Recenzja: Takstar HF-580

   Dawno nie było o słuchawkach? – że ironicznie spytam Ale obfitość modeli i dyskusji wokół daje jasną odpowiedź – o słuchawkach nigdy za wiele. A już szczególnie o tych, które kosztują niezbyt dużo, a obiecują być niezwykłe. I tym razem znów o nich, bo te są właśnie takie. A sam temat to nie pierwszyzna, o niejednych już było. W rewirze pukających do bram High-Endu, a kosztujących od paruset do circa dwóch tysięcy, mamy może nie aż plejadę, ale naprawdę liczne grono. Wymieńmy od samego Beyerdynamic modele DT990 z dopiskiem pro i bez, DT880 i DT770 (też każde w dwóch wariantach), T70, T90, Amiron Home, Custom One, DT1350. Konkurencyjny Sennheiser też kroczy kilkoma modelami, dalej planarne Fostex, przeszłe jak burza i już  minione ale pamiętne AudioQuest NightHawk i NightOwl, kilka świetnych produktów od Final Audio, debiut Neumanna, Meze Classics, liczne Audio-Techniki, wiele innych. Najwyraźniej się pomyliłem – jest tego bractwa plejada. Kupujący stają w tej sytuacji przed szerokim wyborem; od teraz jeszcze szerszym, jako że do towarzystwa doszlusowały chińskie Takstar.

O Chinach też nieraz było jako o wylęgarni talentów; taki na przykład słuchawkowy wzmacniacz Little Dot  MK VI+, to przecież wielka okazja. Ale markowych słuchawek z Chin specjalnie dużo nie ma, chociaż wywodzący się stamtąd HiFiMAN zdobył ogromną popularność, zasypując rynek modelami od drogich po niebotycznie drogie. Ale pośród drożyzny wystrzelił też model Sundara, który obecnie można nabyć za tysiąc siedemset złotych i który po wymianie marniutkiego kabla na coś bardziej licującego z buńczucznymi zapowiedziami śmiało można zaliczyć do grona wyżej wspomnianego. Chińczycy poza tym kupili japońskiego Staksa, co samo w sobie stanowi wykładnię ich potencjału, lecz mimo tego HiFiMAN-a czułem jednak niedosyt i nawet udany od nich wcześniejszy model HiFiMAN HE-300 (za tysiąc dwieście złotych) nie zaspokajał głodu, to jeszcze nie było to, na co powinno ich stać.

Jako riposta na ostatnim AVS dwa mocne chińskie wejścia – z serbskimi wzmacniaczami Auris rewelacyjnie wypadły HiFiMAN HE-1000 (droga niestety zabawka, za kilkanaście tysięcy), a na stoisku mp3store popisywały się uwidocznione w tytule Takstar HF-580 – zabawka z kolei jak barszcz tania, wydatek tysiąca dwustu. A przy tym jaka rasowa!… – planarny popis firmy. Bo Takstar to wcześniej była sama taniocha za dwie stówki… ale się wytężyli i pokazali, że oni też umieją. Gdy mi te świeżego chowu flagowe Takstar wręczano, towarzyszyły temu słowa słuchawkowego entuzjasty: „To będzie killer, pan zobaczy.”

No to popatrzmy i posłuchajmy. Wpierw tylko słówko o Takstarze, bo poza tym, że jest chiński, możemy o nim przeczytać w internetowym dossier: „Założone w 1995 roku Takstar jest wiodącym producentem w branży elektro-akustycznej. Firma rozpoczynała od produkcji mikrofonów, a obecna jej oferta to również słuchawki, wzmacniacze, akcesoria i zintegrowane produkty aplikacyjne. Zakłady zajmują powierzchnię 45 000 m² i zatrudniają ponad 1000 pracowników. Fabryka oraz dział R&D zaopatrzone są w setki najnowszych rozwiązania i maszyn z rynku europejskiego i amerykańskiego. Takstar produkuje rocznie 2,5 mln mikrofonów i 1,2 mln słuchawek. Posiada własny dział rozwojowo badawczy, a w kooperacji z kilkunastoma instytucjami zajmującymi się badaniami dźwięku oraz specjalistami w tej dziedzinie z całego świata, stworzył laboratorium, w którym testowane są najnowsze rozwiązania w tej dziedzinie.”

Dorzućmy rzecz nie wspomnianą: Takstar był początkowo dużym dostawcą podzespołów dla marek z całego świata, a potem się usamodzielnił i od tego 1995 oferuje gotowe produkty pod własną marką. Warto to zapamiętać – w połowie lat 90-tych świat zaczął się przeobrażać; Chiny z podwykonawczej ławicy płotek zaczęły się zmieniać w rekina.

Wygląd, konstrukcja i wygoda

Opakowanie jest typowe – pudełko z obwolutą.

Randkowanie ze słuchawkami Takstar zacznijmy za użytkową koleją, czyli najpierw w rękach pudełko. Pudełko jest całe białe, ale przyobleczone biało-czerwoną obwolutą z kolorowym zdjęciem słuchawek. Ściągnąwszy obwolutę (zajadle przyssaną podciśnieniem) i otwarłszy pudełko możemy już wyciągać pełnoformatowe, wokółuszne słuchawki o słusznej wadze 550 gramów. Prezentują się elegancko i na dodatek zgrabnie, gdyż muszle nie są okrągłe, a podłużne, i pośród dominującej czerni zdobione srebrzystymi obwiedniami wokół dziurkowanych maskownic. Ta czerń jest i lśniąca i matowa – lśniące są same muszle i lśniące maskownice, matowe dziurkowane pady. Lakierowanie na połyskliwą czerń wykonano wzorowo, a sądząc po temperaturze dotykowej korpusy są z tworzywa, a grille z lekkiego stopu. Jedne i drugie wyglądają pierwszorzędnie, ale jeszcze lepiej matowe pady. Nie przesadzę gdy powiem, że są jak żywcem przeniesione z wysokich modeli Focala i Ultrasona – mięciutkie, bardzo przyjemne w kontakcie dotykowym i na dodatek wentylowane, a sam ich surowiec to nie skórka, tylko wg specyfikacji producenta jakaś pochodna bawełny. Czymkolwiek surowcowo są, dotyka się ich z przyjemnością i miło otulają, a dzięki gęstej perforacji w lecie mniej będą grzały. Pałąk jest z hartowanej stali z pokryciem srebrną oksydacją, a prowadnice skraca się i zdłuża poprzez bezstopniowe suwanie. Obrotowe stopnie swobody mamy dwa a nie jeden, dzięki czemu osiadanie na głowie realizuje się bez problemu, zwłaszcza że rozmiar padów ściśle odpowiada średniej wielkości ucha. Wewnątrz, nad przetwornikiem, cienkie jak z pajęczyny czarne płótno osłony, a w samym przetworniku o konstrukcji planarnej coś jeszcze dużo cieńszego – mająca rozmiar 76 x 97 x 12,4 mm membrana aluminiowa w technologii TUYU (cokolwiek ten skrót oznacza) o grubość zaledwie 0,005 mm, napędzana przez układ magnetyczny na bazie magnesów neodymowych NdFeB.

Pałąk w części nagłownej wykonano z metalowego płaskownika i miękko wyścielono, a jego pokrycie to też przyjemna sztuczna skórka. Całości dopełnia zamontowany na stałe trzymetrowy kabel w gumowej izolacji: gładki, trochę sprężynujący i całkowicie giętki. Kończy go mały jack – w komplecie jest przejściówka, wszelako zwolennicy symetrycznych przyłączy muszą obejść się smakiem. Oznaczenie L-R realizują małe literki na wewnętrznej stronie pałąka, co z uwagi na symetrię boczną mocowania muszli (a więc stron po wyglądzie nie poznasz) warto będzie samemu uzupełnić jakąś czerwoną opaską przy wlocie kabla po prawej. Nie będzie to jednak konieczne, o ile wszystkie egzemplarze, jak ten testowany, mają przy wlocie do lewej opaskę z literami CE (Conformité Européenne), oznaczającą deklarację producenta o spełnianiu przez wyrób wymagania dyrektyw tzw. „Nowego Podejścia” Unii Europejskiej do ochrony użytkownika i środowiska. (Z czasem pewnie CE zastąpi mordka Greci, łatwiejsza dla analfabetów.)

Wewnątrz typowa czarna pianka.

Producent chwali się przenoszeniem szerokiego pasma, ze szczególnie imponującym zejściem do 10 Hz na dole, także swobodą propagacji dzięki otwartym grillom. Odnośnie pozostałych cech technicznych, to impedancja wynosi 32 Ω, czułość 90 ± 3 dB, a moc szczytową przetwornika oszacowano na 20 mW. Wspomniana waga ponad pół kilograma nie daje się we znaki – słuchawki może nie aż z głowy znikają, ale noszą się bardzo wygodnie. Długi kabel zapewnia swobodę w wynajdywaniu odsłuchowego miejsca, czarna kolorystyka brak rzucania się w oczy, a pady są zdejmowalne i można łatwo je zmieniać. W dołączonej instrukcji znajdziemy wykres odpowiedzi impulsowej, którego płaski przebieg zapowiada neutralność brzmieniową. A przede wszystkim to flagowiec – planarny popis firmy, którego cenę porównując z takim popisem od HiFiMAN-a zyskujemy proporcję tysiąca dwustu złotych do trzydziestu tysięcy. 

Odsłuchy

I oczywiście słuchawki.

Trzydziestoomowa impedancja i zakończenie kabla małym jackiem to mimo jego dużej długości sugestia, że w grę wchodzi sprzęt przenośny. Zacznijmy w takim razie od niego, ale takiego, który na pewno da radę – jako żeAstell & Kern KANN CUBE i jego 12 Vrms dual mono radzą sobie ze wszystkim.

Z Astell & Kern KANN CUBE

Zacząłem (a dobrze dobrze zacząć) od koncertowej wersji Hey Joe Jimi Hendrixa. Dla tego typu muzyki ciśnienie, dynamika i całościowa atmosfera to sprawy decydujące o być albo nie być satysfakcji. Stare oczywiście nagrane, nie będące popisem pod względem przejrzystości medium, ale gęstość, ciśnienie, rockowy drajw i wciąganie słuchacza w wir zdarzeń – to wszystko tu się zdarzyło. Coś jakby głowę pod maskę kilkusetkonnego silnika włożyć – sekundy czasu, milimetra miejsca na jakieś zastanowienie. Od strony samych słuchawek przede wszystkim ładunek mocy i dobre wyważenie pasma. Ciemne tło, potężne muzyczne ciosy, rockowa tubalność wokalu Hendrixa i bardzo dobrze zrealizowane pod względem tonalności, procentowego udziału, ekspresji i przestrzenności soprany. Żadnej przy tym przewagi basu – jakiegoś zachodzenia z jego strony na środek. Dużo natomiast powietrza i scenicznej swobody, a także dobrze uchwycony aspekt nagrania robionego z miejsca poniżej sceny.

Zasłuchałem się. A im dłużej słuchałem, tym bardziej mi się podobało. Ciężki sam w sobie i należycie odtwórczo dociążony rock w sensie samego przyswajania był łatwy i wciągający. Słuchany zaraz potem z gęstego pliku Tomasz Stańko zaoferował dramatycznie lepszą przejrzystość, w środowisku której wysokie tony towarzyszącego mu fortepianu ukazały wręcz sopranowy przepych. Mocno bite klawisze dosłownie eksplodowały dźwiękiem i rozrywały mózg, ani śladu nie przejawiając spłaszczającej cienizny. Znów gęsta atmosfera i roztaczanie przez jazzowy kwartet brzmienia w wymiarze ciśnieniowym i otoczeniu mrocznym, jednak dużo transparentniejszym za sprawą nowszego, ewidentnie lepszego nagrania. Poczucie obcowania z żywą muzyką do tego stopnia silne, że gdybym miał zgadywać, to podejrzewałbym na uszach słuchawki klasy Beyerdynamic T1.

Te wyglądają lepiej od typowych.

Podobnie żywo wypadła Amy Winehouse z albumu Black To Black – tak samo wybuchowo, czysto i personalnie. A chociaż Anna Maria Jopek zapewniała mnie zaraz potem – Twe usta kłamią – to nie sądzę. Jako że jeszcze bardziej była obecną i co do otoczenia przejrzystą, a bezpośrednia bliskość jej własnych ust przy mikrofonie nie ulegała wątpliwości. Ten plik zabrzmiał już tak high-endowo, że szczerze mówiąc nie sądziłem, iż KANN potrafi podać aż takiej klasy sygnał. Porównanie do innych słuchawek zaplanowałem na później, dopiero przy sprzęcie stacjonarnym, ale ta jakość mnie zmotywowała i podłączyłem też planarne i też otwarte Meze Empyrean – kosztujące dokładnie dziesięć razy tyle. Pokazało się brzmienie bardziej zagęszczone, bardziej chropawe, nieco też bardziej akcentujące skraje, natomiast w mniejszym stopniu eksponujące transparentność medium. Moim zdaniem do przenośnego odtwarzacza ani mniej, ani bardziej pasujące – słabiej skoncentrowane na przekazaniu nabożnej atmosfery czystości i całościowego wyważenia, a bardziej na dociążaniu i nasycaniu środowiska muzyczną tkanką. Takstary grały czyściej i bardziej laboratoryjnie, Meze natomiast gęściej i bardziej biologicznie. Z tym, że owo takstarowe laboratorium generowało czystość wyłącznie muzyczną, w najmniejszym stopniu nie techniczną. Jedne i drugie nauszniki grały naprawdę popisowo, a KANN nigdy wcześniej nie wypadł lepiej. Słuchałem potem jeszcze dużo najróżniejszej muzyki, ale te obserwacje raz za razem się powtarzały – Takstary czyściej i równiej w paśmie, Meze gęściej i z podkręconymi trochą skrajami. Przy czym bas u Takstarów też potęga – ciśnienia również duże i atmosfera życiowa, zupełnie nie sterylna. Ten rodzaj atmosfery można zresztą spotkać na AVS, w tym stylu na przykład gra elektronika od dCS. Odnośnie zaś trudności napędzania, to była identyczna, tak że jakiekolwiek manewry potencjometrem przy przełączaniu okazały się zbędne.

Z Astell & Kern AK380

Wzorcowe lakiernictwo i regulacja pałąka.

Tu już nie poszło tak łatwo z napędzaniem, bo przy stu procentach mocy muzycznej było co prawda bardzo głośno, ale jeszcze do wytrzymania. Nie towarzyszyły temu jednak żadne zniekształcenia, czyli ogólnie w porządku. Nie wytrzymałbym zresztą takiej głośności dłużej niż kilka minut, niemniej niektórzy głośność lubią i dla nich pewna rezerwa mogłaby okazać się przydatna. Odnośnie natomiast jakości, to zaznaczyła się pewna przewaga nad KANN CUBE, ale na tyle specyficzna, że nie trzeba jej rozpatrywać jako prostej oczywistości. AK380 zaoferował bowiem brzmienie nieco głębsze, bardziej akcentujące trzeci wymiar i dziejące się na głębszej oraz bardziej holograficznej scenie – ale to wszystko pewnym kosztem oddalenia pierwszego planu i wraz z tym mniejszej bezpośredniości. Można powiedzieć, że brzmienie droższego odtwarzacza było bardziej ozdobne, czarodziejskie i ku magiczności zmierzające, natomiast mniej bezpośrednio atakujące, skupione bardziej na całościowym oglądzie. W tym celu takie mniej po prostu: nie z białym światłem i czarnym tłem za nim, całą atmosferę przyciemniającym, tylko operujące efektami świetlnymi w poświatach złotych i bursztynowych z tłem w swojej czerni bardziej miękkim, tajemniczym i głębokim. Ruchowo bardziej elastyczne i bardziej rozfalowane, ale pod magię a nie realizm zrobione. Niemniej piękne i zmuszające do podziwu. Przykładowo gitara – coś pięknego! Znów wzięte do porównania Meze ponownie pokazały większy nacisk na skraje, bardziej chropawe tekstury i medium bardziej wypełnione zupą brzmieniową, nie tak krystalicznie czyste. Z podejściem bardziej biologicznym (że tak to roboczo nazwę), bo z muzyką dziejącą się jakby w cytoplazmie, a nie czystym jak łza osoczu. I cóż, trzeba to na koniec przyznać – różnicy jakościowej nie odnotowałem. To były brzmienia równorzędna, a cena dziesięć razy inna… Ale przed nami jeszcze porównania z bardziej wymagającą aparaturą i teraz przechodzimy do niej.

Odsłuch cd.

Z Ayon Sigma i Niimbus Ultimate

Do tego ekologiczne pady z wentylacją, w kontakcie bardzo miłe.

Zapewne nie powinienem wciągać w odsłuchy wzmacniacza jeszcze nie zrecenzowanego, ale pracuje w komputerowym torze na rzecz całkowitego wygrzania (które ma już raczej za sobą)  i nie chciało mi się go zmieniać.

Śpiewności, nomen omen, nie da się lepiej rozpoznać niż za pośrednictwem ludzkiego głosu, i ten głos Serge Gainsbourga w pięknej La chanson de Prévert miał wszystko co powinien – głębię, falistość, mienienie się, długie podtrzymanie, barwę, pracę powietrza w krtani, poświst oddechów, lekki pogłos, minimalną też grasejację, nutę nostalgii, ludzki wymiar. Przy okazji barwa dla tranzystorów Niimbusa, bo rzadko kiedy taka śpiewność zdarza się w sprzęcie nie lampowym. A żeby nie było tylko śpiewnie, puściłem potem Zorbę, gdzie prowadzące buzuki i tło robiące małe instrumenty perkusyjne pokazały zadziorność i tempo. A zatem żadne popadanie w słodkie miodki, tylko pełna paleta brzmień muzycznych – gdy trzeba jedwabista i ciepła, gdy trzeba rześka i chropawa. Łyknąłem kilkanaście utworów różnej jakości i muzycznego gatunku, a potem sięgnąłem po Meze. Tym razem różnice okazały się liczniejsze i ciekawsze, chociaż generalnie te same. Inna była jedynie moc potrzebna do napędzania – impedancja wyjściowa wzmacniacza najwyraźniej lepiej pasowała do Meze i one głośniej grały. To jednak drugorzędna sprawa, choć trzeba zauważyć, że ze słabego wzmacniacza właściciel planarnych Takstar nie będzie miał pociechy. Co do wspomnianych różnic, to najważniejsza była taka, że Meze (można powiedzieć – wreszcie!) ukazały większą złożoność struktur. Teraz nie tylko większa chropawość powierzchniowa decydowała o większym ich ładunku bitowym, także same konstrukcje w odniesieniu do głębiej położonych detali ukazały większe skomplikowanie. Nie było to nic zasadniczego, niemniej muzyczny skaner droższych słuchawek okazał się bardziej precyzyjny.

Z Ayon CD-10 Signature i ASL Twin-Head

Pora na finał i w jego ramach coś krańcowo już wyrafinowanego (bo jak sprawdzamy, to sprawdzamy). Pomijając wyższą ogólnie jakość, nic szczególnego w zakresie różnic stylistycznych pomiędzy flagowymi Takstar a flagowymi Meze nie zaistniało. Chińskie planary wciąż główny akcent kładły na czystość medium i równość pasma, rumuńsko-rosyjskie na organiczność i lekkie podkręcenie skrajów. Co nie oznacza, że centrum jednocześnie cofały; znaczy jedynie, że były trzy pagórki; co można interpretować zarówno w taki sposób, że były właśnie trzy akcenty, a można tak, że u Meze sopran i bas były lepiej wyrażone, do której to interpretacji skłaniała postać środka – na którym znów pojawiały się bardziej złożone głosy. Takstary grały czysto i równo, ale mniej „biologicznie” i trochę prościej konstrukcyjnie.

Można sobie zgadywać, za ile te słuchawki. I zgadnąć albo nie.

Ale nim zakrzykniecie: – A więc jednak! To drugi raz, reguła! – weźcie też pod uwagę, że dawno już powinienem napisać, iż Meze w tym biologicznym obrazowaniu wspierał kabel Tonalium, dźwigający ich cenę o dodatkowe, bagatela, trzy tysiące. Efektem dźwiękowy obraz gęściej zamieszkany przez brzmieniowe żyjątka – bardziej kłębiący się i złożony. Mniej natomiast przejrzysty, bo bardziej pokazujący dźwięków złożoność i ich kooperację, niż wyodrębnioną postać i odmienność wzajemną. Trzeba jednakże przyznać, że znów na wysokim poziomie jakościowym styl biologicznie-zgęszczający wykazał przewagę i znów nie miałem wątpliwości, że Meze prezentują wyższą klasę.

Zostawmy teraz porównania słuchawek różniących się kilkunastokrotnie ceną i skupmy na samych Takstar. Wypadły tak znakomicie, że postanowiłem zrobić z nich użytek kupując komuś na prezent, bo wiem, że używa przeciętnych, a chciałem, by zakosztował wybitnych. One zaś bez wątpienia są wybitnymi, nie ma co do tego dyskusji. Przy swej bardzo skromnie oszacowanej na tle całego rynku cenie i bez wsparcia lepszego okablowania wykazały się szeregiem zalet na bycie wybitnymi skazujących. Zaraz pierwsze: potęga brzmienia i bezpośredniość przekazu. Ta pierwsza zasadza się głównie na tym, że w miarę podnoszenia głośności nie może stawać się krzykliwie. Technicznie rzecz ujmując: przyrost ilości decybeli nie ma prawa skutkować przyrostem wysokości dźwięku. Pasmo nie może się ogałacać z niższych częstotliwości, podobnie jak nie mogą się pojawiać najmniejsze zniekształcenia, ani w ogóle poza wzrostem głośności oraz dynamiki nic nie może się zmieniać. Z tym Takstar HF-580, jak przystało na rasowe planary, radziły sobie bez problemu. Cichutkie postukiwanie dźwiękowym młoteczkiem na najniższych poziomach głośności jednym ruchem potencjometru możemy u nich zamieniać w potężny młot parowy; potrzebny będzie tyko odpowiedni wzmacniacz. Co w tym wypadku oznacza co najmniej średnio mocny, jako że nie są to słuchawki o podwyższonej czułości. Pod tym względem nie odbiegają od planarnych Meze i mających konstrukcję mieszaną (AMT/dynamiczną) czekających już na recenzję flagowych oBravo Signature.

Symetrii poprzez nie nie zakosztujemy, ewentualnie po przeróbce. Ale i bez niej jest bombowo.

Pomijając chcących słuchać wprost ze smartfona albo o słabej mocy DAP-a, to raczej dobrze, że tak jest. Mocniejszy DAP już sobie radzi, a takie mniej wyczulone na sygnał słuchawki brzmią zwykle bardziej krzepko – tu tego doświadczymy. To będzie mocne granie, ale wyraźnie różne od szkoły AudioQuesta, Audeze czy porównywanych tu stale Meze. Oparte o przejrzyste a nie mleczne medium, ale zarazem z dobrym wypełnieniem, z czego natychmiast kontrast – tu przejrzyście, tam gęsto. Daje to wprawdzie słabsze poczucie całościowej kondensacji, ale zarazem tak cenioną przez wielu krystaliczną czystość – tego kąpania się dźwięków w czystej wodzie, a nie cytoplazmatycznej zupie, przez którą trzeba się przebijać. Przebijać wzmacniaczem o naprawdę dużej mocy i super transparentnymi przewodami, podczas gdy Takstar tego nie potrzebują, u nich od razu czystość. To ona zapewnia drugi czynnik, wymienioną wraz z tą potęgą bezpośredniość. Ta jednak potrzebuje czegoś jeszcze – odpowiedniego zbudowania tego, co poprzez tę czystość do nas dociera. Z tym nie jest u flagowych Takstar aż tak dobrze, jak u flagowych Meze, oBravo czy Focal, ale nie gorzej niż na przykład u Sennheiser HD 600, albo Beyerdynamic DT990. Szczegółowość, precyzja obrysu, uformowanie w trzeci wymiar, ciśnieniowe oddziaływanie medium, holografia czy sposób oświetlania – to wszystko realizują na poziomie high-endu; wprawdzie nie szczytowego, ale już całkowicie będącego sobą, to znaczy pełnią satysfakcji. I jedną rzecz muszę jeszcze wymienić, a mianowicie śpiewność. Nie samą muzykalność, bo ona jest tu oczywista. Nie byłoby wszak mowy o high-endzie, a nawet jakiejkolwiek satysfakcji (przynajmniej w moim przypadku), gdyby nie było muzykalności, i to wysokiego poziomu. Ale HF-580 mają coś jeszcze na okrasę, mają tę właśnie śpiewność. To coś, o czym pisałem niedawno odnośnie okablowania Luny – że długie aż po zaśpiew wybrzmienia, słodycz głosów, mienienie się koloratur. To już nie sama melodyjność, coś więcej niż poprawność. To mistrzowskie pociągnięcia brzmieniowego pędzla; tym już się stwarza taki obraz, że wiesz po jednym rzucie oka, iż sam nigdy byś nie namalował. To coś się nazywa talent – Takstar HF-580 obrazują muzykę z talentem. To nie jest ewenement, słuchawek to potrafiących są na rynku dziesiątki, ale pomiędzy nimi bardzo nieliczne te, które z takim talentem grają za tak niewielkie pieniądze.

Podsumowanie

  Słuchawkowe ciasto rynkowe ma swe zakalce i rodzynki. (Skądinąd zakalec bardzo lubię, ale nie w tym wypadku.) Są tam wielkie, drogie migdały, do których migdalić się mogą sami jedynie bogaci, ale też tańsze wyjątkowe bakalie, bardziej dla wszystkich będące. Dziura powstała po tym, gdy AudioQuest swe rodzynki zabrał, ale się ta dziura teraz zapełnia nowością od Takstara. Nie są te nowe Takstar jedynym smakowitym kąskiem – ot, choćby klasyk planarny od Fosteksa to też jest duża sprawa, ale jak ktoś lubi przejrzystość, nie zgęszczanie, to tu miał będzie alternatywę. Potęga brzmienia – tak; muzyczne wyrafinowanie – też; ale nie trzeba się przebijać przez gęste medium mocą wzmacniacza ani specjalnym okablowaniem – tu jest przejrzyście, ot tak. Cena? Cóż, społeczeństwo się bogaci i przeciętny Kowalski ma już pieniądze. Większe czy mniejsze, ale są środki na zaspokajanie przyjemności, nie samych podstawowych potrzeb. Z czasów tak dawnych, że mało kto pamięta, płynie taka nauka, że jedną z dróg wyzwalania się z ubóstwa ciągnącego szarzyznę życiową  jest obcowanie z muzyką. Nie taką byle jak podaną, co dawniej znajdowało wyraz w tranzystorowych radyjkach, a dziś się odnajduje w najtańszych słuchawkowych pchełkach dokupowanych do smartfona. Tu chodzi o muzykę ekstra, o taką, co zachwyca. Kiedyś to były amplitunery i lepsze czy gorsze, ale stereofoniczne magnetofony. Też oczywista gramofony, ale te były znacznie w używaniu droższe, bo drogie były płyty. Z tymi płytami się nie zmieniło – akurat wczoraj kupowałem album za dwieście czterdzieści złotych. Ale dobrych słuchawek kiedyś nie było wcale, ani wzmacniaczy do nich, potem się pojawiały coraz lepsze, a teraz mamy te Takstary i kilka innych takich, które w okolicach tysiąca złotych dają upajające brzmienia – czemu można tylko przyklasnąć.

 

W punktach:

Zalety

  • Czystość, klarowność i bezpośredniość brzmienia bez żadnych nadzwyczajnych zabiegów przy zestawianiu toru.
  • A jednocześnie brzmienie o wymiarze stricte już artystycznym.
  • Przez co rozumiem szereg cech charakterystycznych dla słuchawek dysponujących dużym wyrafinowaniem.
  • W skład którego wchodzą:
  • Śpiewność. (Która nie jest tożsama z muzykalnością.)
  • Długie wybrzmienia (aż po zaśpiew, czyli coś jeszcze innego).
  • Pełny indywidualizm i słodycz głosów.
  • Mienienie się koloratur.
  • Umiejętność czynienia tekstur czymś więcej niż gładkimi; nawet więcej niż tłoczonymi – dawania im swoistego meszku, którego dotyk nie przechodzi niezauważony, ale się w postrzeganiu odciska.
  • Nieprzesadna, ale dająca pełną satysfakcję dźwiękowa głębia.
  • Zmysłowość.
  • Nastrojowe światło.
  • Otwartość brzmienia.
  • Odchodzenie w dźwiękową dal.
  • Swoboda kształtowania postaw emocjonalnych. (Smutek i radość równie łatwe do oddania.)
  • Do czego dołączają klasyczne cechy high-endu:
  • Szeroko rozwarte po obu stronach pasmo.
  • Dynamika.
  • Szczegółowość.
  • Brak zniekształceń.
  • Brak spadku jakościowego na bardzo wysokich poziomach głośności.
  • Mocny bas i soprany przy twórczym ich powiązaniu z całością.
  • Klarowna scena.
  • Holograficzny potencjał.
  • Nieprzeinaczanie (lub bardzo małe) mowy potocznej.
  • Trójwymiarowość w całym paśmie ze szczególnym naciskiem na skraje. (Gdzie ta trójwymiarowość najłatwiej znika.)
  • Obfita paleta barw.
  • Ciemne tło.
  • Żywa przestrzeń.
  • Czujność na bodźce jak psiego nosa.
  • Ogólna melodyjność.
  • Do czego dołączają świetne cechy użytkowe:
  • Mocny DAP sobie poradzi i będzie grało jak ta lala.
  • Całościowa wygoda.
  • Bezproblemowe mieszczenie uszu w muszlach.
  • Płynna tych muszli regulacja.
  • A mimo to brak opadania. (Co jest u innych nagminne.)
  • Miłe w dotyku, ekologiczne i wentylowane pady.
  • Dobrze dobrane zgięcie pałąka.
  • Lekki, giętki i gładki kabel.
  • Duża tego kabla długość.
  • Porządne opakowanie.
  • Rewelacyjny stosunek jakości do ceny.
  • Znany dotąd z wyrobów bardzo tanich, ale ogólnie znany producent.
  • Polska dystrybucja.
  • Bardzo chwalone.
  • Ryka approved.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Nieodpinany kabel.
  • Brak symetryczności.
  • Duża, mimo aż takich zalet, konkurencja rynkowa w tym samym przedziale cenowo jakościowym.

 

Dane techniczne:

  • Słuchawki wokółuszne, otwarte, planarne.
  • Wymiary przetwornika: 76 x 97 x 12,4 mm
  • Membrana: aluminiowa ∅0,005 mm
  • Impedancja: 32 Ω ± 20%
  • Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 25 kHz
  • Czułość: 90 ± 3 dB
  • Moc znamionowa: 10 mW
  • Moc szczytowa: 20 mW
  • Kabel połączeniowy: rozgałęziony 3 m
  • Złącze: stereo 3,5 mm
  • Waga netto: 550 g
  • Kolor: czarny

 

W zestawie:

  • Słuchawki
  • Adapter 3,5mm do 6,3mm
  • Bawełniane pady nauszne
  • Instrukcja obsługi

 

Cena: 1199 PLN

 

System:

  • Źródła: PC, Astell & Kern AK 380, Astell & Kern KANN CUBE, Ayon CD-10 SIgnature.
  • Przetwornik: Ayon Sigma.
  • Wzmacniacze słuchawkowe: ASL Twin-Head, Niimbus Ultimate, Phasemation EPA-007.
  • Słuchawki: Meze Empyrean (kabel Tonalium), Ultrasone Tribute 7 (kabel Tonalium-Metrum Lab), Sennheiser HD 600, Takstar HF-580.
  • Interkonekty: Acoustic Zen Absolute Cooper, Sulek Edia & Sulek 6×9, Tellurium Q Black Diamond XLR.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Acrolink MEXCEL 7N-PC9500, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Sulek Edia i Sulek 9×9 Power.
  • Listwy: Power Base High End, Sulek Edia.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Acoustic Revive RIQ-5010, Divine Acoustics KEPLER, Solid Tech „Disc of Silence”.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

6 komentarzy w “Recenzja: Takstar HF-580

  1. Andrzej pisze:

    Czy byłaby możliwość recenzji konkurencyjnych cenowo wobec Takstar -ów chińskich słuchawek Soundmagic hp1000?. Na AVS grały na tyle dobrze że wszystkie je wykupiono.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Jasne. Z tego co widzę, to MIP dystrybutorem, a mamy dobre kontakty. Ale że szybko, to nie obiecuję, bo kalendarz wypełniony.

  2. Marcin pisze:

    Panie Piotrze,
    Takstar, Fostex 60RP czy Night Hawk. Które z tych kupił by Pan dla siebie i dlaczego?
    Pozdrawiam

    1. Piotr Ryka pisze:

      Każde mogę szczerze polecić. Wszystkie są high-endowe, każdych używałbym z przyjemnością. Takstar najbardziej przejrzyste, Fostex najcieplejsze, NightHawk najbardziej gęste, basowe i echowe. Ale bas u wszystkich mocny. U Takstar najbardziej z tej trójki eksponowane soprany. Ale z pełną kulturą.

  3. Petr pisze:

    Piotr Takstar czy Sundara na muzyke poważnou ?
    Pozdrawiam

    1. Piotr Ryka pisze:

      Jak na mój gust, to Takstar.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy