Recenzja: Luna Cables Gris Power

Odsłuch

Kupa drogich przewodów, pomiędzy nimi najtańsza Luna. A wielki kondycjoner kosztuje 87 tysięcy.

W praktyce odsłuchowej kabel stanął do porównania z szeregiem od trochę do wielokrotnie droższych, poczynając od półtora raza droższego Acoustic Zen Krakatoa, po trzykroć kiedyś Harmonix X-DC350M2R – który nie ma wprawdzie bezpośredniej kontynuacji, ale wciąż należy do czołówki światowej. Sprawdzał się przy tym Gris jako przewód zasilania w przetworniku Ayon Sigma, odtwarzacza Cairn Soft Fog V2, przedwzmacniaczu Twin-Head, końcówce mocy Croft Polestar i słuchawkowym wzmacniacz Niimbus Ultimate, prąd czerpiąc z gniazd ściennych pod napięciem 234-236V (zmierzyłem) poprzez listwy Sulek Edia i Power Base Hi End oraz alternatywnie z referencyjnego kondycjonera Unicorn Audio Grandioso (87 tys. PLN). Spektrum badawcze zatem rozległe, natomiast  rezultaty zawężone do brzmień zawsze z jego udziałem podobnych, toteż nie ma potrzeby sporządzania kilku opisów odnośnie różnych konfiguracji; Luna Cables Gris Power narzuca brzmieniom poszczególnych urządzeń i całych z sobą torów zawsze podobny styl, i teraz o tym stylu z wypunktowaniem cech znaczących.

Przede wszystkim nie jest to przewód który się popisuje, to znaczy nadużywa jakichś brzmieniowych składników celem uzyskania w pierwszym momencie efektu ”Wow!”, by wkrótce potem słuchający zdał sobie sprawę, że nie jest to naturalne brzmienie. Przykładowo Acoustic Zen Krakatoa przydawał wzmacniaczowi Niimbus brzmienia wilgotniejszego i bardziej echowego, co w pierwszej sekundzie po przełączeniu wydało mi się pozytywne, by zaraz potem zniechęcić. Dla uściślenia dodam, że brzmienie z Luna Power nie było wcale suche, tylko z wilgocią przynależną, czyli w odsłuchowej praktyce niezauważalną jako coś in plus (a de facto za mokro) ani in minus (za sucho). Analogicznie z echem. Luna dawała brzmienie akustycznie neutralne, bez żadnych ekstra pogłosów, podczas gdy Krakatoa ich ewidentnie dorzucał, co w pewnych muzycznych przypadkach wypadało nawet korzystnie, jako pogłębiające trzeci wymiar, ale już w przypadku wokali potrafiło dramatycznie załamywać poczucie ich obecności, dosłownie zanurzając je w studniach nienaturalnego pogłosu, jakby ktoś tego wokalistę faktycznie do studni wrzucił. (Rzecz jasna przejaskrawiam, ale jak zawsze jednocześnie odsyłam do andersenowskiej bajki o księżniczce na ziarnku grochu.)

To naturalizowanie pogłosu i kwestię prawidłowej wilgotności ująłem w opisie najpierw, ponieważ bardziej się narzucały. Ale w rzeczywistości prawidłowa pogłosowość była tu cechą pochodną – brała się z dobrej kontroli i naturalności sopranów.

Sopranowa addycja – sztuczne koncentrowanie uwagi na wysokich częstotliwościach bądź poprzez ich zbytnią jaskrawość, bądź przedobrzony procentowy udział – to stary chwyt producencki. Zapewne często bardziej początkowo niezamierzony niż chciany, wynikający z samej ułomności przewodu, ale jak zwał, tak zwał, a rzecz faktycznie miewa dość często miejsce. Na tę sopranową addycję nabierają się zwłaszcza audiofile początkujący: parę garści sopranowych świecidełek sypniętych w oczy i zaraz niedoświadczony audiofil zyskuje przekonanie, że więcej udało się usłyszeć „bo przecież więcej słychać!”. „No przecież! – tak wyraźne te szmery, wyraźniejsze szczegóły…” Pozory, moi drodzy, pozory. Co ci po tych błyskotkach, gdy środek jest cofnięty, o wiele słabiej wypełniony, zduszony nadmiernymi pogłosami i na dodatek cały nienaturalnie podwyższony? Neonem w oczy zaświecili, a za neonem brak fasady. Gdyby to był kabel zasilający o charakterystyce wzorcowej, jak Siltech Triple Crown albo Sulek 9×9, wówczas te szczegóły byłyby jeszcze lepiej widoczne, a jednocześnie tonacja nie zostałaby podwyższona, pogłosy pozostały naturalne (czyli najczęściej żadne albo umiarkowane), czuć by nie było nadmiernej wilgotności ani suchości, wypełnienie i obecność wokalu byłyby popisowe – i w żadnym razie by się tak nie działo kosztem ujęcia góry pasma. Bo jak niektórzy forsują górę, tak inni forsują centrum, a jeszcze inni bas. I zawsze to będzie gorsze od dobrze wyważonego pasma, chociaż akcent na środek jest z tego jeszcze szkodliwy najmniej.

W objęciach konkurencji.

Tym bardziej, odnosząc się do wzorca, nie może być żadnej luki pomiędzy którymś skrajem a centrum, co zawsze się zjawia u tych, którzy sopranową bądź basową podnietą pragną się popisywać. Na tę to okoliczność każdy stroiciel wie, że strój za wysoki jest niedobry i może być użyty jedynie do efektów specjalnych. W ramach takich efektów (bynajmniej nie noszących znamion poszukiwań artystycznych) niektórzy pianiści usiłują się wirtuozowsko popisywać właśnie wysokim strojem. Prawdziwi mistrzowie klawiatury, ci o najmocniejszych, najszybszych i najdokładniejszych palcach, tego jednakże nie praktykowali, nie mieli takiej potrzeby. Hofmann, Cortot albo Cziffra używali stroju naturalnego, bardziej skupionego na pełnym brzmieniu i maksymalnej dźwięczności z zachowaniem ciepłej palety barwnej. Identycznie podejście prezentuje Luna Gris Power, bo choć to nie jest przewód aż na miarę wzorcową w wymiarze absolutnym, czyli bez oglądania się na cenę, to posiadający cechy wzorcowego całościowego ułożenia i reprezentujący bardzo dobry poziom. Wraz z jego użyciem nie zjawia się żadna luka między skrajami a środkiem – pasmo zostaje dobrze zestrojone, szeroko rozciągnięte i nie doszukamy się w nim żadnych pagórków ani dziur.

Efektem takiej sytuacji wrażenie rzetelności odtwórczej, na czele z intuicyjnym poczuciem realności. Zjawiają się żywi ludzie o cechach artykulacji głosowej analogicznych do faktycznie spotykanych (pomijając rzecz jasna większe predyspozycje wokalne). I nie będzie w ich mowie ani śpiewie żadnego wysilenia, wyżyłowania, przeinaczeń. Nie będą tubalnie buczeć jak nieodżałowany skądinąd Ludwik Benoit, ani piszczeć jak myszy z disnejowskiego Kopciuszka. Siłą rzeczy to samo odniesie się do instrumentów, gdzie najłatwiej tę naturalność pozwoli rozpoznawać fortepian.

Ogólnie zatem w odniesieniu do barwy i wysokości brzmienia sytuacja wzorcowa, jedynie całościowe rozciągnięcie pasma i przenikanie w głębię struktur nico poniżej możliwości kabli już stricte high-endowych aż po najwyższą referencję, dwudziestopięciokrotnie droższą. I raz jeszcze to podkreślę – nie ma tu żadnych fajerwerków: podbijania któregoś ze skrajów, przesady w nawilżaniu, dodatku echa, nadmiernego lśnienia. Wszystko w realistycznych klimatach; nie aż po powściągliwość, ale żadnego wyrywania. Temperatura neutralna i w taki sposób dobrana, by nie zjawiały się chłód ani obcość.Podobnie pogłosowość – zredukowana do normalnej; w razie potrzeby wyraźna, przeważnie słaba lub żadna.

Przejdźmy do pozostałych cech – rozmiaru i układu sceny oraz dynamiki i ciśnienia. Ponownie sytuacja regulowana przez realizm, to znaczy sceny nie powiększane sztucznie pogłosami i chłodem (dźwięk zimny daje wrażenie większej dali), ani nie przybliżane ciepłotą. Horyzont oscylujący wokół linii wzroku, pełna otwartość dźwięków i transparentność medium (dające swobodę i rozmiar), a dynamika bez zarzutu – brak niedostatków energetycznych. Przy odpowiednio zestrojonym torze rozmach i generowanie dużych ciśnień; spokojnie można przyjąć, że kabel nie daje żadnych ograniczeń.

Markowe wtyki, sam przewód grubości pokaźnej.

Ale tak: nie daje żadnych wodotrysków, nie daje żadnych ograniczeń – a czy w ogóle coś daje? Owszem, daje poczucie audiofilskiego spełnienia i wewnętrznego spokoju odnośnie poprawności konstrukcji. Najsłabsze kable zasilające tłamszą – w oczywisty sposób zszarzają i ograniczają. Ale powyżej jest sfera takich, w których tych ograniczeń już tak nie czuć, natomiast czuje się mniej albo bardziej wyraźnie, że coś jest nie w porządku. Barwy wokali są nie takie, wybrzmienia jednak ograniczone, całościowy muzyczny wymiar nieprawidłowo zestrojony, w intuicyjnym odbiorze nieprawdziwy. Często nawet przy muzykalności już dobrej i wyważeniu pasma niezłym, ale prawdziwa muzyka nie chce się narodzić, czuć doskonale, że to jeszcze nie to. Tak się dzieje nawet w przypadku kabli już uznawanych za ogólnie dobre, a Luna Gris Power przesuwa w dół granicę takich pod każdym względem spełniających oczekiwania z trzech tysięcy za Synergistic Research Blue na swe niecałe dwa. Od tego Blue jest nieco spokojniejsza, mniej skłonna do popisów. Trochę mniej połyskliwa, troszeczkę mniej wilgotna, ogólnie bardziej stonowana. Lecz nie pod względem dynamiki i nie pod względem uczciwości. Też nie pod względem uczuciowym. I też nie względem otwartości dźwięków, nieobciążania ich powłokami. To dla mnie szczególnie ważne, nie lubię brzmień jak oleiste krople. Lubię natomiast zarówno przechył w stronę optymizmu, jak i pewnego posmutnienia. Wyboru emocjonalnego stylu jednak przy Lunie nie będzie – pasmo emocjonalne ma tak samo wyważone jak częstotliwościowe. (Co w sumie się koreluje, zatem to nic dziwnego.)

Na koniec jedna ważna sprawa odnośnie ostatecznego szlifu. Ta tyczy tak samo każdego składnika toru jak całego zestawu. Dla mnie tą ostateczną miarą klasy jest zdolność do przekazania mienienia się koloratur i pełni słodyczy kobiecych głosów. Zauważyłem bowiem, że dzieje się niejednokrotnie tak, iż dany audiofilski artefakt (słuchawki, wzmacniacz, głośniki, odtwarzacz, kabel – wszystko to przecież „gra”) uchodzi za bardzo dobry, a tej zdolności nie posiada, albo posiada ograniczoną. Nie posiadają jej na przykład  w wystarczającym stopniu uchodzące za bardzo dobre słuchawki Focal Stellia, o ile nie dać im lepszego kabla. Ten ostateczny szlif ma natomiast szary kabel zasilający Luny, tu też nie stwarza ograniczeń.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

3 komentarzy w “Recenzja: Luna Cables Gris Power

  1. Marcin pisze:

    W związku z recenzją, 3 pytania:
    Czy warto inwestować w taki kabel do głośników półaktywnych (Avantgarde Zero TA XD)? Tam jest DSP, więc czy kabel jest coś w stanie poprawić?
    Gdyby wziąć pod uwagę wszystkie kable, od których najlepiej zacząć zakupy: RCA, głośnikowe czy zasilające?

    Pozdrawiam

    1. Piotr Ryka pisze:

      Wydaje mi się (mogę się mylić), że najważniejsze będą kable głośnikowe. Natomiast odnośnie DSP, to nie ma tu ono nic do rzeczy – przecież też posiłkuje się prądem. W każdym razie pochodzący od Reimyo układ K2 z lepszym kablem zasilającym spisywał się lepiej.

  2. Pawcio pisze:

    Priorytet to interkonekt pomiędzy źródłem a przedwzmacniaczem / wzmacniaczem zintegrowanym – co się straci lub zostanie zniekształcone na początku z sygnału nie da się później przywrócić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy