Recenzja: Takstar HF-580

Odsłuch cd.

Z Ayon Sigma i Niimbus Ultimate

Do tego ekologiczne pady z wentylacją, w kontakcie bardzo miłe.

Zapewne nie powinienem wciągać w odsłuchy wzmacniacza jeszcze nie zrecenzowanego, ale pracuje w komputerowym torze na rzecz całkowitego wygrzania (które ma już raczej za sobą)  i nie chciało mi się go zmieniać.

Śpiewności, nomen omen, nie da się lepiej rozpoznać niż za pośrednictwem ludzkiego głosu, i ten głos Serge Gainsbourga w pięknej La chanson de Prévert miał wszystko co powinien – głębię, falistość, mienienie się, długie podtrzymanie, barwę, pracę powietrza w krtani, poświst oddechów, lekki pogłos, minimalną też grasejację, nutę nostalgii, ludzki wymiar. Przy okazji barwa dla tranzystorów Niimbusa, bo rzadko kiedy taka śpiewność zdarza się w sprzęcie nie lampowym. A żeby nie było tylko śpiewnie, puściłem potem Zorbę, gdzie prowadzące buzuki i tło robiące małe instrumenty perkusyjne pokazały zadziorność i tempo. A zatem żadne popadanie w słodkie miodki, tylko pełna paleta brzmień muzycznych – gdy trzeba jedwabista i ciepła, gdy trzeba rześka i chropawa. Łyknąłem kilkanaście utworów różnej jakości i muzycznego gatunku, a potem sięgnąłem po Meze. Tym razem różnice okazały się liczniejsze i ciekawsze, chociaż generalnie te same. Inna była jedynie moc potrzebna do napędzania – impedancja wyjściowa wzmacniacza najwyraźniej lepiej pasowała do Meze i one głośniej grały. To jednak drugorzędna sprawa, choć trzeba zauważyć, że ze słabego wzmacniacza właściciel planarnych Takstar nie będzie miał pociechy. Co do wspomnianych różnic, to najważniejsza była taka, że Meze (można powiedzieć – wreszcie!) ukazały większą złożoność struktur. Teraz nie tylko większa chropawość powierzchniowa decydowała o większym ich ładunku bitowym, także same konstrukcje w odniesieniu do głębiej położonych detali ukazały większe skomplikowanie. Nie było to nic zasadniczego, niemniej muzyczny skaner droższych słuchawek okazał się bardziej precyzyjny.

Z Ayon CD-10 Signature i ASL Twin-Head

Pora na finał i w jego ramach coś krańcowo już wyrafinowanego (bo jak sprawdzamy, to sprawdzamy). Pomijając wyższą ogólnie jakość, nic szczególnego w zakresie różnic stylistycznych pomiędzy flagowymi Takstar a flagowymi Meze nie zaistniało. Chińskie planary wciąż główny akcent kładły na czystość medium i równość pasma, rumuńsko-rosyjskie na organiczność i lekkie podkręcenie skrajów. Co nie oznacza, że centrum jednocześnie cofały; znaczy jedynie, że były trzy pagórki; co można interpretować zarówno w taki sposób, że były właśnie trzy akcenty, a można tak, że u Meze sopran i bas były lepiej wyrażone, do której to interpretacji skłaniała postać środka – na którym znów pojawiały się bardziej złożone głosy. Takstary grały czysto i równo, ale mniej „biologicznie” i trochę prościej konstrukcyjnie.

Można sobie zgadywać, za ile te słuchawki. I zgadnąć albo nie.

Ale nim zakrzykniecie: – A więc jednak! To drugi raz, reguła! – weźcie też pod uwagę, że dawno już powinienem napisać, iż Meze w tym biologicznym obrazowaniu wspierał kabel Tonalium, dźwigający ich cenę o dodatkowe, bagatela, trzy tysiące. Efektem dźwiękowy obraz gęściej zamieszkany przez brzmieniowe żyjątka – bardziej kłębiący się i złożony. Mniej natomiast przejrzysty, bo bardziej pokazujący dźwięków złożoność i ich kooperację, niż wyodrębnioną postać i odmienność wzajemną. Trzeba jednakże przyznać, że znów na wysokim poziomie jakościowym styl biologicznie-zgęszczający wykazał przewagę i znów nie miałem wątpliwości, że Meze prezentują wyższą klasę.

Zostawmy teraz porównania słuchawek różniących się kilkunastokrotnie ceną i skupmy na samych Takstar. Wypadły tak znakomicie, że postanowiłem zrobić z nich użytek kupując komuś na prezent, bo wiem, że używa przeciętnych, a chciałem, by zakosztował wybitnych. One zaś bez wątpienia są wybitnymi, nie ma co do tego dyskusji. Przy swej bardzo skromnie oszacowanej na tle całego rynku cenie i bez wsparcia lepszego okablowania wykazały się szeregiem zalet na bycie wybitnymi skazujących. Zaraz pierwsze: potęga brzmienia i bezpośredniość przekazu. Ta pierwsza zasadza się głównie na tym, że w miarę podnoszenia głośności nie może stawać się krzykliwie. Technicznie rzecz ujmując: przyrost ilości decybeli nie ma prawa skutkować przyrostem wysokości dźwięku. Pasmo nie może się ogałacać z niższych częstotliwości, podobnie jak nie mogą się pojawiać najmniejsze zniekształcenia, ani w ogóle poza wzrostem głośności oraz dynamiki nic nie może się zmieniać. Z tym Takstar HF-580, jak przystało na rasowe planary, radziły sobie bez problemu. Cichutkie postukiwanie dźwiękowym młoteczkiem na najniższych poziomach głośności jednym ruchem potencjometru możemy u nich zamieniać w potężny młot parowy; potrzebny będzie tyko odpowiedni wzmacniacz. Co w tym wypadku oznacza co najmniej średnio mocny, jako że nie są to słuchawki o podwyższonej czułości. Pod tym względem nie odbiegają od planarnych Meze i mających konstrukcję mieszaną (AMT/dynamiczną) czekających już na recenzję flagowych oBravo Signature.

Symetrii poprzez nie nie zakosztujemy, ewentualnie po przeróbce. Ale i bez niej jest bombowo.

Pomijając chcących słuchać wprost ze smartfona albo o słabej mocy DAP-a, to raczej dobrze, że tak jest. Mocniejszy DAP już sobie radzi, a takie mniej wyczulone na sygnał słuchawki brzmią zwykle bardziej krzepko – tu tego doświadczymy. To będzie mocne granie, ale wyraźnie różne od szkoły AudioQuesta, Audeze czy porównywanych tu stale Meze. Oparte o przejrzyste a nie mleczne medium, ale zarazem z dobrym wypełnieniem, z czego natychmiast kontrast – tu przejrzyście, tam gęsto. Daje to wprawdzie słabsze poczucie całościowej kondensacji, ale zarazem tak cenioną przez wielu krystaliczną czystość – tego kąpania się dźwięków w czystej wodzie, a nie cytoplazmatycznej zupie, przez którą trzeba się przebijać. Przebijać wzmacniaczem o naprawdę dużej mocy i super transparentnymi przewodami, podczas gdy Takstar tego nie potrzebują, u nich od razu czystość. To ona zapewnia drugi czynnik, wymienioną wraz z tą potęgą bezpośredniość. Ta jednak potrzebuje czegoś jeszcze – odpowiedniego zbudowania tego, co poprzez tę czystość do nas dociera. Z tym nie jest u flagowych Takstar aż tak dobrze, jak u flagowych Meze, oBravo czy Focal, ale nie gorzej niż na przykład u Sennheiser HD 600, albo Beyerdynamic DT990. Szczegółowość, precyzja obrysu, uformowanie w trzeci wymiar, ciśnieniowe oddziaływanie medium, holografia czy sposób oświetlania – to wszystko realizują na poziomie high-endu; wprawdzie nie szczytowego, ale już całkowicie będącego sobą, to znaczy pełnią satysfakcji. I jedną rzecz muszę jeszcze wymienić, a mianowicie śpiewność. Nie samą muzykalność, bo ona jest tu oczywista. Nie byłoby wszak mowy o high-endzie, a nawet jakiejkolwiek satysfakcji (przynajmniej w moim przypadku), gdyby nie było muzykalności, i to wysokiego poziomu. Ale HF-580 mają coś jeszcze na okrasę, mają tę właśnie śpiewność. To coś, o czym pisałem niedawno odnośnie okablowania Luny – że długie aż po zaśpiew wybrzmienia, słodycz głosów, mienienie się koloratur. To już nie sama melodyjność, coś więcej niż poprawność. To mistrzowskie pociągnięcia brzmieniowego pędzla; tym już się stwarza taki obraz, że wiesz po jednym rzucie oka, iż sam nigdy byś nie namalował. To coś się nazywa talent – Takstar HF-580 obrazują muzykę z talentem. To nie jest ewenement, słuchawek to potrafiących są na rynku dziesiątki, ale pomiędzy nimi bardzo nieliczne te, które z takim talentem grają za tak niewielkie pieniądze.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

4 komentarzy w “Recenzja: Takstar HF-580

  1. Andrzej pisze:

    Czy byłaby możliwość recenzji konkurencyjnych cenowo wobec Takstar -ów chińskich słuchawek Soundmagic hp1000?. Na AVS grały na tyle dobrze że wszystkie je wykupiono.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Jasne. Z tego co widzę, to MIP dystrybutorem, a mamy dobre kontakty. Ale że szybko, to nie obiecuję, bo kalendarz wypełniony.

  2. Marcin pisze:

    Panie Piotrze,
    Takstar, Fostex 60RP czy Night Hawk. Które z tych kupił by Pan dla siebie i dlaczego?
    Pozdrawiam

    1. Piotr Ryka pisze:

      Każde mogę szczerze polecić. Wszystkie są high-endowe, każdych używałbym z przyjemnością. Takstar najbardziej przejrzyste, Fostex najcieplejsze, NightHawk najbardziej gęste, basowe i echowe. Ale bas u wszystkich mocny. U Takstar najbardziej z tej trójki eksponowane soprany. Ale z pełną kulturą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy