Recenzja: Sennheiser Momentum 3 Wireless

  Niektórzy pewnie wiedzą, a do innych ta wiedza jeszcze nie doszła, ale tak czy tak faktem jest, że osiemdziesiąt procent globalnego rynku słuchawek należy do konstrukcji bezprzewodowych. Jako osoba słuchawek poza domem nie używająca i rzadko posługująca się smartfonem, nie jestem dla masowego rynku reprezentatywny, ale znam wielu podpadających pod to kryterium i z ich doniesień wynika, że nawet cieniutkie i leciutkie kable stanowią pewne utrudnienie, więc nie ma to jak sobie spacerować albo pracować w towarzystwie słuchawek bezprzewodowych. W efekcie rynkowa tendencja oczywista i nie ma co się spierać – takie rządzą. Nie wprawdzie na jakościowych wyżynach, bo mimo wszystko transmisja via kabel zapewnia lepszy dźwięk, ale wszędzie poniżej, a im niżej, tym bardziej, słuchawki bezprzewodowe dominują. Czy jest to na rękę producentom, w ten temat nie będę wnikał; lecz nie kto inny przecież, jak oni sami, te bezprzewodowe wypromował.

Pierwsze słuchawki takie to oczywiście nie muzyka tylko łączność wojskowa (radiotelefony), ale pierwsze do słuchania rozrywkowego to też było dawno temu, bo już we wczesnych latach 60-tych – kiedy to pojawiły się duże z antenką i wbudowanym radiem. Prawdziwy początek i jakościowy przełom to jednak dopiero rok 1999 i Bluetooth version 1.0 – od tego czasu prawdziwy boom! Nie dziwi zatem umieszczona w tytule liczba 3, odniesiona do trzeciej już generacji słuchawek z serii Momentum.

Sprawa z tymi Momentum ma zatem charakter cykliczny i nawet regularny: rok 2013 – recenzja Momentum 1; rok 2016 – Momentum 2; rok 2019 – i są Momentum 3. Dopiero jednak Momentum 2 były bezprzewodowe, co dźwignęło ich cenę o 400 zł względem modelu inauguracyjnego. Dobra wiadomość jest taka, że też oczywiście bezprzewodowe „trójki” nie zdrożały i tak jak „dwójki” kosztują 1699 PLN. Nie zmienił się także wygląd – nawet wcale – a czy coś w ogóle się zmieniło, do tego już przechodzimy.

Budowa

W białym pudełku czarne słuchawki.

Budowa i możliwości słuchawek przewodowych są w sensie złożoności opisu niczym w porównaniu do komplikacji i zawirowań niesionych przez słuchawki wireless. Jedynie kabel nie będzie się tutaj plątał, ale tylko do kiedy nie będzie w użyciu, bo jest na stanie i w pogotowiu. O jego nieużywanie jednak właśnie chodziło, toteż przede wszystkim bez niego. Ale skoro już o nim.

Metr czterdzieści długości liczący kabelek jest leciutki, drobniutki i czarny – tak żeby jego okazjonalne użycie robiło jak najmniejszą różnicę. Zatem nierzucająco się w oczy matowo czarny, całkowicie elastyczny i cienki, zakończony po stronie słuchawek wtykiem symetrycznym 2,5 mm, a po stronie sprzętowej niesymetrycznym 3,5 mm. (Który to 3,5 mm dawno temu wypromowało Sony na okoliczność Walkmana). Symetryczność końcówki po stronie słuchawek wynika z jednostronności – trafia ona od dołu do prawej muszli, która zarazem jest obsługową. (Oznakowania Right-Left to duże litery na tkaninie osłonowej wewnątrz muszli.) Ta obsługowość oznacza u samej góry zielono/czerwone światełko stanu naładowania; zaraz poniżej przełącznik on/off systemu »Noise Cancellation«; w centrum trzy obok siebie przyciski funkcyjne, z których dolny i górny to tradycyjnie »Ścisz« i »Zgłośnij«, a środkowy »Play«/»Pause« (do obsługi smartfona); poniżej jeszcze przycisk uaktywniania systemu »Voice Assistant«, a całość włącza się już ogólnie przyjętym sposobem – poprzez rozwarcie składającego się zawiasowo pałąka. (Oznajmia kobiecym głosem to włączenie i stopień naładowania baterii włączony Voice Assistant.)

Pałąk dobrze jest wyścielony i obszyty (tak samo jak pady muszli) w najwyższym gatunku skórą. Prawdę rzekłszy tak dobrym, że aż należało ją podejrzewać o naturalność, ale w dzisiejszych czasach ekologicznego wzmożenia po prostu nie wypadało. Spytałem jednak i się okazało, że faktycznie jest naturalna, czyli surowcowo najwyższa. Całokształt jawi się w kolorystyce czerń matowa, od której wyjątkiem błyszcząca a nie matowa skóra na wierzchnim pokryciu pałąka i przede wszystkim ze srebrzystego metalu jego końce oraz wędrujące w nich okrągłe zaciski regulacyjne wysokości. Wszystko razem waży 305 gramów, potrafi przenieść pasmo akustyczne 6 Hz – 22 kHz i dla sytuacji z podłączonym kablem ma impedancję 100 Ω, przy jednoczesnej ogromnej czułości aż 119 dB. Zniekształcenia THD schodzą poniżej 0,3%, a na rzecz trybu bezprzewodowego pracuje akumulator litowo-polimerowy o pojemności 700 mAh, zdolny podtrzymać pracę przez około 17 godzin nawet przy włączonym Bluetooth i ANC (Active Noise Canceling).

W popielatym pokrowcu.

A propos tej redukcji, to jest właśnie aktywna i na dodatek hybrydowa – tworzy ją system NoiseGard z czterema mikrofonami wyposażony w sztuczną inteligencję, zapewniającą Transparent Hearing, czyli możliwość słuchania muzyki i jednoczesnego prowadzenia rozmowy. Dodatkowe możliwości ustawień zapewnia gotowa do bezpłatnego ściągnięcia apka (Sennheiser Smart Control App), a ładowanie baterii odbywa się poprzez dołączony przewód USB, którego mniejszy wtyk pasuje do gniazda tuż obok miejsca przyłączania kabla słuchawkowego. Ta sama sztuczna inteligencja pozwoli także na automatyczne nawiązanie łączności z dowolnym źródłem transmisji bezprzewodowej w pobliżu i ścisza słuchawki parę sekund po zdjęciu (po założeniu znów uruchamia), a chociaż sama jej nazwa wydaje się nieco na wyrost, to grunt, że takie coś działa.

Odnośnie wewnętrznych cech konstrukcyjnych, to przetworniki wciąż pozostają dynamiczne i wciąż napędzają je magnesy neodymowe, a membrany mają prawdopodobnie nadal 40 mm średnicy, bo chociaż wprost tego wprost nie mówią, tak było u poprzednich.

Co w takim razie się zmieniło? Urosło pasmo przenoszenia, które teraz na dole schodzi do sześciu a nie szesnastu herców; zmieniła też wyraźnie impedancja dla trybu pasywnego – po spięciu słuchawek ze wzmacniaczem czy DAP-em odnotujemy wspomnianą wartość stu, a nie dwudziestu ośmiu omów. (Ale bez obaw – słuchawki są i tak superczułe.) Zmniejszono także zniekształcenia harmoniczne (z pół na zero trzy procent), prócz tego Bluetooth przeszedł od czwartej wersji do piątej i obsługiwanych jest teraz dużo więcej formatów: konkretnie NFC, HSP, HFP, AVRCP, A2DP, DIS, BAS, kodei aptX, aptX LL (Low Latency), AAC i SBC. Niejako w kontrze do wszystkich tych wzrostów spadła deklarowana długość pracy aktywnej: obecnie to wzmiankowane siedemnaście godzin pod pełnym obciążeniem, poprzednio deklarowano dwadzieścia dwie. (Ale zapewne nie w pełnym obciążeniu, bo pojemność baterii nietknięta.)

I na białym stojaku.

By do tego wszystkiego się dobrać, musimy przebrnąć przez pudełko z grubej tektury w lakierowanej obwolucie, po którego otwarciu stajemy oko w oko z okrągłym etui na dookólny zamek błyskawiczny z popielatego brezentu. W nim spoczywają złożone Momentum, a oprócz nich za siateczką bocznej kieszonki kabel słuchawkowy, kabel USB-C, przejściówka USB-C na USB-A i instrukcja obsługi. Wspomniane niecałe tysiąc siedemset jest rarytasów tych ceną, wygoda noszenia pierwszorzędna, wygląd nie rzucający się w oczy, surowce wysokogatunkowe.

 

 

 

Odsłuchy: Przewodowo

Z odtwarzaczem przenośnym

Regulacja pałąka srebrna.

Nie udawajmy naiwnych (tak sobie pomyślałem) – pełny potencjał słuchawek ujawni się po kablu i od tego zaczniemy. Wpierw z odtwarzaczem przenośnym. Brzmienie zjawiło się charakterystyczne dla szkoły Sennheisera, to znaczy temperaturowo neutralne, natomiast dalekie od neutralności uczuciowej. Wiele firm buduje tę ostatnią na bazie przegrzanego, bardzo ciepłego przekazu – Sennheiser tak nie robi. Podobny jest w tym do Grado, Audio-Techniki i Beyerdynamica, wraz z którymi współtworzy coś, co można nazwać najstarszą szkołą słuchawkowego grania. A to jest właśnie pozbawione podwyższonej ciepłoty, natomiast nieprzeciętnie śpiewne, długo podtrzymujące dźwięki i dużą dźwiękową łuną operujące. Także szerokim rozwarciem pasma, kontrolowanego na całym obszarze przez odpowiednio trójwymiarową postać dźwięków. Wszystko to tutaj było, niemalże jakbym słuchał dawnych Sennheiser HD 600. Wzięta od nich nastrojowa klimatem czerń tła za dźwiękiem i na niej srebrne sopranowe rozbłyski, niczym gwiazdy na niebie. Może nie atmosfera aż zimowej nocy, ale też i nie letniej. Więcej świeżości niż ciepła, więcej przejrzystości aniżeli zgęstnienia, więcej brzmieniowego dostojeństwa niż brzmieniowej radości. Co nie znaczy że smutno, ale jednak bardziej z powagą i rozmachem niż tak zwyczajnie, po kumpelsku.

Soprany ładnie się zaznaczały i jednocześnie powiązane były z całością tym kontrolującym je trójwymiarem kształtu – żadnego więc spłaszczenia, wyostrzania, separowania się od reszty na skutek nadmiernej cienkości. Żadnej też dominacji. To samo w odniesieniu do środkowego zakresu, gdzie wokaliści stawali vis a vis słuchającego, a nie zjawiali w jego głowie – że aż podobne to było do sytuacji z sześcioprzetwornikowych Crosszone. Wkomponowani w owo czarne tło za dźwiękiem i specyficznie dla szkoły Sennheisera nieociepleni (aż neutralni nawet poprzez temperaturę otoczenia jakichś dwudziestu stopni), lecz niewątpliwie żywi, obecni i oddziałujący. Trójwymiarowość ich i otoczenia, a także sięgająca aż high-endu szczegółowość oraz tętnienie całej przestrzeni pozwalało ich ujrzeć żywymi i w naturalnym otoczeniu. Odnośnie morfologii brzmienia, to miało postać jedwabiście gładką, ale nie przechodzącą w krągłość (której osobiście nie lubię) – dźwięki wprawdzie nie wykańczane na obrzeżach sopranowymi strzępkami, ale niewątpliwie otwarte i bez śladu oleistości. Brak zatem tłustych oczek, żadnego muzycznego rosołu, tylko substancja dźwięku z powietrza, pulsacji i przepływu. Formy otwarte, dużo tlenu, pełna swoboda propagacji. Zarazem też tendencja do odchodzenia od papuziego technikoloru do formy bardziej stonowanej; nie aż ascetycznie czarno białej, ale czerpiącej z kolorystycznej powściągliwości i jej predyspozycji do czynienia całości bardziej artystycznie wyrafinowaną, nie jarmarczną.

Poprzez srebrzyste prowadnice oraz srebrne zaciski z firmowym logo.

I dominujący akcent – akcent basowy. Pokazowy utwór łącząc na górze dzwonki, pośrodku kobiecy wokal i na dole elektroniczny bas przekroił pasmo niczym nożem, odsłonił anatomię. Te dzwonki do tego stopnia wypełnione i tak trójwymiarowe, że aż na samej granicy stania się oleistą kroplą – zatem soprany, jak już na początku zauważyłem, związane z pasmem i przestrzenne, choć jednocześnie potrafiące w razie potrzeby oddać zadumę czy wręcz smutek – nawet z wielką łatwością. Poniżej ludzkie głosy też pełne, ze śladem ożywczego ocieplenia, ale jedynie minimalnym – tak żeby tylko nie stały się obco brzmiące. Mocno natomiast, bardzo nawet, osadzone w życiu nie poprzez podniesioną ciepłotę, a cielesność, złożoność i emocjonalną nieobojętność – tym malujące swe stuprocentowe życie. Natomiast jeszcze niżej coś nowego – bas trochę podkreślony, stanowiący może nie tyle dominantę, co mocny akcent i najmocniejszy składnik ambience. Z pewnością mocniej zaznaczony niż u Sennheiser HD 600, HD 660 czy HD 800 – taki ekstra przyjemnościowy. Tak więc sekcja basowa w muzyce rozrywkowej (weźmy choćby temat z Pink Panther) nie jako jakieś nienarzucające się tło, tylko czynnik właśnie najmocniej twórczy, główna składowa substancji.

Przy komputerze z przetwornikiem

W komplecie nie ma przejściówki, tak jakby normalny słuchawkowy wzmacniacz pozbawiony wejścia na mały jack w ogóle nie był brany pod uwagę. Myślę, że nie jest to słuszne podejście, bo po użyciu własnej uzyskałem brzmienie wysoce satysfakcjonujące i wraz z nim sytuację odwrotną niż w przypadku niedawno recenzowanych i raz już tu wcześniej przywołanych Crosszone. W ich przypadku wyższość dopasowania do odtwarzacza przenośnego o tyle nie budziła wątpliwości, że mimo pewnych technicznych przewag toru stacjonarnego z wysokiej klasy DAP-em słuchało się lepiej niż z wysokiej klasy przetwornikiem i słuchawkowym wzmacniaczem. Tu z kolei nie było wątpliwości, że z takim czymś lepiej. Przede wszystkim całe brzmienie zyskało lepszą kontrolę. Bas już teraz nie dominował, mimo że wcale nie osłabł – to reszta nadgoniła. Soprany się jeszcze bardziej otwarły i jednocześnie rozciągnęły, wokal stał mniej niezwykły, ale bardziej naturalnie „życiowy”, a bas przy nienaruszonej potędze nawet w najbardziej zwariowanie trudnych partiach nie dawał żadnych zniekształceń. A przedtem tak nie było; w tych właśnie chwilach przester zawisał w powietrzu i czasem się urywał. Ani grama tego teraz nie było, kontrola okazała się całkowita, zejście i moc wciąż popisowe.

A producent wiadomy.

Czego jedynie można było żałować, to odejścia od efektownej czerni tła na rzecz lekkiego jej rozproszenia i siłą rzeczy lekkiego rozjaśnienia, czego nie należy mylić z przymgleniem, bo żadnych przymgleń w tle ani gdziekolwiek indziej nie było. Medium stuprocentowo transparentne, a chociaż niespecjalnie ciśnieniowe, to żywe i z uderzeniami basu o naprawdę imponującej mocy. A przede wszystkim dużo większa ilość informacji napływających w jednostce czasu – która to jednostka się jakby powiększyła; w brzmieniowym ciągu zrobiło się więcej miejsca, rzeczy poprzednio kompensacją ściśnięte się rozpostarły i wyszły jedne zza drugich. Efektem pewne uspokojenie (więcej miejsca na zaczerpnięcie powietrza) i naturalną koleją rzeczy nieskrępowane brzmieniowe bogactwo (do którego używając słuchawkowej drożyzny jestem przyzwyczajony) wróciło na swoje miejsce. Co natomiast się nie zmieniło, to wypełnienie środka sceny. Wciąż znakomite, bardzo niewiele ustępujące temu specjalnemu od Crosszone. Spokojnie mogę powiedzieć, że ład sceniczny u Sennheiser Momentum okazał się lepszy niż u większości nawet bardzo drogich słuchawek. Z pierwszym planem przed twarzą i niespecjalnie głęboką ale też i nie płytką przestrzenią muzycznego działania wszystko miały zdumiewająco dokładnie i swobodnie porozstawiane, nawet w utworach, w przypadku których u innych robił się bałagan. Co było bardzo satysfakcjonujące, pozwalając lepiej skupić się na muzyce. Znikły natomiast sopranowe gwiazdeczki z atramentowo czarnego nieba – soprany porozchodziły się bardziej na przestrzeń i ich światło bardziej na wszystko się roztaczało, tracąc charakter punktowego błysku. W  ogóle przyrosła trójwymiarowość i objętość dźwięków, podobnie jak czasu i miejsca zrobiło się ich więcej, dźwięki przestały się tłoczyć. Zachowało się dostojeństwo, zachowała temperatura, zrobiło tylko swobodniej i światło bardziej się rozproszyło.

Przy komputerze wprost z kabla USB (czyli z przetwornikiem słuchawkom wbudowanym)

Ale komputera można też słuchać inaczej i niejako za darmo – w cenie samych słuchawek, wprost z kabla USB. A wówczas zjawia się bardzo ciekawy miks brzmienia od przenośnego odtwarzacza z tym od stacjonarnego systemu. Momentum 3 pojawiają się jako źródło dźwięku w menedżerze urządzeń Windows, muzyczny obraz znów trochę się zagęszcza i dostaje basowego podbicia, a kolory zyskują większą saturację – i w ogóle gamma (luminacja) się podnosi, przybywa połysku i podniety. Dźwięk bardziej atakuje, bo sprany stają się zadziorniejsze, podkreślające sybilanty i grasejacje. Dochodzi do tego lekka echowość, szerszym swym dodatkowym konturem wzmagająca trójwymiarowość.

I model w sumie też. Już żeśmy się do wyglądu tych Momentum przyzwyczaili.

Do pewnego stopnia powtórzyła się zatem sytuacja z Crosszone – dźwięk bez wsparcia wzmacniacza miał swą efektowność; co ciekawe, większą w przypadku grania wprost z PC przez USB aniżeli z drogiego DAP-a (chociaż różnica minimalna). Ale podczas gdy w tamtym układzie (z Crosszone) ten ze wzmacniacza miał jakąś wewnętrzną sprzeczność, nie słuchało się go z pełnym zadowoleniem, to w przypadku Momentum był inny, ale najbardziej perfekcyjny. Pozbawiony „zrobienia” basem, połyskiem i drapieżnością płynął swobodniej i naturalniej; niemniej ten prosto z komputera wyjątkowo był efektowny – jego „zrobienie” pierwszorzędne. Ciemny, połyskliwy, głęboki i wspierany lekkim pogłosem oraz nielekkim basem po prostu zmuszał do słuchania i cieszenia się tym, że za tysiąc siedemset złotych kabelek od kompletu do gniazda USB – i gotowe! To dopiero oszczędność!

 

 

Odsłuch: Bezprzewodowo

Wprost ze smartfona

Kabel to tutaj dodatek.

Nareszcie funkcja podstawowa – najpierw wprost z centrum dzisiejszego życia i rozrywki średnich i młodszych pokoleń. Nie jestem dobrze zorientowany w smarfonowych wyścigach i towarzyszących im przeobrażeniach, ale wydaje mi się, że ewolucja nie zmierza raczej ku poprawie jakości odtwarzanego z plików dźwięku. Chlubne wyjątki, jak LG V30, są właśnie wyjątkami od panującej przeciętności, by nie powiedzieć – słabizny. Z taką właśnie słabizną, konkretnie Motorolą One, w trybie bezprzewodowym zagrały Momentum 3 wyraźnie słabiej niż poprzednio, niemniej dźwiękiem zróżnicowanym, niemało dynamicznym, bez żadnej umowności muzykalnym i opartym na mocnym fundamencie basowym. Można powiedzieć, że gdy więcej się nie da zrobić, więcej ze słabego jakościowo sygnału źródłowego wycisnąć, to przynajmniej dostajemy „fun” basowy, dość ciemną, a więc budzącą największe zaintrygowanie, całościową aurę i na bardzo umilający dodatek granie muzyczne a nie techniczne. Koherentne, melodyjne i efektownie basowe, daleko wprawdzie odbiegające od high-endowych standardów, ale dające się słuchać z sympatią, o ile wstrzymać się od bezpośrednich porównań do któregoś z torów poprzednich. Brzmienie było też czyste, przejrzyste i mimo basowego akcentu niezgorzej wyważone; nie zatem żadne brzmieniowe dziwadło, jakie proponują na przykład niektóre modele słuchawek JBL. Ale najlepsze dopiero przed nami, w następnym podrozdziale.

Z komputera kablem optycznym do modułu Sennheiser BT T100

Brak kabla sprawy sednem.

Sennheiserowski moduł transmisji bezprzewodowej przybył razem ze słuchawkami, jako że bezeń recenzja niekompletna. W końcu to moduł dedykowany, a poza tym niedrogi, choć droższy od popularnych pinesek ze szpilką USB, jakimi za pięćdziesiąt złotych transmisję bezprzewodową z komputera albo laptopa też można uskutecznić. Płyta główna mojego PC – Asus Prime – posiada wyjście optyczne, a moduł Sennheiser BT T100 Bluetooth Audio Transmitter (339 PLN) ma w komplecie kabel optyczny, wystarczyło więc zapiąć. Poza tym warto wspomnieć, że operuje ten moduł wersją Bluetooth 4.2, która nie jest wprawdzie najnowsza, ale okazała się zdolna obsłużyć dwie naraz pary Momentum 3, mające wbudowany najnowszy już, poszerzony, protokół transmisji Bluetooth 5.0. Poza tym BT T100 posiłkuje się kodekiem aptX Low Latency, co się naprawdę przydaje.

Najkrócej mówiąc – zbaraniałem. Mam wyrzuconych na pulpit kilkanaście plików muzycznych o jakości najwyższej, przy których TIDAL to smętek, blady jedynie zarys. Sporo przesadzam, ale różnica ewidentna na korzyść plików za pieniądze. Te jedne drugim też zresztą równe nie są, ale generalnie potrafią czarować i mają świetny poziom. Puściłem jako pierwszą piosenkę Melody Gardot The Absence, bo tak mi się kliknęło – i właśnie zbaraniałem. Znów powiem krótko: może i w bezpośrednim porównaniu dałby radę odróżnić jej bezprzewodowe brzmienie od tego via kabel USB do przetwornika słuchawek, ale na dystansie zabiegów operacyjnych z podłączaniem i nawiązywaniem łączności różnica zatarła się zupełnie.

Pliki w smartfonie albo DAP-ie to teraz chleb muzyki.

Natomiast względem grania bezprzewodowego ze smartfona była to różnica przepastna na korzyść modułowej. Trysnęło dźwiękiem jak z high-endowego toru, i wcale nie przesadzam. Naprawdę byłem pod wrażeniem muzyki niczym bukiet kwiatów – barwnej i pełnej soków, aromatycznej i zmysłowej. Przejrzystość, dynamika, ostrość rysunku i szczegółowość stały w niej na poziomie, że w razie ślepego testu do głowy by mi nie przyszło, że to bezprzewodowo. W szczególności soprany względem smartfonowego grania skoczyły o masę herców i wszystko sobą zorganizowały – i rozmiar pasma, i urodę. Ja wiem, że dziś bezprzewodowo (w sensie nie z satelity, tylko po mieszkaniu) można przesyłać obraz 4K i bardzo dobry dźwięk, ale jako recenzent słuchawek przywykłem do kojarzenia transmisji bezprzewodowej ze smartfonami, i to nie tymi najłaskawszymi dla dźwięku. Tu natomiast łaskawość taka, że właśnie zbaraniałem.

 

 

Podsumowanie

  Sennheiser Momentum od rynkowego zaistnienia (siedem lat będzie temu) zyskały status ulubieńca i jednocześnie gwiazdy. W niemałym stopniu powtórzyły bezprecedensowy sukces Sennheiser HD 600, które słuchanie poprzez słuchawki na audiofilskim poziomie poniosły między szerokie rzesze muzycznych entuzjastów. Do tego stopnia tak się podziało, że nazwa marki Sennheiser stała się wręcz synonimem słuchawek wysokiej jakości. Stax, Grado i Audio-Technika sami są temu winni – ich takie wyróżnienie nie spotkało, bo nie szanowali europejskiego rynku, woleli rynki własne. Poza tym mieli dużo wyższe ceny swoich modeli flagowych, więc mniejszy nabór chętnych.

Dzisiaj są inne czasy, rynek aż tonie w słuchawkach, między którymi wiele takich o brzmieniu high-endowym za roztropne pieniądze. Mimo to bezprzewodowe Sennheiser Momentum zdołały zdobyć status gwiazdy. Na przekór także temu, że nie są konstrukcją dokanałową i że, jako właśnie bezprzewodowe są także na ulicę, zatem nie rzucają się w oczy. Jedynym ich popisem brzmienie i drugi ważny czynnik – tak jak pamiętne HD 600 są modelem flagowym (w kategorii bezprzewodowych) o bardzo przystępnej cenie. Takie na przykład AKG wyskoczyło z bezprzewodowym flagowcem N90Q za ponad sześć tysięcy, którego brzmienia spróbowawszy na AVS postanowiłem nie recenzować, by nie przysparzał i tak mającej kłopoty marce jeszcze większego wstydu. Tymczasem trzy i pół razy tańsze Momentum 3 opisuję z prawdziwą przyjemnością, a ich obecny popis z modułem transmisji bezprzewodowej odebrałem jako sensację. Wraz z nim kosztują dwa tysiące i to jest duża sprawa, ale nie w sensie finansowym, a czysto przyjemnościowym.

 

W punktach

Zalety

  • Bezproblemowa, automatycznie nawiązywana łączność.
  • Dwa tryby pracy po kablu.
  • Znakomity wbudowany przetwornik.
  • A to oznacza ogromne oszczędności.
  • Praktycznie bowiem samowystarczalne, chociaż cennym uzupełnieniem jest dedykowany (i niedrogi) moduł transmisji bezprzewodowej.
  • Po kablu z dobrej klasy zewnętrznego przetwornika brzmienie o cechach high-endu; nie takiego wprawdzie ekstremalnego, ale spełniającego wymogi wyrafinowania i pełni przyjemności.
  • Naprawdę niewiele słabiej grają przy przetworniku własnym biorącym sygnał z kabla USB.
  • Bardzo dobra współpraca z DAP-em (im lepszym, tym oczywiście lepsza).
  • Zdumiewającej doprawdy jakości brzmienie w trybie bezprzewodowym za pośrednictwem modułu Sennheiser BT T100.
  • Poprawna i bezproblemowa z każdym jednym smartfonem.
  • Dobrze izolujące.
  • Zwalczają zewnętrzne zakłócenia i nie tracą łączności nawet w ulicznym tłoku.
  • Składane do podróży i pakowane w etui.
  • Najwyższej klasy surowce, w tym elegancka naturalna skóra.
  • Obsługa własna funkcji dźwiękowych i telefonu.
  • Bardzo długi czas bezprzewodowej aktywności.
  • Krótkie ładowanie.
  • Automatyczne wyszukiwanie kontaktów.
  • Może to nazwa na wyrost, ale jednak AI.
  • Szerokie pasmo przenoszenia, także w wypadku posiłkowania się modułem transmisji bezprzewodowej. (To słychać!)
  • Wbudowany niewidoczny mikrofon.
  • Wyróżniający stosunek jakości do ceny.
  • Jeden z najsławniejszych producentów słuchawek.
  • Made in Germany.
  • Polski dystrybutor.
  • Ryka approved.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Brak w komplecie przejściówki na duży jack i długiego kabla.
  • Nie dla lubiących rzeczy duże i błyszczące.

 

Dane techniczne:

  • Przewodowe/bezprzewodowe słuchawki wokółuszne, zamknięte
  • Rodzaj przetwornika: Dynamiczny
  • Pasmo przenoszenia: 6 Hz – 22 kHz
  • Poziom ciśnienia akustycznego (SPL): 118 dB SPL/1 V/1 kHz (na kablu) / 99 dB SPL/-10 dB FS (Bluetooth)
  • Impedancja: 470 Ω / pasywnie: 100 Ω
  • Bluetooth: 5.0
  • Redukcja szumów: Aktywna hybrydowa, system NoiseGard z 4 mikrofonami
  • Kompatybilność: NFC, HSP, HFP, AVRCP, A2DP, DIS, BAS, kodei aptX, aptX LL (Low Latency), AAC, SBC
  • Magnesy: Neodymowe
  • Adnotacje: USB standard: USB-C
  • Typ baterii: Akumulator litowo-polimerowy 600-700 mAh
  • Kolor: Czarny
  • Zniekształcenia harmoniczne (THD): < 0,3%
  • Złącze: mini jack 3,5 mm, USB-C
  • Waga: 305 g
  • Zasilanie Akumulator litowo-polimerowy 600-700 mAh
  • Mikrofon: Podwójny mikrofon dookólny
  • Czas pracy: ok. 17 godz. przy włączonym Bluetooth i ANC
  • Czas ładowania: ok. 3 godz.
  • Konstrukcja: Składana
  • Cena 1699 PLN

 

System

  • Źródła: PC, Astell & Kern AK 380, Astell & Kern KANN CUBE, Motorola One.
  • Przetwornik: Ayon Sigma.
  • Wzmacniacz słuchawkowy: Niimbus Ultimate.
  • Moduł transmisji bezprzewodowej Sennheiser BT T100.
  • Słuchawki: Sennheiser Momentum 3, Sennheiser HD 600, Ultrasone Tribute 7.
  • Interkonekt: Tellurium Q Black Diamond XLR
Pokaż artykuł z podziałem na strony

7 komentarzy w “Recenzja: Sennheiser Momentum 3 Wireless

  1. Zygmunt pisze:

    Panie Piotrze
    Jesli bedzie okazja prosze posluchac Dali IO4, moim zdaniem w tej chwili najlepsze …
    Pozdrawiam
    Zygmunt

    1. Piotr Ryka pisze:

      Sądząc z opisu rzeczywiście ciekawe. I marka wprawdzie głośnikami, ale sławna. Tylko dystrybutor z gatunku słabo kontaktowych.

  2. miroslaw frackowiak pisze:

    Koniecznie musisz przesluchac Piotrze nowych Grado GS3000e jak dotad najlepsze sluchawki jakie firma Grado zrobila,pokonaly dla mnie nowa cala profesjonalna wersje PS1000s i nowe PS2000e i tez pozostawily ciut w tyle Aud.4z ktore jak dotad dla mnie graly najlepiej ze wszystkich nowych sluchawek.Grado GS3000e to pieknie grajace sluchawki o najlepszej sojnosci grania ze wszystkich jakie sluchalem,maja tez wiele innych zalet ,ale to zobaczysz jak przesluchasz…polecam w UK kosztuja £ 1575

    1. Piotr Ryka pisze:

      Łatwo powiedzieć musisz, a polski dystrybutor ich nie sprowadza. Pytałem już trzy razy.

    2. Przemysław pisze:

      Panie Mirosławie,

      czy będzie Pan planował sprzedać AKG K1000 i kupić wspomniane GS3000e? W jakich aspektach są lepsze od Pana AKG (sceniczność, potęga brzmienia, szybkość, bardziej nasycona średnica, barwy…). Za odpowiedź będę bardzo wdzięczny.

  3. Michał pisze:

    Witam. Proszę napisać jak dźwięk M3 po kablu wypada na tle Meze99?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Mniej ciemny i mniej basowy, ale też duży bas. W mniejszym stopniu „zrobiony”, bardziej naturalny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy