden wat od mikro Woo nie mógł w tej sytuacji starczyć, wycisnąć z nich wszystkiego – i rzeczywiście tak się stało, ale przejawem tego były wyłącznie stonowane soprany. Takie łagodne, uspokojone, pozbawione naturalnego czynnika jasności, iskrzenia, wibracji i cyzelowania. Myliłby się jednak ktoś, kto wysnuł by z tego wniosek, że cała muzyka brana z Susvar napędzanych Woo Tube Mini była łagodna i lelawa. Nie odnosiło się to bowiem do basowego rewiru i poprzez to całości; bas okazał się energetyczny, a całość wprawdzie spokojna, ale nie pozbawiona czynnika energii. Bił ten bas całkiem niezgorzej i skutecznie podkręcał prędkość, zabrakło jedynie sopranowego rozbudzenia – o stanach sopranowej gorączki z Dan Clark albo Final nawet nie było co marzyć. Tym niemniej było elegancko, masywnie, z dużą głębią i klimatycznym ściemnieniem, przyjemnie można było słuchać, ale z porywem jedynie w przypadku utworów bazujących na niskich rejestrach.
















Uwaga o braku możliwości konwersji wyjścia niezbalansowanego na zbalansowane przy użyciu przejściówki według mnie nie ma sensu. Zakończenie pary przewodów słuchawkowych wtykiem niezbalansowanym jest elektrycznie równoważne temu, co uzyskamy stosując przejściówkę. Jeśli już, to ta uwaga powinna ostrzegać o braku możliwości konwersji wyjścia zbalansowanego na niezbalansowane, ale to jest na tyle oczywiste, że uwaga staje się zbyteczna.
Chyba zależy jaką przejściówkę, bo zdaje się raczej nie tą z 4-pin na Pentacon.
Jak pozwoliłem sobie sprawdzić, to Pan Piotr skopiował polski opis urządzenia, tylko że tłumaczenie ostrzeżenia dotyczącego wyjść się że w nim nie udało, po angielsku brzmi ono tak:
IMPORTANT NOTICE: 4.4mm balanced output is not compatible with headphones and earphones (IEMs) with unbalanced cables. NEVER connect unbalanced to the balanced input / output using adapters, it may cause damage to amplifier or malfunction. For headphones and earphones with unbalanced cables use the 3.5mm unbalanced output instead.
Czyli w skrócie: nie podłączaj słuchawek z niezbalansowanym wtykiem do wyjścia zbalansowanego za pomocą przejściówki, bo grozi tu uszkodzeniem urządzenia. Dla słuchawek z wtykiem niezbalansowanym używaj wyjścia niezbalansowanego.
Ot i cała tajemnica uwagi, która faktycznie w tym błędnym tłumaczeniu nie ma sensu.
Nawet nie podejrzewałem, że ktoś może posiadać przejściówkę z niezbalansowanego jacka na zbalansowany. Takowe chyba nie istnieją?