Recenzja: Fram Space Maxi

Odsłuch

Kolumna trochę się poszerzyła i wyraźnie urosła.

   Do sprawy brzmienia tego wszystkiego podchodziłem mimo zapewnień z rezerwą, chociaż też z ciekawością. Odnoszoną szczególnie do zamiany membran na papierowe i całościowych możliwości zmodyfikowanych podłogówek Frama jako kolumn aktywnych. W roli źródła wyzyskany został zrecenzowany ostatnio dCS Rossini, dzięki wzorcowo działającej gałce potencjometru na pilocie wyjątkowo wygodny w użyciu. (Ale jak coś, to kolumny mają własnego.) I do tego uwaga techniczna: wzmacniacze to klasa D, ale stanie pod prądem bardzo im posłużyło, tak więc optimum nie należy oczekiwać minutę po włączeniu. Godzina dużo poprawi, a dwie jeszcze więcej, zwłaszcza gdy chodzi o nasycanie barw oraz temperaturę światła. Niemniej od startu gra już dobrze, czekanie nie jest konieczne. I jeszcze o ustawieniu. Na różne sposoby odginałem, ale u mnie przynajmniej duże Fram zagrały najlepiej w ustawieniu „na monitory”, to znaczy bez odgięcia. Scena najlepiej się spajała i stawała najgłębsza.

I teraz o tym „dobrze”, z jakich mianowicie powodów. Powód najważniejszy był jeden, za to nadzwyczaj ważki: kolumny budują niesamowitą przestrzeń. Jednakże nie w tym sensie, że przestrzeń jakaś ogromna. Duża jest, nawet bardzo duża, ale to by jeszcze nic specjalnego nie znaczyło, bo kolumn dających dużą przestrzeń multum; każde chcące uchodzić za wybitne holograficzną dużą przestrzeń z zupełnym oderwaniem dźwięku dają. Bez tego nie ma o czym gadać, zwłaszcza odkąd maleńkie Zingali zagrały taką przestrzenią, że: – O, cara donna! i O mamma mia!  Ma się rozumieć te wielkie, oderwane i holograficzne przestrzenie mogą być różnej jakości, ale u nomen omen Space Maxi chodzi bardziej o coś innego. Powtórzmy: tamto też mają – jest duża przestrzeń, jest oderwanie i jest jak najbardziej holografia. Tak nawiasem dająca niezbyt głębokie prześwity między dźwiękowymi planami – dźwięki z dalszych są stosunkowo bliskie i bardzo wyraźne, a nie gubiące się i znikające w oddali. Pole zasadniczego popisu leży jednak gdzie indziej, odnosi się do ekstensji, do obszaru jaki potrafią zajmować rozchodzące się same dźwięki. I pod tym względem przepaść, to inny dźwiękowy świat. Wyczuwamy to w każdym nagraniu – wyolbrzymienie pola rozchodzenia się dźwięków zawsze będzie widoczne, a niejednokrotnie niesamowite.

I strzela tera dźwiękiem także do tyłu.

W każdej sesji badawczej używam płyty Pepe Romero z koncertu w Berlinie i nieraz była już o niej mowa. Znakomicie służy do określania stroju gitary i przy okazji głębokości brzmienia, lecz przede wszystkim do pomiaru wyważenia bas-sopran i swoistości brzmienia. Ile drewna pod butem i jaki trzask tupnięcia. Na ile trzaskający, na ile specyficzny, na ile potrafiący uwzględnić także deskę. Czasami tej głuchej deski nie ma, zostaje samo trzaśnięcie. A czasem (chociaż rzadko) zjawia się sama głucha deska, trzaśnięcie wyparowuje. Tak źle i tak nie dobrze, a najlepiej w momencie, gdy zjawia się jedno i drugie, a cały złożony dźwięk daleko się rozchodzi, informując na wstępie o położeniu tancerza. Tak więc jedno tupnięcie, a tyle informacji. Kolumny Fram Space Maxi dawały i trzask, i deskę – i rzecz jasna ekstensję. Ale właśnie ekstensję taką, że lepszą niż kiedykolwiek (sic!). A wystarczy zajrzeć do spisu recenzji, jakie kolumny na ich miejscu stały. Można się oczywiście spierać o prawdę materialną. Jak to faktycznie było na tym berlińskim koncercie? Czy ta ekstensja nie za duża, a może jeszcze mała? Ale tego nie będziemy wiedzieli, ponieważ nas tam nie było, a nawet ci co byli, nie siedzieli na scenie. A nawet ci na scenie, nie w miejscu mikrofonu. To są jałowe spory i w ogóle nie o to chodzi. W muzyce chodzi głównie o przyjemność i wywoływane emocje. I ta przyjemność pod dyktando gitary i tupania w Fram Space Maxi była ze wszystkich dotąd największa. Tak się ten dźwięk rozchodził, takie bogactwo niósł w sobie, że błogo się robiło i urzeczenie kompletne. To samo też oczywiście przy wszystkich innych okazjach i można ogólnie powiedzieć, że wszelkie dźwięki z tych kolumn, po najwyższe soprany włącznie, są niebywale pojemne. Od razu to wyczujesz, to efekt natychmiastowy. Prymarny dla tych głośników, stanowiący o ich wartości. Podobny przy tym do efektu znanego z tub Zingali, uzyskiwany jednak drogą pasywnych membran z tyłu. Tu i tam coś niesamowitego i działającego natychmiast jako swoista magia.

Dobrze to znacie, sami wiecie, kiedy dźwięk jest magiczny. To nieczęsto się zdarza, ale od czasu do czasu wędrując po AVS trafiamy w takie miejsca. Z tym, że różnie to bywa, bo czasem efekt magii nie zjawia się od razu. Nieraz trzeba poczekać, odszukać w sobie wspomnienia, przymierzyć do słyszanego. U Fram Maxi tego nie ma, efekt się zjawia natychmiast. Fakt, że tu grały z dCS i po interkonektach Siltech Royal Signature – ale był obiecywany high-end, nie?

Bogaty panel regulacyjny.

Dobrze, że o tym sprawa, bo trafiamy na efekt kolejny ważny, tym razem na efekt sprzętowy. Sam podczas słuchania wielokrotnie się na tym łapałem, że to nie mój tor lampowy, o czym łatwo było zapomnieć. Bo brzmienie nad wyraz melodyjne i właśnie w stylu lampowym: całkowicie gładkie, wyjątkowo głębokie, barwne i lekko przyciemnione. Już drugi raz, jako powtórka sytuacji przy monoblokach TR-Studio, zdarzyło się, że wzmacniacz w klasie D grał niczym w klasie A. Do tego stopnia analogiczne, że właśnie do zapomnienia. Też z głębią barw, magicznym światłem i dźwiękiem odpowiednio wypełnionym, czego – co pragnę podkreślić – nie doświadczymy w pierwszych minutach. Wtedy grać będzie jaśniej i lżejszym nieco dźwiękiem, ale jak już prąd po obwodach się rozpełznie, to robi się lampowo. I z pewnym rysem charakterystycznym polegającym na tym, że brzmienie jest gładziutkie i mocno nasycone, ale w nim niczym podszerstek zjawiają się soprany i ożywiają przekaz. Nie te soprany z samej góry, działające osobno, tylko takie niczym przyprawa, ażeby więcej smaku. To też było przyjemne, wspomagające całościowy efekt. I jeszcze jedna sprawa związana ze staniem pod prądem – zaraz po włączeniu kolumny mają tendencję do sybilacji. Po godzinie wyraźnie mniejszą, a na dzień drugi całkiem nie ma. Specjalnie puściłem złowrogą „Sweet Jane” i nic nie sybilowała. Przy czym właściwie od początku nie ma problemu starych nagrań, Framy od startu je akceptują, nie ma efektu odrzucenia. Akceptują to zresztą mało powiedziane, one je czynią pięknymi.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

7 komentarzy w “Recenzja: Fram Space Maxi

  1. Piotr Ryka pisze:

    Pojechałem na AVS. Do poniedziałku.

  2. Mariusz pisze:

    A gdzie „wady i zastrzeżenia 😉 Ana poważnie, to udanych łowów na tym całym Ałdioszoł , zwłaszcza w śród zwierzyny słuchawkowej , bo ostatnio sypneło nowościami. Pozdrawiam

  3. Jakubas100 pisze:

    Moje osobiste nowe odkrycia po AVS to: MrSpeakers Ether 2, Audiotechnica Adx5000, Final Audio VI (dlugo na rynku ale wczesniej nie bylo okazji), Lcd 2 Classic Closed, douszne RHA t10 z obnizona cena do 700zl. Nie zachwycily mnie jakos Mezze Empyrean.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Nowe Mr Speakers, Fostex TH909 i Meze Empyrean wróciły ze mną z AVS. Wszystkie są wg mnie pierwszorzędne.

  4. Marek pisze:

    Bardzo ta recenzja cieszy – dziekuje!
    Sadze jednak, ze piszac „kobza” mial Pan na mysli dudy, zwane w niektorych okolicach „kozami” ze wzgledu na dekoracyjne glowke kozy. Kobza – to instrument strunowy w stylu mandoliny i nie sadze, zeby w opisie o ten rodzaj dzwieku chodzilo. Moge sie jednak mylic, choc „Scotland” w opisie kaze mi myslec, ze nie.

  5. Zaciekawiony pisze:

    Witam, Jak to jest, że z jednej strony w szale audiofilskiego zapędu, maksymalnie upraszczamy tor audio, a na koniec używamy procesora DSP, dopasowując brzmienie?
    Pozdrawiam

    1. Piotr Ryka pisze:

      Wcale to upraszczanie nie jest takie powszechne. Weźmy na przykład takie coś, montowane za dopłatą w kolumnach Boenicke:

      http://www.audiosystem.com.pl/produkt/1800/speaker-match-signature

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy