Recenzja: Fram Space Maxi

   Frama ciąg dalszy? Fram reaktywacja? Fram ewolucja? Można to różnie nazywać, a rzecz sprowadza się do tego, że marka Fram (z którą pierwszy kontakt, zatytułowany „Fram Midi”, poprzedzał zeszłoroczny AVS) cały czas sposobi się do ofensywy rynkowej, zbierając siły i doświadczenia. Sposobienie to posiada rys charakterystyczny dla naszych czasów, polegający na coraz wyższym szacowaniu kosztów, czego wyrazem fakt, że nie udało się utrzymać pierwotnych oszacowań uniwersalnych głośników podstawkowych i podłogowych, w związku z czym producenci zdecydowali się zaoferować produkty z wyższej półki.  Recenzowane teraz podłogowe Fram Space Maxi oszacowane zostały na 23 tys. PLN, celując w bycie wysokiej klasy uniwersalnymi kolumnami do średnich i dużych salonów (20 – 60 m²). Uniwersalnymi, to znaczy do kina i do klasycznego audio; i żeby prędko złagodzić cenę dodajmy, iż kolumny są całkowicie aktywne i oferują nie tylko wejścia analogowe , ale także kilka cyfrowych, a nawet łączność bezprzewodową. Nowoczesność zatem na max i jak najbardziej w zgodzie z nazwą, a dodatkowy słodzik to informacja, że w skład zestawu wchodzi okablowanie łączące oba głośniki i przede wszystkim zasilające, wobec czego oszczędność potrójna. Dla recenzenta mniej może znacząca, bo przywykł do posiadania kabli, ale dla kogoś zaczynającego dopiero kompletowanie sprzętu nader ważka. Bo wzmacniacz, choćby najskromniejszy, to ładnych parę tysięcy, a przyzwoite okablowanie co najmniej drugie tyle. Tym samym od ceny zestawu Fram spokojnie możemy odjąć dychę i same głośniki oszacować jako kosztujące koło dziesięciu tysięcy. To niemało – w Media Markt tańsze komplety się liczą w tuzinach – ale tamto to głośnikowy badziew powtykany w najordynarniejszą sklejkę, a my rozmawiamy o czymś poważnym, a nawet luksusowym. O metrowych kolumnach – całych aluminiowych i dzięki temu rewelacyjnie się prezentujących; mających nawet chromowane otoki wokół głośników, tak żeby żona zadowolona. Co ma niebagatelne znaczenie, jako że salon i kobieta to potencjalna eksplozja, więc trzeba być saperem. Saper zaś, jak wiadomo, działa z kółkiem podłączonym do prądu, czyli wszystko się zgadza. Tych kółek mamy tu aż po pięć w każdej kolumnie, więc dać się powinno rozminować. Lecz w gruncie rzeczy chodzi o to, czy sami nie wejdziemy na minę. Czy dźwięk nas w pełni zadowoli, czy też mina nam zrzednie i minorowy nastrój. O tym jest ten artykuł, ale wpierw przypomnienie o Framie.

Punkt wyjścia to rok 2012 i kolumienki biurkowe Studio Oslo – podobnie jak te aktywne. Jako produkt założonego w 1995 Ancient Audio, czyli sławny Jarosław Waszczyszyn. Punkt drugi to adnotacja, że wszystko stale drożeje, ponieważ ceny robocizny i materiałów idą nieustająco w górę. I do tego istotny aneks, że w warunkach amatorskiego DIY da się wprawdzie zmajstrować coś niedrogiego, ale wejście w produkcję masową, spełnienie wszystkich norm (w tym bardzo ważnych bezpieczeństwa), zagwarantowanie powtarzalności i zapewnienie dystrybucji wraz ze sprawnym serwisem, to całkiem inny przedział kosztów i rzecz trzeba mieć na uwadze. Kolejnym punktem nazwa „Fram”, znacząca po norwesku „Naprzód”. To nawiązanie do norweskiego Oslo, od którego nazwę wzięły pierwsze głośniki, a u nich Oslo z powodu, że tam działa studio nagraniowe z nich właśnie korzystające, plus zastosowany przy ich projektowaniu powściągliwy skandynawski design. Następny etap to procesor dźwiękowy Ancient Audio P-3 MK IE, wynaleziony przez Waszczyszyna i grupę współpracowników w 2014. Którego nieprzeciętne zdolności do transformacji i uszlachetniania dźwięku swego czasu opisywałem i który w tych nowych Fram Space Maxi jest. Teraz na scenę wkracza założona w 2016 firma Digital Speaker Manufacture, mająca te Fram produkować, na bazie wyrafinowanej obróbki aluminium oraz wzmacniaczy w klasie D i 24-bitowych przetworników A/D i D/A. W pierwszym rzucie przy zastosowaniu głośników o membranach aluminiowych, ale to się zmieniło – a co dokładnie, już mówię.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

7 komentarzy w “Recenzja: Fram Space Maxi

  1. Piotr Ryka napisał(a):

    Pojechałem na AVS. Do poniedziałku.

  2. Mariusz napisał(a):

    A gdzie „wady i zastrzeżenia 😉 Ana poważnie, to udanych łowów na tym całym Ałdioszoł , zwłaszcza w śród zwierzyny słuchawkowej , bo ostatnio sypneło nowościami. Pozdrawiam

  3. Jakubas100 napisał(a):

    Moje osobiste nowe odkrycia po AVS to: MrSpeakers Ether 2, Audiotechnica Adx5000, Final Audio VI (dlugo na rynku ale wczesniej nie bylo okazji), Lcd 2 Classic Closed, douszne RHA t10 z obnizona cena do 700zl. Nie zachwycily mnie jakos Mezze Empyrean.

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Nowe Mr Speakers, Fostex TH909 i Meze Empyrean wróciły ze mną z AVS. Wszystkie są wg mnie pierwszorzędne.

  4. Marek napisał(a):

    Bardzo ta recenzja cieszy – dziekuje!
    Sadze jednak, ze piszac „kobza” mial Pan na mysli dudy, zwane w niektorych okolicach „kozami” ze wzgledu na dekoracyjne glowke kozy. Kobza – to instrument strunowy w stylu mandoliny i nie sadze, zeby w opisie o ten rodzaj dzwieku chodzilo. Moge sie jednak mylic, choc „Scotland” w opisie kaze mi myslec, ze nie.

  5. Zaciekawiony napisał(a):

    Witam, Jak to jest, że z jednej strony w szale audiofilskiego zapędu, maksymalnie upraszczamy tor audio, a na koniec używamy procesora DSP, dopasowując brzmienie?
    Pozdrawiam

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Wcale to upraszczanie nie jest takie powszechne. Weźmy na przykład takie coś, montowane za dopłatą w kolumnach Boenicke:

      http://www.audiosystem.com.pl/produkt/1800/speaker-match-signature

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy