Recenzja: Kondo Audio Note Overture PM-2i

Odsłuch cd.

    Towarzyszyła temu ciepłota zdrowego organizmu, a nie aż rozgorączkowania, nie towarzyszyła natomiast słodycz, której najwyżej na koniec noża, a lepkości nie było wcale. Brzmienie więc nie lubieżne, a chcące zachować trzeźwość i przede wszystkim prawdziwość, lecz przy tym w żadnym razie nie chcące być kliniczne ani sennie spokojne. O czym informowała dobitnie już sama postać medium, o której już wspominałem sygnalizując brzmieniową chmurę, do której trzeba wrócić. To medium całkowicie przezierne, ale zarazem gęste działaniem, jako nasycone energią pole akustyczne, w każdym punkcie sygnalizujące swój niezerowy stan istnienia. Przenoszące zarówno energię akustyczną brzmień, jak i niesionych nimi emocji; dźwięki nie były tu abstraktami, niosąc ładunki ludzkich uczuć nie tylko poprzez nuty, ale też sposób odczytania.  

      Hiroyasu Kondo mówił w wywiadach, że jego aparatura daje oprócz muzyki możność odgadnięcia nastroju muzykujących: – Czy byli spięci, czy odprężeni? – Zadowoleni z siebie, a może nie? – Czy dobrze szło im w życiu, czy może wręcz przeciwnie?  

      Przyznam, że zwykłem tego rodzaju rozpoznanie odnosić bardziej do kompozycji niż do jej wykonawców; wyczuwać w nastrój samej muzyki i poprzez nią kompozytora, a instrumentalistów, o ile, to raczej w drugim rzędzie. Niemniej sposób interpretacji też zawsze był kluczowy, podobnie jak kunszt wykonań. Dlatego wolę Filharmonię Berlińską od Wiedeńskiej i dyrygenturę Furtwänglera albo Celibidache niż Toscaniniego czy Reinera. Niezależnie jednak od własnego widzenia trzeba Kondo-San przyznać, że gdyby ktoś miał potrzebę wczucia się w nastroje grających, przy Overture to możliwe – do tego stopnia świat emocji towarzyszy nagraniom. To samo w odniesieniu do koncertowej widowni – jej nastrój wyjątkowo gęsty, przepajający wnętrza, udzielający się słuchaczowi. Czego natomiast nie było, to bardzo wysokich ciśnień. Trzydzieści dwa waty w kanale nie potrafiły czterodrożnych kolumn zmusić do wyższych niż samo czucie na skórze. Nie było więc zgniatania, co zupełnie nie przeszkadzało, spektakl skupiał się na czym innym. Niemniej na wszelki wypadek od razu odniosę się do bębnów i do rocka. Bębny taiko na pokazowej płycie Ushera finalizują pokaz szałem, bębniarze biją najszybciej jak potrafią, co zlewa się w jeden warkot.[5] Przywykłem sądzić, że towarzyszące temu zniekształcenia leżą po stronie głośników bądź źródła, ale Overture pokazał, że leżą głównie po stronie wzmacniacza. Po raz kolejny dowiódł, że rozdzielczość jest jego siłą, super warczenie nie wtrąciło go w najmniejszy charkot zniekształceń, lepiej niż którykolwiek wcześniej ukazał pracę perkusisty, jego zawziętość i mistrzostwo.

     Na tej kanwie fakturowanie. Podobnie jak w przypadku fortepianów, kontrabasów i wiolonczel, autentyczności membrany bębna inne wzmacniacze mogą zazdrościć. Mogą też atmosfery tworzenia muzyki, która dosłownie zawisa w powietrzu – czuć zapał i energię towarzyszące wykonaniu. (O ile ktoś gra z pasją, ale innych nie warto słuchać.)  

      A zatem pokazowe bicie, co w połączeniu z szybkością i owym brakiem zniekształceń bardzo przydało się do rocka, który został zobrazowany dużo dokładniej niż zazwyczaj i po swojemu był brutalny.

     Nie mniejsza waga odtwórcza przynależała delikatnym aspektom brzmienia. Dźwięki generowane przez Kondo Overture umiały zjawiskowo pieścić. Ta delikatność dotykowa wywierała nie mniejsze wrażenie od super rozdzielczości; gradację siły dotknięcia wzmacniacz ukazał wyjątkową. Co znalazło odzwierciedlenie min. w obrazowaniu strunowym – struny zabrzmiały głębiej i w sposób bardziej złożony, wolne od narażenia na obecność naprężeń przekraczających rzeczywistą skalę. Na tej kanwie miękkość i rozciąganie brzmieniowe kontrabasu były naprawdę zjawiskowe, jakże dalekie od twardego, zlewającego się dudnienia, którym większość wzmacniaczy częstuje.

    Sumą tego wszystkiego nasycanie muzyki życiem. Nie sama jej obecność, pozwalająca słuchać i przeżywać, a cała aura duchowej oprawy – życie oraz emocje ludzi, którzy ją stworzyli i wykonali, w razie koncertów też słuchali. Pełny ciąg przeżyciowy we wszystkich jego odcieniach; wieloraka, wieloźródłowa pajęczyna nastrojowości. Wszystko to jako istnienie w sensie realnym i dosłownym, a nie teatru marzeń. Szybkość, naturalność i rozmach w kreacji Overture zdecydowanie górowały nad tym, co zwiemy rozmarzeniem. Ta jego delikatność, delikatnością autentyczną, tak samo jak rozdzielczość, tak samo jak napór emocji. Prezentacje nie sprzedawały własnych światów, prawdziwy pragnąc odtworzyć. Co udawało się tak dalece, że mocno byłem pod wrażeniem. Przykładem choćby ta różnorodność basu – tak zróżnicowanego, przyznam, dotychczas nie słyszałem. Więc, jak już dwakroć zauważałem, im dłużej trwało słuchanie, tym się ciekawiej stawało. Kolejne utwory raz po raz opowiadały się na nowo, pieczętując spostrzeżone walory. Raz po raz przywoływały mistrzowskie operowanie pogłosem i w następstwie architekturę, raz po raz personalizację wokalną, z całą gradacją barwy i indywidualizmem głosu. A ta chropawość kontrująca gładkość, aby się nudno nie stało – też była na szczytowym poziomie, z precyzją dawki i urodą. 

    Wreszcie ostatni wątek, niejako finalizujący sprawę. Kiedy już wszystko posprawdzałem, oddałem się słuchaniu. Uwolniony od badawczej skrupulatności i ferowania wyroków mogłem z brzmieniem popłynąć, doznać muzyki samej, oddać się jej działaniu. A wówczas objęty zostałem przez coś nadzmysłowego – zjawiła się nabożność jako autogenne doznanie, przeniosłem się do świata piękna i harmonii, a jednocześnie doskonałości odbicia faktu zaistnienia w takiej okazałości i perfekcji tej a nie innej muzyki.

 

[3] EAR po latach uległo, zaczęło dodawać piloty, Kondo na razie się trzyma.

[4] Sprawdzamy przecież na znanych.

[5] Sławne z takiego warczenia były niemieckie karabiny maszynowe MG 42, zwane dla szybkostrzelności „Schnellespritze” albo „piłami Hitlera”. Pomimo prób Amerykanom ani Rosjanom w czasie II wojny światowej nie udało się ich skopiować.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

2 komentarzy w “Recenzja: Kondo Audio Note Overture PM-2i”

  1. Sławek pisze:

    No i jeszcze jedna duża zaleta – kotoodporny, nie ma lamp na wierzchu!
    Ech, rozmarzyłem się…
    A ponieważ niektóre słuchawki najlepiej grają z odczepów głośnikowych to pytanie – czy tak też był sprawdzany, ze słuchawkami?

    1. Piotr+Ryka pisze:

      Nie był. Znajomy inżynier, spec od aparatury audio, mi odradzał, wg niego push-pulle są jako napęd dla AKG niepewne z uwagi na bardzo duży rozrzut impedancji, co może je wtrącić w „dziwne, nieustalone stany”. Może i tak, ale EAR Yoshino napędzał K1000 fenomenalnie, może mimo wszystko się skuszę. Z tym, że te stany są podobno groźniejsze dla wzmacniacza niż słuchawek.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

© HiFi Philosophy