Recenzja: Spirit Torino Centauri 1706

    Zacznijmy może od tego…  No tak, to dobrze nas zaprowadzi. Zacznijmy więc od tego, że każdy typ słuchawek jest obarczony genetycznymi wadami swego rodzaju konstrukcji. Dynamiczne mają sekcję napędu umieszczoną w centrum membrany i w konsekwencji mniejszy dopuszczalny i słabiej kontrolowany obszar rodzenia się dźwięku. Planarne cały czas kontrolują całą membranę, więc może ona być większa, ale z kolei własny dylemat, czy decydować się na obustronne magnesy i w konsekwencji membrany w klatkach z magnetycznych prętów, poprzez co limit nie rozmiaru, a wychyłu – przy ekstremalnych głośnościach te ich lepiej kontrolowane diafragmy potrafią o z konieczności bliskie pręty magnesów uderzać. A kiedy znowuż dać mocniej działające magnesy jednostronnie, spada kontrola i łatwiej o zniekształcenia. Elektrostaty ten sam problem przejawiają na własny sposób – obustronne statory (w technologii Push-Pull) jeszcze bardziej ograniczają wychyły, a ograniczenia te pociągają niedostatki basowe i w razie schodzenia na obszary najniższych częstotliwości niebezpieczeństwo uszkodzenia poprzez fizyczny kontakt spolaryzowanej elektrycznie membrany z metalową siatką statora. Podobna sytuacja zachodzi w słuchawkach wstęgowych, gdzie falująca mikroskopijnie marszczona wstęga może się zetknąć z blisko niej położonym magnetycznym napędem, a będzie to spotkanie tyleż głośne, co uszom niemiłe. Stosunkowo najmniej niebezpieczeństw czyha na słuchawki z paradoksalnie najmniej licznej rodziny AMT (Air Motion Transformer), które nie mają ani opóźnień, ani problemów stykowych, ale mają problem z ograniczeniem właściwej sobie dużej wagi i z większą niż u pozostałych konieczną siłą magnesów. A nie dość tego, ten typ słuchawek jest stosunkowo najsłabiej dopracowany, wyważenie w trójkącie między rozmiarem membrany w postaci miecha, głębokością tego miecha zakładek i sposobem przykładania tam siły magnetycznej nie jest co prawda w powijakach, ale też i dalekie od finalnej perfekcji. 

    Na przekór wszystkim owym zastrzeżeniom, zauważmy już całościowo, wszystkie te rodzaje słuchawek dały przykłady zachwycających reprodukcji muzycznych.

     Podreptawszy wokół zagadnień ogólnych wejdźmy na arenę konkretów – opisujemy słuchawki planarne. Ale zarazem niepowszednie. Bo raz, że pochodzące od producenta, który się wcześniej takich nie imał, w całości poświęcając się tworzeniu dynamicznych. A dwa, że otwarte o muszlach drewnianych, i to drewnianych pokaźnie, a takie nie są u planarnych częste, chociaż też i nie całkiem rzadkie. Drewnem pooprawiane przetworniki planarne spotykamy u HiFiMAN-a, ZMF, Audeze, Sendy Audio i Fosi, ale najczęściej są to bądź słuchawki zamknięte, bądź okalane jedynie wąskim, ozdobnym rantami, kiedy tu będzie inaczej, napotkamy coś zbliżonego do Sendy Audio Peacock i ZMF Caldera, którym też drewna na oprawy nie pożałowano. Jednak tu drewno będzie inne i uformowane inaczej.

     Już o tym szczegółowo, ale wpierw słowa przypomnienia o producencie, przepisane z recenzji Spirit Torino Valkyria. 

     Wszystko zacząć się miało w sposób dziejący się najczęściej, rozpoczęło od lat młodzieńczych. Andrea Ricci, założyciel Spirit Torino, pasjonował się muzyką i aparaturą do jej odtwarzania jak wielu młodych ludzi, ale tak bardzo, bardzo serio, a nie tylko przy okazji pogoni za chcianymi brzmieniami. Do tego stopnia poznał temat już w wieku lat piętnastu, że właściciel salonu audio postawił go za ladą, zorientowawszy się, że jego sprzedawcy dysponują wiedzą skromniejszą. Co dało Andrei kontakt też z profesjonalistami, którzy wyrwali go z salonu i wrzucili do koncertowej sali, gdzie miał się opiekować stroną techniczną inscenizacji i nagrań; i tak został Andrea inżynierem dźwięku w Teatro Regio di Torino (Operze Turyńskiej), do czego doszły studia na politechnice w Turynie – tak wykształcił się specjalista; specjalista zmuszony posiłkować się słuchawkami, służącymi mu min. do kalibracji mikrofonów.  – I tu zaistniał problem, bo zadań swych nie spełniały tak dobrze, jak by sobie Andrea życzył, a były to Stax Lambda Pro, które „wiernie towarzyszyły” mu także w późniejszych latach, podczas realizacji nagrań Orkiestry Telewizji RAI i stowarzyszenia Polincontri Classica. W międzyczasie pojawiła się też u Andrei własna wytwórnia płytowa ukierunkowana na muzykę klasyczną i naturalną koleją rzeczy gromadziły się doświadczenia, min. to, że znienawidził niemiecki styl nagraniowy, usiłujący osiągać perfekcję dzięki aż 50 mikrofonom i kilku konsoletom mikserskim. Sam perfekcję próbował osiągać dzięki aranżacjom skromniejszym, bardziej zbliżonym do pozycji pojedynczego słuchacza w jego światku intymnego kontaktu z otaczającym wydarzeniem muzycznym. Oferta słuchawek Stax też okazała się zbyt wąska – nie udało się odszukać pomiędzy nimi spełniających wszystkie oczekiwania. W ruch poszły więc znajomości i koneksje, zaangażowali się producenci włoscy; udało się przekonać szereg firm zajmujących się specjalistyczną obróbką mechaniczną do wykonania podzespołów. I tak narodziła się konstrukcja MMXVI – pierwsze słuchawki zaprojektowane od podstaw, a nie jedynie zmodyfikowane przez Andreę Ricci. Był rok 2016 w zapisie arabskimi cyframi (rzymskimi uwieczniony w nazwie słuchawek), a więc czas jeszcze przed założeniem przez niego własnej firmy, coś niczym próbny strzał. Ten strzał okazał się celny i już rok potem, już w ramach firmy, zaistniał dzięki prototypom badawczym tzw. „SPIRIT SOUND”, czyli typ prezentacji słuchawkowej mający bezpośredniością i naturalizmem zachwycać przede wszystkim samych muzyków i realizatorów dźwięku. To we współpracy z nimi szlifowano kolejne modele w poszukiwaniu prawdy muzycznej i maksymalnej podmiotowej wierności, dobierając zarówno materiały, jak i samą postać konstrukcji. Zaangażowano też do współpracy amerykańską firmę Dekoni Audio, wyspecjalizowaną w konstruowaniu zaawansowanych technicznie nausznic, produkcję ograniczano zaś do wykonań ręcznych, jako bliższych duchowi artyzmu. Efektem zero plastików – same metale i kompozyty – jak również specyficzne nausznice w roli drugiej komory akustycznej. Z czasem także system dynamiczny Twin Pulse i inne innowacje – tak narodziła się legenda wcielona w sławę słuchawek Spirit Torino Valkyria.

    Trochę to zaskakuje w takim razie, że osiągnąwszy taki sukces w konstrukcjach dynamicznych, Andrea zwrócił się w zeszłym roku ku słuchawkom planarnym. Pora poznać szczegóły.

Inżynieria

    Zacznijmy od dwóch rzeczy: Primo, nie pada wyjaśnienie, skąd przyszedł pomysł wzbogacenia oferty o słuchawki planarne, można się tylko samemu domyślać, że powodem było poszukiwanie kompromisu pomiędzy ceną a jakością – słuchawki pierwszą mają jak na swojego producenta umiarkowaną, podczas gdy drugą ponoć wysoką. O tej wysokości w następnym rozdziale, a cena to 13 tys. PLN, czyli ani nie okazyjna, ani skrajna. Ot, taka sobie zwykła cena za dzisiejsze wysokiej jakości słuchawki, dopiero walory brzmieniowe powiedzą, czy i ewentualnie na ile sensowna. Secundo, skąd liczba 1706 w nazwie? Okazuje się, że to nie liczba, to data – to rok tysiąc siedemset szósty, pamiętny dla Turyńczyków rok obrony ich miasta przed francuskim najeźdźcą w wojnie o sukcesję austriacką; to wtedy Turyn bohatersko się bronił w trwającym 117 dni oblężeniu, na pamiątkę którego w nazwie słuchawek uwieczniono datę, a w centrach ich maskownic pięciokąt nawiązujący do obrysu turyńskiej cytadeli, kluczowego węzła oporu. Turyn się ostatecznie obronił, przybyłe z odsieczą wojska dowodzone przez Wiktora Amadeusza II i księcia Eugeniusza Sabaudzkiego zmusiły wrogów do odwrotu, co miało miejsce 7 września A.D. 1706, a teraz, w październiku roku pańskiego 2026, przyszedł czas na potyczkę z brzmieniem upamiętniających tę datę słuchawek.

     O tych słuchawkach producent się wywnętrza i ma sporo do powiedzenia, na poświęconej produktowi stronie czytamy:

      Centauri 1706 to efekt pracy różnych branż, od wysokiej klasy stolarstwa po mechanikę precyzyjną, od chemii po galanterię skórzaną. To w ekosystemie włoskich specjalistów, w którego skład weszło 11 dużych firm oprócz samego Spirit, powstaje tych 60 komponentów, które składają się na Centauri. Komponentów zawierających aż 19 różnych materiałów, wymagających 3 godzin montażu i 50 godzin docierania. 

     Centauri 1706 to słuchawki, które otulają słuchacza ciepłym i żywym brzmieniem, oferując wrażenie przebywania w przestronnym otoczeniu z instrumentami rozstawionymi w tej przestrzeni. Te charakterystyczne cechy zawdzięczają przetwornikowi planarnemu oraz zaawansowanej konstrukcji Spirit, dzięki której Centauri doskonale odwzorowują naturalność głosów, poczucie rytmu i całościową wierność brzmienia.

     Do ich atutów należy również zdolność do precyzyjnej reprodukcji dźwięku nawet przy dużej głośności, dzięki czemu Centauri 1706 to słuchawki zapewniające czystą przyjemność odnośnie wszystkich gatunków muzycznych oraz stylów słuchania. Są przy tym łatwe do napędzenia i dobrze brzmiące nawet w przypadku współpracy ze wzmacniaczami średniej jakości, dobrze też współpracują z małymi i ultraprzenośnymi urządzeniami.

     Centauri 1706 to słuchawki stworzone specjalnie do długich sesji odsłuchowych. Pomimo wagi i rozmiaru nauszników mających zdolność zapewnić trójwymiarową reprezentację dźwięku, użyte materiały i konstrukcja pałąka gwarantują odpowiednie rozłożenie ciężaru i maksymalny komfort.

     Oprócz wynurzeń w formie literackiej znajdujemy na stronie kilka parominutowych filmowych migawek obrazujących proces twórczy, patrzymy na efektowne frezowanie i montowanie w rękawiczkach, patrzymy na fachowe lutowanie i wyjmujemy Centauri z pudła.

     Dorzućmy parę uwag. Wspomniany w wynurzeniach pałąk to efekt modyfikacji, pierwotna wersja była inna. Nowy jest mniej efektowny, lecz za to wygodniejszy – i słusznie, to o wygodę przecież w pałąkach chodzi. Udoskonalenie polega na zmianie kształtu metalowego profilu oraz obszyciu go skórą i jednoczesnym zmodyfikowaniu opaski pod nim podwieszonej. W miejsce nagiego metalu zdobionego grawerunkami dostajemy cieńszy łukowy pas nierdzewnej stali obszyty zieloną skórą, uzupełniony opaską ze skóry Nappa (najwyższej gatunkowo licowanej), od wierzchu też zieloną. 

     Wyjątkową precyzją ma się odznaczać mechanizm zawieszenia i kontroli ustawień muszli, który pradawnym wzorem oparto o półłuk chwytaka (tutaj aluminiowy) i wychodzącą z niego pionowo prowadnicę (tutaj z nierdzewnej stali), po której z fiksującym ustawienie oporem może wędrować masywna metalowa obejma zaciskana śrubowo (te obejmy stanowią równocześnie zakończenia pałąka). Koniec końców słuchawki są rzeczywiście wygodne, tym bardziej, że ich muszle okazują się duże, a utrzymanie żądanej pozycji nie stwarza najmniejszego problemu, co jak najbardziej się liczy in plus, nierzadko bowiem tak nie bywa.  

    Muszle nie tylko są duże, są też efektowne. Wyfrezowane arcyprecyzyjnie w orzechowej drewninie amerykańskiego orzecha Canaletto Walnut, stanowią element przyrodniczy – nie ma dwóch par Centauri o identycznym odcieniu muszli ani układzie słojów. Co więcej, drewniana konstrukcja opraw wżywać się ma z upływem czasu coraz bardziej w brzmienia słuchawek, coraz doskonalej dopasowując się do ich wibracji jako składnik rezonansowy.

     Słuchawki są otwarte, toteż w szerokiej drewnianej ramie pyszni się duża maskownica o wielokątnym i gwiaździstym wzorze. Wewnątrz klasyczny układ planarny z membraną obustronnie oprawioną prętami magnesów neodymowych N52, producent podkreśla znaczenie antywibracyjnego umocowania – stelaża złożonego z trawionej chemicznie płyty nośnej z nierdzewnej stali, pod którą gruba warstwa materiału zdolnego tłumić niepożądane drgania w postaci kompozytu Texalwood: połączenia żywicą epoksydową szklanego włókna, dwóch warstw aluminium i topolowej sklejki. Z tą płytą łączą się magnetycznie wentylowane pady (Ventilation Pad System) obszyte Alcantarą i skórą Nappa, pady opracowane przez Dekoni. (Łączenie nie jest wściekle mocne, ale zarazem pewne.)  

     Do muszli wchodzą małymi jackami od przodu (tak by nie wadzić o ramiona) 2,2 metrowej długości kable miedziane OFC produkcji Portento Audio, o których pada zapewnienie, że są wysokiej jakości, co mogę sam potwierdzić. Kable zbiegają się igrekowo (inaczej prawie nie bywa, bardzo rzadko są prowadzone na całej długości oddzielnie, ale w szczytowych Valkyriach są), finalizuje je wedle życzenia dowolna końcówka, u testowanych był to 4-pin. 

   Słuchawki nabywca otrzymuje w dużym pudle z surowej tektury (ekologia) ozdobionym na wieku amebowym nadrukiem: cztery nibynóżki ameby zasięgiem wyznaczają możliwości techniczne słuchawek. Rzadka to sprawa, aby sam producent szczegółowo ocenił styl brzmieniowy oraz klasę techniczną własnego wyrobu; okazuje się, że Centauri są wg twórców przede wszystkim wygodne i wszechstronne odtwórczo, nacisk w nich położono na możliwość długiego słuchania bez uczucia zmęczenia dźwiękiem i faktem ich obecności na głowie. Co w odniesieniu do brzmieniowego całokształtu oznacza złagodzenie ekspresji szczegółów i sopranowej wierności tonalnej każdego instrumentu, a nie oznacza ani redukcji dynamiki, ani zwężenia pasma, ani też kompaktyfikacji sceny. A zatem dynamiczne i przyjemne dźwięki o niemęczącym charakterze w obszernej scenografii; zaiste nie wiem, czy cokolwiek będę miał do dodania względem oceny pochodzącej od inżyniera dźwięku turyńskiej opery i właściciela studia nagrań. 

    Przed próbą uczynienia tego techniczne uściślenia. Słuchawki są, jak już było parokrotnie mówione, planarne, wokółuszne,  otwarte i przewodowe. Bez kabla ważą 490 gramów, przenoszą pasmo akustyczne 15 Hz – 40 kHz (skalibrowane do krzywych izofonicznych), impedancja to 22 Ω, czułość 102 dB, a maksymalna moc wejściowa to 2,5 W. Cena, dla przypomnienia, opiewa na trzynaście tysięcy złotówek, producent szczyci się faktem kooperacji przy Centauri wielu firm z Włoch i USA.

Brzmienie: Przy komputerze

     To posłuchajmy czy rzeczywiście to brzmienie jak z okładki, a ściślej wieka pudła. Za towarzystwo przetwornik i wzmacniacz Phasemation, komputer z procesorem Intela, konwerter od Denafrips, okablowanie cyfrowe Fidaty i Hijiri, analogowe od Portento Audio, Next Level i Tonalium. Start!

     Łatwo powiedzieć „Start!”, a trudniej wystartować. Słuchawki przyjechały nieograne, a tak dokładniej: ledwie, ledwie. (Owe pięćdziesiąt godzin producenta plus kilka dystrybutora.) Dwa tygodnie sobie pograły, a wcześniej ustaliłem, że własne ich okablowanie nie odbiega jakością od ewentualnych kabli zastępczych, toteż je zostawiłem. (Wiele lat temu na AVS była salka prezentująca okablowanie Portento Audio, spędziłem w niej dłuższą chwilę; nie pamiętam jakie tam grały słuchawki napędzane jakim wzmacniaczem, ale pamiętam, że świetnie grało.)

    Czyli tak – powinno być elegancko i energetycznie, bez naciskania na szczegóły oraz skrajną realność. Wszedłem w słuchanie mając to za uszami, a na uszach słuchawki – i posypały się uwagi względem usłyszanego. Pierwszy ta, że Centauri są raczej do głośnego grania; podobnie jak u Final DX6000 skumulowana w nich energia dopiero wówczas się otwiera. A gdy wybuchnie, to nie na żarty, wpadamy w muzyczny cwał – ładunki wybuchowe są miary, albo prawie, żywego muzykowania. W tej mierze – czyli w odniesieniu do rzeczywistości muzycznej – faktycznie, a więc zgodnie z zapowiedzią, zaznacza się różnica pewnego złagodzenia, a dokładniej poskromienia agresji sopranów, natomiast względem rzeczywistości nagraniowej w wydaniu innych słuchawek zjawia się inność, którą wyczerpująco można opisać mówiąc: odejmijcie pogłosom czynnik studziennego chłodu. (Właśnie to miało sprawić owo tak podkreślane antywibracyjne osadzenie przetwornika, co sam producent nazwał eliminacją efektu jaskini.) 

     W Spirit Torino Centauri 1706 nie ma sopranów przeszywających ostrymi pikami ani nie ma pogłosów studzących atmosferę, z na dalszym etapie możliwością przechodzenia do poczucia dziwności i chłodu. Nie ma więc ostrych sopranowych wrzecion i nie ma zejść w piwniczne lochy – muzyka, jaką by nie była, nie ukłuje nas w uszy ani nie poczęstuje chłodem.  

 

 

 

 

     W tej sytuacji komuś to czytającemu może przyjść na myśl, że będzie ona przaśno-swojska, ale to nie jest prawda. Swojska by oznaczała odklejenie od realności, jakieś jawne odfiltrowanie i na koniec znudzenie, a tego tutaj nie ma. Parę minut przyzwyczajenia wystarcza do wkroczenia w świat realizmu, a nie poczucia nudy. Cóż z tego bowiem, że soprany nie strzelają ekstremalnymi pikami, a echa nie są kościelnie chłodne? Ale soprany są obecne i są strzeliste, a przede wszystkim efektowne, a echa nie brakuje. Fortepianom nie zabraknie dźwięczności ani brzmieniowego rozmachu, a głosom sopranistek sopranowego lśnienia z przejściem do olśniewania. Nie zabraknie tym bardziej, że łagodzenie ani trochę nie tyczy się czynnika chropawości, przykładowo wspaniały sopran Marii Stader zjawił się jako zaskakująco chropawy i w tej postaci ekscytujący. Także wszelka muzyka mocno operująca echami nie doznawała uszczerbku poprzez to, że niechłodna. Echowe z natury głosy Nany Mouskouri, Marka Grechuty czy Nat King Cole’a nic nie traciły z urody poprzez ten sposób ujmowania, nic także nie traciła muzyka elektroniczna, często operująca na echach. Wszystkie natomiast zyskiwały na czymś, co było obiecane, mianowicie na rozległości sceny. Wielkie scenerie, a już szczególnie wyjątkowo szerokie, pozwalały zaistnieć pełnoskalowym efektom przestrzennym: nie był to wprawdzie aż taki teatr, jaki mogą dawać kolumny, ale jak na dziedzinę słuchawkowego grania ponadprzeciętnie efektowny, przykuwający do siebie uwagę. Przykładowo orkiestry obrazowały się wspaniale: rozmach, otaczanie słuchacza i przede wszystkim porządek odnośnie rozmieszczenia instrumentów robiły imponujące wrażenie. 

    Powiedziałem o chropawości, że była mocno akcentowana pomimo poskramianych sopranów, a jak było ze szczegółami, o których Turyn pisze, że Centauri nie kładą na nie nacisku, nie przykładają zasadniczej wagi? Dobre sobie, akurat! Akurat to okazało się blagą, co piszę z całym przekonaniem. Zapewne w jakiejś mierze dzięki temu, że dźwięki tych Centauri nie nakładają się na siebie inaczej niż jak w samej muzyce (tzn. każdy ma dość miejsca do nieskrępowanego zaistnienia), jednak chyba nie dzięki temu przede wszystkim, a dzięki doskonałości odtwórczej poprzez precyzję obrazowania. Nieważne poprzez co, ważne, że w jednym z mych ulubionych nagrań, „Symfonii fantastycznej” Berlioza z Munich Philharmonic Orchestra pod Sergiu Celibidache, jawnie, ale to już tak całkiem jawnie, w cichych momentach było słychać, jak źle działała głowica kasująca magnetofonu studyjnego – brutalnie obnażało się to, że użyto nagranej wcześniej taśmy i to poprzednie wyłaziło. (Coś okropnego!)

  Weźmy sprawy od innej strony – od jeszcze innej niż ta z dużą głośnością potrzebną do ukazania klasy, czego na przykład słuchawki Sennheiser Orpheus nie potrzebują w takim stopniu, a Sony MDR-R10 wcale. Oprócz chętniej głośnego niż cichego grania wolą Spirit Torino Centauri surowszy materiał nagraniowy, a już szczególnie wtedy, gdy właśnie cicho gramy. Surowszy, czyli bez nadpróbkowania, które lepiej wyłączyć, wówczas staje się żywiej. One same, jako te z założenia łagodzące, działają jak nadpróbkowanie i zewnętrznego im nie trzeba. Z tego powodu przy graniu cichym bezsprzecznie wolały bez K2 i z próbkowaniem w przetworniku ustawionym na 48 kHz, podobnie jak w samym komputerze. Przy głośnym zaś ja, słuchacz, ciągle wolałem próbkowanie niskie, ale z K2 i bez K2 było równie ciekawie. W tej sytuacji raz jeszcze powtórzę: Centauri 1706 wchodzą w siebie i pokazują całość możliwości dopiero przy głośnym graniu – wcześniej są za spokojne, nie dość angażujące, choć niewątpliwie bardzo miłe. Bardzo miłe, ponieważ śpiewne oraz głęboko brzmiące; ponieważ ciepłe i analogowe; ponieważ bardzo czysta, nadzwyczaj czysta i wyraźna jest ich artykulacja; ponieważ nawet przy cichym graniu daje się odczuć ich energia, skutkując chociażby szybkością narastania.

     Uściślijmy odnośnie ciepła. Bynajmniej nie jest duże, nie było to granie aż gorące, ale to odczuwanie ciepła wzmagał tutaj fakt braku pogłosowego chłodu – bez redukującego uszczerbku obecne w przekazie pogłosy nie obniżały jego temperatury, jak reszta będąc ciepłe, albo przynajmniej neutralne. I tak samo analogowość nie kłóciła się z mocnymi rysami charakterystyk głosowych, w tym chrypek i głębokich gardeł – nic to granie nie miało wspólnego z nijaką ciepłą papką, zjawiała się  pełnia życia i żywioł, a złagodzenie formy sopranów nie dawało się odczuć w postaci deficytu już po chwili przyzwyczajenia. 

     Wszystko to znajdowało korzystny wyraz w postaci gamy nastrojowej – ciepło i analogowość przekazu nie zamieniały smutku w wesołość ani powagi w obojętność. To moim zdaniem duża sztuka uzyskać taki efekt, to się więcej niż dobrze udało przy założeniu złagodzenia.

   Pisałem już o dużej scenie oraz porządku na niej, o dużym obszarze i swobodzie rozchodzenia dźwięku. Uzupełnić to trzeba uwagą o średnim do małego dystansie do pierwszego planu i wraz z tym dużych samych pierwszoplanowych dźwiękach; z kolei bliskość ta przy dążących do tego nagraniach oferowała intymność poprzez klimat bliskości.

    Ale znowuż, żeby ktoś nie pomyślał, że jak ciepło, analogowość, łagodność i intymność, to ciężki rock mamy z głowy. Ani trochę, zupełnie. Bowiem ta skłonność do surowości i nadprzeciętna energia idą na przekór temu, a dynamika i wyraźność to przymioty rockowej muzyki. Tego pełny wolumen, bas grzmocił że aż miło i był to bas wyraźny – swojej przestrzennej postaci nie skrywający pod dudnienia kopułą.

     W odniesieniu do wszelkiej muzyki śmiało mogę powiedzieć, iż w wydani Spirit Torino Centauri okazała się na dłuższą metę wsysająca i hipnotyzująca, a nie łagodna i miła. Łagodna i miła gdy cicha, ale przy normalnych i wyższych głośnościach angażująca i porywcza. Takie na własnych warunkach, ale słuchanie bez zdjęcia nogi z gazu. Będzie drajw, zachłyśnięcie i poczucie spełnienia. Przynajmniej u mnie było.

Odsłuch: Przy odtwarzaczu 

   Powtórzyła się sytuacja z recenzji Audio-Techniki ATH-ADX7000, to znaczy perypetie związane z trafnością wyboru trybu wzmacniacza. Regułą bowiem wybór OTL, prawie zawsze w tym ustawieniu słucham, ale niektóre słuchawki powodują dylemat: czy dać im więcej drajwu z trybu non-OTL, czy elegancji z OTL. Co tyczy albo takich, które słabszy mocowo OTL nie dość energicznie napędza (w tym właśnie Audio-Technica), albo tych, u których nie dość żywy przekaz skłania się ku ostrzejszej wizji non-OTL. Ten przypadek zachodził tutaj, łagodność Spirit Torino Centauri 1706, będąca konstrukcyjnym ich założeniem, powodowała ciągoty do trybu podostrzania; łagodniejsza i bardziej wysmakowana wizja OTL skutkowała w pierwszych minutach odsłuchu sopranowym cofnięciem oraz przewagą wypełnienia nad wyraźnością, jak również deficytem poloru – dynamika i energia w porządku, ale błyskotliwość oraz wyraźność nie. Przejście w non-OTL (jedno pstryknięcie i można w locie) skutkowało skokowo żywszym brzmieniem, zjawiał się połysk, ostrość konturów oraz żywsze soprany. Do tego jeszcze bardziej dynamizowała się dynamika: zjawiało się brzmienie gęste i głębokie zarówno fizycznie jak nastrojowo, a na rzecz ekscytacji aż tak energetyczne, że niemal rozsadzające ciśnieniową energią muszle. Bardzo mi się to podobało, zwłaszcza że smak tych brzmień intensywny i kontakt z nimi bezpośredni – duża bliskość i duże dźwięki, a jednocześnie brak grania w głowie. Bas bardzo mocny – i w odniesieniu do tego pierwsze ale, albowiem trochę głuchy. Jednak szybkość i moc w popisie, a jedynie lekki deficyt informacji o tego basu stronie konstrukcyjnej, o wewnętrznej architekturze bębnów. Za to bardzo mało zniekształceń tam gdzie nieraz ich pełno, więc gdyby nie ta głuchość w następstwie nie do końca głębokiego wglądu, byłoby doprawdy niezgorzej. 

   Ciepłota temu towarzyszyła prawie niedostrzegalna – całkowite jej odstąpienie od roli wyróżnika na rzecz minimum ocierającego się o neutralność, z kolei scenerie imponująco rozległe – te były obiecane i to zostało zrobione.

 

 

 

 

    Słuchałem w tym non-OTL i słuchałem, i po czasie doszedłem do wniosku, że starczy tego podostrzania, pora wrócić do piękna dźwięków. Do dłuższych wybrzmień, bogatszego kolorytu, uwyraźnienia architektury brzmieniowej i przyrostu niuansowości; inicjatorem tej potrzeby stały się zawsze najuważniej sprawdzane ludzkie głosy, ale też i te głuche brzmienia perkusji i nie dość zadawalające postaciowanie u fortepianów i wiolonczel. Dynamika świetną rzeczą, ale nie zastąpi naturalności głosów oraz całościowego poczucia obcowania z dogłębną prawdziwością. Powiecie: – Ale jak to? Dopiero co żeś gościu pisał, że brzmienie w OTL było sopranowo cofnięte i poprzez to ani dość wyraźne, ani wystarczająco dźwięczne, czy jakoś tam, kurczę, „lśniące”. – I fakt, rzeczywiście tak napisałem, ale słuchawki po godzinie się rozegrały, i teraz już nie było przy trybie OTL owych dyskwalifikujących go wad, za to zjawiły się typowe dla niego walory. Z niedawno opisywaną Audio-Techniką też działo się podobnie, chociaż nie w takim stopniu, jedynie dawno temu Audio-Technica ATH-W5000 „Raffinato” zawsze wolała tryb non-OTL, wolała tak aż tupiąc. 

     Zagłębiłem się w OTL, tym razem nieprzelotnie. Z nim jak zawsze dłuższe wybrzmienia, bardziej gibko tańczące dźwięki, więcej zaśpiewu, wyższa temperatura, większa brzmieniowa głębia i większe między brzmieniami różnice. W tym doskonalsze obrazowanie bębnów i wszelkich innych instrumentów, podobnie jak ludzkich głosów. Owe głosy nareszcie przekonująco prawdziwe, pozwalające witać się z formą do jakiej się przywykło. (Także przez kontakt życiowy.) 

   Już przedtem było mocno i rozlegle, teraz stało się też klimatycznie i wciągająco (także dzięki innym popisom przekraczającym dynamikę i wyraźność). 

     Na wszelki wypadek powiem, że hard rock był potężny i rozległy, jak również (to ci dopiero!) teraz bardzo wyraźny; naszła mnie myśl, że przy pierwszym podejściu do trybu OTL użyłem niepasującej do jego stylu płyty i na niej poprzestałem, co było kardynalnym błędem. Na równi znakomite okazały się wszelkie produkcje od solowych po wielkogrupowe, a fortepian już epatował rozmiarami mocy i złożoności. 

     Ogólnie biorąc czynniki wyraźności i sopranowego iskrzenia już nie odstawały od produkcji w trybie non-OTL, jedynie energetyzacja nie była aż tej miary i tempa nie tak szybkie przy tych dłuższych wybrzmieniach.  

    Uzupełnijmy ten opis o to, że świetnie, wręcz fantastycznie, poskramiana była krzykliwość poprzez przestrzenne rozpościeranie w miejsce koncentracji do piku (a taki pik, to fe!). Z kolei test stereofoniczny pokazał, że mimo ogromnej szerokości sceny obrazowanie ma silną tendencję do koncentrowania się w jej centrum (co było zaskakujące, większość słuchawek tak nie ma), i że holografia, jako ta właśnie głównie operująca na głębię w centrum, może nie jest szczególnie głęboka (taka jak na przykład w Susvarach), ale zbudowana z większych niż to ma miejsce przeciętnie dźwięków, znakomicie obrazuje rozwarstwienie sceniczne i wywołuje efekt „Ach!”.

     Summa summarum powtórzył się na wyższym jakościowo poziomie stan zdiagnozowany przy komputerze – uskuteczniona w Spirit Torino Centauri idea brzmienia łagodniejszego, pozwalającego na dłuższe słuchanie bez poczucia zmęczenia ale też bez znudzenia, przybierała po chwili obycia postać wsysającą i hipnotyzującą, a nie łagodną, stonowaną i miłą. Nie zjawiał się wprawdzie w skrajnych postaciach realizm i dramatyzm charakterystyczny dla skrajnie realnych AKG K1000, nie pojawiała się też rangi Sony MDR-R10 czy Stax SR-Ω elegancja brzmieniowa, ale aż tyle nikt nie obiecywał, a dawki były duże. Słuchanie pozwalało poczuć się w pełni spełnionym.

Podsumowując

     Tak się złożyło (ciągle jakoś się składa), że jedne po drugich trafiły do opisu słuchawki realizujące to samo zadanie w wysoce odmienny sposób. Audio-Technica ATH-ADX7000 to skupienie na wyraźności obrazowania, a nie łagodzeniu obrazu, podczas kiedy Spirit Torino Centauri na odwrót. Czarodziej mózg adaptacyjnym stylem potrafi z tego wyładzać podobne stany świadomości – jednym dorzuca to, czego drugim ujmuje, żeby na finał stało się podobnie, iżby rodziła się fascynacja. Tu dochodzimy do clou, bowiem to nie jest tak, że on za pośrednictwem czegokolwiek takie fascynacje osiąga; u niektórych podobno tak, u tych mało wybrednych, lecz nie u audiofilów. Oni są za wrażliwi (gorzej, kiedy przewrażliwieni), im byle co nie wystarcza. Musi być jakiś wykwint, jakieś wyższej rangi doznania, inaczej mówią „to nie dla mnie”. W tym miejscu pies pogrzebany, chodzi o tego dozę; niezależnie jakimi środkami i od której strony, musi to być podejście na szczyt odpowiednio wysoki. Audio-Technica to wybór bardziej stromego podejścia – łatwiej polecieć w przepaść zniechęcenia, odpowiednie wyposażenie może być kosztowniejsze (ale pewnie nie musi, tylko trudniej wyszperać). Spirit Torino Centauri to zaś łagodniejsza droga, ale musi stać się na tyle stroma i otoczona takim pejzażem, by nie trąciło nudą. Na szczęście w obu przypadkach rzecz jest jak najbardziej do zrobienia: odpowiednio dobrane źródła, okablowanie i wzmacniacze zorganizują muzyczne wyprawy zdolne zadowalać wybrednych. Audio-Technica da więcej drajwu, a Centauri więcej wysmakowania; jedne i drugie swoje walory przedkładają na wysokich poziomach jakości i energii z bazowaniem na wielkich scenach.    

 

W punktach 

Zalety 

  • Podobno szło o złagodzenie i ono zaistniało.
  • Ale nie takie, żeby było łagodnie i już.
  • Ta łagodność się wycofała i prawie jej nie znać.
  • Słabiutkim filtrem działa na rzecz kultury sopranów, zabija ich krzykliwość.
  • Właśnie zabija, a nie łagodzi, bo krzykliwości nie ma wcale. 
  • Ale wtrącone w przestrzenną kulturę bycia wciąż pełnią swoją misję udźwięczniania i wyostrzania.
  • Jest więc deficyt sopranów drapieżnych, a jakby go nie było.   
  • Instrumenty szczególnie potrzebujące popisać się sopranem (jak choćby skrzypce, fortepiany) nie doznają popisowego uszczerbku bądź jest on minimalny.
  • Słuchacz wchodzi tu w świat łatwego do konsumpcji dźwięku, który nie popisuje się wyostrzeniem, a wysoką energią i rozmachem scenicznym.
  • Potężny bas, wielkie obszary i w ramach tego wyraźne wizje, ale bez kładzenia nacisku na  ostrość i kontrasty.
  • Co nie przeszkadza barwności.
  • Wielosmakowości.
  • Nasyceniu materią.
  • Głębi.
  • Zniuansowaniu.
  • Co z kolei też darzy ciepłem (nieprzesadnym).
  • I całkowicie usuwa chłody pogłosowe bez usuwania samego pogłosu.
  • Ten bez żadnego deficytu przynosi swój wkład twórczy, poprzez co całokształty wizyjne nie doznają uszczerbku.
  • Nie doznaje go też nastrojowość.
  • Paleta nastrojowa okazuje się pełna – smutek ani powaga nie osłabiają się poprzez to, że pogłos nie jest chłodny.
  • Co najważniejsze z tego wszystkiego, nie słabnie realizm.
  • Przy odpowiednio złożonym torze skala realizmu jest pełna.
  • Pełna i dodatkowo wzmacniana potężną energią.
  • Nie tylko nią, także rozmachem wielkoskalowej scenerii.
  • Rozległość sceny i energia to obok ciepła, naturalności i zdjęcia wrzaskliwości główne atuty tych słuchawek.
  • Za którymi stoi na warcie wysoka jakość ogólna.
  • Które wspiera wygoda noszenia.
  • Wysoka jakość wykonania.
  • Same jakościowe surowce.
  • Szacunek dla marki producenta.
  • Tłum wspierających ją podwykonawców o najwyższej klasie branżowej.
  • Włoska robota w muzycznym wydaniu.
  • Made in Italy
  • Sprawdzona polska dystrybucja.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Wzmacniacz powinien być mocny, a źródło jakościowe.
  • Nie dla lubiących sopranowe iskry sypane snopami.
  • Nie dla lubiących chłodny nastrój i echa jak w kościołach.
  • Zalewy chińskiej konkurencji (ale nie tylko chińskiej), stawiają pod znakiem zapytania stosunek jakości do ceny.
  • To zatem słuchawki dla tych, którzy cenią wysokie rzemiosło i unikalność wyrobu. 
  • Masówka to bowiem z pewnością nie jest, toteż nie znajdziemy w Centauri ani grama plastiku. (Co winno się znaleźć pośród zalet, ale tu też narracyjnie w porządku.) 
  • To także słuchawki dla tych, którzy potrzebują całymi dniami trwać w słuchawkach na głowie.

 

Dane techniczne 

  • Słuchawki wokółuszne, otwarte, planarne, przewodowe (można dokupić moduł Bluetooth) 
  • Napęd: obustronne magnesy N52
  • Przetwornik oprawiony układem antywibracyjnym
  • Pałąk z aluminium i nierdzewnej stali, opaska ze skóry Nappa
  • Pasmo przenoszenia: 15 Hz – 40 kHz
  • Impedancja: 22 Ω
  • Skuteczność: 102 dB
  • Maksymalna moc sygnału: 2500 mW
  • Materiał muszli: Canaletto Walnut 
  • Pady: surowce – Alcantara i skóra Nappa; ukształtowanie – Dekoni Ventilation Pad System
  • Złącza muszlowe: 2 x 3,5 mm
  • Przewody marki Portento Audio na bazie miedzi OFC; długości 1,3 m i 2,2 m
  • Ciężar: 490 g
  • Opakowanie: ekologiczne pudło z grubej surowej tektury 

Cena: 13 000 PLN

 

System 

  • Źródła: PC z przetwornikami Phasemation HD-7A i Gustard X30, odtwarzacz CD Cairn Soft Fog V2
  • Wzmacniacze słuchawkowe: ASL Twin-Head Mark III, Phasemation EPA-007
  • Słuchawki: Audio-Technica ATH-ADX7000, AudioQuest NightHawk (kabel FAW Hybrid), Dan Clark Audio STEALTH (kabel Tonalium-Metrum Lab), HiFiMAN Susvara Unveiled (kabel Tonalium-Metrum Lab), Sennheiser HD 600, Spirit Torino Centauri 1706  
  • Interkonekty: Next Level Tech ETHER, Sulek RED, Tellurium Q Black Diamond
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, La Sound Titan, Sulek 9×9 Power
  • Listwa: Sulek Edia
  • Kondycjoner masy: QAR-S15
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Divine Acoustics KEPLER, Solid Tech „Disc of Silence”
Pokaż artykuł z podziałem na strony

1 komentarz w “Recenzja: Spirit Torino Centauri 1706”

  1. Sławek pisze:

    No proszę: „Dekoni Ventilation Pad System”. A kiedyś Piotrze napisałeś, że pady Dekoni zrujnowały dźwięk jakiś tam – nie pamiętam – słuchawek. Ja w moich HiFiMan HE-1000se mam pady Dekoni welurowo skórzane, są bardzo wygodne a i dźwięk zyskał moim zdaniem. Z tym, że oryginalne pady rozpadły się dosłownie, przetarły, gąbki wyszły na wierzch…
    Te Centauri to jak się mają do HIFiMan He-1000 (se, v3 bądź Unveiled) i do Susvar? duża przepaść?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

© HiFi Philosophy