Recenzja: Berkeley Audio Design Alpha DAC

– Dawno nie było opisu przetwornika.

– Nieprawda, dopiero co.

– Tak, ale to teraz najpopularniejsze klocki.

– Ale żeby jeden po drugim?

– Nie szkodzi – grunt, żeby pierwszorzędne.

– A, skoro tak, to pisz pan…

W rzeczywistości nie miałem zamiaru, przetwornika nie było w planie. Lecz czytelnik poprosił o zrecenzowanie jednego z wyróżniających i podjął się dostarczyć. Dostarczył, podziękowanie za to, można przystąpić do rzeczy.

Nie, nie chodzi o żadną nowość, która do sklepów jeszcze nie doszła, tak naprawdę to stary grat. Na dodatek nigdy nie oferowany w „tym kraju”, jak zwykli mawiać ci, którzy po słowie „Polska” muszą przez tydzień płukać usta. Debiut Berkeley Audio Design Alpha DAC Series 2 przypada na rok 2009 i lokuje się na CES w Las Vegas. Tuzin lat, kopa czasu jak na życie urządzeń audio; zarazem sława, sława, sława. Trochę przesadzam – aż taki sławny nie był – ale faktycznie sławny. Dużo się o tych Alpha pisało, także w kontekście dzielonego odtwarzacza CD, które to odtwarzacze wtedy rządziły. Miniona chwała, już nie rządzą, ale przetwornikom żadna stąd krzywda – sygnał biorą skąd inąd. I teraz one rządzą, pospołu ze słuchawkami i innym przykomputerowym sprzętem, lecz Alpha DAC tego nie przewidział, nie ma słuchawkowego wyjścia. Ale to dobrze świadczy o nim, bo najrasowsze przetworniki nie mają. Wszak takie wyjście to wbudowany słuchawkowy wzmacniacz, który lepiej zostawiać na zewnątrz; inaczej trzeba go starannie odseparować jakąś skuteczną antymagnetyczną kurtyną (zatem grubą warstwą metalu, a nie jakąś cienką blaszką); w efekcie całe urządzenie staje się dwa razy droższe, o ile ten wzmacniacz ma być równie dobry jak sparowany z nim przetwornik. Tymczasem Alpha DAC i bez wzmacniacza tani nie był i teraz tani nie jest. Udoskonalona po trzech latach od debiutu wersja druga ciągle kosztuje pięć tysięcy dolarów; nie notujemy zatem w tym wypadku zagrywki HiFiMAN-a, który swe najpopularniejsze słuchawki poprawiając przy okazji przecenił o połowę. Ale i tak pisano w dawnych recenzjach, że ten pierwszy to wielka okazja, bowiem podobnej jakości przetworniki oferowano nie za pięć, a kilkanaście tysięcy dolarów. Te pięć tysięcy to po dzisiejszym kursie 18 800 PLN, do czego VAT i reszta, a czy ten Alpha DAC w wersji drugiej w ogóle jeszcze jest oferowany, tego, przyznam się, nie wiem. W każdym razie jest strona producenta i na niej urządzenie, czyli prawdopodobnie jest, a wtórny rynek tak czy tak ma aktualną wycenę pierwszej i drugiej wersji.
Przyjmijmy zatem, że to nie pierwsza i pewnie nie ostatnia recenzja czegoś z dawnym debiutem, przy tej okazji dowiemy się, czy na przestrzeni minionej dekady postęp odnośnie przetworników zaistniał.

Tradycyjnie słowo o producencie. Sami o sobie zwięźle piszą, nie wdając się w historyczne epistoły: „Firma Berkeley Audio Design, LLC została założona przez byłych pracowników Pacific Microsonics, Inc., firmy twórcy procesu HDCD oraz przetworników Pacific Microsonics Model One i Model Two, powszechnie uważanych za najlepsze profesjonalne konwertery AD i DA jakie kiedykolwiek powstały. Michael „Pflash” Pflaumer, współzałożyciel Pacific Microsonics i współtwórca procesu HDCD, to twórca wszystkich cyfrowych algorytmów Berkeley Audio Design Alpha DAC Series 1 i 2.”

A zatem matematyk Michael Pflaumer, specjalista od algorytmów, opracował cyfrową obróbkę i filtrację, stanowiące operacyjne jądro recenzowanego urządzenia, nie posługującego się którąś z gotowych kości przetwornika, tylko programowalnym procesorem.  I to dobra wiadomość, bo dla takich programowalnych procesorów alternatywą są kaskady co najmniej dwóch gotowych kości w każdym stereofonicznym kanale, a to oznacza jedno – drogo. Tu także tanio nie jest, ale do tych z z przetwornikami półek, na których Accuphase, dCS, MSB, MBL i podobni bardzo jeszcze daleko.

Budowa

Klasyczny „naleśnik”.

   Kształt obudowy zdradza profesjonalny rodowód: przetwornik jest płaski i szeroki, gotowy do umieszczenia w stelażu. Ze srebrnym metalowym frontonem i czarną metalową resztą, głęboko zarazem się kłaniający audiofilskim potrzebom, oferując zgrabnego pilota i wygaszanie światełek. Jedno i drugie bardzo się przyda, gdyż stawia się nie zawsze w zasięgu ręki, za to niemalże zawsze w zasięgu wzroku. A świecić Alpha DAC potrafi mocno, z drugiego końca studia będzie widać. Centralnie wyświetla dużą, bursztynową czcionką aktualny parametr próbkowania, a trzy zielone i fiołkowe indykatory podświetlają wybory ustawień. Fiołkowy z lewej wybrane gniazdo wejścia; jedno z czterech dostępnych – AES/EBU, SPDIF1 (Coaxial), Toslink i BADA (wariacja Ethernet). Odnośnym obok przyciskiem lub z pilota dokonujemy tego wyboru, podobnie  dzieje się w przypadku umieszczonych obok zielonych indykatorów nad ustawieniami Lock, HDCD i Invert dla trybu pracy. Na prawo od wyświetlacza mamy z kolei przycisk Mode i poprzez niego możemy min. przechodzić do trybu Mono, regulować balans i zmieniać filtry. Ogólnie biorąc przetwornik sprzed dwunastu lat niczym nie różni się od wysokiej klasy współczesnych, co do oferowanych funkcji i możliwość ustawień. W czym jest słabszy, to w akceptacji próbkowania maksimum 192 kHz/24 bit, chociaż materiał 32-bitowy także weźmie, tyle że skonwertuje go w dół. Nie oferuje oczywiście odczytu natywnego zapisu MQA, który to kodek datuje się na rok 2014, natomiast oferowany odczyt HDCD już raczej się nie przyda.

Ale z tych dużych.

Na tylnej ściance wyjście RCA i wyjście XLR, odnośnie których żadnych ograniczeń – z obu korzystać można naraz. Prócz tego wymienione wejścia (w komplecie użyteczna pod nieobecność USB przejściówka SPDIF/Coaxial); prócz tego tylko jeszcze klasyczne gniazdo zasilania. Mały pilocik pozwala obsługiwać wszystko poza drzewem decyzji – jest lekki, nie rzucający się w oczy i dobrze leży w ręce. Nowsze wcielenie – Alpha 2 – nie ma już wejścia  BADA, które się nie przyjęło, w miejsce którego drugie SPDIF. Odnośnie braku USB – to zamierzona sprawa. Berkeley Audio reprezentuje pogląd, że jego obecność na pokładzie powoduje obniżkę jakości brzmienia skutkiem produkcji zakłóceń. W tej sytuacji konwerter USB/Coaxial będzie nad wyraz użyteczny, bo z mało którego komputera wyjdziemy teraz sygnałem inaczej niż poprzez USB. (Sam próbowałem użyć wyjścia optycznego, ale bez rezultatu – żaden dźwięk nie zaistniał.)

We wnętrzu na mniejszej płytce montażowej po lewej rozbudowany sektor zasilania z osobnymi trafami dla domeny cyfrowej i analogowej, a sekcja operacyjna to pokaźniejsza płyta główna z montażem powierzchniowym. Kondensatory najwyżej średniego formatu, łączenie sekcji przez szerokie taśmy – wszystko uporządkowane perfect.

We wnętrzu sam przetwornik.

Wg zapewnień producenta zawarte w tych obwodach sposób taktowania, sposób interpolacji i sposób redukcji jittera to rozwiązania innowacyjne, opracowane przez Michaela Pflaumera et consortes specjalnie dla tego przetwornika; prócz tego urządzenie oferuje regulację poziomu wyjściowego do maksymalnej wartości +18 dB (z zastrzeżeniem, że optimum brzmienia na poziomach poniżej +12 dB), THD o wartości – 110 dB i stosunek szum/sygnał (S/N) wyższy niż 120 dB. Wymiary obudowy (bez nóżek) to 420 x 264 x 45 mm, waga całości 4,4 kg. O cenie już mówiłem, pobór mocy oszacowano na 25 W. Przejdźmy do sedna sprawy.

 

Brzmienie

Wyświetlacz można zgasić.

   Jak ma się brzmienie kosztownego przetwornika sprzed tuzina już lat do brzmień podobnie kosztujących wczorajszych i dzisiejszych? Ano ma się w ten sposób, że tego wieku nie znać. Jedynie brak gniazda USB i niższe maksima próbkowania mogą prowokować domysły, że urządzenie ma już swoje lata; natomiast strona brzmieniowa nie podszeptuje takich podejrzeń ani trochę, a w każdym razie nie podszepnęła z użytymi wzmacniaczami słuchawkowymi EAR i Phasemation. Konwerter iFi iOne wspierany kablem koaksjalnym Tellurium Q Black Diamond wniósł oczywiście swoje, i swoje wniosły słuchawki, ale przywoływane z pamięci brzmienia innych przetworników też się przecież takim wysokiej klasy osprzętem posiłkowały.

Analogia odnośnie poziomu jakościowego rzecz jasna nie oznacza, że nie ma żadnych różnic. Każdy przetwornik różni się od pozostałych, tak samo jak od człowieka człowiek. Ma zatem Berkeley Audio Design Alpha DAC własne brzmieniowe klimaty, do zdiagnozowania których posłużyły słuchawki Focal Utopia, HEDDphone, Sennheiser HD 800 i Ultrasone T7.

Potraktujmy je zbiorczo, jako że słuchawki powinno się parować bardziej ze wzmacniaczem i okablowaniem niż z przetwornikiem. Ten być powinien możliwie uniwersalny, ale zarazem mający własny smak brzmieniowy, pasujący nie tylko do różnych słuchawek ale i gustu użytkownika. Tak na rzecz patrząc zyskujemy wraz z Berkeley Audio Design Alpha DAC brzmienie nie tylko wysokiej klasy, ale także szczególne. Szczególne na zasadzie osobliwej mieszanki cech branych od różnych szkół, tak żeby wypadkowa zjawiła się właśnie niecodzienna. Z jednej strony bowiem jest Alpha DAC przetwornikiem podającym brzmienia wyraziste, całkowicie otwarte i bytujące w przejrzystym medium, co czyni go podobnym do urządzeń stricte profesjonalnych, zadaniem których wyłapanie szczegółów, podkreślenie konturów, całościowe uwyraźnienie i przegląd sceny na głębię. To wszystko tutaj mamy, ale inaczej niż zwykle. Na drugiej brzmieniowej szali zjawia się bowiem muzykalność i zaśpiew długo podtrzymywanych wybrzmień. Muzykalność jednak nie taka od lamp brana, że gęsto, słodko, ciepło.

 

 

 

 

Wszystkie te parametry są profesjonalnym wzorem wypośrodkowane; wypośrodkowane tak dobrze, że ani się ich nie czuje, ani też ich nie brakuje. Poszukiwanie ich celem oszacowania, czy jakakolwiek baczniejsza ich obserwacja, w ogóle nie przychodzą do głowy, co oznacza, że ich wystarcza i że ich nie jest za dużo. „Nie ciepło i nie zimno; nie słodko i nie gorzko, nie gęsto i nie luźno, nie grubo ani chudo” – tak to gra. W efekcie całej tej często wałkowanej problematyki jakby tutaj nie było – tego nie słychać, to nie zwraca uwagi. Wskaźniki pokazują środki skal, a jeśli już koniecznie szukać jakichś między nimi odchyleń, to prędzej jest chropawo niż gładko i wyraziście niż oble. Dlaczego zatem jest jakaś druga strona, jakaś przeciwna szala wagi? Ano dlatego, moi mili, że to nie jest po prostu brzmienie neutralno-profesjonalne nawet w sensie precyzyjnego wyważenia. Na szalce muzykalności nie kładą się wprawdzie te lampowe ciężarki stylu, ale kładą długie wybrzmienia, atmosfera spokoju, zamyślenia, nostalgii, zadumy. Tu nie ma ostrej jazdy naprzód-naprzód, nie ma też atmosfery gorącej ani rozleniwiających słodyczy i ciepła. Jest spokój, rozglądanie się po muzyce, jest mocno zaznaczona atmosfera śpiewności i ballady. Zamiast forsownego ataku i strun mocno naprężonych jest muzyka tak po prostu, muzyka nastrojowa. A te luźniejsze struny brzmią dzięki temu obficiej, brzmią bardziej różnorodnie i głębiej, tak samo jak różnorodniejsze, głębsze i bardziej zindywidualizowane stają się ludzkie głosy. Puściłem sobie w konwejerze klasyczną balladę Toma Waitsa „Hold On”, i z obydwoma wzmacniaczami przy wszystkich czterech słuchawkach brzmiała stylistycznie tak samo i brzmiała zawsze pięknie, a przy okazji przypomniał mi się zwariowany film Martina McDonagha „Seven Psychopaths, z Tomem i jego królikami.

Pilot jest funkcjonalny i zgrabny.

Nie było cienia wątpliwości, że dobrze oprzyrządowany i wyregulowany Alpha DAC nie da się prześcignąć niczemu dzisiejszemu, co kosztuje mniej niż ponad dwadzieścia tysięcy, i nawet większa trójwymiarowość Prima Luny była tylko czymś za coś, a nie czystą przewagą. Alpha bryluje pod względem naturalności i wypośrodkowania cech, bryluje też pod względem gębi brzmieniowej analizy. To prawda, że sam akurat cenię balladowe strony w muzyce, co w moich oczach ją dźwigało, ale zarazem nasuwało mi się określenie „piękny obiektywizm”, a to już od podobania więcej. Rzecz jasna nie jest Alpha w dzisiejszych czasach samotną gwiazdą – za podobne pieniądze nie tylko Prima Luna, ale też Matrix Audio, Exogal, Auralic, Audiobyte, flagowy Mytek, Norma. Wszystkie ze swymi atutami –  jakąś własną szczególną jakością i własną nicią przewodnią brzmienia. Ale trudno nie zauważyć, że Alpha wykazuje wiele cech wspólnych z urządzeniami dużo droższymi, jak dCS czy Esoteric. Ma ten szczególny pietyzm dla dźwięku i jednocześnie melodyjność. Czuć, że to nie jest lampa, ale zarazem dużo z tego, co urządzenia nie-lampowe dawać potrafią najlepszego: doskonałe odwzorowanie głębokich struktur przy zachowaniu muzycznej istoty; w tym wypadku w złączeniu ze spacerowym krokiem uważnego muzycznego obserwatora i atmosferą spokoju. Ten spokój może stać się burzą energii, a może też być spowolniony smutkiem, gdy zajdzie taka potrzeba. Tu nie ma narzucania własnej stylistyki, jest tylko oddawanie muzyki. I to na poziomie high-endu dostojnego, a nie takiego ledwie-ledwie, co się na nowoczesność samymi koniuszkami palców załapał.

Brak tu pretensji do luksusu, wygląd jest profesjonalny.

Tyle odnośnie brzmienia przy komputerze, które wypadło lepiej. Porównywana do przetwornika w Ayon CD-35 II, a zatem lampowego w odtwarzaczu zależnie od wersji drogim lub bardzo drogim, okazała się dawać Alpha mniej gładkości, spójności i złożoności harmonicznej. Jak należało oczekiwać, też mniej słodyczy i ciepła, jak również mniej energii i węższą skalę dynamiczną. Mniej była „liquid”, bardziej „grain” – przy tym ogólnie słabsza w każdym poza wyraźnością konturów aspekcie. Na przewagę Ayona składała się też szczegółowość i głębia muzycznego wglądu, trudno bowiem jego bogatsze harmonicznie i lepiej przestrzennie uformowane brzmienia nie nazwać szczegółowiej oddanymi i głębiej przenikającymi istotę. Od strony technicznej biorąc to o tyle ciekawe, że przetwornik Ayona posiłkuje się pojedynczą kością, z czego by wynikało, że umiejętnie zaimplantowany układ D/A AKM 4497EQ potrafi więcej niż wszystkie te algorytmy Michaela Pflaumera. Alternatywą domniemanie, że wyjście koaksjalne Ayona nie oferuje pełnej jakości sygnału płynącego ze zintegrowanego czytnika, stanowiąc węższe gardło niż transfer wewnętrzny. To możliwe, to nawet wysoce prawdopodobne, ale osobnego napędu do skonfrontowania tej sytuacji z inną nie miałem.

Podsumowując

   Recenzja w tym wypadku sprowadza się do odpowiedzi na pytanie: czy wobec wieloletniej bytności rynkowej doszło do zestarzenia, a jeśli tak, to na ile? I w dalszej kolejności –  czy warto jeszcze nabywać z drugiej ręki? –  ewentualnie za ile? A może nawet warto z pierwszej?

Z pierwszej, jak już, to nowszą wersję Alpha 2, natomiast odnośnie tej tutaj starszej, to zestarzenia nie zaobserwowałem. Spokojnie mógłbym tego Berkeley Alpha DAC używać, żadna nie działaby mi się krzywda. Mało tego, bardzo by mi się podobał, nadrabiając indywidualizmem brzmieniowym i wewnętrznym spokojem mniejszą obłość i mniejszą ciepłotę. Nawet mniejszą trójwymiarowość – bo oferuje dobą, chociaż nie taką, jak PrimaLuna. Na dodatek okazał się pasować do słuchawkowych wzmacniaczy lampowych i tranzystorowych, a marka używanych słuchawek nie stwarzała różnicy. Wysoki obiektywizm połączony z nie byle jaką maestrią brzmienia to walory godne uwagi i pod ich wypadkowym względem żaden z testowanych przy komputerze przetworników za mniej niż dwadzieścia tysięcy nie okazał się lepszy. Ten czy ów to albo tamto miewał lepsze, lecz sumarycznie lepszy nie był. Podkreślę w tym miejscu jeszcze raz, że osobiście mam słabość do brzmień liryczno-nostalgicznych, tak więc podkreślający liryzm przekaz Alphy mnie do niej pozytywnie nastawiał. (Jak widać pozytywne nastawienie może brać się także ze smutku.) Niemniej podobała mi się w jej wydaniu każdego rodzaju muzyka, mimo iż pozbawiona lampowej migotliwości i harmonicznego lampami wzbogacania. Nie działał też in minus mniejszy dynamizm niż u niektórych i mniejsza siła ataku. Spokój, a nie wyrywność; świetny indywidualizm, a nie rozfalowanie, to są atuty Alpha DAC – atuty w zupełności wystarczające, by słuchać z fascynacją.

 

W punktach

Zalety

  • Profesjonalna analiza spleciona z muzykalnością.
  • Wszystkie podstawowe składniki brzmienia o charakterze ważonym ustawione na neutralny poziom.
  • Całkowita otwartość.
  • Całkowita przejrzystość.
  • Wybitna szczegółowość.
  • Wybitna wyrazistość.
  • Głębokie przenikanie w strukturę brzmienia.
  • Rzadko spotykana jakość wglądu w głębię sceny.
  • Znakomite oddanie wszelkich brzmieniowych indywidualizmów, w tym ludzkich głosów.
  • Atmosfera spokoju, sprzyjająca muzycznemu „zwiedzaniu”.
  • Ponadprzeciętne oddanie aspektów balladowych i nostalgicznych bez zaniedbywania pozostałych.
  • Przyjemnie naturalne światło bez śladu jaskrawości.
  • Żadnych problemów z sopranami i basem.
  • Szeroko rozwarte pasmo o równym przebiegu.
  • Zero zniekształceń.
  • Predyspozycja do holografii i zaśpiewu.
  • Oszczędne, lecz ładnie komponujące się pogłosy.
  • Każdy pozostały aspekt brzmieniowy na co najmniej dobrym poziomie.
  • Staranne wykonanie.
  • Unikalne algorytmy w ramach własnych firmowych rozwiązań.
  • Brak wejścia USB podobno na rzecz poprawy.
  • Można wygasić światełka.
  • Zgrabny i prawie wszystkie regulacje oferujący pilot.
  • Sławna marka.
  • Entuzjastyczne recenzje.
  • Odporność na upływ czasu.

Wady i zastrzeżenia

  • Brak wejścia USB wymusza dodatek konwertera w przypadku komputerowego źródła.
  • Brak polskiego dystrybutora.
  • Wysoka cena.
  • Pewne rzeczy lampy potrafią lepiej.
  • Raczej nie dla entuzjastów żywiołowego, gęstego i gorącego brzmienia.
  • Duże gabaryty.

 

Najważniejsze cechy (wg producenta)

  • Alpha DAC Series 2 wykorzystuje nowe technologie taktowania i izolacji, zapewniające zwiększoną precyzję obrazowania, czystość i rozdzielczość sopranów.
  • Najwyższej klasy technologia interpolacji upsampluje płyty CD o częstotliwości 44,1 kHz, aby zapewnić jakość prawie 176,4 kHz i zapewnia doskonałą wierność przy wszystkich częstotliwościach próbkowania od 32 kHz do 192 kHz.
  • Zdalne sterowanie na podczerwień wszystkimi funkcjami, w tym głośnością i balansem, umożliwia bezpośrednie podłączenie do końcówek mocy.
  • Zaawansowane tłumienie jittera sygnału wejściowego.

 

Dane techniczne:

  • Częstotliwość próbkowania wejściowego: od 32 kHz do 192 kHz
  • Długość słowa wejściowego: 24 bity
  • Dwukanałowe analogowe wyjścia stereo: zbalansowane XLR i niezbalansowane RCA
  • Wejścia cyfrowe: AES – pojedyncze XLR 110 Ω, SPDIF1 – BNC 75 Ω, SPDIF2 – BNC 75 Ω, Toslink – optyczne
  • Dekodowanie HDCD wykrywa flagę 16-bitową przy 44,1 kHz lub flagę 24-bitową przy wszystkich częstotliwościach próbkowania
  • Wiele opcji filtrów cyfrowych
  • Zrównoważony poziom wyjścia analogowego: maksymalnie +18 dB, zalecane +12 dB lub mniej
  • Niezbalansowany poziom wyjścia analogowego: maksymalnie 3,25 Vrms, zalecane 2 Vrms lub mniej
  • Cyfrowa kontrola tłumienia i balansu: 0,1 dB / krok z ustawieniem 0,05 dB / krok, zakres 60 dB
  • Pasmo przenoszenia przy częstotliwości próbkowania ≥ 88,2 kHz: ± 0,1 dB od <0,1 Hz do 35 kHz, – 3 dB przy 59 kHz
  • dla częstotliwości próbkowania 176,4 kHz i 192 kHz
  • Zniekształcenia na zalecanych poziomach: wszystkie produkty ≤ -120 dB
  • THD + N na maksymalnym poziomie: <-110dB
  • Możliwość aktualizacji oprogramowania sprzętowego poprzez wejścia sygnałowe
  • Wymiary obudowy: 1,75 ”wys. X 42 szer. X 10,4 ”gł., Opcja montażu w szafie 19”
  • Waga: 4,4 kg.
  • Zasilanie sieciowe: 100/120/240 VAC, 50/60 Hz, złącze wejściowe zasilania IEC
  • Pobór mocy: 25 W.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

9 komentarzy w “Recenzja: Berkeley Audio Design Alpha DAC

  1. Marcin pisze:

    Witam,

    Dziękuję za ciekawy tekst. Jako właściciel przedmiotu recenzji, w pełni się z Panem zgadzam. Dodam od siebie kilka rzeczy:
    – DAC gra zdecydowanie lepiej jako źródło zbalansowane;
    – Berkeley do swoich DACów wypuścił konwerter USB. Nigdy nie słyszałem jak on gra, ale na zachodnich forach słynie jako „najlepszy konwerter na świecie”. Jest to o tyle ciekawe, że Berkeley wypuścił w sumie dwa DACi: Alphę (w dwóch iteracjach) oraz Reference (w trzech iteracjach); wszystkie DACi bez wejscia USB. Konwertera USB jednak nie zmienili i cały czas sprzedawany jest w swojej niezmienionej formie. Można więc wnioskować, że naprawdę jest dobry.
    – Recenzowana tu Alpha wciąż jest sprzedawana w lekko ulepszonej formie jako Seria 2. Niecałe 5000 USD. W okolicach brak dystrybutora, a więc jeśli ktoś by chciał kupić ją nową, to po dodaniu podatku i cła wychodzi bardzo okrągła sumka.
    – Berkeley wypuścił aktualizacje softu do wszystkich swoich DACów. Szpiedzy donoszą, że oprócz możliwości natywnego odtwarzania plików MQA, właściwości soniczne DACa polepszają się. Niestety, producent każe sobie płacić za taką aktualizacje ponad 600 USD – pliki wysyłane są tylko na płycie ze Stanów.

    Jeśli chodzi o mnie, wszystko wskazuje na to że za czas niedługi lub trochę dłuższy będę właścicielem kompletu: Berkeley Alpha DAC Seria 2 z najnowszym oprogramowaniem oraz Berkeley Alpha USB converter. Czy Pan Piotr chciałby, a bym się odezwał jak już będę miał wszystko? Może wówczas powstała by kolejna recenzja? 🙂

    1. Adam pisze:

      Trochę kontrowersyjna praktyka płacenia za aktualizację softu i to w jeszcze takiej cenie.
      Pomijając że sam DAC jest drogi, konwerter również.
      600USD + VAT + transport + cło to mało nie będzie.

      1. Marcin pisze:

        Też jestem takiego zdania, dlatego do obecnie posiadanego DACa z Serii 1 tej aktualizacji nie kupiłem.

        Próbowałem się targować mailowo z nimi, chciałem kupić tą aktualizację z kolegą na współkę, ale zostałem poinformowany, że każda płyta z aktualizacją jest z numerem seryjnym pasującym tylko do danego konkretnego DACa. Jeśli ktoś będzie próbował zainstalować nowy soft na innym niż przypisanym do płyty DACu, to można uszkodzić ten DAC a firma Berkeley informuje że takiego DACa (z premedytacją) nie naprawią.

        Także ani ceny nie zniżą, ani na dwóch DACach jednego softu zainstalować nie pozwolą. Tłumaczą to również tym, że napisanie nowego softu zajęło im około 200 godzin, więc to nie jest mała aktualizacja, ale tak naprawdę nowy, wydajniejszy „system operacyjny”.

        Z drugiej strony im się nie dziwię – muszą z czegoś żyć, a my audiofile płacimy często więcej za interkonekty, które po dwóch miesiącach odsprzedajemy za pół ceny…

        1. Adam pisze:

          To się nazywa po prostu brak wyboru. Osoba posiadająca takiego DAC-a, prędzej czy później zakupi taką aktualizację. Nie ma innego wyboru, ani obejścia, więc firma może podyktować dowolną cenę w granicach rozsądku, a wie, że to i tak się sprzeda, szczególnie jeśli faktycznie wnosi to słyszalną i znaczną poprawę.

          Ja posiadam zestaw Matrixa, X Sabre Pro MQA i konwerter Matrixa i by przeskoczyć na kolejny poziom, to musiałbym wydać sporo sporo sporo więcej. Jeśli aktualizacja wynosi DAC-a na nowy poziom , to jeszcze może ma sens, by wydać 600 USD, ale przy cenie urządzenia 5k USD plus konwerter 2k USD(dobrze pamiętam?) to wydaje mi się, że mogli darować sobie płatną aktualizację. Tylko pytanie czy za jakiś czas znów nie będzie kolejnej dużej aktualizacji i kolejne 600USD i potem znów.
          Oczywiście jak sam wspomniałeś, jak doliczysz VAT-y transport, cła, to zrobi się na prawdę ogromna suma.
          No ale to ich polityka, a każdy ma prawo wyboru czy chce czy nie. Więc ja nie oceniam. Zresztą, to już nie moje progi cenowe.

          Nie jest to jedyny DAC na świecie, więc każdy ma wybór.

  2. Sławek pisze:

    Ze zdjęć wywnioskowałem, że coaxial to zarówno rca jak i bnc.

    1. Marcin pisze:

      Tak – DAC ma wejście BNC, ale w zestawie jest przejściówka BNC-RCA. Jednak (podobno – nie sprawdzałem) najlepiej brzmi po podłączeniu cyfrowego XLR. Takie połączenie jest rekomendowane z firmowym konwerterem.

  3. Piotr Ryka pisze:

    Jak będzie nowszy DAC, najlepiej z tym konwerterem USB, to może być nowa recenzja.

    1. Marcin pisze:

      Odezwę się jak już będę miał sprzęt. Nie mogę jednak obiecać kiedy go skompletuję, ale w tym roku myślę się uda.

      1. Piotr Ryka pisze:

        Spokojnie, nie ma żadnej presji czasowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy