Recenzja: Moonriver Audio Model 404

Oglądamy   

Moonriver na pamiątkę „Moonriver”.

   Solidna skrzynia, będąca wzmacniaczem – to każdy audiofil  łowi węchem, wzrokiem i na koniec uszami. Kiedyś to był fundament, na równi z gramofonem, magnetofonem i głośnikami, potem to się w części przeistoczyło w amplitunery kina domowego, obecnie wypierane przez soundbary… Miniaturyzacja, unifikacja, prostota – nawet za cenę jakości… Ale jeśli pośród oferty współczesnej poszukiwać klasycznego wzmacniacza, to ten będzie arcyklasyczny. Duży, pudlasty i sporo ważący (12 kg), przedstawia sobą wzór tak klasyczny, że już bardziej nie można. Przynajmniej nie w domenie tranzystorowej, jako że lampy niejednokrotnie na swój własny klasyczny sposób sterczą (gołe lub w klatkach), aczkolwiek też klasyczne integry lampowe Lebena kształt mają taki sam jak Moonriver – także są zamkniętymi pudełkami. Szwedzki produkt nie jest jednak wzmacniaczem lampowym, mimo iż jego twórca na lampach zęby pozjadał. Mało tego – to nie jest nawet wzmacniacz tranzystorowy, albowiem źródłem wzmocnienia są w nim dwa (po jednym w kanale) wzmacniacze operacyjne National Semiconductor (Texas Instruments) LM3886TF.

– Zatem Gainclone  – prychnie audiofil na sprawach DIY się znający; no i faktycznie, lecz nie do końca. Jak bowiem na lampach 300B, czy jakichkolwiek innych odpowiednich, można budować różne wzmacniacze, tak na LM3886TF też. Nasz ma zaś ambicję bycia tak dobrym, że tak dobrego jeszcze nie było.

Do tego punktu zaraz wrócę, wpierw jednak dokończmy spraw na powierzchni. A skoro wierzchnie – to wierzch przede wszystkim. Ten pozbawiony jest wentylacyjnych otworów; brak lamp i dużych tranzystorów mu to umożliwia. Tworzy  go ładnie polakierowana minimalnym barankiem jednolicie czarna i pozbawiona otworów blacha stalowa, nieznacznymi zaokrągleniami zgięć przechodząca w obie powierzchnie boczne. Z tej samej blachy wykonano  górą i dolną część obramowania, w które włożono aluminiowy fronton, boki obramowania są drewniane. Małe drewienka po bokach nawiązują do stylistyki sprzed lat, kiedy to bocznymi płatami szlachetnego drzewa okładano najwyższe modele wzmacniaczy i odtwarzaczy. Ładnie to i swojsko wygląda, ocieplając pospołu z satyną lakierniczą i kolorowymi lampkami metalowy konstrukt całości. (Koszt mały, efekt spory, warto się było postarać. )

Klasyczny wygląd.

Najładniejszy jest jednak sam fronton, na oprawieniu jeszcze zyskujący. Także matowo czarny i zdobny czterema dużymi pokrętłami, których wyfrezowane wgłębienia centralne nawiązują do cofnięcia całości. Licząc od lewej pokrętła te obsługują wybór wejść, aktywację Tape Monitora, kontrolę balansu i głośności, przy czym regulację poziomu dźwięku i wybór wejścia możemy alternatywnie obsługiwać pilotem. Który jest niewielki lecz charakterny i może prócz tego włączać/wyłączać wzmacniacz na amen, bowiem nie ma funkcji uśpienia (co jest wyrazem dbałości o jakość dźwięku), także jednym kliknięciem wyciszać. Poza tym na frontonie mamy główny włącznik, trójstopniową regulację jasności diod (jeden stopień to ich zgaszenie), indykator migający przy wyciszeniu i przełącznik mono/stereo.

Tył obfituje przyłączami. Jest tam asynchroniczne gniazdo USB z obsługą plików do 384 kHz/32-bit włącznie (o ile obstalowaliśmy wersję z przetwornikiem), uziemienie i przyłącza dla gramofonu (o ile obstalowaliśmy przedwzmacniacz gramofonowy), cztery wejścia liniowe (RCA), wyjście TAPE OUT (do obsługi magnetofonów analogowych i cyfrowych oraz słuchawkowych wzmacniaczy), dwa wyjścia dla końcówek mocy, komplet terminali głośnikowych od WBT i oczywiście gniazdo zasilania. Żyć nie umierać w takim razie, kombajn paluszki lizać; jedynie pozbawiony wbudowanego wzmacniacza słuchawkowego (zabrakło już na porządny miejsca w napranej podzespołami obudowie). W komplecie dostajemy prócz wzmacniacza kabel zasilania, pilota oraz papiery, nie dostajemy natomiast najmarniejszego bodaj interkonektu – i ani to dobrze, ani źle.

Odnośnie technologii. Dwa układy LM3886TF generują 2 x 50 W/8 Ω mocy wyjściowej przy paśmie przenoszenia 10 Hz – 50 kHz, THD 0.05% i współczynniku S/N 95 dB. Wzmacniacz waży wspomniane 12 kg i ma klasyczne 43 centymetry szerokości. We wnętrzu wielkie toroidalne trafo obsługuje wg zapewnień producenta aż pięć sekcji zasilania; montaż elektroniki na płycie głównej wykonany został w trudniejszej technologii przewlekanej, co dać powinno większą niezawodność.

Ocieplany drewnianymi wstawkami.

W roli potencjometru niebieski Alps z silniczkiem, kondensatory są markowe. Zadbano także o sztywność całości, a miejsca najwrażliwsze zabezpieczono przed pasożytniczym magnetyzmem. Naczelną ideą przyświecającą twórcy była ponoć prostota obwodów, zgodna z postulatem Einsteina: „Tak prosto, jak możliwe, ale nie prościej.”

– W tym wypadku prostota jest skryta przed niewprawnym okiem: laik zaglądający do środka zobaczy gąszcz podzespołów.

 

 

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy