Recenzja: Kondo Audio Note Overture PM-2i

Odsłuch

     Trzeba zacząć od tego, że Kondo stawia warunek. Postępuje odwrotnie niż cała reszta stawki, wprost albo w domyśle mówiącej: „Zrobiliśmy najlepszy sprzęt, na jaki było nas stać, okablowanie dobierz sam.” Kondo w miejsce tego powiada: „Dla naszych przedwzmacniaczy i wzmacniaczy stworzyliśmy idealnie pasujące kable, więc jeśli pragniesz posmakować autentyzmu naszego brzmienia to ich należy użyć”.   

     Dobrze zatem się stało, że okablowanie również dotarło, wraz ze wzmacniaczem otrzymałem kabel zasilający Kondo ACz-Avocado (€2600) i interkonekt Theme (€4000), również przewody głośnikowe SPs-2.7 (€5800). Jednak wiara na słowo nie jest narzędziem recenzenta, jest nim coś przeciwnego. Dlatego odsłuch zacząłem od własnego okablowania, darując sobie zasilanie, ale już nie koneksje między wzmacniaczem a źródłem i głośnikami. Przy okazji przyszło zastanowienie – czy Kondo aby nie sugeruje także konkretnych głośników? Bo źródło w jakimś stopniu owszem – w dawniejszych czasach proponowali kilka modeli przetworników D/A, a teraz tylko gramofon z własnym ramieniem i wkładką oraz gramofonowym przedwzmacniaczem, których to przedwzmacniaczy od Kondo mamy kilka. Gramofonu próżno jednakże wypatrywać w internetowej ofercie, trzeba go indywidualnie dogadywać, gdyż powstaje wyłącznie na zamówienie i jak wszystko pomału. Cena przekracza €100 000 – dokładnej nie znam, nie dogadywałem. Więc co z tymi głośnikami? Kondo pracuje nad nimi niemalże od powstania, ale wciąż nie jest zadowolone. Raz jakieś oferuje, potem się z nich wycofuje, by za czas jakiś wrócić z innymi. Jedno przy tej zmienności pewne – Hiroyasu Kondo uważał, że idealne brzmienie powinno być oparte o pojedynczy obejmujący całe pasmo głośnik, wszystko inne to cesja. Ale takiego głośnika stworzyć się nie udało, zdarzają się oferty takich, czasami interesujące, lecz zawsze obarczone jakimiś problemami. A zatem wolna droga do używania kolumn własnych.

      Odnośnie kabli krótko powiem – mój zestaw jest miedziany, a dostarczony droższy z dwóch przez Kondo oferowanych srebrny. Co  było słychać, ale nie na zasadzie, że srebrny zimny-ostry, miedziany ciepły-łagodny, tylko tak ledwo-ledwo odnośnie różnic, a głównie poprzez to, że z miedzią dalszy plan pierwszy, więc w efekcie i cała scena. Jedno i drugie okablowanie wypadło znakomicie, a o trzecim powiem na końcu, główny opis odnosząc do przewodów samego Kondo, inaczej byłoby niegrzecznie.

       Sprzętowy wstęp za nami, a teraz – również wstępnie – muszę rozbiegowo przedłożyć coś na temat zapoznawczych odsłuchów.

       Pierwsza sprawa tyczy odbioru. Sami wiecie jak często ulegamy zauroczeniu. Coś zrazu się podoba, niejednokrotnie nawet bardzo, a potem – po minutach, albo godzinach, albo dniach – podobać się przestaje. Z tym Overture jest na odwrót – od razu się podoba, a potem coraz bardziej.

      Druga rzecz tyczy ostrożności w ferowaniu wyroków. Tak się akurat zdarzyło, że kilka pierwszych nagrań obrazowało bliski plan pierwszy, więc pochopnie sądziłem, że to cecha wzmacniacza. A nic bardziej mylnego. Niemylne za to stwierdzenie, że jak niemal żadna aparatura Overture potrafi odczytać i zobrazować aranżację sceniczną. Jak ustawiono mikrofony, ile ich było, w jakich warunkach akustycznych dokonano nagrania, na ile biegły był aranżer i jak względem siebie porozstawiano instrumenty – to wszystko nie tylko słychać, to staje przed oczami wyraźniej niż kiedykolwiek. Staje aż tak wyraźnie, że komuś nieobytemu może to w pierwszych chwilach przeszkadzać, o ile nie miał do czynienia z podobnie deszyfrującą aparaturą, a prawdopodobnie nie miał. Z dotychczasowym widzeniem znanego sobie nagrania[4] dzieje się coś na podobieństwo akordeonu, którego miech z pozycji ściśniętej zostaje rozszerzony. Ale to rozpostarcie ma ścisłą korelację z przedkładanym nagraniem – podczas gdy jedne bardzo zyskują, ukazując rozmach i głębię, inne już nie tak bardzo albo wcale, na tle najlepszych okazując się gorsze niż myśleliśmy.

     Trzecia sprawa odnosi się do tonalności, a ściślej pieczołowitości z jaką o nią zadbano. Ona też okazała się nadzwyczajna, zadająca kłam powszedniemu postrzeganiu nagrań. Albowiem zwykle mamy trójcę: Mówi się, że tonacja albo została obniżona, albo podana prawidłowa, albo że podwyższona. I odpowiednio otrzymujemy dominantę basową, lub nacisk na średnicę (jako najobszerniejszą), bądź akcent sopranowy i skutkiem podostrzenie. Tymczasem Kondo Overture nie pozwolił się zaszeregować do żadnej z kategorii. O jego tonalności trzeba bowiem powiedzieć, iż nie tylko była poprawna, ale że oprócz poprawności z niespotykaną pieczołowitością dbał o nią, a już szczególnie by nie obniżać, ale też nie podwyższać. Zwłaszcza dzięki pierwszemu można było wejść w kontakt z autentycznym brzmieniem wiolonczel, kontrabasów i fortepianów; każdy z tych instrumentów rodził się jakby na nowo względem przeciętnego słuchania, które w dawniejszych czasach miało za główną bolączkę ostrość, a teraz ma na odwrót, najczęściej przechył w basy.

     To pierwsze przeszkadzało wszystkim oprócz mających deficyty słuchowe, to teraz jest mniamuśne: – Ach te masaże basowe! Na jednym i drugim błędzie wiolonczele i fortepiany wychodzą źle lub gorzej, dopiero podczas słuchania z Overture można usłyszeć jak bardzo. – Prawdziwa wiolonczela, ze swym skowytem duchowym, w miejsce tępej basetli staje słuchającemu przed oczami. Doskonale też słychać jak dużo fortepianowego brzmienia uciekało spod każdego klawisza, uciekało odnośnie złożoności i klarowności, jak również separacji. A ta złożoność harmoniczna i ta separacja międzydźwiękowa… Zdaje się, nie podejrzewałeś swoich kolumn o taką w odniesieniu do nich sztukę.

     Rozpoznawszy pole odsłuchu bojem, mogłem już sączyć dźwięk Overture w ramach analizy krytycznej. Najpierw ogólny kształt brzmienia, a ten roztaczał chmurę o nadzwyczajnej spójności i nadzwyczajnym ożywieniu. Dźwięk oddziaływał całościowo, mimo że separacja źródeł i brzmień poszczególnych zdawała się najlepsza z możliwych. Lecz tkanka łączna nie ograniczała się do dźwięków, ogarniała też przestrzeń, na równi zaangażowaną. Brzmieniowa chmura kłębiła się przede wszystkim za linią głośników, ale w przypadku utworów chcących ogarnąć słuchacza to ogarnianie następowało, w przypadku tych wolących zachować dystans, dystansowość się utrzymywała, a w przypadku pragnących ukazać perspektywę, holografię i bezkres, były one ukazywane, z tym że ogrom mógł być dowolnie bezkresny, ale holografia zachowywała wyraźność, nie chcąc w bezkresie się zacierać.

      Uzupełnić to trzeba odnośnie wysokości sufitu. Przeważnie była zwykła w stronę dużej, ale zjawiała się czasem niespotykanie wysoka, zwłaszcza w produkcjach symfonicznych i organowych, co przekładało się na spektakularność o wyjątkowej mocy.

      Tyle odnośnie sceny, pora na postać brzmienia. To okazało się triodowe, a nie żadne push-pull. Nie wiem jak ustawiono pracę lamp od strony regulacji prądowej, ale triodowa poetyka z jej charakterystycznym nasyceniem barw i eleganckim łukiem analogowej fali wyraźnie dawała znać o sobie. Jedyne, co się ostało z push-pullowego brzmienia, to szybkość narastania i nie przeciąganie wybrzmień. Te ostatnie średniej długości, tak żeby nie ucinać, ale też zbytnio nie przeciągać, nie popadać w zawodzące zaśpiewy. Liryzm więc też dochodzący do głosu, triodowość jeszcze wzmacniający; dochodzący mimo szybkiego tempa i arcy wyraźności, górującej, choć nie do końca, nad elementem światłocienia.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

2 komentarzy w “Recenzja: Kondo Audio Note Overture PM-2i”

  1. Sławek pisze:

    No i jeszcze jedna duża zaleta – kotoodporny, nie ma lamp na wierzchu!
    Ech, rozmarzyłem się…
    A ponieważ niektóre słuchawki najlepiej grają z odczepów głośnikowych to pytanie – czy tak też był sprawdzany, ze słuchawkami?

    1. Piotr+Ryka pisze:

      Nie był. Znajomy inżynier, spec od aparatury audio, mi odradzał, wg niego push-pulle są jako napęd dla AKG niepewne z uwagi na bardzo duży rozrzut impedancji, co może je wtrącić w „dziwne, nieustalone stany”. Może i tak, ale EAR Yoshino napędzał K1000 fenomenalnie, może mimo wszystko się skuszę. Z tym, że te stany są podobno groźniejsze dla wzmacniacza niż słuchawek.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

© HiFi Philosophy