Recenzja: Gustard R30

     Cóż można jeszcze powiedzieć na temat przetworników? Wszyscy wdrożeni w temat jakościowych reprodukcji muzycznych mają świadomość zasadniczej teraz ich roli, co nie dotyczy jedynie korzystających głównie lub wyłącznie z gramofonów. Tak więc kwestia ogólna, tyle razy już wałkowana, spada z tablicy informacyjnej, tego są wszyscy świadomi i wszyscy mają bardziej lub mniej wyrobione zdania odnośnie poszczególnych marek i zagadnień technicznych, w rodzaju modeli przetwarzania oraz jakości poszczególnych transferów cyfrowych. Ale tym gorętsza staje się kwestia szczegółowa: który konkretnie przetwornik wybrać? Jako że w odniesieniu do niej trafiamy na istny ocean sprzętowy i ceny od groszowych po kosmiczne. Groszowe w tym momencie nas nie interesują, kosmiczne także nie, lądujemy dokładnie pomiędzy, bierzemy się za ocenianie dużego gabarytowo przetwornika o rozbudowanych możliwościach technicznych, kosztującego 13 tys. PLN. Kosztującego zatem całą solidną pensję, a może jednak trochę więcej – na sprawę można spoglądać różnie, ale nie o tym teraz mowa. Bez szczegółowych dywagacji da się stwierdzić, że kto się może pochwalić przyzwoitym zarobkowaniem, tego na tytułowego Gustarda stać, do rozstrzygnięcia pozostaje, czy będą to dobrze wydane pieniądze.

    Sądząc po głosach w Internecie, który stał się wyrocznią ale bywa niejednoznaczny, wydane jak najsłuszniej – i w tej sytuacji ciągnięcie tematu wydaje się zbyteczną mitręgą piszącego i stratą czasu czytających. Ale, jak powiadają, diabeł zwykł tkwić w szczegółach – to jeden powód, a kolejny, to prośba czytelników.

    Przeglądając wszechsprawczy Internet, ku swemu zaskoczeniu nie trafiłem na plejadę recenzji, nie trafiłem nawet na żadną polską na pierwszych stronach wyszukiwarki Google. Niezależnie od tego czy dość dobrze szukałem, czy tak tylko po łebkach, deszcz recenzyjny na mnie nie spadł, spadły same luźne opinie. A skoro tak, to może warto ździebko lub więcej czasu temu Gustardowi poświęcić, sycąc przy okazji własną ciekawość, zalewem pozytywów rozbudzoną.

    Jeden z proszących tak się zaangażował, że nawet sam zadzwonił do dystrybucji i wstępnie uzgodnił przysłanie, a była to już druga dystrybucja – wcześniejsza mnie samemu obiecała i słowa nie dotrzymała. Ostatecznie ciągnący się miesiącami temat recenzji przetwornika Gustard R30 sfinalizował się przesyłką – słów więcej już nie mnożąc prócz tych z podziękowaniami dla wszystkich na rzecz działających, pora brać się za sprawę.

     Tę należy rozpocząć od podstaw, czyli od producenta, którego nazwa nic mi nie mówiła, nie działam bowiem jako bibliotekarz w bibliotece nazw firm produkujących aparaturę audio, której katalog opiewa ponoć na przeszło dwadzieścia tysięcy pozycji. Gustard? Co to znowu za Gustard?

   Okazuje się, że to chińska marka związana z Shenzen, w której to osiemnastomilionowej metropolii ze stumilionowego Megapolis Rzeki Perłowej działa aż przeszło sto firm z branży audio, w tym SMSL, Shanling, Aune, HiBy, Moondrop, Fosi, 7Hz, Soundmagic, Anker, Soundpeats, Truthear, Horn, Edifier, Matrix i pośród onych także Gustard. (Ciekawa lista, nieprawdaż?)

     Gustard, czyli w rozwinięciu do pełnej nazwy Shenzhen GUSTARD Technology Co., Ltd. – powstała w 2013 roku firma specjalizująca się w stacjonarnych przetwornikach, odtwarzaczach sieciowych, wzmacniaczach słuchawkowych i zegarach wzorcowych, sama o sobie mówiąca, że preferuje sprzedaż bezpośrednią z uwagi na obniżkę kosztów, dysponuje pełnym zapleczem badawczym, rozwojowym i produkcyjnym, a przy tym ściśle współpracuje z amerykańskim ESS Sabre, dostawcą mistrzowskich kości DAC.

Technologia

   Przetwornik, jak zdążyłem zauważyć, jest gabarytowo spory, a wyrażając się dokładnie – pełnogabarytowy. Na 43 centymetry szeroki i prawie 10 wysoki, rozciąga się do tyłu na solidne 30, przy słusznej wadze bez mała 10 kilogramów. Kto chce się dowiedzieć wszystkiego, czego można się o nim dowiedzieć (a jest tam tego niemało), powinien zajrzeć na stronę https://www.gustard.com/?post_type=products&page_id=23079, sam powyławiam stamtąd jedynie najważniejsze rzeczy.

     Najważniejsza wydaje się ta, że to przetwornik z typem konwersji R2R, czyli obecnie uchodzącej za najdoskonalszy wzorzec. Przetwornik wspierany przez pełną optymalizację obwodu i zegar OCXO,

także potężne zasilanie: osobne dla sekcji cyfrowej i analogowej własnego chowu sporych rozmiarów zapuszkowane toroidy o parametrach skrojonych pod obsługę urządzeń audio umieszczono w obudowie po lewej stronie i oddzielono od piętrowej architektury obwodów metalowym ekranem.

    W obszernych trzewiach istny rój układów elektronicznych, wygląd zewnętrzny obejmuje warianty całkowitej czerni albo srebrnego grzbietu. Front zawsze będzie czarny, podzielony idąc od lewej na zlewający się z całością ekran informacyjny (wyświetlający aktywowane cyfrowe wejście oraz zadaną częstotliwość próbkowania), w centrum u góry mający postać symbolu marki indykator włączenia i pod nim cyfrowo wyświetlany poziom głośności (bądź informacja o tym, że regulację jej bajpasowano), po prawej ekran dotykowy głośności tej skalowania oraz wyboru ustawień.

     Z tyłu rozrzucone stronami analogowe wyjścia, po jednym XLR i RCA, pomiędzy nimi sekcja gniazd cyfrowych, oferująca przyłącza USB, koaksjalne, AES/EBU, LAN, optyczne, dwa typy I2S, Trigger in/out i przyłącze dla zewnętrznego zegara oraz dok dla karty pamięci. Po prawej, patrząc od tyłu, trzybolcowe gniazdo zasilania z regulacją 110/220V, komorą bezpiecznika i kołyskowym włącznikiem głównym.

     Całość osadzono na czterech centymetrowej wysokości srebrzystych walcach z funkcją resoru, towarzyszy jej zgrabniutki plastikowy pilot, pozwalający na obsługę ustawień i głośności. Według zapewnień twórców zadbano o współpracę z platformami streamingowymi, o maksymalną eliminację jittera i brak zakłóceń ze strony hardware.

     Od strony estetycznej poza pełnogabarytową wielkością wyróżnia się czerń frontonu, całego zdającego się być ekranem o blado białym podświetleniu znaków, wyszczotkowane aluminium zjawia się dopiero jako wąski rant górny i cieniuteńki dolny oraz wielka płaszczyzna grzbietu z też wielkim grawerunkiem GUSTARD.

     Wygląd ten zdał mi się wysmakowanym, a jego powszechna czerń idealnie się wpasowała w moje oczekiwanie czarności u urządzeń audio. (Z czarnych najlepiej mi się słucha, nie absorbują wzroku.)

Brzmienie

     Brzmienie okazało się zrazu mieć jeden wyróżnik, a była nim analogowość. Jak to wypadało w wykonaniu Audio-Techniki ATH-ADX7000, można przeczytać w ich recenzji, w dużej części opartej na odsłuchach z Gustardem. Napiszę teraz o wrażeniach ze słuchawkami własnymi, ale wcześniej, zgodnie z tradycją, garść technicznych szczegółów procedury słuchania. Na wstępie zbadałem relacje między sygnałem czerpanym z konwertera IRIS poprzez kable Hijiri koaksjalny a Acrolink AES/EBU oraz wyniki podłączania wzmacniacza Phasemation symetrycznym Tellurium Q Black Diamond i niesymetrycznym Next Level Tech ETHER.

     Odnośnie pierwszego rozróżnienia zaznaczyła się minimalny różnica przewagi ciepła i muzycznego czaru poprzez koaksjalny Hijiri względem bardziej chłodnego, obiektywizującego i kładącego większy nacisk na precyzję AES/EBU od Acrolinka. Czy byłyby te różnice rozpoznawalne w ślepym teście? Wątpię. Ale przy szybkich przejściach dawały się usłyszeć. (Ostatecznie wybrałem Hijiri.)

     Drugie porównanie zdawało się być bardziej zasadniczym w obliczu nacisku kładzionego przez konstruktorów Gustarda na symetryzację, ale i pod tym względem różnica okazała się nikła. Odniosłem jedynie wrażenie, że w symetrycznej konfiguracji Gustard bardziej dążył do wyszarpania z przekazu szczegółów nieznacznym kosztem melodyjności, ale oba analogowe łącza spisywały się świetnie, a potrzebne każdemu kilkunastominutowe ogranie jeszcze spłaszczało różnice poprzez dystynkcję czasową. Dla świętego spokoju wybrałem symetryczne, jako bardziej przez twórców akcentowane, mimo iż to niesymetryczne podobało mi się ciut bardziej. (Zapewne kwestia samych kabli.) Filtrację swoim zwyczajem (nieczęsto mającym odstępstwa) ustawiłem na Super Slow, tryb NOS (Non-Oversampling) uczyniłem aktywnym, regulację głośności zablokowałem.

Z Dan Clark Audio STEALTH

    Oto niezwykle wymagające słuchawki – i względem mocy, i jakości. Jednak nic to, nie tym razem, a wręcz przeciwnie – egzaminowany z ich pomocą Gustard test zaliczył wręcz nomen omen śpiewająco. Przed konkretami odnośnie brzmienia najpierw jednak uwaga tycząca porównania z dopiero co testowanym konkurencyjnym (także cenowo) przetwornikiem od Audiobyte. Nie wiem czy kogoś to rozbawi, ale mnie trochę rozbawił fakt, że tamten stojąc dniami i nocami pod prądem do startowego u niego stanu super wyraźności dorabiał coraz lepszą melodykę, podczas kiedy u Gustarda na odwrót, on do startowej super melodyjności dokładał coraz większą wyraźność. Czy się na koniec spotkały w jednakowej obróbce, tego nie umiem powiedzieć, czasowy limit nie stworzył możności bezpośredniego porównania, ale że finalnie grały podobnie, to ponad wszelką wątpliwość.

    Super wyraźność u Gustarda przy STEALTH miała echową oprawę, co dla tych słuchawek stanowi normę, powtórzyła się też sytuacja spotkana przy Audiobyte – ani trochę podbita tonacja, ani też śladu braku wypełnienia. Ciemne i nasycone brzmienie przetykane migotliwością sopranów, silne, a nawet wyjątkowo silne (silniejsze chyba niż przy Audiobyte, może skutkiem symetryzacji?) odcinanie dźwięków od tła, leciutkie podkreślanie konturów echem i nie tak doskonale jak u konkurenta, ale wciąż znakomite modelowanie sferyczne. Przytłaczająca też dynamika i…  – i poczułem potrzebę sprawdzającego przejścia na kabel niesymetryczny, z którym produkował się Audiobyte, albowiem mi się go w konfiguracji symetrycznej przetestować nie chciało. – I bęc! – czernie spuściły trochę z czerni, a dynamika z dynamiki, za to modelowanie przestrzenne i analogowa elegancja płynięcia przybrały na sile. Można więc było wybierać, który typ brzmienia Gustarda się woli, a sam najpewniej bym wolał mieć symetryczny kabel Next Level. Wspomniany naddatek echowości też został usunięty, a tonacja ciut w górę – i to była jedyna zmiana, która była trochę wątpliwa. Remedium na nią okazało się przejście na łącze AES/EBU, lekko obniżające tonalność i ciut odejmujące ciepła – niemniej to ciepło wciąż obecne, a całość lepiej poskładana.   

     Kombinowanie więc i kombinowanie, i koniec końców granie poprzez interkonekt niesymetryczny i złącze AES/EBU spodobało mi się najbardziej, w odruchu znajdowałem je jako najdoskonalej naturalne, najprawdziwsze głosowo. (Ale dynamizm przy symetrii lepszy, a gęstość również gęstsza.)      

     Biorąc pod uwagę kaskadę pochwał, jakie posypały się pod adresem Audiobyte SuperVOX za brzmienie z DCA STEALTH, wypada teraz zadać pytanie, czy Gustard temu dorównał? Otóż z całą pewnością, a już zwłaszcza w wyselekcjonowanej ostatecznie konfiguracji. Brzmienie zjawiało się utwór po utworze dojmująco prawdziwe i ekstatycznie piękne. (Nie przesadzam.) W odniesieniu do ludzkich głosów namacalne, organiczne, głęboko zindywidualizowane i równie głębokie emocjonalnie, wraz z czym pozbawione sztuczności, udziwnień i technologii spodeń wyzierającej. – Analogowe w całej krasie i wolne od pogłosowej przesady, do czego same słuchawki dorzucały zjawiskowe obrazowanie sceny i perfekcję odtwórczą technologii planarnej, tu wspomaganej systemem AMTS na bazie falowodów i rezonatorów Helmholtza z udziałem analizy elementów skończonych i obliczeniowej mechaniki płynów. Bas gigant się gigancił (a taki bas w tych słuchawkach to sporadyczny wyjątek) i pozwalał przenikać w swą wewnętrzną strukturę, a zniekształcenia znikały jak się niemal nie zdarza i ciśnieniowość medium zgniatała, mimo takiego ataku też pozwalając widzieć pod sobą całą złożoność dźwięków. Z kolei głosy potrafiące się nieraz odznaczać dziwnością przestawały być sztucznie dziwne, a te niemalże rozpaczliwe (jak choćby bliskiej śmierci Judy Garland z jej ostatniego koncertu) pomimo zdarcia i zadyszek zyskiwały ujmująco ludzką i przeraźliwie zasmucającą postać.

    Kanon Bacha łaskaw był przybyć jako zdumiewająco autentycznie wydobywana z klawesynu plątaniną nakładających się dźwięków, o których słusznie ktoś kiedyś powiedział, że gdyby ów strumień przerwać, nikt inny by nie umiał rozwijać go i splatać dalej w tak mistrzowskim splątaniu. Delikatność się delikaciła i dotykała łagodnie melodyjnym swym snuciem, echa – kiedy słusznie zjawiały się echa – okazywały się twórcze i sensowne, struny gitary elektrycznej potrafiły przejawiać energię zdolną rozrywać uszy, a paleta nastrojów obejmowała wszelakie i wszystkie nasycała. Divertimento Mozarta już prawie że zrywało się do lotu (co się u tych słuchawek nie zdarza), takie było porywcze i w tej porywczości lotne, a wszystkie dźwięki dostawały jak gdyby dodatkowej warstwy złożoności, złożoność ich podkreślającej, co pośród wszystkich owych pozytywów najbardziej mi się podobało i było dla Gustarda ekskluzywne: nie przypominam sobie w ostatnich czasach przetwornika obsługującego komputer o aż tak dużej złożoności dźwięku. (Oto drugi obok muzykalności wyróżnik tego urządzenia.) Tlen, wilgoć itp. – wszystko nawet więcej niż takie jakiego nam potrzeba, na jakże cenny dodatek interkonekt Next Level nabierał z upływem czasu energii (dorównującej symetrycznemu po jakiejś pół godzinie), by dopełniać znakomitość obrazowania pełnym rozmachem energetycznym. Co wszystko razem spowodowało patrzenie przeze mnie na tego Gustarda już nie tylko aprobującym, ale też pożądliwym wzrokiem: nic bym nie miał przeciwko temu, żeby stał się referencją redakcji, wyzwaniem dla porównywanych.

     Celem rozwiania śladu wątpliwości na koniec podrozdziału napiszę, że STEALTH grały z nim szatańsko dobrze, to była prawdziwa uczta.

Brzmienie cd.

Z Susvara Unveiled

    Drugiej generacji Susvary potrafią więcej wybaczać, nie tak łatwo jak STEALTH stoczyć je w mroczną dolinę zwątpienia, ale z drugiej strony wynieść na brzmieniowe wyżyny bynajmniej nie jest łatwiej. Poprzez Gustarda można sobie było wybierać bardziej miękkie, gorące i o włos dłużej frazowane brzmienia transferem poprzez koaksjalny Hijiri, lub w dalszym ciągu miękkie, ale już bardziej sprężyste i wyczuwalnie chłodniejsze, jak również minimalnie krócej podtrzymywane, w zamian mocniejszym konturem wyosobniane, zwłaszcza w odniesieniu do drugoplanowych, via AES/EBU Acrolink. To pierwsze jawiło się jako bardziej ludzkie, gdy drugie bardziej biegłe technicznie, sam diabeł by nie wiedział, które lepiej zostawić. Ale nie, chyba by wiedział, bo z AES/EBU było smutniejsze, ku jego własnej pociesze. (Czy Diabeł topi się w zgryzocie i dlatego musi pocieszająco sycić cierpieniami innych, gdy Bóg, jako najdoskonalszy, samotnie cierpi najbardziej?)  

    Pominę te teologiczne rozważania i przejdę do tego, że również Susvary, analogicznie jak na początku Audio-Technica a później STEALTH, z niebywałą precyzją izolowały i opisywały wyizolowane dźwięki, przy czym u Susvar ta izolacja nie była ani trochę mniej doskonała, a ekspozycja bodaj najlepsza. Jednocześnie te dźwięki najlepiej u niej kooperowały, najdoskonalej budując całościowy wyraz muzyczny: nie da się ukryć, że poprzez ich magię wokaliści jawili się najbardziej w magię własnej obecności wtrąceni, Elvis Presley na przykład był aż niezdrowo prawdziwy, poczułem się odrealniony na skutek jego realności. Najgłębsze też to było granie i najbardziej analogowe, najdalsze także od zniekształceń w najbardziej krytycznych momentach, jak też najbardziej zawodzące (w sensie śpiewnego zawodzenia, a nie rozczarowującego zawodu) – najdoskonalsze i muzycznie, i technicznie, i artystycznie, i nastrojowo. Skupione na nastrojach i oferowaniu piękna, które – co tu się opisowo rozwodzić – było porażające. Krztyny nie było w tym popisującej się sztuczności – jakiegoś utwardzania dla uzyskania lepszej sprężystości i dynamiki, basowo przedobrzonego dudnienia, jakiegokolwiek efekciarstwa kosztującego arealność. Struny gitar nie tak naprężone jak u STEALTH, a mimo tego głębsze i prawdziwsze; głosy nie próbujące być tak wyraźnymi i wyodrębnionymi, a mimo tego obecne aż po gęsią skórkę słuchającego; rozchodzenie się dźwięku najbardziej jak prawdziwe i efektowne holograficznie.

    Można powiedzieć, że był to popis bez starania się o popisy, dzięki czemu muzyka była tutaj najbardziej sobą, co za najlepszy popis starczało. Synergia między dźwiękami całkowita i taka sama w odniesieniu do składników toru – prezentacja kompletna bez potrzeby udziału jakiejś strasznej drożyzny (no, może same słuchawki) i bez odwoływania się do techniki lampowej. Dla przykładu zejścia na kontrabasie chciały rozwalić mi głowę i czułem się jakbym siedział w pudle (akurat ten typ realizacji), a Divertimento Mozarta właściwie pofrunęło, do tego stopnia niosły je skrzypce.
     Generalnie byłem pod wielkim wrażeniem wszystkich co lepiej nagranych utworów orkiestrowych, obrazowanie orkiestr jawiło się jako naprawdę niezwykłe zarówno pod względem analitycznej separacji instrumentów, jak i produkowania z tego brzmieniowej całości.
     Bardzo rzadko można spotkać w słuchawkach tak prawdziwe orkiestry i tak prawdziwe widownie: złożonościowe relacje przestrzenne – od nich nie można się było oderwać; jakoś sobie nie przypominam, żeby któryś przetwornik użyty z tymi Susvarami z taką swobodą i obfitością słuchaczowi je rzucał, żeby taka wieloplanowość i w nią wkładana sferyczność i postaci i dźwięków przy komputerze się zjawiły. A jednocześnie nie było tutaj najmniejszego odjęcia pod względem szczegółów czy obrazowania niedociągnięć: wszelakie niedoskonałości nagrań – i te w skutek ich wiekowości, i te przez źle skalibrowaną aparaturę i niekompetencję techników w całości były jawne, jak same dźwięki czytelne. Mimo to się zjawiały jako produkcje chciane, walory przeważały nad niedoskonałościami, a jednocześnie pojawiała się właściwa perspektywa odbioru.
     Na takim ukazaniu relacji przestrzennych i tak wiernym modelowaniu dźwięków korzystała rzecz jasna wszelka muzyka, korzystał też najcięższy rock. A że nie przejawiał żadnych niedomóg, przeciwnie – był potężny, energetyczny i drapieżny – słuchało się go równie wspaniale jak chórów czy orkiestr.
     Muzyka, każda jedna, nawet najbardziej kameralna, oddychała przestrzenią i w niej się pławiła, obrazy towarzyszyły jej równie mocno jak dźwięki, chciało się tego słuchać i słuchać.

     Dość może już tych pochwał, bo wystarczy powiedzieć, że było to spotkanie z muzyką zdumiewające prawdziwością. Tyle.

Zbierając

    Mógłbym się wybrać po inne słuchawki i daleko bym nie miał, ale nie widziałem w tym sensu. Najlepsze posiadane bez wątpienia powiedziały najwięcej o tym, co może ta maszyna, a że to okazało się być czymś, czemu należy wyrazić uznanie, nie istniał powód dokładania do tego jakichś innych historii.   

     Przetwornik jest wzorcowy – jak za te pieniądze, na pewno. Z jednymi i drugimi popisowymi słuchawkami sam jawił się jako popisowy, nie znalazłem żadnej krytycznej uwagi, którą mógłbym skierować pod adres jego twórców. Popisowemu konkurentowi od Audiobyte ustąpił jedynie pod względem konieczności wygospodarowania pod siebie więcej miejsca, ale brzmieniowo o włos nawet, o ile nie okazał się jeszcze wybitniejszy (czego nie chcę przesądzać bez bezpośredniego porównania). Finezja tworzenia dźwięków, a właściwie to nie finezja, a wskrzeszanie, powrót do pełni życia z cyfrowego zapisu w połączeniu z doskonałością inkarnacji przestrzeni, czuciem oplatania nią dźwięków stwarzanych przez żywych ludzi (ich samych i ich instrumenty) to działało na wyobraźnię i z siłą faktu dawało dowód prawdziwości tezy Arthura C. Clarke’a o nieodróżnialności zaawansowanej technologia od magii. Tej magii były tutaj całe zawłaszczane dźwiękami obszary, utwór po utworze wracała myśl, że gra to wprost bajecznie.

     Tak dojmująco realistyczna wizje i takie piękno niesione przez dźwięki? – Czegóż może chcieć więcej audiofil od swej aparatury?   

 

W punktach

Zalety

  • W swoim przedziale cenowym, a nawet powyżej niego, przetwornik referencyjny.
  • Zależnie od wyboru cyfrowego przyłącza mogący oferować odmienne brzmieniowe smaki.
  • Ale każdorazowo pochodzące ze szczytowego poziomu, jedynie różniące się dawką ciepła i powiązanymi z tym wahnięciami nastroju.
  • Zdumiewająca precyzja obrazowania.
  • Oczywiście wraz z nią szczegółowość.
  • Ale szczegóły wkomponowane w przekaz, jedynie te nienależące do nurtu muzycznego potrafią wyskakiwać z siłą dodatkowo potęgującą autentyzm zdarzenia.
  • Sferyczne modelowanie.
  • Popisowy autentyzm głosowy.
  • Popisowy autentyzm scenerii.
  • W tym dźwięków z audytorium.
  • Pełna i głęboka skala emocji dyktowanych muzyką.
  • Efekty przestrzenne rangi wchodzenia w kontakt z magią.
  • Żadnych przeszkód nie stwarzają najtrudniejsze choćby nagrania i trudny we współpracy sprzęt towarzyszący.
  • W efekcie zniekształcenia stają się marginalne, a przecież są nagrania potrafiące nimi aż sypać.
  • Z kolei nagrania archiwalne nie usiłują skrywać swej archiwalności, ale doskonałość odtwórcza czyni je wciąż chcianymi.
  • Energia dźwięku potrafi to wszystko nasycać, dynamizować, uwyraźniać i rozpędzać.
  • Ale najważniejszy w tym wszystkim jest wyraz całościowy, wchodzenie w światy prawdziwych koncertów.
  • W tej sytuacji zbędne staje się wyliczanie, co potrafią poszczególne zakresy, wszystkie muszą potrafić wszystko, ażeby tak się stało.
  • Kolejny atut – pomimo takiej dawki autentyzmu kontakt nie jest męczący, można się tym nasycać godzinami bez poczucia znużenia i przytłoczenia realnością.
  • Wszystko to przestaje aż tak zdumiewać, kiedy zajrzymy do środka.
  • Gdzie mocna sekcja zasilania i rozbudowana sekcja obwodu R2R.
  • Gdzie nie ma ani trochę „audiofilskiego powietrza”.
  • Symetria na pokładzie (ale dla jakości odtwórczej nie ma to raczej znaczenia w sensie wyboru przyłącza).
  • Szeroki zestaw gniazd cyfrowych.
  • Funkcja streamingu.
  • Efektowny i budzący zaufanie wygląd.
  • Mały, praktyczny pilot.
  • Wysoka jakość wykonania.
  • W opiniach same zachwyty.
  • Do których się przyłączam.
  • Made in Megapolis Rzeki Perłowej
  • Sprawdzony polski dystrybutor
  • Budzący aprobatę stosunek jakości do ceny.
  • Wyróżnienie „Ryka Approved!”

 

Wady i zastrzeżenia

  • Prócz konieczność wzięcia pod uwagę pełnogabarytowego rozmiaru, nie ma tu nic do dorzucenia.
  • Ewentualnie to, że z zewnętrznym najwyższej klasy zegarem może stać się zapewne jeszcze piękniej.

 

Dane techniczne

  • Typ Urządzenia: W pełni dyskretny przetwornik R2R Network Streaming DAC
  • Parametry Cyfrowe (USB XMOS XU216): PCM 16-32bit / 44.1 – 768kHz, natywne dekodowanie DSD64 – DSD512 (DoP256)
  • Parametry Cyfrowe (IIS HDMI): PCM 16-32bit / 44.1 – 1536kHz, natywne dekodowanie aż do DSD1024! (DoP256). Pinout konfigurowalny na tylnym panelu.
  • Parametry Cyfrowe (Coax/Optical/AES): PCM 16-24bit / 44.1 – 192kHz, DSD DoP64
  • Streaming Sieciowy: LAN 100/1000 Mbps RJ45 (Oparty na stabilnym module CelWare) wspierający Roon Bridge, HQPlayer NAA, UPnP/DLNA, AirPlay, Spotify Connect
  • System Sterowania Sygnałem: GCLK-02 wsparty przez logikę układów FPGA z zegarem oscylacyjnym OCXO
  • Wejście Zegara (Master Clock): 10MHz, gniazdo BNC, Impedancja: 50Ω (0.2V-3.3V)
  • Wyjścia Analogowe Klasy A (FIXED / VARIABLE): Zbalansowane XLR: 5.1Vrms / Niezbalansowane RCA: 2.5Vrms (Opcja odwrócenia fazy PIN/JIS/EUR w opcjach)
  • Osiągi Akustyczne: Pasmo Przenoszenia: 20Hz-20kHz (±0.2dB), Dynamika: > 123dB, Crosstalk: -139dB @10kHz, SNR: >121 dB, THD+N: <=0.00145% @1kHz
  • Inne Złącza i Funkcje: Czytnik kart TF (wbudowane serwowanie plików przez sieć), Interfejs kontrolny wyświetlacza OLED, Pętla Trigger 12V wejście/wyjście
  • Wymiary i Masa: 430 mm (Szerokość) × 300 mm (Głębokość) × 80 mm (Wysokość bez nóżek) / Waga: 10 kg (Około 11 kg z opakowaniem), Zasilanie: AC 115/230V, 50/60Hz (< 35W poboru)

Cena: 13 000 PLN

Pokaż artykuł z podziałem na strony

11 komentarzy w “Recenzja: Gustard R30”

  1. Marcin K pisze:

    Piotrze,

    Przeczytałem recenzję i podziękowania za nią. Nie mniej jednak bardzo istotna uwaga co do niej: Gustard wypuścił X30 oparty o Sabre, a kilka miesięcy później R30, który jest DACiem R2R. Oba urządzenia wizualnie są identyczne, a odróżnia je tylko mały akcent wykończeniowy płyty aluminiowej pod logiem/włącznikiem „G” na czole urządzenia. W X30 aluminium pod logiem jest zakończone ostro, tworząc kąt, w R30 natomiast wykończenie jest zaokrąglone.

    Jeśli więc zdjęcia w recenzji przedstawiają dokładnie ten recenzowany egzemplarz, to recenzowałeś R30, nie X30.

    Opis techniczny na dwóch pierwszych stronach recenzji dotyczy X30, nie R30.

    W internecie można trochę poczytać o różnicach sonicznych pomiędzy tymi dwoma DACami, ale z grubsza X30 gra bardziej klinicznie, a R30 naturalnie, ciepło i z wypełnieniem – z grubsza tak jak to w recenzji przedstawiłeś.

    Jestem właścicielem R30 i podzielam Twoją opinię, jednocześnie dziękuję za potwierdzenie, że to bardzo dobre urządzenie i trzeba dać sobie spokój z jakimiś dalszymi poszukiwaniami i cieszyć się tym, co się ma 🙂

    Pozdrowienia!

    1. Piotr Ryka pisze:

      A w takim razie dobrze i niedobrze. Opisałem twój DAC, ale pod niewłaściwą nazwą. Pułapki czają się wszędzie, Agata Christie nawet twierdziła, że wszędzie czai się zło. W wymianie zdań z Audiomagic była mowa o X30, ale najwyraźniej to R30 teraz królem i ma obwód bardzo zbliżony do Audiobyte, a nie samą regulację głośności w oparciu o R2R. Tytuł recenzji zmienię od razu, opis techniczny później.

      1. Marcin K pisze:

        Sklep wysłał R30 bo taka była prośba 🙂
        Dobrze się stało że nie wysłali X30, bo ten podobno aż tak udany jak R30 nie jest. Przeczytałem sporo przed zakupem i ci co porównywali oba urządzenia piszą że R wygrywa w każdym aspekcie z X.

        U mnie były dwa DACi na testach bezpośrednich: R30 i Venus 15. Ten drugi wizualnie pasował do reszty sprzętu przepięknie: wszystkie inne urządzenia prócz końcówki były identyczne wymiarowo i wizualnie jak od jednego producenta, bardzo mi się to podobało. Ale finalnie został R30, grał muzykę emocjonalną, dociążoną, ludzką. Venus przy nim to chudzina i bardzo techniczny, a to przecież też R2R. Być może przestrzeń w Venus była minimalnie szersza, ale reszta to takie techniczne granie, na wysokim poziomie, ale to trzeba lubić.

        1. Piotr Ryka pisze:

          Pewnie już mi mówiłeś, ale przypomnij na jakich słuchasz słuchawkach? Ja rozmawiałem o wypożyczeniu z szefem, a Ty może z pracownikiem? Nieważne, grunt że przyszedł lepszy i właśnie twój. A przede wszystkim, że jest taki dobry. Wzmacniacz słuchawkowy może też będzie, nawet nie zdążyłem o nim przeczytać, czy też jest tak dobry.

          1. Marcin K pisze:

            Tak, wysłałem do nich maila z prośbą o wypożyczenie dla Ciebie, a w historii mailowej była faktura, że od nich kupiłem, więc wiedzieli że chodzi o R30. Pozatym R jest dużo bardziej popularniejszy od X, a że nazwa prawie taka sama, to może nawet i szef się pomylił, z korzyścią dla wszystkich 🙂

            R30 gra u mnie z Jays CD 3mk3, AVM PA8 oraz Plinius Reference. Różne kable, w tym głównie DIY na markowych komponentach.
            Będę też robił odsłuchy z K1000 i integrą 300B od Allnic, ale to jak znajdę czas.

          2. Piotr Ryka pisze:

            A co produkuje dźwięk?

    2. Sławek pisze:

      Na pierwszym zdjęciu, na wyświetlaczu stoi jak byk R30! A więc zrecenzowany DAC to R2R, nie żadne tam Sabre, które raczej tak muzykalne nie jest…

      1. Piotr Ryka pisze:

        Poprawione, poprawione. Swoją drogą zabawnie wyszło.

  2. Marcin K pisze:

    U mnie produkuje dzwięk Martin Logan Odyssey

    1. Piotr Ryka pisze:

      Znam z AVS. Ekstremalna precyzja.

      1. Marcin K pisze:

        Dokładnie ale reszta toru musi być dobrze dobrana – głównie chodzi o dociążenie dźwięku. Jeśli system jest zbyt lekki, to z tymi kolumnami dobrze się nie zgra. Zapewne dlatego Venus 15 mi nie podszedł, a ma przecież mnóstwo pochwał w necie. U mnie grał zbyt technicznie, głosy były zbyt lekkie, niedociążone, chociaż detaliczne.

        R30 natomiast bardzo się wpasował i zagrało to rewelacyjnie, lepiej nawet o Lampizatora B7 którego miałem przedtem (denerwował mnie:).

        Po pierwszych zachwytach nad R30 naszła mnie myśl, że skoro DACi z tych nowych produkcji są wstanie dać taki dźwięk za niespełna 13k zł, to co muszą dawać nowe DACi za 30 czy 40k i czy warto trochę na nie pozbierać… Można się w tym zagubić i zapomnieć, po co ten sprzęt jest w domu – żeby dawać radość, przyjemność z obcowania ze sztuką, a nie żeby był celem sam w sobie.

        Także ja już odpadam, przez najbliższe lata nic nie ruszam w sprzęcie i cieszę się z tego co jest. Dzięki Piotrze za łagodne o tym przypomnienie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

© HiFi Philosophy