Recenzja: Berkeley Audio Design Alpha DAC

Brzmienie

Wyświetlacz można zgasić.

   Jak ma się brzmienie kosztownego przetwornika sprzed tuzina już lat do brzmień podobnie kosztujących wczorajszych i dzisiejszych? Ano ma się w ten sposób, że tego wieku nie znać. Jedynie brak gniazda USB i niższe maksima próbkowania mogą prowokować domysły, że urządzenie ma już swoje lata; natomiast strona brzmieniowa nie podszeptuje takich podejrzeń ani trochę, a w każdym razie nie podszepnęła z użytymi wzmacniaczami słuchawkowymi EAR i Phasemation. Konwerter iFi iOne wspierany kablem koaksjalnym Tellurium Q Black Diamond wniósł oczywiście swoje, i swoje wniosły słuchawki, ale przywoływane z pamięci brzmienia innych przetworników też się przecież takim wysokiej klasy osprzętem posiłkowały.

Analogia odnośnie poziomu jakościowego rzecz jasna nie oznacza, że nie ma żadnych różnic. Każdy przetwornik różni się od pozostałych, tak samo jak od człowieka człowiek. Ma zatem Berkeley Audio Design Alpha DAC własne brzmieniowe klimaty, do zdiagnozowania których posłużyły słuchawki Focal Utopia, HEDDphone, Sennheiser HD 800 i Ultrasone T7.

Potraktujmy je zbiorczo, jako że słuchawki powinno się parować bardziej ze wzmacniaczem i okablowaniem niż z przetwornikiem. Ten być powinien możliwie uniwersalny, ale zarazem mający własny smak brzmieniowy, pasujący nie tylko do różnych słuchawek ale i gustu użytkownika. Tak na rzecz patrząc zyskujemy wraz z Berkeley Audio Design Alpha DAC brzmienie nie tylko wysokiej klasy, ale także szczególne. Szczególne na zasadzie osobliwej mieszanki cech branych od różnych szkół, tak żeby wypadkowa zjawiła się właśnie niecodzienna. Z jednej strony bowiem jest Alpha DAC przetwornikiem podającym brzmienia wyraziste, całkowicie otwarte i bytujące w przejrzystym medium, co czyni go podobnym do urządzeń stricte profesjonalnych, zadaniem których wyłapanie szczegółów, podkreślenie konturów, całościowe uwyraźnienie i przegląd sceny na głębię. To wszystko tutaj mamy, ale inaczej niż zwykle. Na drugiej brzmieniowej szali zjawia się bowiem muzykalność i zaśpiew długo podtrzymywanych wybrzmień. Muzykalność jednak nie taka od lamp brana, że gęsto, słodko, ciepło.

 

 

 

 

Wszystkie te parametry są profesjonalnym wzorem wypośrodkowane; wypośrodkowane tak dobrze, że ani się ich nie czuje, ani też ich nie brakuje. Poszukiwanie ich celem oszacowania, czy jakakolwiek baczniejsza ich obserwacja, w ogóle nie przychodzą do głowy, co oznacza, że ich wystarcza i że ich nie jest za dużo. „Nie ciepło i nie zimno; nie słodko i nie gorzko, nie gęsto i nie luźno, nie grubo ani chudo” – tak to gra. W efekcie całej tej często wałkowanej problematyki jakby tutaj nie było – tego nie słychać, to nie zwraca uwagi. Wskaźniki pokazują środki skal, a jeśli już koniecznie szukać jakichś między nimi odchyleń, to prędzej jest chropawo niż gładko i wyraziście niż oble. Dlaczego zatem jest jakaś druga strona, jakaś przeciwna szala wagi? Ano dlatego, moi mili, że to nie jest po prostu brzmienie neutralno-profesjonalne nawet w sensie precyzyjnego wyważenia. Na szalce muzykalności nie kładą się wprawdzie te lampowe ciężarki stylu, ale kładą długie wybrzmienia, atmosfera spokoju, zamyślenia, nostalgii, zadumy. Tu nie ma ostrej jazdy naprzód-naprzód, nie ma też atmosfery gorącej ani rozleniwiających słodyczy i ciepła. Jest spokój, rozglądanie się po muzyce, jest mocno zaznaczona atmosfera śpiewności i ballady. Zamiast forsownego ataku i strun mocno naprężonych jest muzyka tak po prostu, muzyka nastrojowa. A te luźniejsze struny brzmią dzięki temu obficiej, brzmią bardziej różnorodnie i głębiej, tak samo jak różnorodniejsze, głębsze i bardziej zindywidualizowane stają się ludzkie głosy. Puściłem sobie w konwejerze klasyczną balladę Toma Waitsa „Hold On”, i z obydwoma wzmacniaczami przy wszystkich czterech słuchawkach brzmiała stylistycznie tak samo i brzmiała zawsze pięknie, a przy okazji przypomniał mi się zwariowany film Martina McDonagha „Seven Psychopaths, z Tomem i jego królikami.

Pilot jest funkcjonalny i zgrabny.

Nie było cienia wątpliwości, że dobrze oprzyrządowany i wyregulowany Alpha DAC nie da się prześcignąć niczemu dzisiejszemu, co kosztuje mniej niż ponad dwadzieścia tysięcy, i nawet większa trójwymiarowość Prima Luny była tylko czymś za coś, a nie czystą przewagą. Alpha bryluje pod względem naturalności i wypośrodkowania cech, bryluje też pod względem gębi brzmieniowej analizy. To prawda, że sam akurat cenię balladowe strony w muzyce, co w moich oczach ją dźwigało, ale zarazem nasuwało mi się określenie „piękny obiektywizm”, a to już od podobania więcej. Rzecz jasna nie jest Alpha w dzisiejszych czasach samotną gwiazdą – za podobne pieniądze nie tylko Prima Luna, ale też Matrix Audio, Exogal, Auralic, Audiobyte, flagowy Mytek, Norma. Wszystkie ze swymi atutami –  jakąś własną szczególną jakością i własną nicią przewodnią brzmienia. Ale trudno nie zauważyć, że Alpha wykazuje wiele cech wspólnych z urządzeniami dużo droższymi, jak dCS czy Esoteric. Ma ten szczególny pietyzm dla dźwięku i jednocześnie melodyjność. Czuć, że to nie jest lampa, ale zarazem dużo z tego, co urządzenia nie-lampowe dawać potrafią najlepszego: doskonałe odwzorowanie głębokich struktur przy zachowaniu muzycznej istoty; w tym wypadku w złączeniu ze spacerowym krokiem uważnego muzycznego obserwatora i atmosferą spokoju. Ten spokój może stać się burzą energii, a może też być spowolniony smutkiem, gdy zajdzie taka potrzeba. Tu nie ma narzucania własnej stylistyki, jest tylko oddawanie muzyki. I to na poziomie high-endu dostojnego, a nie takiego ledwie-ledwie, co się na nowoczesność samymi koniuszkami palców załapał.

Brak tu pretensji do luksusu, wygląd jest profesjonalny.

Tyle odnośnie brzmienia przy komputerze, które wypadło lepiej. Porównywana do przetwornika w Ayon CD-35 II, a zatem lampowego w odtwarzaczu zależnie od wersji drogim lub bardzo drogim, okazała się dawać Alpha mniej gładkości, spójności i złożoności harmonicznej. Jak należało oczekiwać, też mniej słodyczy i ciepła, jak również mniej energii i węższą skalę dynamiczną. Mniej była „liquid”, bardziej „grain” – przy tym ogólnie słabsza w każdym poza wyraźnością konturów aspekcie. Na przewagę Ayona składała się też szczegółowość i głębia muzycznego wglądu, trudno bowiem jego bogatsze harmonicznie i lepiej przestrzennie uformowane brzmienia nie nazwać szczegółowiej oddanymi i głębiej przenikającymi istotę. Od strony technicznej biorąc to o tyle ciekawe, że przetwornik Ayona posiłkuje się pojedynczą kością, z czego by wynikało, że umiejętnie zaimplantowany układ D/A AKM 4497EQ potrafi więcej niż wszystkie te algorytmy Michaela Pflaumera. Alternatywą domniemanie, że wyjście koaksjalne Ayona nie oferuje pełnej jakości sygnału płynącego ze zintegrowanego czytnika, stanowiąc węższe gardło niż transfer wewnętrzny. To możliwe, to nawet wysoce prawdopodobne, ale osobnego napędu do skonfrontowania tej sytuacji z inną nie miałem.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

9 komentarzy w “Recenzja: Berkeley Audio Design Alpha DAC

  1. Marcin pisze:

    Witam,

    Dziękuję za ciekawy tekst. Jako właściciel przedmiotu recenzji, w pełni się z Panem zgadzam. Dodam od siebie kilka rzeczy:
    – DAC gra zdecydowanie lepiej jako źródło zbalansowane;
    – Berkeley do swoich DACów wypuścił konwerter USB. Nigdy nie słyszałem jak on gra, ale na zachodnich forach słynie jako „najlepszy konwerter na świecie”. Jest to o tyle ciekawe, że Berkeley wypuścił w sumie dwa DACi: Alphę (w dwóch iteracjach) oraz Reference (w trzech iteracjach); wszystkie DACi bez wejscia USB. Konwertera USB jednak nie zmienili i cały czas sprzedawany jest w swojej niezmienionej formie. Można więc wnioskować, że naprawdę jest dobry.
    – Recenzowana tu Alpha wciąż jest sprzedawana w lekko ulepszonej formie jako Seria 2. Niecałe 5000 USD. W okolicach brak dystrybutora, a więc jeśli ktoś by chciał kupić ją nową, to po dodaniu podatku i cła wychodzi bardzo okrągła sumka.
    – Berkeley wypuścił aktualizacje softu do wszystkich swoich DACów. Szpiedzy donoszą, że oprócz możliwości natywnego odtwarzania plików MQA, właściwości soniczne DACa polepszają się. Niestety, producent każe sobie płacić za taką aktualizacje ponad 600 USD – pliki wysyłane są tylko na płycie ze Stanów.

    Jeśli chodzi o mnie, wszystko wskazuje na to że za czas niedługi lub trochę dłuższy będę właścicielem kompletu: Berkeley Alpha DAC Seria 2 z najnowszym oprogramowaniem oraz Berkeley Alpha USB converter. Czy Pan Piotr chciałby, a bym się odezwał jak już będę miał wszystko? Może wówczas powstała by kolejna recenzja? 🙂

    1. Adam pisze:

      Trochę kontrowersyjna praktyka płacenia za aktualizację softu i to w jeszcze takiej cenie.
      Pomijając że sam DAC jest drogi, konwerter również.
      600USD + VAT + transport + cło to mało nie będzie.

      1. Marcin pisze:

        Też jestem takiego zdania, dlatego do obecnie posiadanego DACa z Serii 1 tej aktualizacji nie kupiłem.

        Próbowałem się targować mailowo z nimi, chciałem kupić tą aktualizację z kolegą na współkę, ale zostałem poinformowany, że każda płyta z aktualizacją jest z numerem seryjnym pasującym tylko do danego konkretnego DACa. Jeśli ktoś będzie próbował zainstalować nowy soft na innym niż przypisanym do płyty DACu, to można uszkodzić ten DAC a firma Berkeley informuje że takiego DACa (z premedytacją) nie naprawią.

        Także ani ceny nie zniżą, ani na dwóch DACach jednego softu zainstalować nie pozwolą. Tłumaczą to również tym, że napisanie nowego softu zajęło im około 200 godzin, więc to nie jest mała aktualizacja, ale tak naprawdę nowy, wydajniejszy „system operacyjny”.

        Z drugiej strony im się nie dziwię – muszą z czegoś żyć, a my audiofile płacimy często więcej za interkonekty, które po dwóch miesiącach odsprzedajemy za pół ceny…

        1. Adam pisze:

          To się nazywa po prostu brak wyboru. Osoba posiadająca takiego DAC-a, prędzej czy później zakupi taką aktualizację. Nie ma innego wyboru, ani obejścia, więc firma może podyktować dowolną cenę w granicach rozsądku, a wie, że to i tak się sprzeda, szczególnie jeśli faktycznie wnosi to słyszalną i znaczną poprawę.

          Ja posiadam zestaw Matrixa, X Sabre Pro MQA i konwerter Matrixa i by przeskoczyć na kolejny poziom, to musiałbym wydać sporo sporo sporo więcej. Jeśli aktualizacja wynosi DAC-a na nowy poziom , to jeszcze może ma sens, by wydać 600 USD, ale przy cenie urządzenia 5k USD plus konwerter 2k USD(dobrze pamiętam?) to wydaje mi się, że mogli darować sobie płatną aktualizację. Tylko pytanie czy za jakiś czas znów nie będzie kolejnej dużej aktualizacji i kolejne 600USD i potem znów.
          Oczywiście jak sam wspomniałeś, jak doliczysz VAT-y transport, cła, to zrobi się na prawdę ogromna suma.
          No ale to ich polityka, a każdy ma prawo wyboru czy chce czy nie. Więc ja nie oceniam. Zresztą, to już nie moje progi cenowe.

          Nie jest to jedyny DAC na świecie, więc każdy ma wybór.

  2. Sławek pisze:

    Ze zdjęć wywnioskowałem, że coaxial to zarówno rca jak i bnc.

    1. Marcin pisze:

      Tak – DAC ma wejście BNC, ale w zestawie jest przejściówka BNC-RCA. Jednak (podobno – nie sprawdzałem) najlepiej brzmi po podłączeniu cyfrowego XLR. Takie połączenie jest rekomendowane z firmowym konwerterem.

  3. Piotr Ryka pisze:

    Jak będzie nowszy DAC, najlepiej z tym konwerterem USB, to może być nowa recenzja.

    1. Marcin pisze:

      Odezwę się jak już będę miał sprzęt. Nie mogę jednak obiecać kiedy go skompletuję, ale w tym roku myślę się uda.

      1. Piotr Ryka pisze:

        Spokojnie, nie ma żadnej presji czasowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy