Recenzja: Harmonix RF-909X

     Podstawa to podstawa. Ha, myślicie, że głupio piszę? No, niekoniecznie, moi drodzy, niekoniecznie. Wszak pierwsza teza logiki Arystotelesa głosi: a = a. Ale faktycznie – nie chodziło tym razem o regułę tożsamości, rzecz skądinąd fundamentalną. Gdyby nie ona, świat by natychmiast zwariował. Cokolwiek zmieniałoby się w cokolwiek natychmiast i bez reguł, czyli wszystko byłoby wszystkim – chaos, bezpostaciowa protoświatowa jednia, antyporządek zupełny. Tymczasem w audiofilizmie (podobnie jak w każdej innej dziedzinie nie będącej totalną bzdurą) porządek musi być – jakiś ład, jakieś reguły i jakiś ciel, ku któremu to zmierza. Celem jest w tym wypadku reprodukcja muzyki jak najbliższa oryginalnej, albo, w drugim wariancie, w ten sposób  przetworzona, by sprawiać słuchaczowi jak największą przyjemność. Dołącza do tego jeszcze ważniejszy fakt podstawowy, że mianowicie sama muzyka musi być pewnym ładem, inaczej nie jest sobą. Współwystępowanie i następowanie po sobie dźwięków musi się w niej odznaczać jakąkolwiek nieprzypadkowością – w innym wypadku byłaby generatorem przypadkowych dźwięków, czyli swą antytezą. Niektórzy kompozytorzy współcześni o to wprawdzie się ocierają, bo na więcej ich nie stać, ale to nie jest nasze tutaj zmartwienie, bo przecież nikt poza snobami oraz najbliższą rodziną tego ocierania nie słucha. My mamy inny problem: co robić, aby przekaz pochodzący od aparatury reprodukującej uczynić uporządkowanym czasowo i przestrzennie na podobieństwo oryginału, przy istotnym też założeniu, że oryginał oznaczał będzie radość percypowania, ponieważ jest prawdziwą, z talentu twórcy bijącą muzyką.

Takich twórców nie było w dziejach wielu, co nie oznacza, że sprawa musi być skomplikowana w wymiarze realizacyjnym. Radość muzyczna nie bierze się ze złożoności (czasami, ale nie zawsze, też), tylko z trudnej do wytłumaczenia natychmiastowo słyszalnej harmonii. Prosta melodia, jak przykładowo temat z kreskówki „Gucio i Cezar” Zbigniewa Rudzińskiego, może, jak to się mówi, chwytać za serce i wpadać w ucho, a inni pocą się po nocach nad skomplikowanymi figurami i nic z tego poza tonalnym bądź atonalnym bełkotem nie wychodzi. Piękną melodię można błyskawicznie ułożyć i przykładowo ksiądz Antonio Vivaldi, dla rudych włosów „czerwonym księdzem” zwany, wybiegał ponoć czasami z odprawianej mszy do zakrystii, aby zapisać temat, który mu właśnie wpadł do głowy. Tego samego nie da się już powiedzieć o budowaniu instrumentów;  aż stulecia zajęło dojście od pierwotnych pomysłów zalążkowych do ostatecznej formy fortepianu czy skrzypiec, a wymyślenie od podstaw saksofonu też zajęło Adolfowi Saksowi niebagatelnie mnogie lata. Co pokazuje, że tworzenie poruszających sekwencji dźwięków jest wprawdzie błogosławieństwem nielicznym danym, ale kiedy już danym, to realizacyjnie w miarę łatwym, chociaż nie wszystkim szło z tym tak łatwo jak Mozartowi, Boccheriniemu czy Vivaldiemu, z których muzyka wypływała sama. O wiele trudniejsze w sensie mozołu jest uczynienie tej wymyślonej sekwencji dźwięków odpowiednio piękną brzmieniowo – wymaga wyszkolenia wirtuoza oraz wymyślenia i zrealizowania odpowiedniego zbioru instrumentów, co zawsze jest czasochłonne. Podobnie czasochłonne jest wymyślanie aparatury audio w czasach pozwalających te instrumenty naśladować przy pomocy głośników. Ta recenzja będzie zaś dotyczyła drobiazgu mającego poprawiać tych głośników głosy, czyli będzie co prawda krótka, lecz mimo to może nie pozbawiona praktycznego znaczenia.

Firmy Harmonix, za tym stojącej, oraz jej twórcy, Kazuo Kiuchi, nie muszę już przedstawiać;  tylekroć gościli na tych łamach, że byłaby to zbyteczną powtórką. Przypomnę jednak, że u podstaw Harmoniksa legła działalność koncertowa w sensie optymalizowania warunków koncertów – akustyki sal i brzmienia instrumentów. Te zagadnienia powierzano pieczy właśnie Kazuo Kiuchi, który miał dar słyszenia najdrobniejszych różnic i umiejętność wpływu na nie. By sprawy nie przeciągać, przejdźmy do sedna sprawy. Podstawki i podpórki są dla brzmienia znaczące, a rzecz, jak to w audiofilizmie, tyczyła będzie formy wtórnej, czyli nie muzycznego oryginału, tylko elektryczno-akustycznego naśladownictwa.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

4 komentarzy w “Recenzja: Harmonix RF-909X

  1. Sławek pisze:

    No i fajnie. Ale taki Hegel to chyba na 3 nóżkach stoi, nie na czterech?
    Czy ma to znaczenie dla działania tego ustrojstwa, że są 3 a nie 4?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Odnośnie zmian w brzmieniu Hegla nie mogę się wypowiedzieć, ponieważ widoczny na zdjęciu należy do Karola i w testach nie uczestniczył. Natomiast sama ilość nóżek na działanie podstawek wpływu mieć nie powinna, bo niby dlaczego? Ogólnie przyjmuje się, że trzy są lepsze od czterech (to rozwiązanie stabilniejsze, bo podłoże nie musi być idealnie równe), ale wielu to lekceważy, a same nóżki i ewentualnie dołożone pod nie podkładki tak czy tak powinny zrobić swoje, czyli zredukować wibracje.

  2. Piotr Ryka pisze:

    Dalej problemy z wpisami, teraz inny informatyk z kolei się pochorował. (Nie na Covid, ale poważnie.) Dlatego wrzucam komentarz ze skrzynki pocztowej:

    filipex132
    Używałem tych podkładek w ilości 3 szt. pod odtwarzaczem CD, efekt wyraźnie słyszalny i pozytywny. Teraz pod CD mam Stillpoints mini, a podkładki harmonixa wylądowały pod stolikiem audio. Tutaj efekt raczej minimalny. Ciekaw jestem jak byłoby pod kolumnami – czy są lepsze od podkładek Acoustic revive. Ktoś próbował?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Są lepsze. W recenzji to napisałem. Z Harmonix ładniejsza góra, bardziej trójwymiarowe obrazowanie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy