Brzmienie cd.
Z Susvara Unveiled
Drugiej generacji Susvary potrafią więcej wybaczać, nie tak łatwo jak STEALTH stoczyć je w mroczną dolinę zwątpienia, ale z drugiej strony wynieść na brzmieniowe wyżyny bynajmniej nie jest łatwiej. Poprzez Gustarda można sobie było wybierać bardziej miękkie, gorące i o włos dłużej frazowane brzmienia transferem poprzez koaksjalny Hijiri, lub w dalszym ciągu miękkie, ale już bardziej sprężyste i wyczuwalnie chłodniejsze, jak również minimalnie krócej podtrzymywane, w zamian mocniejszym konturem wyosobniane, zwłaszcza w odniesieniu do drugoplanowych, via AES/EBU Acrolink. To pierwsze jawiło się jako bardziej ludzkie, gdy drugie bardziej biegłe technicznie, sam diabeł by nie wiedział, które lepiej zostawić. Ale nie, chyba by wiedział, bo z AES/EBU było smutniejsze, ku jego własnej pociesze. (Czy Diabeł topi się w zgryzocie i dlatego musi pocieszająco sycić cierpieniami innych, gdy Bóg, jako najdoskonalszy, samotnie cierpi najbardziej?)
Pominę te teologiczne rozważania i przejdę do tego, że również Susvary, analogicznie jak na początku Audio-Technica a później STEALTH, z niebywałą precyzją izolowały i opisywały wyizolowane dźwięki, przy czym u Susvar ta izolacja nie była ani trochę mniej doskonała, a ekspozycja bodaj najlepsza. Jednocześnie te dźwięki najlepiej u niej kooperowały, najdoskonalej budując całościowy wyraz muzyczny: nie da się ukryć, że poprzez ich magię wokaliści jawili się najbardziej w magię własnej obecności wtrąceni, Elvis Presley na przykład był aż niezdrowo prawdziwy, poczułem się odrealniony na skutek jego realności. Najgłębsze też to było granie i najbardziej analogowe, najdalsze także od zniekształceń w najbardziej krytycznych momentach, jak też najbardziej zawodzące (w sensie śpiewnego zawodzenia, a nie rozczarowującego zawodu) – najdoskonalsze i muzycznie, i technicznie, i artystycznie, i nastrojowo. Skupione na nastrojach i oferowaniu piękna, które – co tu się opisowo rozwodzić – było porażające. Krztyny nie było w tym popisującej się sztuczności – jakiegoś utwardzania dla uzyskania lepszej sprężystości i dynamiki, basowo przedobrzonego dudnienia, jakiegokolwiek efekciarstwa kosztującego arealność. Struny gitar nie tak naprężone jak u STEALTH, a mimo tego głębsze i prawdziwsze; głosy nie próbujące być tak wyraźnymi i wyodrębnionymi, a mimo tego obecne aż po gęsią skórkę słuchającego; rozchodzenie się dźwięku najbardziej jak prawdziwe i efektowne holograficznie.
Można powiedzieć, że był to popis bez starania się o popisy, dzięki czemu muzyka była tutaj najbardziej sobą, co za najlepszy popis starczało. Synergia między dźwiękami całkowita i taka sama w odniesieniu do składników toru – prezentacja kompletna bez potrzeby udziału jakiejś strasznej drożyzny (no, może same słuchawki) i bez odwoływania się do techniki lampowej. Dla przykładu zejścia na kontrabasie chciały rozwalić mi głowę i czułem się jakbym siedział w pudle (akurat ten typ realizacji), a Divertimento Mozarta właściwie pofrunęło, do tego stopnia niosły je skrzypce.
Generalnie byłem pod wielkim wrażeniem wszystkich co lepiej nagranych utworów orkiestrowych, obrazowanie orkiestr jawiło się jako naprawdę niezwykłe zarówno pod względem analitycznej separacji instrumentów, jak i produkowania z tego brzmieniowej całości.
Bardzo rzadko można spotkać w słuchawkach tak prawdziwe orkiestry i tak prawdziwe widownie: złożonościowe relacje przestrzenne – od nich nie można się było oderwać; jakoś sobie nie przypominam, żeby któryś przetwornik użyty z tymi Susvarami z taką swobodą i obfitością słuchaczowi je rzucał, żeby taka wieloplanowość i w nią wkładana sferyczność i postaci i dźwięków przy komputerze się zjawiły. A jednocześnie nie było tutaj najmniejszego odjęcia pod względem szczegółów czy obrazowania niedociągnięć: wszelakie niedoskonałości nagrań – i te w skutek ich wiekowości, i te przez źle skalibrowaną aparaturę i niekompetencję techników w całości były jawne, jak same dźwięki czytelne. Mimo to się zjawiały jako produkcje chciane, walory przeważały nad niedoskonałościami, a jednocześnie pojawiała się właściwa perspektywa odbioru.
Na takim ukazaniu relacji przestrzennych i tak wiernym modelowaniu dźwięków korzystała rzecz jasna wszelka muzyka, korzystał też najcięższy rock. A że nie przejawiał żadnych niedomóg, przeciwnie – był potężny, energetyczny i drapieżny – słuchało się go równie wspaniale jak chórów czy orkiestr.
Muzyka, każda jedna, nawet najbardziej kameralna, oddychała przestrzenią i w niej się pławiła, obrazy towarzyszyły jej równie mocno jak dźwięki, chciało się tego słuchać i słuchać.
Dość może już tych pochwał, bo wystarczy powiedzieć, że było to spotkanie z muzyką zdumiewające prawdziwością. Tyle.








Piotrze,
Przeczytałem recenzję i podziękowania za nią. Nie mniej jednak bardzo istotna uwaga co do niej: Gustard wypuścił X30 oparty o Sabre, a kilka miesięcy później R30, który jest DACiem R2R. Oba urządzenia wizualnie są identyczne, a odróżnia je tylko mały akcent wykończeniowy płyty aluminiowej pod logiem/włącznikiem „G” na czole urządzenia. W X30 aluminium pod logiem jest zakończone ostro, tworząc kąt, w R30 natomiast wykończenie jest zaokrąglone.
Jeśli więc zdjęcia w recenzji przedstawiają dokładnie ten recenzowany egzemplarz, to recenzowałeś R30, nie X30.
Opis techniczny na dwóch pierwszych stronach recenzji dotyczy X30, nie R30.
W internecie można trochę poczytać o różnicach sonicznych pomiędzy tymi dwoma DACami, ale z grubsza X30 gra bardziej klinicznie, a R30 naturalnie, ciepło i z wypełnieniem – z grubsza tak jak to w recenzji przedstawiłeś.
Jestem właścicielem R30 i podzielam Twoją opinię, jednocześnie dziękuję za potwierdzenie, że to bardzo dobre urządzenie i trzeba dać sobie spokój z jakimiś dalszymi poszukiwaniami i cieszyć się tym, co się ma 🙂
Pozdrowienia!
A w takim razie dobrze i niedobrze. Opisałem twój DAC, ale pod niewłaściwą nazwą. Pułapki czają się wszędzie, Agata Christie nawet twierdziła, że wszędzie czai się zło. W wymianie zdań z Audiomagic była mowa o X30, ale najwyraźniej to R30 teraz królem i ma obwód bardzo zbliżony do Audiobyte, a nie samą regulację głośności w oparciu o R2R. Tytuł recenzji zmienię od razu, opis techniczny później.
Sklep wysłał R30 bo taka była prośba 🙂
Dobrze się stało że nie wysłali X30, bo ten podobno aż tak udany jak R30 nie jest. Przeczytałem sporo przed zakupem i ci co porównywali oba urządzenia piszą że R wygrywa w każdym aspekcie z X.
U mnie były dwa DACi na testach bezpośrednich: R30 i Venus 15. Ten drugi wizualnie pasował do reszty sprzętu przepięknie: wszystkie inne urządzenia prócz końcówki były identyczne wymiarowo i wizualnie jak od jednego producenta, bardzo mi się to podobało. Ale finalnie został R30, grał muzykę emocjonalną, dociążoną, ludzką. Venus przy nim to chudzina i bardzo techniczny, a to przecież też R2R. Być może przestrzeń w Venus była minimalnie szersza, ale reszta to takie techniczne granie, na wysokim poziomie, ale to trzeba lubić.
Pewnie już mi mówiłeś, ale przypomnij na jakich słuchasz słuchawkach? Ja rozmawiałem o wypożyczeniu z szefem, a Ty może z pracownikiem? Nieważne, grunt że przyszedł lepszy i właśnie twój. A przede wszystkim, że jest taki dobry. Wzmacniacz słuchawkowy może też będzie, nawet nie zdążyłem o nim przeczytać, czy też jest tak dobry.
Tak, wysłałem do nich maila z prośbą o wypożyczenie dla Ciebie, a w historii mailowej była faktura, że od nich kupiłem, więc wiedzieli że chodzi o R30. Pozatym R jest dużo bardziej popularniejszy od X, a że nazwa prawie taka sama, to może nawet i szef się pomylił, z korzyścią dla wszystkich 🙂
R30 gra u mnie z Jays CD 3mk3, AVM PA8 oraz Plinius Reference. Różne kable, w tym głównie DIY na markowych komponentach.
Będę też robił odsłuchy z K1000 i integrą 300B od Allnic, ale to jak znajdę czas.
A co produkuje dźwięk?
Na pierwszym zdjęciu, na wyświetlaczu stoi jak byk R30! A więc zrecenzowany DAC to R2R, nie żadne tam Sabre, które raczej tak muzykalne nie jest…
Poprawione, poprawione. Swoją drogą zabawnie wyszło.
U mnie produkuje dzwięk Martin Logan Odyssey
Znam z AVS. Ekstremalna precyzja.
Dokładnie ale reszta toru musi być dobrze dobrana – głównie chodzi o dociążenie dźwięku. Jeśli system jest zbyt lekki, to z tymi kolumnami dobrze się nie zgra. Zapewne dlatego Venus 15 mi nie podszedł, a ma przecież mnóstwo pochwał w necie. U mnie grał zbyt technicznie, głosy były zbyt lekkie, niedociążone, chociaż detaliczne.
R30 natomiast bardzo się wpasował i zagrało to rewelacyjnie, lepiej nawet o Lampizatora B7 którego miałem przedtem (denerwował mnie:).
Po pierwszych zachwytach nad R30 naszła mnie myśl, że skoro DACi z tych nowych produkcji są wstanie dać taki dźwięk za niespełna 13k zł, to co muszą dawać nowe DACi za 30 czy 40k i czy warto trochę na nie pozbierać… Można się w tym zagubić i zapomnieć, po co ten sprzęt jest w domu – żeby dawać radość, przyjemność z obcowania ze sztuką, a nie żeby był celem sam w sobie.
Także ja już odpadam, przez najbliższe lata nic nie ruszam w sprzęcie i cieszę się z tego co jest. Dzięki Piotrze za łagodne o tym przypomnienie 🙂
Wydaje mi się, że dla tych kolumn najważniejsze poza odpowiednim napędem dla samej sekcji elektrostatycznej jest płynne brzmieniowo powiązanie jej z niskotonową. A to zadanie niełatwe, w prezentacji na AVS się nie do końca powiodło.
AKG K1000 to jeszcze inna historia. Warto je sprawdzić z tym: https://hifiphilosophy.com/recenzja-ear-yoshino-v12/, choć oczywiście do 300B nie zniechęcam.