Recenzja: Woo Audio Tube Mini

       Pisać wstępu nie muszę, producent z dystrybutorem o ostrzał informacyjny zadbali. Na stronach powiązanych z tytułowym produktem czytamy:

      TUBE Mini to kieszonkowy lampowy wzmacniacz słuchawkowy i przetwornik cyfrowo-analogowy, zapewniający imponująco mocny dźwięk przy połowie rozmiarów przeciętnego smartfona. Możesz teraz zabrać swe ulubione pełnowymiarowe słuchawki w dowolne miejsce i cieszyć się najlepszą muzyką.

      Dalej idą opisy jak wpadnięto na pomysł i przy pomocy jakich technologii został urzeczywistniony, ale o tym w następnym rozdziale, a teraz o idei i realizatorach.

     Nowojorska Woo Audio to nasz stary znajomy, całkiem niedawno był tu brany pod lupę ich popisowy wzmacniacz lampowy o wadze nie liczonej w gramach, a mnogich kilogramach. Wcześniej bywały jeszcze większe; Woo ma w ofercie całą gamę potężnych wzmacniaczy, których koroną dla elektrostatów dzielony WES Electrostatic OTL, a dla pozostałych monobloki WA234 Mono SET OPT. O ceny lepiej nie pytać, nie będąc posiadaczem konta z sześcioma przynajmniej cyframi, ale oferta nowojorskiej firmy schodzi nisko i kończy się na urządzeniach o przystępnym budżecie. Nie inaczej w naszym przypadku – dobrze będzie na wstępie zaznaczyć, że ten łazęga-wzmacniaczyk zaopatrzony we własny przetwornik może wejść w skład czyjegoś audialnego instrumentarium za słusznie, miejmy nadzieję, wydane 2799 PLN. A gdyby naszła kogoś chętka uzupełnienia go dedykowanym dokiem ładująco-łączącym Power Base, będzie musiał dorzucić kolejnych szesnaście stów.

      Migającym się od roboty zwyczajem (ale cóż więcej można napisać bez wizyty na miejscu bądź wywiadu z przedstawicielem) przytoczę passus o producencie pochodzący z ostatniej recenzji.

      Woo Audio to szeroko znana w audiofilskiej branży wytwórnia amerykańska, której założyciele i główni inżynierowie – bracia Woo Wei i Zhi Dong – szczycą się czterdziestoletnim aż stażem w konstruowaniu wzmacniaczy. Siedzibą Nowy Jork (Long Island), tam firma ma swe biura i tam zakłady produkcyjne. W przedsięwzięciu partycypuje też trzeci przedstawiciel klanu, reprezentujący młodsze pokolenie Jack Woo – dyrektor techniczny i szef marketingu.

      Specjalnością Woo Audio lampowe wzmacniacze słuchawkowe, niekiedy o tak dużej mocy, że zdolne napędzać kolumny; z upływem lat oferta się rozrastała i obejmuje teraz także dzielony odtwarzacz CD i tranzystorowy konwerter dla słuchawek elektrostatycznych oraz urządzenia przenośne i gamę okablowania.

     Ano tak, panowie specjaliści od dużych wzmacniaczy znaleźli się pod presją, świat powędrował w małe. Małe i koniecznie przenośne, bo muzyka słuchana w drodze stała się arcy modna. Jej podstawowa forma przeszła kilkudziesięcioletnią ewolucję od bateryjnych radyjek, z czasem coraz to większych i z dołączanymi magnetofonami, by przeskakując powrotnie w małe przeobrazić się w walkmany, discmany i finalnie smartfony. Te to wielkości dłoni komputery z dodaną funkcją telefonu, a dzisiejszy komputer grać powinien muzykę, a nie same gierki pif-paf! Na ile jest do tego zdolny, o tym decydują wzmacniacze, ale wzmacniacze będące modułami w ramach samego smartfona jakoś się nie przyjęły dla słuchawkowych konstrukcji większych niż douszne pchełki. LG próbowało z takimi i nie bardzo to poszło, za to rynek urządzeń zewnętrznych przybrał mnogie i czasami ponownie duże formy, czego dobitnym świadectwem dopiero co zrecenzowany Mjölnir LOtOO – byczy wzmacniacz/przetwornik do noszenia w torbie na ramię, zdolny bezprzewodowo obsłużyć muzykę z nadajnika i przewodowo każde słuchawki. Woo Audio Tube Mini to jego konkurencja (choć bez łączności bezprzewodowej i głównie do laptopa lub smartfona), mimo iż jego wielkość w porównaniu okazuje się śmieszna. Ale tu to akurat nie wada – przy czym Woo gwarantuje (zaskoczenie) też pokaźny wolumen mocy – nie aż takiej, co prawda, ale budzącej respekt 1W/8Ω. Na dodatek moc owa pochodzi od hybrydy lampowo-tranzystorowej, a w takim razie potencjał uzyskania bardzo nieprzeciętnego brzmienia.

     Urządzenie weszło na rynek A.D. 2023, a u mnie wyleżało się długo, dystrybutor po roku jął warczeć tracąc nerwy, ale zamiast bez recenzji odsyłać sprawdziłem ten potencjał i postanowiłem opisać, co już rokuje niezgorzej.

Przeznaczenie, budowa, dodatki

     Urządzenie wcale nie jest rozmiaru połowy smartfona, a powierzchniowo jednej trzeciej. Chyba że ktoś posiada taki z większych, wówczas to będzie jedna czwarta. Grubościowo od smartfona jest tęższe, ale ledwie o milimetrów parę; dokładne wymiary to 107 x 35 x 7 mm przy wadze 49 g. W rozmiarze tym otrzymujemy coś na podobieństwo dużego pendrive’a – z krótszej na dole ścianki wystaje złącze USB typ A. Na przeciwległej dwa gniazda słuchawkowe: Pentacon 4,4 mm i 3,5 mm niesymetryczny mały jack; na jednej z dłuższych bocznych dwuprzyciskowy regulator głośności, na drugiej przycisk Play/Pause i suwakowy przełącznik trybów Balane/SE. Wszystkie te przełączniki siłą rzeczy maleńkie, dwie większe sprawy to po każdej stronie podłużne okno, przez które widać lampy. Urządzenie jest bowiem już wzmiankowaną hybrydą: dwie (po osobnej na kanał) mikro lampy wojskowe są wspierane przez skoligacone z nimi dużej mocy tranzystory MOSFET; organizację tego skoligacenia firma nazwała Mighty-Drive i szczyci się byciem wynalazcą tej ponoć wybornej współpracy. Efektem duża moc wyjściowa, dla gniazda symetrycznego wynosząca wspomniane 1W/8Ω, a więc gwarantująca pełną skalę działania dużym wokółusznym słuchawkom.  

      Wzmacniacz lampowo-tranzystorowy poprzedza moduł przetwornika D/A, którego centrum działania to „bezstratny, audiofilski układ ESS SABRE 24-bit/384 kHz PCM i DSD256”. Wszystko w aluminiowym pancerzyku z okienkami podświetlanymi przez lampy; anodyzowane aluminium może być do wyboru barwy srebrnej, błękitnej, czerwonej lub czarnej. Specjalnym bonusem wymyślny układ mocowania lamp – z towarzyszeniem powoływania się na technikę zapobiegania skutkom trzęsień ziemi – na filmie można zobaczyć, że wstawione zostały w ramę, której każde naroże ma mocowanie sprężynowe, są więc resorowane jak samochód. Co ma analogicznie zapobiegać przenoszeniu się drgań związanych z przemieszczaniem, mogących tu skutkować szumem niepokojonych trącaniem anod. W komplecie z Tube Mini adapter USB A/USB C dla smartfona, instrukcja i skórkowy pokrowiec.

     Tego nie będzie w zestawie, ale znajdujemy w ofercie firmową „POWER BASE for TUBE mini”, w postaci spłaszczonego, sporawego metalowego walca, na wierzchu z dokiem mocującym via umieszczone pod kątem wgłębione gniazdo USB. Baza jest nieodmiennie czarna i nieodmiennie matowa, waży niecałe 60 dkg i ma antypoślizgowe podkładki. Z tyłu niej suwakowy włącznik, po aktywacji którego pomarańczowe diody pokażą stopień naładowania. Słusznie je umieszczono na wierzchu, jeszcze słuszniejsze to, że wetknięty Tube Mini ich świecenie przysłoni. Poniżej włącznika dwa obok siebie porty USB C, jeden z opisem CHARGE, drugi DAC. W zestawie oprócz bazy dostajemy dwa kable: metrowy USB-C/USB-C i 1,8 m USB-A/USB-C, prócz tego instrukcję, pokrowiec i ściereczkę polerującą.

     Mnogie dołączone do opisów Tube Mini i jego bazy zdjęcia ukazują ten zestaw jako towarzystwo najlepszych słuchawek: widać tam Austrian Audio The Composer, Sennheiser HD 800, Beyerdynamic T1, Audeze LCD-2 i ABYSS Diana MR. Żadnych z akurat tych nie miałem, ale znalazły się inne dobre.

Odsłuch

      Na wstępie ostrzeżenie. Malutki wzmacniacz jest mały, ale faktycznie mocny. Podłączenie skutecznych słuchawek bez uprzedniego sprawdzenia poziomu głośności może być bardzo bolesne i może zniszczyć słuchawki. Sprawdzenie nie jest trudne, po naciśnięciu któregoś z przycisków regulacji ekran wyświetli pionowy suwak wysterowania, a w razie odtwarzania pliku także okładkę płyty i cztery najważniejsze przyciski obsługowe.

     Sennheiser HD 600 (z kablem własnym poprzez przejściówkę Grado)

      Pojawiło się prawidłowo gęste, analogowe i wyraźnie ściemnione brzmienie. Ładnie wtapiające szczegóły w muzyczną całość i elegancko wyoblające krawędzie za sprawą trójwymiarowych sopranów, tak żeby stało się trójwymiarowo nie tylko dzięki głębi sceny. Wybrzmienia długie, ujmujące, tonalność celnie utrafiona z minimalnym przekierowaniem do dołu, aby głosy nabrały odpowiedniej dojrzałości, a brzmieniom nie zabrakło basu. Ten bas mocno wybijany i tylko śladowo skłębiony, że nawet sporo kosztujące duże wzmacniacze nie oferują lepszego. Sporo przy tym pogłosu, i ładnie podanego, a ogólnie muzyka, a nie techniczny popis z wyżyłowaniem zamiast magii. Czuć było przede wszystkim samą muzyczną esencję oraz artyzm aranży, a nie żadne wyścigi po jak najwięcej szczegółów i najostrzejsze krawędzie. A zatem artystyczna forma, taka dla melomanów, a scena lekko oddalona i z zaznaczoną perspektywą. Do tego medium ciśnieniowe, ale zarazem przezierne – za znakomitym klimatem stało zarówno ono, jak przyciemnione oświetlenie. Wszak magiczny to moment, gdy gasną światła w teatrze i oświetlona zostaje scena – to otwarcie spektaklu – i ta tutaj ta muzyka była spektakularna. Mająca czynnik „Ach!” i czynnik zanurzenia, tak jakbyś znalazł się na planecie, na której są muzyczne morza. Na powierzchni zwyczajne życie, ale dajesz nura iś w magii. No proszę – taka mała pchła, a zanurzać potrafi. (Coś mi się te Sennheiser po zmianie padów za bardzo podobają, poprzednio aż tak dobrze z nimi się nie bawiłem.)

AudioQuest NightHawk (Tonalium)

     Przy mniejszym, ale też ściemnieniu, NightHawk zagrały kontrastowiej. Poprzez jaśniejszy, mocniej eksponowany sopran i głębszy, mocniej bijący bas. Efektem trochę młodsi wokaliści o wyższych, bardziej przeszywających i delikatniejszych, sopranami podszytych kruchszych głosach, ale wciąż bez zarzutu melodyjnych. Nieco poprawiona trójwymiarowość oklasków, którym ta większa kontrastowość najwyraźniej pomogła, mocniejszy udział perkusyjnych talerzy – i w ogóle więcej wyodrębniania, a mniej scalania do jednolitej formy. Bas wyraźniejszy i bardziej różnorodny brzmieniowo przy jednoczesnym mocniejszym punchu. Ogólnie żywiej, z mocniej zaznaczającymi się podziałami na poszczególne brzmienia i większą siłą basowego oraz sopranowego ataku, ale wciąż z tego bez zarzutu melodyjność oraz dobry klimat odtwórczy na bazie głębi brzmieniowej i braku pejoratywów. Zważywszy że kiedyś, przy pierwszym zetknięciu, ten Woo niespecjalnie mi się podobał, po daniu mu chwili na rozgrzanie lamp stał się zupełnie inny jakościowo.

Ultrasone Tribute 7 (Tonalium)

     Tak, wiem, tych słuchawek prawie nikt nie ma, a okablowanych Tonalium nikt pewnie, ale są tak specjalne, że znakomicie służą za badawcze narzędzie.

      Bardziej przejrzyste medium, wyraźniejsze kontury oraz większa wrażliwość na najmniejsze brzmieniowe drgnienia – to było zauważalne od razu. Także bas mocniej pulsujący i bardziej podkładający siebie jako ogólne tło, a całościowo brzmienie podobnie klimatycznie ściemnione, bez oznak najmniejszych krzykliwości, syczenia czy choćby tylko nie dość trójwymiarowych form. Żywsze niż u poprzednich tempo, głębsze wgryzanie się w materię dźwięku i dokładniejsze skanowanie. Wybrzmienia bardziej różnorodne, a narastanie szybsze i wyżej wychodzące, by potem niżej schodzić. Co razem się składało na jakość niewątpliwie wyższą, pozwalającą więcej odczytywać i mocniej być smaganym, ale wyższą nie aż na tyle, by mówić o zupełnie innym poziomie jakościowym. Dwa razy wcześniej było świetnie, a teraz jeszcze lepiej; z coraz większym uznaniem patrzyłem na mikrusa, którego walcowata baza poprawiała możliwość odtwarzania ze stojącego na podłodze PC. Uznanie to dotyczyło nie tylko hybrydowego wzmacniacza, dotyczyło też przetwornika, który tak dobrze sobie radził, jakby kosztował wiele tysięcy.

 

 

 

 

Final D8000 PRO Da Capo

      Nie pozwólmy im leniuchować, nie po to są obecne, by obecnymi nie być. Nasycane muzyką pokazały od razu jak misternie się z nią obchodzą, ile zyskuje jakość dotyku kierowanego do słuchacza. To samo ale nie to samo, większy pietyzm brzmieniowy, doskonalsze separowanie, doskonalsze ukazywanie głębi. A przy tym dźwięki duże, wyraźnie większe niż u poprzednich, mocniej wchodzące do głowy i głębsze, mimo że podawane z większym pietyzmem oraz dbałością o drobiazgi, w tym efektowne strzępienie obrysów. Harmonia rozdzielona na wiele wchodzących w skład harmonik, budujących więcej muzycznych warstw. Za sprawą tego większa chropawość znakomicie wplatana w brzmienie, ekstra dodatki tlenu, powiewu, meszku na teksturach, igrania dźwięków między sobą. Tonalność celnie utrafiona, o włos wyższa niż Ultrasone, taka sama jak w NightHawk. Po recenzji interkonektu Kondo ośmielę się powiedzieć, że przy tym wszystkim szczególny rys emocjonalny japońskiego high-endu, w postaci nutki melancholii wtrącanej do przekazu. Wraz z tym bardziej refleksyjnie, z zadumą albo choć westchnieniem, a nie na przełaj przez muzykę – żadne samo hura i do przodu. Inna więc atmosfera niż cwałujących Ultrasone, podobniejsza do tej z Sennheiser, ale zarazem w mocnym oświetleniu, pośród wielkiej mnogości szczegółów, przy doskonalszym obrazowaniu i wspanialszej śpiewności w bardziej trójwymiarowym świecie. High-end więc w pełnym wydaniu – jakie wejścia w specyfikę głosów, jakie składanie i rozkładanie harmonik, jaka precyzja podziałów i doskonałość scalania! Z takiego prztyczka za cztery tysiące? Niemożliwe… Dobrze przynajmniej, że te słuchawki za dwadzieścia, bo mona by w coś zwątpić.

Dan Clark Audio STEALTH (Tonalium)

     Miałem poważne obawy, że ten maluszek na małej bazie nie da rady poskromić flagowych planarów Dana Clarka, że wyciągnie z nich ultra szczegółowość i skanowanie do pikseli, a muzyka w tym zaginie. Nic podobnego się nie stało, lampy w malutkim Woo przejawiają dominującą siłą sprawczą, w postaci klimatycznego przyciemniania i falowania gęstej cieczy zamiast kruchości zmurszałych schodków. Faktem jest, że soprany DC przy równej strzelistości nie były tak trójwymiarowe jak Final, i całość też nie była, ale wraz ze smuklejszym sopranowym srebrzeniem pokazała się ujmująca rzewność skrzypiec, a perlistość i wyoblanie wcale nie były ułomne. Niższe brzmienia miały gęstą esencję mroku, także szlachetność dotykowego mistrzostwa. Dźwięczność była wręcz popisowa, szybkość bliska elektrostatom, masywność wcale-wcale, o co u tych słuchawek naprawdę nie jest łatwo. Tonalność zaś niezwykła, bo trafna idealnie, ale zwiększony udział sopranów dojrzałe generalnie głosy nasycał pierwiastkiem młodzieńczości, co było unikalne i bardzo mi się podobało. Wraz z tymi sopranami podniesiona szmerowość i wzmocnione czucie muzyki poprzez zalew spraw drobnych, na przeciwnym biegunie bas dobrze sobie radził, bo co by miał sobie nie radzić u słuchawek planarnych. Poza rzewnością także tęskność była ponadprzeciętna – tęskne ogromy muzyki elektroniczne zjawiały się w metafizycznej szacie. Znakomita też dynamika – jazda iście alpejska – aż głupio mi się zrobiło, że nie chciałem tego Woo recenzować. Swoje robił Pentacon wzięty od Furutecha, po drugiej stronie przejściówki Tonalium uzupełniany gniazdem 4-pin najlepszym od tej firmy. Niemniej to nie przejściówka grała, ona głównie nie psuła.

 

 

 

 

HiFiMAN Susvara (Tonalium)

   Dużo, o wiele za dużo słuchawek z górnych półek, ale dzisiaj panuje moda na słuchanie z laptopów, smartfonów itp., toteż posiadacze takich słuchawek od parowania ich z nimi nie stronią. Dwa na szczęście przykłady tańszych, które z punktu widzenia czystej muzycznej przyjemności okazały się grać nie gorzej, a i z technicznej nie chciały być gorsze, co prawie się udało. A jak wyglądała sprawa w odniesieniu do sprawdzonych najdroższych? Susvary (te pierwotne) znane są z bycia wyjątkowo trudnymi w odniesieniu do mocy wzmacniaczy, grają na pełny regulator pod względem dynamicznym dopiero przy 20 W, a jeszcze więcej też nie zaszkodzi. Jeden wat od mikro Woo nie mógł w tej sytuacji starczyć, wycisnąć z nich wszystkiego – i rzeczywiście tak się stało, ale przejawem tego były wyłącznie stonowane soprany. Takie łagodne, uspokojone, pozbawione naturalnego czynnika jasności, iskrzenia, wibracji i cyzelowania. Myliłby się jednak ktoś, kto wysnuł by z tego wniosek, że cała muzyka brana z Susvar napędzanych Woo Tube Mini była łagodna i lelawa. Nie odnosiło się to bowiem do basowego rewiru i poprzez to całości; bas okazał się energetyczny, a całość wprawdzie spokojna, ale nie pozbawiona czynnika energii. Bił ten bas całkiem niezgorzej i skutecznie podkręcał prędkość, zabrakło jedynie sopranowego rozbudzenia – o stanach sopranowej gorączki z Dan Clark albo Final nawet nie było co marzyć. Tym niemniej było elegancko, masywnie, z dużą głębią i klimatycznym ściemnieniem, przyjemnie można było słuchać, ale z porywem jedynie w przypadku utworów bazujących na niskich rejestrach.

Podsumowanie

      Dwa tysiące osiemset złotych to naprawdę niewiele za tak udane połączenie przetwornika ze słuchawkowym wzmacniaczem. Lampowego i przenośnego o wielkości spęczniałego pendrive’a, możliwego do uzupełnienia dedykowanym dokiem mocującym, ułatwiającym współpracę ze stacjonarnym PC. Można się przy okazji bawić w kolorki, bo cztery do wyboru; i nie w plastiku, na aluminium. Jest aż jeden wat mocy na dwóch słuchawkowych wyjściach, a konkretnie jeden na symetrycznym Pentacon i połówka na małym jack. Kolorki to zabawa – miganie przed oczami z towarzyszeniem bursztynowego blasku lamp – ale brzmieniowy aspekt będzie całkiem poważny, to już nie jakiś żarcik, a wysoki poziom odtwórczy. Oczywista całą muzykę można mieć za rozrywkę, a nawet płochą krotochwilę, ale „Pasje” Bacha, „Requiem” Mozarta czy „Piątą” Beethovena trudno nazywać rozrywką. Muzyka to świat emocji od relaksu poprzez sympatię po miłość, nienawiść, grozę i gorycz. Przy każdej z tych okazji towarzyszącą temu refleksję oraz różnej miary zadowolenie, biorące się zarówno z udanej kompozycji, jak i udanej realizacji. Udane kompozycje w udany sposób zagrane mogą być odtwarzane sprzętowo udanie albo nie. Patrząc na małość Woo Tube Mini rzeczą rozsądną by się zdawało bardziej to drugie niźli pierwsze. Tymczasem zaskoczenie, tym razem pozytywne. Życie częściej przynosi rozczarowania niż nagrody, ale mały Woo jest udany, raczej nie rozczaruje. Ma przy tym wyraźny styl odtwórczy – z każdymi próbowanymi słuchawkami podawał dźwięk ściemniony, wyraźnie rysowany, trójwymiarowy, energetyczny, echowy i szczegółowy. Było w tym życie, było tętno, niemało było czaru. To oczywiście nie bezpośredni konkurent dla drogich torów stacjonarnych, ale udane ich zastępstwo dziecinnie łatwe transportowo. Zatem i w domu, i poza domem muzyka na wysokim pułapie, bezproblemowo napędzamy nawet trudne, wymagające dużej mocy i wysokiej jakości słuchawki high-endowe.

 

W punktach:

Zalety

  • Mały a mocny.
  • Mały, a brzmieniowo udany.
  • Tak mały, a pomimo to i przetwornik, i słuchawkowy wzmacniacz.
  • Jedno i drugie zadowala, mimo że całość mieści się w dłoni.
  • Zadowala typem brzmieniowym, o którym przed chwilą napisałem, że to połączenie:
  • Klimatycznego ściemnienia
  • Wysokiej dawki energii.
  • Trójwymiarowego obrazowania o świetnej wyraźności.
  • Naturalności żywego spektaklu.
  • Szerokiego spektrum emocji.
  • Dobrego tempa.
  • Czystości medium.
  • Otwartych przestrzeni.
  • Szczegółowości.
  • Rzucania muzycznego czaru.
  • Wszystko w estetycznym mikrusie.
  • Mikrus wielkości breloczka.
  • Aluminiowy w czterech kolorach.
  • Z okienkami, przez które bursztynowo pałają lampy.
  • Technologia Mighty-Drive łączenia lamp z tranzystorami.
  • Konwerter ESS SABRE 24-bit/384 kHz PCM i DSD256.
  • Łączność bezpośrednia via USB.
  • Pokrowiec.
  • Dedykowany moduł dokujący.
  • Sprawdza się ze wszystkimi słuchawkami.
  • Znany producent.
  • Korzystny stosunek cena/jakość.
  • Made in USA.
  • Sprawdzona polska dystrybucja.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Nie do końca zastąpi udany odtwarzacz przenośny.
  • Dwuprzyciskowa regulacja głośności jest mniej wygodna niż pokrętłem.
  • W trakcie jej używania mogą się zjawić się piski.
  • Dok kupujemy oddzielnie.

 

Dane techniczne:

  • Zbalansowany wzmacniacz słuchawkowy i DAC
  • Zalecane do użytku ze słuchawkami pełnowymiarowymi lub wymagającymi dużej mocy
  • Wyjścia: zbalansowane 4,4 mm „Pentaconn” lub niezbalansowane 3,5 mm
  • Audiofilski przetwornik cyfrowo-analogowy ESS SABRE do 24-bit/384 kHz PCM i do DSD256 (11,2 MHz)
  • Zasilany z magistrali USB, Plug and play
  • Kompatybilny z komputerami Apple, Android, Mac i Windows z wejściem USB lub USB-C / Thunderbolt 3
  • Dwie lampy próżniowe [po jednej na kanał]
  • Maksymalna moc wyjściowa: 1 W przy 8 omach
  • Pasmo przenoszenia (wzmacniacz): 20 Hz – 46 kHz (-3 dB), stosunek sygnału do szumu: 100 dB
  • Obudowa z anodyzowanego aluminium
  • Dostępne kolory: czarny, srebrny, niebieski i czerwony
  • Wymiary (szer., wys., gł.): 107mm x 35mm x 7mm,
  • Waga: 49 g
  • Zaprojektowany i zmontowany w Nowym Jorku, USA
  • Trzyletnia ograniczona gwarancja

 

WAŻNA UWAGA: Nie można przekonwertować niezbalansowanego na zbalansowany, nie używaj adaptera słuchawkowego do konwersji 6,3 / 3,5 mm -> 4,4 mm.

 

W zestawie:

  • Zbalansowany wzmacniacz słuchawkowy / DAC Mini TUBE x 1
  • Przejściówka z USB-C na USB x 1
  • Etui podróżne x 1
  • Skrócona instrukcja obsługi

 

Ceny:

Woo Audio Tube Mini: 2799 PLN

Woo Audio Tube Mini Power Base: 1599 PLN

Pokaż artykuł z podziałem na strony

4 komentarzy w “Recenzja: Woo Audio Tube Mini”

  1. Leszek pisze:

    Uwaga o braku możliwości konwersji wyjścia niezbalansowanego na zbalansowane przy użyciu przejściówki według mnie nie ma sensu. Zakończenie pary przewodów słuchawkowych wtykiem niezbalansowanym jest elektrycznie równoważne temu, co uzyskamy stosując przejściówkę. Jeśli już, to ta uwaga powinna ostrzegać o braku możliwości konwersji wyjścia zbalansowanego na niezbalansowane, ale to jest na tyle oczywiste, że uwaga staje się zbyteczna.

    1. Piotr+Ryka pisze:

      Chyba zależy jaką przejściówkę, bo zdaje się raczej nie tą z 4-pin na Pentacon.

      1. Leszek pisze:

        Jak pozwoliłem sobie sprawdzić, to Pan Piotr skopiował polski opis urządzenia, tylko że tłumaczenie ostrzeżenia dotyczącego wyjść się że w nim nie udało, po angielsku brzmi ono tak:
        IMPORTANT NOTICE: 4.4mm balanced output is not compatible with headphones and earphones (IEMs) with unbalanced cables. NEVER connect unbalanced to the balanced input / output using adapters, it may cause damage to amplifier or malfunction. For headphones and earphones with unbalanced cables use the 3.5mm unbalanced output instead.
        Czyli w skrócie: nie podłączaj słuchawek z niezbalansowanym wtykiem do wyjścia zbalansowanego za pomocą przejściówki, bo grozi tu uszkodzeniem urządzenia. Dla słuchawek z wtykiem niezbalansowanym używaj wyjścia niezbalansowanego.
        Ot i cała tajemnica uwagi, która faktycznie w tym błędnym tłumaczeniu nie ma sensu.

        1. Piotr+Ryka pisze:

          Nawet nie podejrzewałem, że ktoś może posiadać przejściówkę z niezbalansowanego jacka na zbalansowany. Takowe chyba nie istnieją?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

© HiFi Philosophy