Recenzja: Ayon Spheris Phono

Wkład do brzmienia

Za to wyświetlacz malutki.

   Tor użyty odnośnie tego był identyczny jak w recenzji gramofonu CSPort, ale z jednym wyjątkiem. Pisanie o dzielonym Spherisie bez konfrontowania go z innym wysokiej klasy przedwzmacniaczem gramofonowym byłoby wszak abstrakcją. Z sensem można by tylko stwierdzić, że brzmienie się podobało bądź nie i w oparciu o jakie cechy powzięliśmy taką ocenę. Ale ile z tego podobania/niepodobania należy przypisać jemu, tego by już nie można miarodajnie zaopiniować. Użyty został zatem drugi przedwzmacniacz szczytowej klasy – Ancient Audio Pre Phono. Mniejszy gabarytowo, ale także funkcjonalnie i jakościowo wyrastający daleko ponad przeciętność, stanowił dobry punkt odniesienia na użytek wspomnianych ustaleń. Z porównań tych można było wysnuć wniosek, iż wielka konstrukcja dzielona kładzie szczególny nacisk na to, co jest istotą jej domeny, stanowi fundament analogu. Na melodykę w oparciu o gładkość, spójność, płynne przejścia i elegancję – a przede wszystkim na naturalność. Tę ostatnią aż w kwintesencji, bo pozbawioną wszelkich retuszy, jakichś  umilających czy udziwniających poprawek. Głosy wokalistów wychodziły wprost z życia i pozbawione były tego wszystkiego, co może być określane jako sztuczność sceniczną. Areta Franklin, Louis Armstrong, Frank Sinatra, Astrud Gilberto, Cesaria Evora, Leonard Cohen, liczni inni – pomijając niezwykłość ich głosów, podobniejsi byli bardziej do osób spotykanych co dnia niż branych z ze świata nagraniowego, nawet zaistniałego w oparciu o bardzo drogą, ale cyfrową aparaturę. Produkowali się w sposób niewysilony – wolny od dobitnego akcentowania, echowego konturowania, jakiegokolwiek natężania dla zyskania efektu. Nieprzerysowany, nie podbarwiony, nie pchnięty czymkolwiek w nienaturalność był to brzmieniowy obraz. Co nie znaczy, że konkurencyjny przedwzmacniacz nienaturalnymi przydatkami ich prezentacje „obdarowywał” w sposób nadmierny, niemniej kontury kreślił mocniejsze, czynił głosy minimalnie twardszymi, dodawał też do brzmieniowego obrazu więcej kontrastowego czynnika, a barwom odrobiny podnoszącej ten kontrast połyskliwości i czerni. Tym samym brzmienie stawało się żywsze i na obecność swą bardziej zwracające uwagę – zarówno poprzez większą dosadność, jak i włożenie w niepomijalny obserwacyjnie światłocień. Mniejsze także stonowane, większy dające dystans do normalności. Wszystko to było odchodzeniem od naturalizmu sauté – swoistym brzmieniowym makijażem, powodowanym zarówno chęcią owego przyciągania uwagi, jak i w jakimś zapewne stopniu mniejszą doskonałością odtwórczą. Bardzo niewiele tego przyprawowego czynnika tańszy przedwzmacniacz oferował, niemniej wystarczającą ilość, żeby to zauważać przy szybkich porównawczych przejściach.

Potrzebna jest wentylacja.

Rzecz można przy tym było interpretować dwojako, bowiem naturalizm Ayona (nazwijmy go roboczo – miękkim) wcale dla kogoś nie musi być poszukiwanym optimum. Zależy wszak, co się woli. Jeżeli powrót w analogowy świat (załóżmy, że to powrót) nie był podyktowany jedynie modą, ale towarzyszyła mu też chęć doznawania muzyki pozbawionej odstępstw od sytuacji z życia, to Ayon z tym swoim miękkim naturalizmem zapewniał to w stopniu faktycznie aspirującym do bycia najlepszym na świecie. Ale jeżeli lubi się nawet u gramofonów styl podretuszowany, to Ancient Audio dawał takiego stylu więcej. Przy czym, żebyśmy się dobrze zrozumieli: niezależnie od pracującego gramofonowego przedwzmacniacz tor oferował to, czym gramofony górują nad cyfrowymi źródłami – płynniejszą formę oraz w nie mniej istotnym stopniu większe kwantum niesionej przez dźwięk energii. Ciągle do tego ostatniego wracam, ale to równie ważny czynnik, jak ta regularnie łączona z analogowym brzmieniem większa płynność. Energia analogu sprawia, że muzyka w wydaniu cyfrowym staje się jakby fotografią; niby jest, ale nie tak do końca – brakuje jej nie tylko mistrzowsko wymodelowanej postaci, ale też werwy i witalności. Krótko mówiąc – siły wewnętrznej.

Sporządzając niniejszą recenzję nie czuję się całkiem komfortowo, bowiem nie pretenduję do bycia najlepszym na świecie znawcą gramofonowych przedwzmacniaczy. Niemniej tego i owego spośród szczytowych słyszałem i na tej bazie mogę przypisać Spherisowi Ayona wyjątkowy kunszt realizacyjny pod jednym i drugim wspomnianym względem. Ten jego naturalizm jest mistrzowski, co też domaga się zauważenia, że nie na wiatr rzucone zostały słowa o szczególnym doborze lamp, dbałości o ich warunki pracy oraz surowej wstępnej selekcji. Rosyjskie triody 6H30, używane chętnie przez firmę Ayon w stopniach wzmocnienia różnych urządzeń, mają bowiem naturalną tendencję odwrotną od owej miękkiej naturalności – lubią podostrzać, kłaść nacisk na wyraźny kontur, dramatyzować nawet, czasem aż przejaskrawiać. To między innymi ich brak w Spherisie zaowocował ową miękkością, jeszcze potęgującą naturalną miękkość muzyki branej spod gramofonowej igły.

Obfitość obsługowa z tyłu.

Swoisty to paradoks, że właśnie ostra igła o maksymalnie twardej końcówce daje muzykę znacznie miększą i płynniej formowaną od tej czytanej przez wiązkę światła. Bo też nie chodzi o sam odczyt, ale o sposób kodowania, a ten w postaci zerojedynkowej najwyraźniej skłania elektrony sygnału do zachowań bardziej grubiańskich. Wygłupiam się i po trosze racji nie mam, ponieważ dobry odtwarzacz CD albo najwyższej klasy czytnik plików potrafią wygenerować muzykę o wysokiej kulturze, niemniej najwyższa gracja i ogłada – sam szczyt arystokracji brzmieniowej – to gramofony i magnetofony. Muzyka cyfrowa jest w porównaniu z nimi (mowa, rzecz jasna, o najlepszych) zgrubna, twardsza, bardziej kanciasta i bardziej pogłosowa. Ale można ją taką woleć. Przyzwyczajenie drugą naturą, a większość z nas jest obyta z cyfrowymi formami dźwięku i ich zniekształceniami; przyzwyczajona ich nie dostrzegać albo uważać za rzecz normalną. Aczkolwiek obawiam się, że na podświadomość i samopoczucie słuchającego wpływa cyfrowa gorzej. To trochę tak jak z tymi oszczędnościowymi energetycznie (bo przecież nie dla portfeli) żarówkami narzuconymi przez przepisy, które kosztują dużo drożej (bo wcale nie są takie trwałe, jak na początku zapewniano), na środowisko źle wpływają (metale ciężkie) i przede wszystkim źle na korzystających z ich światła. To światło miga, a choć z szybkością sprawiającą, że w sposób jawny niezauważalnie, to jednak podprogowo drażniący układ nerwowy, powodujący irytację i zmęczenie. Z muzyką cyfrową jest podobnie, mimo iż miga dużo szybciej i czyni się od czasu odkrycia jittera coraz więcej, by na etapie finalnym jak najbardziej ją interpolacją wygładzać. Skażona jest jednak grzechem pierworodnym cyfrowości i jeszcze na dodatek pozostawiona w prymitywniejszej formie pierwotnej, jako że bardziej zaawansowana forma zapisu cyfrowego (SACD) została zarzucona. Jeżeli miało to być przejawem chytrości ze strony producentów, to rynek im piłeczkę odbił w sposób dla nich niespodziewany – właśnie powrotem do winyli. Też z wolna do analogowych taśm na szpulach i w kasetach; szczególnie rynek tych ostatnich zaczął za Oceanem odżywać. W tej wracającej z impetem winylowej fali przedwzmacniacz gramofonowy Ayon Spheris bryluje jako jej kreator: jego niewymuszona z pozoru naturalność to efekt długich starań konstruktora i dużego nakładu środków.

Gramofonowa waga ciężka.

Czy to jest mimo wszystko tylko „z dużego mało” – bo przecież wielkie urządzenie, a lepszy jedynie sznyt? Tego bym nie powiedział, ponieważ zachodzi w tym wypadku sytuacja dosyć typowa dla porównań audio, ale tych mniej spektakularnych. Albo inaczej – spektakularnych, lecz rozwijanych w czasie. Zastąpienie Ayona Spheris innym tego rodzaju urządzeniem o wysokich ale nie tak walorach, nie powoduje szoku, niemniej jak te nieszczęsne żarówki nowej mody, rozwijającą się w czasie irytację. Gra niby bardzo dobrze – no ale już nie tak. I każda kolejna muzyczna fraza dokłada do tego swoją cząstkę – początkowo niewielki wzgórek nieukontentowania zaczyna się wypiętrzać. Aż na koniec coś w środku zaczyna do nas przemawiać: „Cholera, to już nie to!”

Dwa słowa jeszcze o różnych wkładkach. One podobnie dużo znaczą – mogą poprawiać albo psuć. To jasne, to jest banał, ale jest też w tym kwestia stylu. Już nadmieniłem w recenzji gramofonu CSPort, że duńska wkładka Ortofona dawała styl bardziej zadziorny (w dobrym sensie) i dosadny (też w dobrym) od japońskiej ZYX Ultimate. Tak więc nie ma problemu z tą miękką naturalnością Spherisa – można ją kontrować bądź wzmacniać. Doborem wkładki dopasowywać brzmienie do własnych preferencji, jako że wielka analogowość, z którą w jego wypadku bez dwóch zdań mamy do czynienia, może być pikantniejsza lub łagodniejsza. Mnie podobały się obie, chociaż gdybym musiał wybierać, to wskazałbym na większą ostrość. Ale to może właśnie jest pochodną przyzwyczajenia do muzyki cyfrowej, spaczenia gustu jej zniekształceniami? 

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

6 komentarzy w “Recenzja: Ayon Spheris Phono

  1. Sławek pisze:

    Ten preamp z pewnością jest świetny, ale – i piszę to całkowicie poważnie – Polak potrafi – oto objawił się RCM Audio The Big Phono (też dwupudełkowy) za 35 000€, czyli droższy.
    Czy jest szansa na recenzję i porównanie? Oczywiście w celach poznawczych, na razie zakup żadnego z nich mi nie grozi, w Eurojackpot trzeba by wygrać…

    1. Piotr Ryka pisze:

      Jeżeli RCM zgłosi się po recenzję, zostanie napisana. Jeżeli zrobi to przed zwrotem Spherisa, będzie też porównanie.

      1. Sławek pisze:

        Jedna recenzja już jest, i to ze złotym paluchem.
        Ale Panie Piotrze – Pan jest dla mnie bardziej wiarygodny…
        Pozdrawiam

        1. Piotr Ryka pisze:

          Cieszę się z tej wiarygodności i serdecznie za nią dziękuję, ale być może z uwagi właśnie na nią… Nie chcę rzucać podejrzeń, ale wydaje mi się, że akurat dla RCM jestem z kolei mniej wiarygodny. O recenzje w każdym razie nie proszą, więc ja się też nie narzucam.

          1. Sławek pisze:

            Rozumiem i nie nalegam.
            Trochę zmienię temat, ale nadal winyle – ciekawe rozwiązanie to ELP Laser Turntable, podobno jest dystrybutor na Słowacji.
            Teoretycznie idealny gramofon – tangnecjalny odczyt, nie zużywa płyt. Czyta praktycznie tylko czarne, żadnych kolorowych, a tym bardziej picture disców.
            Skrajne opinie czytałem na jego temat, ale ponieważ kosztuje mniej niż połowę recenzowanego preampa to rzecz wydaje się być godna uwagi…

          2. Piotr Ryka pisze:

            Słowacki dystrybutor, to wątpię żeby do Polski przysłał. Może kiedyś taki laserowy czytnik winyli do nas trafi, to wtedy. Ale to czytanie laserem trochę odbiera czar, chociaż to pewnie kwestia przyzwyczajenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy