Recenzja: Takstar HF-580

Odsłuchy

I oczywiście słuchawki.

Trzydziestoomowa impedancja i zakończenie kabla małym jackiem to mimo jego dużej długości sugestia, że w grę wchodzi sprzęt przenośny. Zacznijmy w takim razie od niego, ale takiego, który na pewno da radę – jako żeAstell & Kern KANN CUBE i jego 12 Vrms dual mono radzą sobie ze wszystkim.

Z Astell & Kern KANN CUBE

Zacząłem (a dobrze dobrze zacząć) od koncertowej wersji Hey Joe Jimi Hendrixa. Dla tego typu muzyki ciśnienie, dynamika i całościowa atmosfera to sprawy decydujące o być albo nie być satysfakcji. Stare oczywiście nagrane, nie będące popisem pod względem przejrzystości medium, ale gęstość, ciśnienie, rockowy drajw i wciąganie słuchacza w wir zdarzeń – to wszystko tu się zdarzyło. Coś jakby głowę pod maskę kilkusetkonnego silnika włożyć – sekundy czasu, milimetra miejsca na jakieś zastanowienie. Od strony samych słuchawek przede wszystkim ładunek mocy i dobre wyważenie pasma. Ciemne tło, potężne muzyczne ciosy, rockowa tubalność wokalu Hendrixa i bardzo dobrze zrealizowane pod względem tonalności, procentowego udziału, ekspresji i przestrzenności soprany. Żadnej przy tym przewagi basu – jakiegoś zachodzenia z jego strony na środek. Dużo natomiast powietrza i scenicznej swobody, a także dobrze uchwycony aspekt nagrania robionego z miejsca poniżej sceny.

Zasłuchałem się. A im dłużej słuchałem, tym bardziej mi się podobało. Ciężki sam w sobie i należycie odtwórczo dociążony rock w sensie samego przyswajania był łatwy i wciągający. Słuchany zaraz potem z gęstego pliku Tomasz Stańko zaoferował dramatycznie lepszą przejrzystość, w środowisku której wysokie tony towarzyszącego mu fortepianu ukazały wręcz sopranowy przepych. Mocno bite klawisze dosłownie eksplodowały dźwiękiem i rozrywały mózg, ani śladu nie przejawiając spłaszczającej cienizny. Znów gęsta atmosfera i roztaczanie przez jazzowy kwartet brzmienia w wymiarze ciśnieniowym i otoczeniu mrocznym, jednak dużo transparentniejszym za sprawą nowszego, ewidentnie lepszego nagrania. Poczucie obcowania z żywą muzyką do tego stopnia silne, że gdybym miał zgadywać, to podejrzewałbym na uszach słuchawki klasy Beyerdynamic T1.

Te wyglądają lepiej od typowych.

Podobnie żywo wypadła Amy Winehouse z albumu Black To Black – tak samo wybuchowo, czysto i personalnie. A chociaż Anna Maria Jopek zapewniała mnie zaraz potem – Twe usta kłamią – to nie sądzę. Jako że jeszcze bardziej była obecną i co do otoczenia przejrzystą, a bezpośrednia bliskość jej własnych ust przy mikrofonie nie ulegała wątpliwości. Ten plik zabrzmiał już tak high-endowo, że szczerze mówiąc nie sądziłem, iż KANN potrafi podać aż takiej klasy sygnał. Porównanie do innych słuchawek zaplanowałem na później, dopiero przy sprzęcie stacjonarnym, ale ta jakość mnie zmotywowała i podłączyłem też planarne i też otwarte Meze Empyrean – kosztujące dokładnie dziesięć razy tyle. Pokazało się brzmienie bardziej zagęszczone, bardziej chropawe, nieco też bardziej akcentujące skraje, natomiast w mniejszym stopniu eksponujące transparentność medium. Moim zdaniem do przenośnego odtwarzacza ani mniej, ani bardziej pasujące – słabiej skoncentrowane na przekazaniu nabożnej atmosfery czystości i całościowego wyważenia, a bardziej na dociążaniu i nasycaniu środowiska muzyczną tkanką. Takstary grały czyściej i bardziej laboratoryjnie, Meze natomiast gęściej i bardziej biologicznie. Z tym, że owo takstarowe laboratorium generowało czystość wyłącznie muzyczną, w najmniejszym stopniu nie techniczną. Jedne i drugie nauszniki grały naprawdę popisowo, a KANN nigdy wcześniej nie wypadł lepiej. Słuchałem potem jeszcze dużo najróżniejszej muzyki, ale te obserwacje raz za razem się powtarzały – Takstary czyściej i równiej w paśmie, Meze gęściej i z podkręconymi trochą skrajami. Przy czym bas u Takstarów też potęga – ciśnienia również duże i atmosfera życiowa, zupełnie nie sterylna. Ten rodzaj atmosfery można zresztą spotkać na AVS, w tym stylu na przykład gra elektronika od dCS. Odnośnie zaś trudności napędzania, to była identyczna, tak że jakiekolwiek manewry potencjometrem przy przełączaniu okazały się zbędne.

Z Astell & Kern AK380

Wzorcowe lakiernictwo i regulacja pałąka.

Tu już nie poszło tak łatwo z napędzaniem, bo przy stu procentach mocy muzycznej było co prawda bardzo głośno, ale jeszcze do wytrzymania. Nie towarzyszyły temu jednak żadne zniekształcenia, czyli ogólnie w porządku. Nie wytrzymałbym zresztą takiej głośności dłużej niż kilka minut, niemniej niektórzy głośność lubią i dla nich pewna rezerwa mogłaby okazać się przydatna. Odnośnie natomiast jakości, to zaznaczyła się pewna przewaga nad KANN CUBE, ale na tyle specyficzna, że nie trzeba jej rozpatrywać jako prostej oczywistości. AK380 zaoferował bowiem brzmienie nieco głębsze, bardziej akcentujące trzeci wymiar i dziejące się na głębszej oraz bardziej holograficznej scenie – ale to wszystko pewnym kosztem oddalenia pierwszego planu i wraz z tym mniejszej bezpośredniości. Można powiedzieć, że brzmienie droższego odtwarzacza było bardziej ozdobne, czarodziejskie i ku magiczności zmierzające, natomiast mniej bezpośrednio atakujące, skupione bardziej na całościowym oglądzie. W tym celu takie mniej po prostu: nie z białym światłem i czarnym tłem za nim, całą atmosferę przyciemniającym, tylko operujące efektami świetlnymi w poświatach złotych i bursztynowych z tłem w swojej czerni bardziej miękkim, tajemniczym i głębokim. Ruchowo bardziej elastyczne i bardziej rozfalowane, ale pod magię a nie realizm zrobione. Niemniej piękne i zmuszające do podziwu. Przykładowo gitara – coś pięknego! Znów wzięte do porównania Meze ponownie pokazały większy nacisk na skraje, bardziej chropawe tekstury i medium bardziej wypełnione zupą brzmieniową, nie tak krystalicznie czyste. Z podejściem bardziej biologicznym (że tak to roboczo nazwę), bo z muzyką dziejącą się jakby w cytoplazmie, a nie czystym jak łza osoczu. I cóż, trzeba to na koniec przyznać – różnicy jakościowej nie odnotowałem. To były brzmienia równorzędna, a cena dziesięć razy inna… Ale przed nami jeszcze porównania z bardziej wymagającą aparaturą i teraz przechodzimy do niej.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

4 komentarzy w “Recenzja: Takstar HF-580

  1. Andrzej pisze:

    Czy byłaby możliwość recenzji konkurencyjnych cenowo wobec Takstar -ów chińskich słuchawek Soundmagic hp1000?. Na AVS grały na tyle dobrze że wszystkie je wykupiono.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Jasne. Z tego co widzę, to MIP dystrybutorem, a mamy dobre kontakty. Ale że szybko, to nie obiecuję, bo kalendarz wypełniony.

  2. Marcin pisze:

    Panie Piotrze,
    Takstar, Fostex 60RP czy Night Hawk. Które z tych kupił by Pan dla siebie i dlaczego?
    Pozdrawiam

    1. Piotr Ryka pisze:

      Każde mogę szczerze polecić. Wszystkie są high-endowe, każdych używałbym z przyjemnością. Takstar najbardziej przejrzyste, Fostex najcieplejsze, NightHawk najbardziej gęste, basowe i echowe. Ale bas u wszystkich mocny. U Takstar najbardziej z tej trójki eksponowane soprany. Ale z pełną kulturą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy