Recenzja: Spirit Torino Centauri 1706

Brzmienie: Przy komputerze

     To posłuchajmy czy rzeczywiście to brzmienie jak z okładki, a ściślej wieka pudła. Za towarzystwo przetwornik i wzmacniacz Phasemation, komputer z procesorem Intela, konwerter od Denafrips, okablowanie cyfrowe Fidaty i Hijiri, analogowe od Portento Audio, Next Level i Tonalium. Start!

     Łatwo powiedzieć „Start!”, a trudniej wystartować. Słuchawki przyjechały nieograne, a tak dokładniej: ledwie, ledwie. (Owe pięćdziesiąt godzin producenta plus kilka dystrybutora.) Dwa tygodnie sobie pograły, a wcześniej ustaliłem, że własne ich okablowanie nie odbiega jakością od ewentualnych kabli zastępczych, toteż je zostawiłem. (Wiele lat temu na AVS była salka prezentująca okablowanie Portento Audio, spędziłem w niej dłuższą chwilę; nie pamiętam jakie tam grały słuchawki napędzane jakim wzmacniaczem, ale pamiętam, że świetnie grało.)

    Czyli tak – powinno być elegancko i energetycznie, bez naciskania na szczegóły oraz skrajną realność. Wszedłem w słuchanie mając to za uszami, a na uszach słuchawki – i posypały się uwagi względem usłyszanego. Pierwszy ta, że Centauri są raczej do głośnego grania; podobnie jak u Final DX6000 skumulowana w nich energia dopiero wówczas się otwiera. A gdy wybuchnie, to nie na żarty, wpadamy w muzyczny cwał – ładunki wybuchowe są miary, albo prawie, żywego muzykowania. W tej mierze – czyli w odniesieniu do rzeczywistości muzycznej – faktycznie, a więc zgodnie z zapowiedzią, zaznacza się różnica pewnego złagodzenia, a dokładniej poskromienia agresji sopranów, natomiast względem rzeczywistości nagraniowej w wydaniu innych słuchawek zjawia się inność, którą wyczerpująco można opisać mówiąc: odejmijcie pogłosom czynnik studziennego chłodu. (Właśnie to miało sprawić owo tak podkreślane antywibracyjne osadzenie przetwornika, co sam producent nazwał eliminacją efektu jaskini.) 

     W Spirit Torino Centauri 1706 nie ma sopranów przeszywających ostrymi pikami ani nie ma pogłosów studzących atmosferę, z na dalszym etapie możliwością przechodzenia do poczucia dziwności i chłodu. Nie ma więc ostrych sopranowych wrzecion i nie ma zejść w piwniczne lochy – muzyka, jaką by nie była, nie ukłuje nas w uszy ani nie poczęstuje chłodem.  

 

 

 

 

     W tej sytuacji komuś to czytającemu może przyjść na myśl, że będzie ona przaśno-swojska, ale to nie jest prawda. Swojska by oznaczała odklejenie od realności, jakieś jawne odfiltrowanie i na koniec znudzenie, a tego tutaj nie ma. Parę minut przyzwyczajenia wystarcza do wkroczenia w świat realizmu, a nie poczucia nudy. Cóż z tego bowiem, że soprany nie strzelają ekstremalnymi pikami, a echa nie są kościelnie chłodne? Ale soprany są obecne i są strzeliste, a przede wszystkim efektowne, a echa nie brakuje. Fortepianom nie zabraknie dźwięczności ani brzmieniowego rozmachu, a głosom sopranistek sopranowego lśnienia z przejściem do olśniewania. Nie zabraknie tym bardziej, że łagodzenie ani trochę nie tyczy się czynnika chropawości, przykładowo wspaniały sopran Marii Stader zjawił się jako zaskakująco chropawy i w tej postaci ekscytujący. Także wszelka muzyka mocno operująca echami nie doznawała uszczerbku poprzez to, że niechłodna. Echowe z natury głosy Nany Mouskouri, Marka Grechuty czy Nat King Cole’a nic nie traciły z urody poprzez ten sposób ujmowania, nic także nie traciła muzyka elektroniczna, często operująca na echach. Wszystkie natomiast zyskiwały na czymś, co było obiecane, mianowicie na rozległości sceny. Wielkie scenerie, a już szczególnie wyjątkowo szerokie, pozwalały zaistnieć pełnoskalowym efektom przestrzennym: nie był to wprawdzie aż taki teatr, jaki mogą dawać kolumny, ale jak na dziedzinę słuchawkowego grania ponadprzeciętnie efektowny, przykuwający do siebie uwagę. Przykładowo orkiestry obrazowały się wspaniale: rozmach, otaczanie słuchacza i przede wszystkim porządek odnośnie rozmieszczenia instrumentów robiły imponujące wrażenie. 

    Powiedziałem o chropawości, że była mocno akcentowana pomimo poskramianych sopranów, a jak było ze szczegółami, o których Turyn pisze, że Centauri nie kładą na nie nacisku, nie przykładają zasadniczej wagi? Dobre sobie, akurat! Akurat to okazało się blagą, co piszę z całym przekonaniem. Zapewne w jakiejś mierze dzięki temu, że dźwięki tych Centauri nie nakładają się na siebie inaczej niż jak w samej muzyce (tzn. każdy ma dość miejsca do nieskrępowanego zaistnienia), jednak chyba nie dzięki temu przede wszystkim, a dzięki doskonałości odtwórczej poprzez precyzję obrazowania. Nieważne poprzez co, ważne, że w jednym z mych ulubionych nagrań, „Symfonii fantastycznej” Berlioza z Munich Philharmonic Orchestra pod Sergiu Celibidache, jawnie, ale to już tak całkiem jawnie, w cichych momentach było słychać, jak źle działała głowica kasująca magnetofonu studyjnego – brutalnie obnażało się to, że użyto nagranej wcześniej taśmy i to poprzednie wyłaziło. (Coś okropnego!)

  Weźmy sprawy od innej strony – od jeszcze innej niż ta z dużą głośnością potrzebną do ukazania klasy, czego na przykład słuchawki Sennheiser Orpheus nie potrzebują w takim stopniu, a Sony MDR-R10 wcale. Oprócz chętniej głośnego niż cichego grania wolą Spirit Torino Centauri surowszy materiał nagraniowy, a już szczególnie wtedy, gdy właśnie cicho gramy. Surowszy, czyli bez nadpróbkowania, które lepiej wyłączyć, wówczas staje się żywiej. One same, jako te z założenia łagodzące, działają jak nadpróbkowanie i zewnętrznego im nie trzeba. Z tego powodu przy graniu cichym bezsprzecznie wolały bez K2 i z próbkowaniem w przetworniku ustawionym na 48 kHz, podobnie jak w samym komputerze. Przy głośnym zaś ja, słuchacz, ciągle wolałem próbkowanie niskie, ale z K2 i bez K2 było równie ciekawie. W tej sytuacji raz jeszcze powtórzę: Centauri 1706 wchodzą w siebie i pokazują całość możliwości dopiero przy głośnym graniu – wcześniej są za spokojne, nie dość angażujące, choć niewątpliwie bardzo miłe. Bardzo miłe, ponieważ śpiewne oraz głęboko brzmiące; ponieważ ciepłe i analogowe; ponieważ bardzo czysta, nadzwyczaj czysta i wyraźna jest ich artykulacja; ponieważ nawet przy cichym graniu daje się odczuć ich energia, skutkując chociażby szybkością narastania.

     Uściślijmy odnośnie ciepła. Bynajmniej nie jest duże, nie było to granie aż gorące, ale to odczuwanie ciepła wzmagał tutaj fakt braku pogłosowego chłodu – bez redukującego uszczerbku obecne w przekazie pogłosy nie obniżały jego temperatury, jak reszta będąc ciepłe, albo przynajmniej neutralne. I tak samo analogowość nie kłóciła się z mocnymi rysami charakterystyk głosowych, w tym chrypek i głębokich gardeł – nic to granie nie miało wspólnego z nijaką ciepłą papką, zjawiała się  pełnia życia i żywioł, a złagodzenie formy sopranów nie dawało się odczuć w postaci deficytu już po chwili przyzwyczajenia. 

     Wszystko to znajdowało korzystny wyraz w postaci gamy nastrojowej – ciepło i analogowość przekazu nie zamieniały smutku w wesołość ani powagi w obojętność. To moim zdaniem duża sztuka uzyskać taki efekt, to się więcej niż dobrze udało przy założeniu złagodzenia.

   Pisałem już o dużej scenie oraz porządku na niej, o dużym obszarze i swobodzie rozchodzenia dźwięku. Uzupełnić to trzeba uwagą o średnim do małego dystansie do pierwszego planu i wraz z tym dużych samych pierwszoplanowych dźwiękach; z kolei bliskość ta przy dążących do tego nagraniach oferowała intymność poprzez klimat bliskości.

    Ale znowuż, żeby ktoś nie pomyślał, że jak ciepło, analogowość, łagodność i intymność, to ciężki rock mamy z głowy. Ani trochę, zupełnie. Bowiem ta skłonność do surowości i nadprzeciętna energia idą na przekór temu, a dynamika i wyraźność to przymioty rockowej muzyki. Tego pełny wolumen, bas grzmocił że aż miło i był to bas wyraźny – swojej przestrzennej postaci nie skrywający pod dudnienia kopułą.

     W odniesieniu do wszelkiej muzyki śmiało mogę powiedzieć, iż w wydani Spirit Torino Centauri okazała się na dłuższą metę wsysająca i hipnotyzująca, a nie łagodna i miła. Łagodna i miła gdy cicha, ale przy normalnych i wyższych głośnościach angażująca i porywcza. Takie na własnych warunkach, ale słuchanie bez zdjęcia nogi z gazu. Będzie drajw, zachłyśnięcie i poczucie spełnienia. Przynajmniej u mnie było.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

1 komentarz w “Recenzja: Spirit Torino Centauri 1706”

  1. Sławek pisze:

    No proszę: „Dekoni Ventilation Pad System”. A kiedyś Piotrze napisałeś, że pady Dekoni zrujnowały dźwięk jakiś tam – nie pamiętam – słuchawek. Ja w moich HiFiMan HE-1000se mam pady Dekoni welurowo skórzane, są bardzo wygodne a i dźwięk zyskał moim zdaniem. Z tym, że oryginalne pady rozpadły się dosłownie, przetarły, gąbki wyszły na wierzch…
    Te Centauri to jak się mają do HIFiMan He-1000 (se, v3 bądź Unveiled) i do Susvar? duża przepaść?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

© HiFi Philosophy