Recenzja: iFi audio Zen DAC & Zen CAN

   Z brytyjskim iFi tośmy się już kawałek czasu nie widzieli, konkretnie od warszawskiego spotkania. To miało miejsce upalnym latem zeszłego roku, a teraz mamy rachityczną zimę obecnego, co to ledwie nas śnieżkiem liznęła. Gdzie jej tam, panie, do grudni 1978 i 86, kiedy pociągi po dach zasypało i mrozy trzaskające były. Trzaskające naprawdę – w 1986 mieszkałem w dolinie Wilgi, termometr pokazywał nocą – 38°, a przemarzające na wylot drzewa pękały z potężnym hukiem. Moje nowofundlandy po spacerze wracały całe oblodzone; kot, pers błękitny – przekochane zwierzę, spoglądał na nie z oburzeniem, bo lubił się wysypiać w ich futrach, no ale przecież nie w takim stanie. Było, minęło, my nie o tym.

Na tym letnim spotkaniu zaprezentowana została seria Zen, jako kontynuacja polityki iFi, którą możemy streścić w trzech słowach: dobre, małe i tanie. Pudełka są niewielkie, kosztują bardzo przystępnie, a czy faktycznie dobre, tym się właśnie zajmiemy. W tytule wymieniłem dwa, i o tych będzie mowa – o przetworniku Zen DAC i słuchawkowym wzmacniaczu Zen CAN. Pierwszy kosztuje 649, drugi 699 złotych, z tym że ten pierwszy także tyle, jednak dość liczne sklepy połaszczyły się na lep świątecznych przecen, licząc na wyższy obrót. To sprawa między nimi a dystrybutorem – niech między sobą się rachują, a my na tym tylko w razie zakupu korzystamy, bo po to są obniżki.

Odnośnie samego iFi, to tyle ich sprzętu zrecenzowałem, że nie ma sensu raz enty do ich historii wracać; wystarczy grzdyknąć, iż kiedyś ci panowie produkowali wielkie kloce, ale doszli do wniosku, że przyszłość audio zmierza w inną stronę i to małe powiodą prym. Takie naprawdę małe, albo najwyżej średnie – tego się firma trzyma, oferując najróżniejsze urządzenia malutkie i małe, plus średniego formatu z najwyższej serii PRO. Te z naszej tutaj serii Zen są większe od najmniejszych, lecz nie tak duże jak największe PRO, za to tanie jak te najtańsze; tańszego przetwornika i słuchawkowego wzmacniacza w osobnych pudełkach nawet od iFi nie kupicie. Dla porównania. Aby ich użyć, musiałem wypiąć z komputera i zdemontować system złożony z przetwornik Prima Luna EVO 100 za czternaście tysięcy i wzmacniacza słuchawkowego EAR Yoshino HP4 za tysięcy dwadzieścia. Co daje imponującą różnicę 25-krotności; a przecież choćby to EAR i ta Luna stanęły nawet na rzęsach, tylokrotnej różnicy jakościowej nie dadzą rady uzyskać. Gdyby był jakiś obiektywny miernik pozwalający liczyć razy, pewnie do dwóch by nie zliczył, przypuszczam. No ale, jeszcze obaczym, jak mawiał pan Zagłoba.

I tak to poprzez upalne lata, mroźne zimy, ukochane zwierzaki, literackie postaci oraz zawirowania rynku audio dotarliśmy do pierwszej części naszego referatu, do zreferowania budowy obu. Ale, bo bym przeoczył – seria Zen się nazywa, portal nazywa się HiFiPhilosophy, to trzeba wyjaśniająco połączyć.

Zen to jest rodzaj medytacji wyprowadzonej z buddyzmu i w sensie religijnym w nim pozostającej: rodzaj medytacyjnego zapatrzenia się w siebie, myślenia o myśleniu, przekierowania wektora spostrzeżeń ze świata zewnętrznego na wewnętrzny. Entuzjaści, adepci i przewodnicy tej ekwilibrystyki myślowej obiecują oczyszczenie umysłu i poprzez nie wyjątkową jasność myśli, a w dalszym następstwie pogodzenie z losem, którego imieniem agnostycyzm. Wyznawca Zen zamyka wszystkie drogi wiodące jego jaźń do zewnętrznego świata, oczyszcza ją następnie z zewnętrznych brudów, by potem utrzymywać swe ja w stanie nagim – niczego już nie rozumiejącym, niczego nie potrzebującym i niczego nie pragnącym. Staje się czystym bytem, czystym trwaniem, czystym negatywnym samospełnieniem. Negatywnym, gdyż poza sobą – czystym aktem bycia – w tym nieintencjonalnym teraz trwaniu niczego już nie doznającym.

Pomijając wysoki poziom osobistej kultury ludzi uprawiających Zen, który to poziom w obliczu powszechnego teraz zdziczenia zasługuje na szczególną pochwałę, uważam to podejście religijno-filozoficzne za szkodliwe, jako afirmujące pustkę. W istocie to zaprzeczenie rozumu, którego naturalnym sposobem bycia jest intencjonalność (zwracanie się ku czemuś), a celem poznawanie. To ogranicza się zaś tutaj do (nie wyeksplikowanej otwarcie zresztą) wiedzy, że niczego nie można poznać – ba, próby poznania są szkodliwe. To jest jałowe, w dodatku leniwe, jak również sprzeczne wewnętrznie (chociaż milczeniem to maskujemy), ale muzykę można oczywiście przyjmować czysto kontemplacyjnie, aczkolwiek gdyby Mozart jedynie kontemplował, nie mielibyśmy okazji kontemplowania jego fenomenalnej muzyki. Sens świata leży tak nawiasem całkiem gdzie indziej niż w pustce i niemożności poznania, ale zapatrzeni w swe puste, oczyszczone z rozumowań wnętrza buddyści tego rzecz jasna nigdy nie zobaczą. Lecz znów nie o tym nasza sprawa…

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

2 komentarzy w “Recenzja: iFi audio Zen DAC & Zen CAN

    1. Piotr Ryka pisze:

      Możliwe. Jest polski dystrybutor. Ale czy to coś nadzwyczajnego?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy