Forma i technologia
Wzmacniacz ma formę klasyczną, nie poszukuje wzorniczych udziwnień, nie stara się niecodzienną powierzchownością przykuć do siebie wzroku. Bo chociaż kupujący kupują podobno oczami, podczas słuchania ekstrawagancka aparycja mogłaby skoncentrowanego na muzyce od tej muzyki odciągać, a przecież nie o to chodzi. Czy dobrze, kiedy oprawę muzyczną stanowi coś niezwykłego, czy lepiej, by ta oprawa nie rzucała się w oczy, tego rzecz jasna nie da się rozstrzygnąć, to zależy od preferencji słuchacza. Poza tym wzmacniacz, jako z reguły okazały, poza czasem słuchania stanowił będzie zauważalny akcent domowego pejzażu – i znów: lepiej żeby zauważalny mało, bardzo, a może średnio? – tego też nie da się rozsądzić.
W przypadku Overture określenie „średnio” będzie chyba najodpowiedniejsze. Duża bryła ze srebrzystym frontonem rzuca się w oczy, lecz nie szokuje. Znaczą ją w centrum dwie poziome szczeliny wentylacyjne, na prawo od nich mistrzowsko frezowana gałka wybornika wejść i dalej taka sama regulacji głośności. Prócz tego jeszcze jeden akcent – duże firmowe logo z przejściem w nazwowe Overture. Jest trochę, ale sumarycznie niewiele firm, które samą symboliką wstrząsają, Kondo do nich należy, jego symbol starcza za wszystko.
W narożach frontonu śruby, których nie starano się skrywać, na dole z lewej przycisk włącznika, nie skoligacony z żadnym pilotem i nad nim czerwona lampka sygnału aktywności. Regulowanie wejść i poziomu dźwięku oznaczać będzie spacerek dla kogoś już opadłego na odsłuchowy fotel; pilot padł tu ofiarą walki o doskonałość brzmienia, tak samo jak w przypadku innego sławnego push-pull, EAR Yoshino V12.[3] Od razu zauważmy i jednocześnie przypomnijmy względem poprzedniego rozdziału – podzespoły używane przez Kondo są ich własnego projektu oraz własnego wykonania, co tyczy też potencjometru, który tym samym jawi się jako unikalny i referencyjny.
Boki i wierzch też metalowe, czernią anodyzacji znaczone, na bokach i na płycie górnej mnogość szczelin – zamknięte w środku lampy muszą mieć dobrą wentylację. Już wspominałem, że to cztery średnie pentody EL34, wspierane przez dwie średnie triody sterujące 12BH7 i dwie mniejsze radiowe 6072. Sumarycznie nie generują wysokiej temperatury, wzmacniacz jak na lampowy bardzo umiarkowanie się rozgrzewa. Wsparciem dla lampowej oktawy legendarne kondensatory Audio Note ze srebrnymi okładzinami i wyjątkowo pieczołowicie nawijane transformatory z trzecim odczepem dedykowanym pętli negatywnego sprzężenia, którego wartość długo ustalano metodą wytężonych odsłuchów, chcąc uzyskać brzmienie naturalne barwowo i jednocześnie dynamiczne przy skrajnie niskich zniekształceniach.
Całą konstrukcję podporządkowano nie tylko prawdzie muzycznej, ale także dążeniu do braku wzrostu zniekształceń wraz ze wzrostem głośności, i cel został osiągnięty. Można też się domyślać, że miedziane okablowanie nie wzięło się z oszczędności, tylko sięgnięto po nie jako odpowiedniejsze dla push-pull – jako to lepiej tonujące jego drapieżniejszy niż w SET naturalizm.
Właściwe wyważenie między emocjami płynącymi z mocnych akcentów, a tymi z łagodniejszych, było dla twórców wyzwaniem. Szybkość, dynamikę i wyraźność konturów – cechy wrodzone push-pull – należało opleść poezją kolorów i głębią lampowego brzmienia, sumarycznie wydobyć najwyższy naturalizm – ten wolny od przedobrzeń w którymkolwiek kierunku. Zdaniem ekipy realizacyjnej to dostąpiło spełnienia, moje zdanie za chwilę.
Duża, wysoko wypiętrzająca się metalowa bryła o wymiarach 438 x 201 x 409 mm wspiera się na chromowanych walcach i waży 26 kg. Ze ściany ciągnie maksimum 180 W mocy i sama maksymalnie oddaje 2 x 32 W, do wyboru dla impedancji 4 lub 8 Ω, stosownie do czego z tyłu po trzy, a nie dwa, stronami przyłącza głośnikowe – one również produkcji Kondo, a więc niespotykanej jakości; tak duże i tak precyzyjnie wykonane, że inne to przy nich żarty. Na miedzianej płycie rewersu sześć tych głośnikowych u dołu, powyżej cztery pary gniazd RCA, oznaczające cztery równoważne wejścia, nie przewidziano bowiem ani osobnego dla zewnętrznego przedwzmacniacza, ani wyjścia na zewnętrzną końcówkę mocy. Integra jest wobec tego integralna, niejako całkowicie wsobna, odnośnie funkcji wzmocnienia posiadacz będzie całkowicie od niej uzależniony. Ale w końcu to Kondo, miło zależeć odeń, za co przyjdzie zapłacić €32 000. (Wobec wahań kursowych cena w międzynarodowej walucie.)
Oprócz gniazd we i wy z tyłu już tylko przyłącze prądowe i dziesięć zgrupowanych w dwóch rzędach niewielkich szczelin wentylacji. Na dostarczanych przez firmę zdjęciach widać japońską staranność łączenia point-to-point po obu stronach miedzianej płyty montażowej wypełniającej całe wnętrze – tam duże trafo zasilania i prawie równie duże osobne obsługowe dla każdego kanału, lampy mocy bocznikowane dużymi kondensatorami i gęsta pajęcza sieć przewodów przetykana rezystorami, odznaczająca się schludnością i dbałością o podnoszącą jakość krótkość łączeń, również dbałością o to, by kable nie zginały się pod dużymi kątami, tylko łagodnie szły po łukach. Finałem pasmo akustyczne 6 Hz – 110 kHz o tych niezwykle niskich jak na lampowy tor zniekształceniach, maksimum rzędu THD 1% niezależnie od poziomu głośności, przy szumie własnym poniżej 0,5 mV. Ogólnie więc – zarówno tak na oko, jak i według dołączonych papierów – push-pull klasyk i referencja, że lepszego już nie uświadczysz. Co na to własne uszy?









No i jeszcze jedna duża zaleta – kotoodporny, nie ma lamp na wierzchu!
Ech, rozmarzyłem się…
A ponieważ niektóre słuchawki najlepiej grają z odczepów głośnikowych to pytanie – czy tak też był sprawdzany, ze słuchawkami?
Nie był. Znajomy inżynier, spec od aparatury audio, mi odradzał, wg niego push-pulle są jako napęd dla AKG niepewne z uwagi na bardzo duży rozrzut impedancji, co może je wtrącić w „dziwne, nieustalone stany”. Może i tak, ale EAR Yoshino napędzał K1000 fenomenalnie, może mimo wszystko się skuszę. Z tym, że te stany są podobno groźniejsze dla wzmacniacza niż słuchawek.