Recenzja: Fram Space Maxi

   Frama ciąg dalszy? Fram reaktywacja? Fram ewolucja? Można to różnie nazywać, a rzecz sprowadza się do tego, że marka Fram (z którą pierwszy kontakt, zatytułowany „Fram Midi”, poprzedzał zeszłoroczny AVS) cały czas sposobi się do ofensywy rynkowej, zbierając siły i doświadczenia. Sposobienie to posiada rys charakterystyczny dla naszych czasów, polegający na coraz wyższym szacowaniu kosztów, czego wyrazem fakt, że nie udało się utrzymać pierwotnych oszacowań uniwersalnych głośników podstawkowych i podłogowych, w związku z czym producenci zdecydowali się zaoferować produkty z wyższej półki.  Recenzowane teraz podłogowe Fram Space Maxi oszacowane zostały na 23 tys. PLN, celując w bycie wysokiej klasy uniwersalnymi kolumnami do średnich i dużych salonów (20 – 60 m²). Uniwersalnymi, to znaczy do kina i do klasycznego audio; i żeby prędko złagodzić cenę dodajmy, iż kolumny są całkowicie aktywne i oferują nie tylko wejścia analogowe , ale także kilka cyfrowych, a nawet łączność bezprzewodową. Nowoczesność zatem na max i jak najbardziej w zgodzie z nazwą, a dodatkowy słodzik to informacja, że w skład zestawu wchodzi okablowanie łączące oba głośniki i przede wszystkim zasilające, wobec czego oszczędność potrójna. Dla recenzenta mniej może znacząca, bo przywykł do posiadania kabli, ale dla kogoś zaczynającego dopiero kompletowanie sprzętu nader ważka. Bo wzmacniacz, choćby najskromniejszy, to ładnych parę tysięcy, a przyzwoite okablowanie co najmniej drugie tyle. Tym samym od ceny zestawu Fram spokojnie możemy odjąć dychę i same głośniki oszacować jako kosztujące koło dziesięciu tysięcy. To niemało – w Media Markt tańsze komplety się liczą w tuzinach – ale tamto to głośnikowy badziew powtykany w najordynarniejszą sklejkę, a my rozmawiamy o czymś poważnym, a nawet luksusowym. O metrowych kolumnach – całych aluminiowych i dzięki temu rewelacyjnie się prezentujących; mających nawet chromowane otoki wokół głośników, tak żeby żona zadowolona. Co ma niebagatelne znaczenie, jako że salon i kobieta to potencjalna eksplozja, więc trzeba być saperem. Saper zaś, jak wiadomo, działa z kółkiem podłączonym do prądu, czyli wszystko się zgadza. Tych kółek mamy tu aż po pięć w każdej kolumnie, więc dać się powinno rozminować. Lecz w gruncie rzeczy chodzi o to, czy sami nie wejdziemy na minę. Czy dźwięk nas w pełni zadowoli, czy też mina nam zrzednie i minorowy nastrój. O tym jest ten artykuł, ale wpierw przypomnienie o Framie.

Punkt wyjścia to rok 2012 i kolumienki biurkowe Studio Oslo – podobnie jak te aktywne. Jako produkt założonego w 1995 Ancient Audio, czyli sławny Jarosław Waszczyszyn. Punkt drugi to adnotacja, że wszystko stale drożeje, ponieważ ceny robocizny i materiałów idą nieustająco w górę. I do tego istotny aneks, że w warunkach amatorskiego DIY da się wprawdzie zmajstrować coś niedrogiego, ale wejście w produkcję masową, spełnienie wszystkich norm (w tym bardzo ważnych bezpieczeństwa), zagwarantowanie powtarzalności i zapewnienie dystrybucji wraz ze sprawnym serwisem, to całkiem inny przedział kosztów i rzecz trzeba mieć na uwadze. Kolejnym punktem nazwa „Fram”, znacząca po norwesku „Naprzód”. To nawiązanie do norweskiego Oslo, od którego nazwę wzięły pierwsze głośniki, a u nich Oslo z powodu, że tam działa studio nagraniowe z nich właśnie korzystające, plus zastosowany przy ich projektowaniu powściągliwy skandynawski design. Następny etap to procesor dźwiękowy Ancient Audio P-3 MK IE, wynaleziony przez Waszczyszyna i grupę współpracowników w 2014. Którego nieprzeciętne zdolności do transformacji i uszlachetniania dźwięku swego czasu opisywałem i który w tych nowych Fram Space Maxi jest. Teraz na scenę wkracza założona w 2016 firma Digital Speaker Manufacture, mająca te Fram produkować, na bazie wyrafinowanej obróbki aluminium oraz wzmacniaczy w klasie D i 24-bitowych przetworników A/D i D/A. W pierwszym rzucie przy zastosowaniu głośników o membranach aluminiowych, ale to się zmieniło – a co dokładnie, już mówię.

Budowa

Fram Space Maxi.

   Nowe kolumny są większe i z głośnikami rozplanowanymi inaczej. Urosły do wysokości jednego metra i mają teraz z przodu u góry układ d’Appolito, czyli dwa głośniki średnio-niskotonowe przedzielone tweeterem, plus dwie niżej membrany pasywne. Wzrost zatem o dwadzieścia centymetrów w górę i trzy głośniki aktywne a nie dwa. Także same głośniki inne: poprzednio aluminiowe przeistoczyły się w celulozowe, co odebrałem pozytywnie. Jeden tylko materiał na membrany może się bowiem równać z celulozą – diamentowe powłoki Raidho. Te są jednak piekielnie drogie i dla tej firmy ekskluzywne, jak również nie ma na rynku poza tweeterami głośników z podobnej klasy membraną berylową, natomiast też znakomite ceramiczne to znów ogromne koszty. Celuloza zatem optimum, zwłaszcza gdy grać ma autentycznie. Pozostaje faktem, że twardsze i grubsze membrany z różnych materiałów, najczęściej kompozytów, dawać mogą brzmienia bardziej masywne, ale to głównie na użytek muzyki w formie relaksu – mniejszego czy większego. Natomiast na rzecz autentyzmu pracuje celuloza, diament, beryl, najwyższej klasy ceramika oraz tuby, elektrostaty i wstęgi. W przypadku Fram Space Maksi pracują dwa 13-centymetrowe głośniki celulozowe duńskiego SB Acoustic i od tego samego producenta wysokotonowa kopułka tekstylna φ 25 mm. Dochodzą do tego wspomniane bierne membrany – też z celulozy i od tak samo duńskiego Peerles, podobnie też ze średnicą 13 centymetrów. A wszystko, jak wspomniałem, w objęciu lśniących, chromowych pierścieni, aby się efektownie prezentowało.

Początek zatem bardzo dobry – dostajemy więcej, ładniej i czegoś lepszego. Nie uległa natomiast zmianie forma obudów: to wciąż wyfrezowane na obrabiarkach CNC z jednego bloku aluminiowe korpusy z ostrymi krawędziami na kwadratowej bazie 15 x 15 centymetrów (czyli o dwa centymetry szerszej). Takich rozmiarów podstawa byłaby wciąż zbyt wąska do uzyskania stabilności, tak więc srebrne Fram Maxi, niczym modernistyczna choinka, stoją na aluminiowych krzyżakach, podczas gdy czarne na drewnianych podstawach o wychodzącym za obręb boku, co również świetnie się prezentuje.

Całe aluminiowe.

Trzy teraz a nie dwa głośniki w innej konfiguracji (poprzednio bez tweetera) to jeszcze nie koniec przemian. Poprzednio dolna partia to były w wersji największej cztery membrany bierne, mające poprawiać reprodukcję basu i przy okazji przestrzenność dźwięku. I one się ostały, ale na przodzie tylko dwie, a dwie najniższe powędrowały do tyłu. Tam się znalazły u góry i z lekkim przesunięciem fazy, przy czym producent mnie zapewnił, że dało to fantastyczny progres w mierze tego uprzestrzennienia. W co chętnie gotówem wierzyć, pamiętając jak strzelające dźwiękiem w różne strony głośniki od Boenicke dawały sceniczne popisy.

Teraz odnośnie elektroniki. W przypadku wejść analogowych (RCA i mini jack) sygnał trafia najpierw do przetwornika A/D, by móc dotrzeć  do procesora w postaci cyfrowej, do którego sygnały z wejść cyfrowych (koaksjalne, optyczne) trafiają bezpośrednio. Tam wiadoma obróbka i wyjście do konwertera D/A, przy czym odnośnie tej obróbki, to na kolumnie z obsługą elektroniki (prawej) jest z tyłu trzypozycyjny suwakowy regulator, przy pomocy małego śrubokrętu możliwy do ustawienia w pozycjach neutralnej, ujmującej soprany bądź ujmującej basy, w zależności od potrzeb systemu (ewentualne słabsze źródła) i upodobań słuchacza. Układ głośników jest dwudrożny z kompensacją fazową, przy czym sekcja wzmacniacza to 4 x 60 W, jest więc z czego przyrąbać. Uzupełnieniem pilot z regulacją głośności, selektorem wejść i funkcją wyciszenia – mały lekki i płaski, nie zajmujący wcale miejsca. Okablowanie to dwa kable zasilające z przelotowymi transformatorami 24V i zwykłymi płaskimi  wtyczkami, a także kabel łączący o długości trzech metrów, a wszystkie po stronie kolumn zakończone wchodzącymi bez luzów złoconymi wtykami typu jack. Oprócz tego na kolumnie aktywnej jest gniazdo USB (typ A), mogące służyć do zasilania cyfrowego źródła lub jako ładowarka, a regulacji głośności możemy też dokonać za pomocą przycisków ulokowanych obok gniazdek.

Pojawił się tweeter, zjawiły też ozdobne chromy.

Producent zwraca w opisie i specyfikacji technicznej uwagę na wyjątkową sztywność obudów i w efekcie brak rezonansów, oraz na selekcjonowanie głośników, dające dźwięk znacznie lepszy niż kiedy brać je z marszu. Także na dużą moc łączną wzmacniaczy, dającą brzmieniu witalność, i wyjątkową dbałość o zestrojenie całości, szczególnie pod kątem generowanej przestrzeni. A już szczególnie na całościowy efekt, który ma być high-endowy i ponadprzeciętnie spektakularny, co tym powinno przyjść łatwiej, że w torze unikalny procesor akustyczny o nadzwyczajnych możliwościach.

 

 

 

 

Odsłuch

Kolumna trochę się poszerzyła i wyraźnie urosła.

   Do sprawy brzmienia tego wszystkiego podchodziłem mimo zapewnień z rezerwą, chociaż też z ciekawością. Odnoszoną szczególnie do zamiany membran na papierowe i całościowych możliwości zmodyfikowanych podłogówek Frama jako kolumn aktywnych. W roli źródła wyzyskany został zrecenzowany ostatnio dCS Rossini, dzięki wzorcowo działającej gałce potencjometru na pilocie wyjątkowo wygodny w użyciu. (Ale jak coś, to kolumny mają własnego.) I do tego uwaga techniczna: wzmacniacze to klasa D, ale stanie pod prądem bardzo im posłużyło, tak więc optimum nie należy oczekiwać minutę po włączeniu. Godzina dużo poprawi, a dwie jeszcze więcej, zwłaszcza gdy chodzi o nasycanie barw oraz temperaturę światła. Niemniej od startu gra już dobrze, czekanie nie jest konieczne. I jeszcze o ustawieniu. Na różne sposoby odginałem, ale u mnie przynajmniej duże Fram zagrały najlepiej w ustawieniu „na monitory”, to znaczy bez odgięcia. Scena najlepiej się spajała i stawała najgłębsza.

I teraz o tym „dobrze”, z jakich mianowicie powodów. Powód najważniejszy był jeden, za to nadzwyczaj ważki: kolumny budują niesamowitą przestrzeń. Jednakże nie w tym sensie, że przestrzeń jakaś ogromna. Duża jest, nawet bardzo duża, ale to by jeszcze nic specjalnego nie znaczyło, bo kolumn dających dużą przestrzeń multum; każde chcące uchodzić za wybitne holograficzną dużą przestrzeń z zupełnym oderwaniem dźwięku dają. Bez tego nie ma o czym gadać, zwłaszcza odkąd maleńkie Zingali zagrały taką przestrzenią, że: – O, cara donna! i O mamma mia!  Ma się rozumieć te wielkie, oderwane i holograficzne przestrzenie mogą być różnej jakości, ale u nomen omen Space Maxi chodzi bardziej o coś innego. Powtórzmy: tamto też mają – jest duża przestrzeń, jest oderwanie i jest jak najbardziej holografia. Tak nawiasem dająca niezbyt głębokie prześwity między dźwiękowymi planami – dźwięki z dalszych są stosunkowo bliskie i bardzo wyraźne, a nie gubiące się i znikające w oddali. Pole zasadniczego popisu leży jednak gdzie indziej, odnosi się do ekstensji, do obszaru jaki potrafią zajmować rozchodzące się same dźwięki. I pod tym względem przepaść, to inny dźwiękowy świat. Wyczuwamy to w każdym nagraniu – wyolbrzymienie pola rozchodzenia się dźwięków zawsze będzie widoczne, a niejednokrotnie niesamowite.

I strzela tera dźwiękiem także do tyłu.

W każdej sesji badawczej używam płyty Pepe Romero z koncertu w Berlinie i nieraz była już o niej mowa. Znakomicie służy do określania stroju gitary i przy okazji głębokości brzmienia, lecz przede wszystkim do pomiaru wyważenia bas-sopran i swoistości brzmienia. Ile drewna pod butem i jaki trzask tupnięcia. Na ile trzaskający, na ile specyficzny, na ile potrafiący uwzględnić także deskę. Czasami tej głuchej deski nie ma, zostaje samo trzaśnięcie. A czasem (chociaż rzadko) zjawia się sama głucha deska, trzaśnięcie wyparowuje. Tak źle i tak nie dobrze, a najlepiej w momencie, gdy zjawia się jedno i drugie, a cały złożony dźwięk daleko się rozchodzi, informując na wstępie o położeniu tancerza. Tak więc jedno tupnięcie, a tyle informacji. Kolumny Fram Space Maxi dawały i trzask, i deskę – i rzecz jasna ekstensję. Ale właśnie ekstensję taką, że lepszą niż kiedykolwiek (sic!). A wystarczy zajrzeć do spisu recenzji, jakie kolumny na ich miejscu stały. Można się oczywiście spierać o prawdę materialną. Jak to faktycznie było na tym berlińskim koncercie? Czy ta ekstensja nie za duża, a może jeszcze mała? Ale tego nie będziemy wiedzieli, ponieważ nas tam nie było, a nawet ci co byli, nie siedzieli na scenie. A nawet ci na scenie, nie w miejscu mikrofonu. To są jałowe spory i w ogóle nie o to chodzi. W muzyce chodzi głównie o przyjemność i wywoływane emocje. I ta przyjemność pod dyktando gitary i tupania w Fram Space Maxi była ze wszystkich dotąd największa. Tak się ten dźwięk rozchodził, takie bogactwo niósł w sobie, że błogo się robiło i urzeczenie kompletne. To samo też oczywiście przy wszystkich innych okazjach i można ogólnie powiedzieć, że wszelkie dźwięki z tych kolumn, po najwyższe soprany włącznie, są niebywale pojemne. Od razu to wyczujesz, to efekt natychmiastowy. Prymarny dla tych głośników, stanowiący o ich wartości. Podobny przy tym do efektu znanego z tub Zingali, uzyskiwany jednak drogą pasywnych membran z tyłu. Tu i tam coś niesamowitego i działającego natychmiast jako swoista magia.

Dobrze to znacie, sami wiecie, kiedy dźwięk jest magiczny. To nieczęsto się zdarza, ale od czasu do czasu wędrując po AVS trafiamy w takie miejsca. Z tym, że różnie to bywa, bo czasem efekt magii nie zjawia się od razu. Nieraz trzeba poczekać, odszukać w sobie wspomnienia, przymierzyć do słyszanego. U Fram Maxi tego nie ma, efekt się zjawia natychmiast. Fakt, że tu grały z dCS i po interkonektach Siltech Royal Signature – ale był obiecywany high-end, nie?

Bogaty panel regulacyjny.

Dobrze, że o tym sprawa, bo trafiamy na efekt kolejny ważny, tym razem na efekt sprzętowy. Sam podczas słuchania wielokrotnie się na tym łapałem, że to nie mój tor lampowy, o czym łatwo było zapomnieć. Bo brzmienie nad wyraz melodyjne i właśnie w stylu lampowym: całkowicie gładkie, wyjątkowo głębokie, barwne i lekko przyciemnione. Już drugi raz, jako powtórka sytuacji przy monoblokach TR-Studio, zdarzyło się, że wzmacniacz w klasie D grał niczym w klasie A. Do tego stopnia analogiczne, że właśnie do zapomnienia. Też z głębią barw, magicznym światłem i dźwiękiem odpowiednio wypełnionym, czego – co pragnę podkreślić – nie doświadczymy w pierwszych minutach. Wtedy grać będzie jaśniej i lżejszym nieco dźwiękiem, ale jak już prąd po obwodach się rozpełznie, to robi się lampowo. I z pewnym rysem charakterystycznym polegającym na tym, że brzmienie jest gładziutkie i mocno nasycone, ale w nim niczym podszerstek zjawiają się soprany i ożywiają przekaz. Nie te soprany z samej góry, działające osobno, tylko takie niczym przyprawa, ażeby więcej smaku. To też było przyjemne, wspomagające całościowy efekt. I jeszcze jedna sprawa związana ze staniem pod prądem – zaraz po włączeniu kolumny mają tendencję do sybilacji. Po godzinie wyraźnie mniejszą, a na dzień drugi całkiem nie ma. Specjalnie puściłem złowrogą „Sweet Jane” i nic nie sybilowała. Przy czym właściwie od początku nie ma problemu starych nagrań, Framy od startu je akceptują, nie ma efektu odrzucenia. Akceptują to zresztą mało powiedziane, one je czynią pięknymi.

Odsłuch cd.

I mały, zgrabny pilot.

   O sopranach już było, ale jeszcze z nimi nie koniec, ponieważ są specyficzne. Jarek Waszczyszyn nie lubi sopranowych pików i jak mi w rozmowie zdradził, testował swoje Fram z bardzo słabym cyfrowym źródłem, pod nie właśnie strojąc soprany. W efekcie mamy do czynienia z wysokimi tonami podobnymi do tych ze słuchawek AudioQuest NightHawk, tyle że bardziej objętościowymi, przejrzystymi i odrobinę jednak mocniejszymi, zwłaszcza na drugi dzień. Jednak nie będzie sopranów jako ukłuć, czy błyskających punktowo iskier. Zawsze zostaną rozciągnięte i nigdy nie zjawi się efekt sopranowego wyostrzenia. Nagrania źle zrealizowane –  nie dosyć wyraziste – (a zdarzają się takie na przykład w rocku) nie zostaną sopranową ostrością jako wsparciem uwyraźnione. Zostaną jakie są i tylko objętość brzmień się zwiększy, i to bardzo wydatnie.

Ale skoro jesteśmy przy rocku i głośnym ogólnie graniu. Przy tej okazji też basie, bo jakżeby bez niego. W tej dziedzinie Fram Maxi spisują się bez zarzutu. Jedynie w takich naprawdę arcytrudnych momentach, jak wysilony kontrabas czy ekstremalnie pobudzana wiolonczela, może nieco zabraknąć ich obudowom pojemności. Ale to w odniesieniu do kolumn o naprawdę wielkim litrażu i ogromnych membranach, bo generalnie pierwsza klasa. Poczynając od tego, że dźwięk może siąść na piersi. Nie tylko czuć go na skórze, może też wcisnąć mostek. Może zatrząść ścianami, pewnie dałby też radę wybić szybę. Moc jest – fortepian i organy darzyły gigantycznym dźwiękiem. Bas nie sięgał wprawdzie najniższego rejestru, ale bliski był tego przy sile działania spektakularnie wręcz dużej i towarzyszącej nieodłącznie tym Framom ekstensji dźwięków. Rysunek przestrzenny i brzmieniowy perkusji z płyty Chesky Records dawał kompletną bez mała złudę instrumentu, którego odtworzenie jest bodaj najtrudniejsze. O ile nie zapomnę pożyczyć, będzie do posłuchania na AVS.

To naprawdę jest high-end na miarę dobrych lamp.

Górę z dołem już mamy, a co odnośnie pomiędzy? Pomiędzy wyjątkowo naturalnie wypowiadający się Piotr Skrzynecki i Quentin Tarantino, także z charakterystycznym dla papierowych membran mistrzostwem prezentujący się wokaliści. Z uwagi na objętość sopranów bez takiego ciśnienia na towarzyszący plankton, jak u Avatar Audio, ale z czujnością, dokładnością i poetycką melodyką głosów. Głębokich (nawet bardzo), mocno wybarwionych, gładkich i jednocześnie z uwydatnioną wewnętrzną strukturą. Prawdziwych, ale nie pospolitych – sprawiających elegancją i głębią słuchaczowi przyjemność. Wszystko to osiągane bez jednej lampy w torze, a w takim stopniu lampowe. Wraz z tym satysfakcja użytkownika, że brak martwienia się o spalone lampy albo nadmierne zużycie prądu. Klasa D grająca jak A, więc można cały czas pod napięciem, by jak najlepiej grało.

Słowo na koniec o ogólnych odczuciach. Te soprany są specyficzne w odniesieniu do brzmień uśrednionych. Średnio biorąc dostajemy od innych kolumn bardziej ściśnięte, smukłe i punktowe. Bardziej śniegiem sypiące w oczy, bardziej niczym lodowe igiełki. Ale przez to taka kobza na przykład, podczas grania sławnego Scotland the Brave, będzie męką dla uszu i czymś nieprawdziwym, podczas gdy z Fram prawdziwszym i znacznie przyjemniejszym. Nie napiszą całkiem prawdziwym, bo nie ma prawdziwej kobzy w żadnym torze z żadnymi głośnikami, ale są prawdziwsze i mniej prawdziwe. Trzeba też wspomnieć o innych rzeczach. Dźwięk był ciepły i z wyczuwalną wilgocią, a także wyczuwalnym tlenem. Trochę w tym było interkonektu Siltecha, ale na pewno nie sam on. Całe zaś brzmienie jednorodne, jakby je ktoś potraktował mikserem i z podobnie spójną stereofonią. Przejścia stereofoniczne na materiale testowym nie okazały się wprawdzie miary pamiętnych Albedo Aptica, ale wypełnienie pośrodku zjawiało się całkowite – żadnego rozchodzenia prawo-lewo z centralną dziurą. A wszystko przy kompletnym oderwaniu od głośników, takim, można rzec, pokazowym. Wszystko z rozmachem i mocą – wielki spektakl, bez porównania większy niż głośniki. Ciśnienie, wielkie pole działania, ogromna scena ku tyłowi, ale jednocześnie parcie do przodu.

I brzmienie z własną magią.

I w efekcie dźwięk nie tylko przez uszy, ale też jakże przyjemnie ciśnieniowo. Brzmienie troszeczkę obniżone, tak żeby większa głębia, ale zarazem migotliwe, połyskliwe i barwne. Do tego moc, spektakularność, trzeci wymiar – efekt porażenia słuchacza zawsze obecny. Minimalnie przy tym w stronę relaksu, ale o wiele bardziej popisu. Wyjątkowa naprawdę efektowność i do tego plastyczna, jako że ten procesor można przeprogramować. Można mu wgrać trzy programy i zmieniać między nimi, a brzmienia mogą się różnić naprawdę zasadniczo. Gdyż to nie musi być jak tutaj, że pozostałe dwa są rezerwą dla gorszych źródeł, tylko można sobie dopasowywać dowolnie, na przykład dodając sopranów.

Podsumowując

    Początkowo sceptyczny, wychodziłem z odsłuchu z ociąganiem, zawsze towarzyszącym końcom porywających spektakli. Inna rzecz też się zmieniła – stosunek do wyceny. Na starcie byłem zdania, że te 23 tysiące to wyraźna przesada. Kolumny tyle kosztujące to wprawdzie rzecz normalna, ale nietrudno wśród takich znaleźć większe, a wielkość tu istotna. Większe membrany i gabaryty to większe możliwości. Wyjątki wprawdzie się zdarzają, ale podstawkowe Raidho to wyjątek za 80 tysięcy, jasno dający do zrozumienia, że jest naprawdę wyjątkowy. Tymczasem tutaj ołówki z małymi głośniczkami, a cena jak za mające światową renomę monitory Diapasona, czy bez specjalnej różnicy czterodrożne podłogówki Audioform. Wszystko to jednak błąd. Bo jak już było mówione, kolumny od sunącego naprzód Frama to jest kompletny system oprócz źródła, włącznie z okablowaniem. I daję słowo honoru, że to jest system lampowy i że klasy high-end. Bez jednej lampy, bez ich wymian i żarcia kilowatów prądu. Na dodatek programowalny, a przede wszystkim popisowy. Z niesamowitą objętością i niepośledniej klasy mocą przy pełnej muzyczności. Można zaszaleć na wielką skalę i można ciśnieniowo. Przywołać wielkie instrumenty i rozkołysać chałupę. Wyjść poza ściany pokoju (szczególnie tą przed sobą) i się upajać brzmieniem, bo jest naprawdę upojne. Głębokie i aż pod sufit, jako że scena nie spłaszczona. Pole działania na linii wzroku, ale ekspansja na wszystkie strony. A na ile to się opłaca, to sami policzycie. Wystarczy sobie uświadomić, ile jedna sieciówka kosztuje. Więc byłoby niemądrze, gdybym tego nie zarekomendował i nie obiecał nagrodzić.

 

W punktach

  • Wyjątkowa spektakularność w oparciu o dźwięki niespotykanej objętości.
  • Także stuprocentowo muzyczne i wyjątkowo głębokie.
  • Cokolwiek przyciemnione i nasycone barwą.
  • Wyczuwalnie wilgotne i z wyczuwalnym tlenem.
  • Pełną swobodą bycia, niczym nie krępowaną.
  • Odpowiednio masywne i odpowiednio dźwięczne.
  • Mające trójwymiarowy, gładki modelunek i bogatą strukturę wewnętrzną.
  • Zjawiające się na wielkiej scenie o stuprocentowej spójności.
  • Operującej dużymi źródłami (ale nieprzesadnie), wnoszącymi swój wkład do całościowej spektakularności.
  • Bardzo duża jak na tern rozmiar i cenę odporność na zniekształcenia.
  • Wraz z wymienionymi zaletami pełna tolerancja dla słabych nagrań.
  • Celulozowe membrany jak zawsze potwierdzają swoją jakość.
  • Całościowy realizm z nutką uprzyjemnienia i wielką dozą efektowności.
  • To nie są same kolumny, to oprócz źródła cały system.
  • Dający wielki dźwięk, a nie zabierający miejsca.
  • Głośniki SB Acoustic i Peerles.
  • Wysoka kultura estetyczna w oparciu o pierwszorzędne materiały.
  • Obudowa wyfrezowana z jednego bloku aluminium.
  • Komplet kabli w zestawie.
  • Wbudowany przetwornik, a więc źródła cyfrowe.
  • Unikalny procesor o wielkich możliwościach.
  • Pozwalający wpisać trzy programy, a więc trzy brzmienia do wyboru.
  • Do kina domowego i wyrafinowanej audiofilii.
  • Wykończenie czarne lub srebrne, więc do każdego wnętrza.
  • Możliwość wypełnienia dźwiękiem nawet dużego salonu.
  • Regulacja z pilota.
  • Wzmacniacze w klasie D brzmiące jak klasa A.
  • Znakomity stosunek jakości do ceny.
  • Profesjonalny wykonawca i profesjonalna dystrybucja.
  • Made in Poland.
  • Rekomendacja.

 

Dane techniczne

  • Kolumny podłogowe, dwudrożne.
  • Układ głośników: D’Appolito.
  • Dwa głośniki średnio-niskotonowe φ 130 mm SB Acoustic.
  • Tweeter φ 25 mm SB Acoustic
  • Cztery membrany bierne φ 130 Peerles (dwie przednie u dołu, dwie tylne u góry).
  • Przetwornik D/A: Crystal 24-bit/192 kHz.
  • Przetwornik A/D i programowalny procesor Ancient Audio P-3 MK IE.
  • Wzmacniacze: 4 x 60W, pod dwa w każdej kolumnie.
  • Wejścia cyfrowe: 1 x caoxial, 1 x optyczne, 1 x mini jack dla komputera lub telefonu.
  • Wejście analogowe: RCA.
  • Gniazdo USB typu A jako zasilające lub ładowarka.
  • Dwa kable zasilające z transformatorami 24 V.
  • Kabel do łączenia kolumn.
  • Pilot z regulacją głośności.
  • Obudowa: blok aluminium.
  • Wymiary: 990 x 150 x 150 mm.
  • Wykończenie: czarne lub srebrne.
  • Cena: 23 000 PLN

 

System:

  • Źródło: dCS Rossini.
  • Kolumny: Fram Space Maxi (aktywne).
  • Interkonekt: Siltech Royal Crown RCA.
  • Listwa: Power Base High End.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

7 komentarzy w “Recenzja: Fram Space Maxi

  1. Piotr Ryka pisze:

    Pojechałem na AVS. Do poniedziałku.

  2. Mariusz pisze:

    A gdzie „wady i zastrzeżenia 😉 Ana poważnie, to udanych łowów na tym całym Ałdioszoł , zwłaszcza w śród zwierzyny słuchawkowej , bo ostatnio sypneło nowościami. Pozdrawiam

  3. Jakubas100 pisze:

    Moje osobiste nowe odkrycia po AVS to: MrSpeakers Ether 2, Audiotechnica Adx5000, Final Audio VI (dlugo na rynku ale wczesniej nie bylo okazji), Lcd 2 Classic Closed, douszne RHA t10 z obnizona cena do 700zl. Nie zachwycily mnie jakos Mezze Empyrean.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Nowe Mr Speakers, Fostex TH909 i Meze Empyrean wróciły ze mną z AVS. Wszystkie są wg mnie pierwszorzędne.

  4. Marek pisze:

    Bardzo ta recenzja cieszy – dziekuje!
    Sadze jednak, ze piszac „kobza” mial Pan na mysli dudy, zwane w niektorych okolicach „kozami” ze wzgledu na dekoracyjne glowke kozy. Kobza – to instrument strunowy w stylu mandoliny i nie sadze, zeby w opisie o ten rodzaj dzwieku chodzilo. Moge sie jednak mylic, choc „Scotland” w opisie kaze mi myslec, ze nie.

  5. Zaciekawiony pisze:

    Witam, Jak to jest, że z jednej strony w szale audiofilskiego zapędu, maksymalnie upraszczamy tor audio, a na koniec używamy procesora DSP, dopasowując brzmienie?
    Pozdrawiam

    1. Piotr Ryka pisze:

      Wcale to upraszczanie nie jest takie powszechne. Weźmy na przykład takie coś, montowane za dopłatą w kolumnach Boenicke:

      http://www.audiosystem.com.pl/produkt/1800/speaker-match-signature

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy