Recenzja T+A Solitaire P / HA200

Odsłuch: Przy odtwarzaczu

Kwintesencja dynamicznych jakości też nie okazała się lepsza.

   Przydługa się recenzja robi, za dużo pan recenzent nagromadził. Ale odtwarzacz (Ayon CD-35 II) przyszedł w sukurs redukcjom i także samo wzmacniacz słuchawkowy EAR. Przeniósłszy całe słuchawkowe towarzystwo i podpiąwszy tego EAR oraz recenzowanego T+A do odtwarzacza, prędko doszło do redukcyjnych uproszczeń. Prędziutko okazało się, że T+A HA200 to przede wszystkim wzmacniacz dla planarów – wzmacniacz naprawdę wysokiej klasy, na pewno lepszy niż scalony z nim przetwornik. Bardzo dobrze zagrały z nim jednak jedynie dedykowane Solitaire P i Susvary, a wszyscy pozostali słabiej. Planarnym Final D8000 Pro i Meze Empyrean bardziej podobało się towarzystwo EAR, to samo odnosiło się do wszystkich słuchawek dynamicznych. Spośród nich dobrze z HA200 zagrały jedynie Focal Utopie i Ultrasone T7, ale i tak słabiej od dwóch najlepiej pasujących. Dlatego dalej już tylko o Solitaire P i Susvarach, ale najpierw porównanie wzmacniaczy.

EAR grał ciemniej, gęściej, gładziej i bardziej melodyjnie, przy brzmieniu wyraźnie bardziej nasączonym; z kolei HA200 budował większe sceny z dalej od siebie odstawionymi źródłami, tłoczył też w przekaz więcej powietrza i więcej światła, poza tym bardziej dbał o ekspozycję szczegółów. Słuchający obydwu Karol stwierdził, że EAR stawia bardziej na emocje, a HA200 na technikę. Mnie obydwa się podobały – suchsze, bardziej szumiące podkładem i dobitniej eksponujące szczegóły brzmienie HA200 sprawiało równie dobre wrażenie. Muzykalność też dawał prima sort, a oddech miał swobodniejszy. Różnica jedynie w odniesieniu do stylistyki, analogiczny jakościowy poziom. Jaśniej lub ciemniej; swobodniej albo gęściej – co tam kto sobie woli. Naprawdę duża różnica tylko odnośnie tego, że do EAR pasowały wszystkie słuchawki, a do HA200 nieliczne. W tym jednak te dedykowane, czyli wszystko w porządku. Można do nich dokupić Susvary, by raczyć się naprzemiennym stylem.

Zachodzi bowiem niewątpliwa analogia odnośnie stylistycznych różnic pomiędzy HA200 a EAR i Solitaire P a Susvarami. Solitaire to brzmienie suchsze, bardziej tonalnie wypłaszczone, jaśniejsze i (co już nie odnosi się do wzmacniaczy) wyraźnie bardziej ciśnieniowe; w tym z potężniejszym i bardziej jako tło obecnym basem. Susvary ciemniejsze, wilgotniejsze, z większą miąższością, bardziej ciekłe, bardziej spoiste i gładsze co do propagacji. Podające mniej efektowną holografię – holograficzne warstwy ustawiając bliżej słuchacza i bliżej względem siebie, ale sceny podobnie duże i tak samo swobodne; odnośnie czego analogia ze wzmacniaczami nie zachodzi. Słabszą holografię nadrabiają lepszym pogłosem oraz piękniejszym podtrzymaniem dźwięku, jako otaczanego efektowniejszą łuną i ładniej gasnącego. (Takich różnic nie było przy komputerze.)

Podobnie jak popularne Meze.

Czy w takim razie Susvary lepsze? Odpowiedź nie jest prosta. Większa oddawana energia na pewno przemawia za Solitaire; ich większa neutralność, w tym równiej przebiegające pasmo, niektórym też będą odpowiadać bardziej. Karol, lepiej otrzaskany z żywą muzyką, powiedział, że to Solitaire P tonalność mają prawidłową, ale Susvary bardziej starają się grać na emocjach i usiłują być ładniejszeOd siebie dodam, że Susvary na pewno są łatwiejsze dla wzmacniaczy w sensie dopasowania melodyki. Są oczywiście mniej skuteczne, znacznie bardziej wymagające prądowo, ale przy wyżej ustawionym „Gain” w odtwarzaczu oba wzmacniacze dały radę, a czekający na recenzję Rogue Audio RH-5 okazał się jeszcze mocniejszy. Z tej trójki do Solitaire P naprawdę dobrze pasował jednak tylko własny, za to pasował bardzo dobrze. Odnosząc je do Susvar można powiedzieć, że niemieckie planary grały w stylu najlepszej muzyki cyfrowej, Susvary bardziej jak gramofon. Przyszło mi też do głowy porównanie z przyrodniczego pleneru, który muzyka nieraz naśladuje. Słuchanie Solitaire P to trochę niczym wędrówka leśną ścieżką – z polaną pośród lasu i mocno oświetlającym ją słońcem. Susvar niczym pływanie łódką po jeziorze, z tym słońcem już nie takim mocnym, za to gładką przyjemnością płynięcia i melodyjnym pluskiem. Wrażenia suchsze albo wilgotniejsze, szeleszczące lub pluskające, z widocznym kurzem lub bez niego, z tupotem albo bez…

 

Ze wzmacniaczem dzielonym o nadwyżkowej mocy

   Na koniec, z ciekawości, też dla świętego spokoju oraz z poczucia obowiązku, użyłem własnego dzielonego wzmacniacza. „Gain” trzeba było zbić na niższy, profilaktycznie obniżyć regulowaną głośność odtwarzacza i modlić się, by w Solitaire P nie pokazało się za dużo brumu.

Brum duży się nie pokazał, pokazał jedynie śladowy. Taki śladowy naprawdę, zupełnie nie przeszkadzający. Lecz przeszkodziło mi co innego, wezbrała mianowicie złość. Tyle to T+A ma do powiedzenia odnośnie spraw technicznych, a zawalili podstawową. Ich wzmacniacz dla Solitaire P ma moc za małą gdzieś tak o połowę. Moc Crofta (2 x 25 W) była trochę za duża, ale naprawdę niewiele. Z tą większą mocą to inne słuchawki, tak samo zresztą jak Susvary. A może nawet nie tak samo – bardziej. Największy atut tych Solitaire P – nasycanie dźwięku energią – daje o sobie wyraźnie znać przy dedykowanym HA200, ale przy Crofcie to była inna miara. I, co ważniejsze, ta dodana energia miała też siłę stwórczą. Sama od siebie, jako większa, już mocno pchała brzmienie jakościowo, ale towarzyszył temu duży wzrost jakościowy odnośnie nie energii, a formy.

Oraz klasyczne Sennheisery.

Teraz w porównaniu do Susvar to Solitaire P miały lepsze podtrzymanie i lepiej operowały pogłosem. Dla tego toru je bym wybrał, przy czym ogólnie należy stwierdzić, że pod obecność wielokrotnie większej energii nastąpiło między topowymi planarami zbliżenie: Susvary zaczęły grać suchszym dźwiękiem, Solitaire P minimalnie bardziej wilgotnym – różnica niemal się zatarła. Susvary pojaśniały, jednym i drugim przybyło drajwu, dynamiki i szybkości; największe różnice to wciąż dużo większa energetyczność dźwięku Solitaire P oraz jego wyraźnie większe naprężenie. Wyższy, jak to przy mocniej naciągniętych strunach, wibrował też zdecydowanie mocniej, a inna jeszcze różnica, to poskramianie przez Solitaire P wysokich tonów. Susvary wciąż mocniej siały sopranami, choć i tak dużo słabiej od AKG K1000. W efekcie wszelkie krzyki, dzwonienia, trzaski były u nich agresywniejsze. Z kolei średnica znacznie spokojniejsza – krąglejsza, bardziej ciemna i łagodna. Moc basu dużo natomiast mniejsza – energia bębnów od Solitaire P była niemal realistyczna. (Tak grają duże głośniki, słuchawki niesłychanie rzadko.)

Gdyby dedykowany wzmacniacz T+A HA200 potrafił dawać swoim słuchawkom takie brzmienie, byłby to zestaw zjawiskowy, a tak jest tylko bardzo dobry. Ale i tak muszę przyznać, że do swojego toru pod AKG K1000 wolałby Solitaire P od Susvar. Energetyczność oferują r-e-w-e-l-a-c-y-j-n-ą! A kiedy z zewnątrz dużo mocy, ich dźwięk olśniewająco pięknieje. Przykładowo pieśń Ah! Vous dirai-je maman w wykonaniu Isabelle Druet zabrzmiała w ich wykonaniu piękniej. Podtrzymanie zyskują wówczas lepsze i tak samo pogłosy, a ich energia jest z innego poziomu: biją dźwiękami, nie pieszczą – są w najściślejszym sensie wyczynowe. I powiem szczerze – chciałbym je mieć. Bardzo nawet.

PS

Odszczekuję uwagę o wzmacniaczu Rogue Audio. Po paru dniach wygrzewania okazał się nie gorszy od dedykowanego.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

1 komentarz w “Recenzja T+A Solitaire P / HA200

  1. Piotr Ryka pisze:

    Znów pojawiają się wątpliwości na linii recenzje HiFiPhilosophy – recenzje i spostrzeżenia na forum audiohobby. W takim razie, mimo iż według domysłów niektórych nie chodzę już o własnych siłach i dzwonka przy drzwiach nie słyszę, chciałbym się do nich odnieść.

    1. Co rozumiem przez dźwięk ciśnieniowy? To w sumie łatwe do skojarzenia zjawisko, choć występuje na niewielu wzmacniaczach i tylko u niektórych słuchawek. Występuje też jedynie przy realistycznie wysokich poziomach głośności. W komorze akustycznej muszli wyraźnie czuje się nie tylko samą obecność dźwięków, ale też ich ciśnieniową presję. Kto miał do czynienia z głośnikami o dużych wooferach wie, że dźwięk z takich siada na piersi, wgniata mostek i fizycznie uciska przeponę. Co może przybrać rozmiar dramatyczny, zwłaszcza w pewnych okolicznościach. Znajomy, który uczestniczył w tournée koncertowym Kory Jackowskiej po NRD, opowiadał mi, jak przyjechali na miejsce koncertu, a tu żadnych głośników. Konsternacja, bo duża sala. Ale miejscowe zaplecze techniczne między sobą się podśmiechuje, mikrofon na estradzie stoi… Kora podeszła do mikrofonu i zrobiła próbę. A wówczas okazało się, że pod estradą jest skierowany do góry ogromny głośnik. Huknęło jak z haubicy, a wokalistka się zesrała… (Dosłownie – co tym widoczniejsze, że Kora nie nosiła majtek.) Jak zareagowali miejscowi, nie muszę chyba opowiadać. W ciśnieniowych efektach brylują Ultrasone z serii E7, E9, T7, ale pojawiają się one także u innych słuchawek, w tym u mocnym wzmacniaczem napędzanych Solitaire P. To dodatkowy czynnik urody, który osobiście szalenie cenię. Najpiękniejsze efekty powstają w muzyce symfonicznej – orkiestra z nim i bez niego to dwie różne orkiestry.
    2. Odnośnie srebrzenia sopranów. Potraktowane płytą Harmoniksa Solitaire P nie przejawiały jego śladu. Wcześniej ich zresztą także nie słyszałem, tyle że obraz był szarawy. Powiedziałbym nawet, że na tle innych, a już zwłaszcza K1000, prezentowały soprany powściągnięte, w zamian świetnie klarowne i trójwymiarowe. Powiedziałbym to tym śmielej, że mimo zaawansowanego wieku (choć jeszcze nie emerytalnego – brakuje kilku lat nawet w pisowskim datowniku) „coś jakby tarcie styropianem o powierzchnię”, wydaje mi się, że słyszę, tzn. usłyszeć dałbym radę. Kluczem do tego braku srebrzenia może być jednak nie wspomniana płyta, a stosowany kabel zasilania. Używany przeze mnie dla wzmacniacza T+A Sulek 9×9 powoduje obniżenie, nasycenie i ogólny przyrost kultury. Poza tym wzmacniacz od razu postawiłem na nóżkach Harmoniksa i dałem porządny osprzęt cyfrowy. Gdy teraz słucham Solitaire P na wzmacniaczu Rogue Audio, tego srebrzenie nie ma tym bardziej – dźwięk jest ciemny, gęsty, masywny i raczej obniżony, ale świetnie też rozprężony w sensie przestrzennym; źródła są rozsunięte – duży headroom muzyce służy. I jest to rozprężenie jedną z najlepszych rzeczy w tych słuchawkach, podobnie jak w nawet najtrudniejszych momentach brak zniekształceń oraz ten ciśnieniowy czynnik.
    3. Nie ma także gubienia szczegółów ani żadnego przymglenia. Dźwięk jest czysty, wyraźny i w pełni szczegółowy, choć u zasilanych kolumnowym wzmacniaczem topowych elektrostatów medium zjawia się bardziej transparentne, za to mniej ciśnieniowe. Odnośnie jednak gubienia, to jest raczej na odwrót – słuchawki potrafią odnajdywać to, co inne potrafią gubić. Niemniej samą ekspozycję szczegółów topowe elektrostaty też mają dobitniejszą. Miały ją także moje Ultrasone E9; lepsze pod tym względem od naśladowcy T7, i w ogóle niezwykłe. Generalnie nie ma jednak kłopotu – sięgnąłem po płytę „The Dark Side of the Moon” i Solitaire P bezproblemowo odczytały ślad poprzedniego nagrania na taśmie matce, dobrze słyszalny na kilkunastu ostatnich sekundach.
    4. I tak, faktycznie, wolałbym je od Susvar.
    5. Główna między tymi słuchawkami różnica przy naprawdę mocnym wzmacniaczu polega na tym, że Susvary podają muzykę, w tym wokale, jak bez wzmocnienia, a Solitaire P jak przez głośniki z mikrofonu. Można oczywiście woleć przekaz sauté, i sam także często wolę, ale dla wyczynowego grania wolałem jednak ze wzmacniaczową panierką.
    6. Z duetu SolitaireP/HA200, jako zdecydowanie lepsze, wybieram słuchawki. Z moim systemem wzmacniającym grały na dalece wyższym poziomie niż z dedykowanym. Co nie zmienia faktu, że wzmacniacz też jest udany. Ale mógłby być znacznie udańszy.
    7. Nie umiem się odnieść do stwierdzenia, że „recenzja jest dziwna”, choć przyznaję, że jest bardzo długa i przez to zawikłana. Prosiłbym o jakieś bliższe namiary na ową dziwność.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy