Recenzja: Abyss Diana DZ

Odsłuch: Przy komputerze

      Tradycyjnie najpierw komputer. Chwilowo jeszcze obsługiwany przez wzmacniacz Feliks Audio Envy Performance z lampami WE 300B i 6SN7 z Taszkientu[3], tradycyjnie natomiast przetwornik od Phasemation, a słuchawek do porównań nazbierało się tyle, że aż przesyt i niechęć używać. W zasięgu ręki Susvara Unveiled, RAAL 1995 Immanis i Spirit Torino Valkyria, chyba odeślę całe to bractwo, bo kręci mi się od niego w głowie. No nic, porównania na potem, na razie obiekt recenzji.

    Plan pierwszy, tak samorzutnie – bez wolicjonalnych prób przestawiania, ani przed, ani za oczami, tylko w płaszczyźnie twarzy. Stereofonia dobitnie obecna, łukowo otaczająca, a udzielanie się atmosfery muzycznej, pod postacią bycia na miejscu zdarzeń i emocjonalnego uczestnictwa, rysowało się bardzo wyraźnie za sprawą dwóch wiodących czynników. Primo, sama przestrzeń jawiła się jako żywa i głęboka, narzucająca obecność głosów, ciał i przedmiotów. Po prostu, albo i nie po prostu, tak czy inaczej tam się było, przemożność i dosadność bycia w kreowanym mnogimi rodzajowo dźwiękami obszarze muzyczno-nagraniowym była bezdyskusyjnie świetna; wirtualny autentyzm pokazowy, taki do wbijania w fotel wątpiących w możliwość jego istnienia. Na co – po secundo – składała się jakość samych brzmień, o których trzeba napisać, że doskonale były sporządzane. Temperatury ciał i oddechów tak idealnie dobrane, że internista po zmierzeniu temperatury byłby cały zadowolony. Gładkość zmieszana z chropawością i mienieniem barw też nic nie zostawiały do poprawy, ładnie zatrzymując się dokładnie w tym miejscu, którego przekroczenie oznacza już nie samo słuchanie muzyki, ale też jej analizę. Trójwymiarowy obraz tętnił życiem, kładąc nacisk na wydobycie tego, co kojarzy się z jego nurtem, a nie z badawczym przyglądaniem.  Zrozummy się tu dobrze – ilość szczegółów wszelkich typów (i tych od samej muzyki, i tych od miejsca dziania) nie zostawiała nic do życzenia, ale zarazem wszystkie one składały się na narracyjny autentyzm, nie zostawiając ani skrawka na to, co ktoś mógłby odebrać jako osobny czynnik analityczny przekraczający naturalność odbioru. Z tym, że nie było tutaj tak rysowanej perspektywy ani objętości obszaru jak u Susvara Unveiled, ani tym bardziej AKG K1000, nie było również takiej dynamiki jak u Spirit Torino Valkyria, z jej basem jak helikon, niemniej wszystko pozostawało w równowadze i doskonałości odtwórczej pozwalającej stwierdzić: „No tak, to jest muzyka!”.  

 

 

 

 

    We wszystkim tym ważnym czynnikiem opisowym była miara pogłosu. Jeżeli czegoś brakowało, to pogłosowej odpowiedzi pudeł np. fortepianu – odpowiedzi na naciskanie klawiszy były troszkę brzmieniowo za proste. Głębia pogłosu dobywanego z architektury w zupełności była wystarczająca, ale do instrumentów można się było z lekka przyczepić. Ogólnie zatem wyrafinowane brzmienie z gatunku natychmiast przekonujących złożonością obrazu w złączeniu z łatwością przyswajania, ale minimalny niedosyt u tych, którzy mają do czynienia w bliskim kontakcie z żywą muzyką albo aparaturą już takiego absolutnie maksymalnego poziomu. W takim razie odnieśmy się do niej.

    Spirit Torino potrzebowały większej mocy, by dawać brzmienie nie takie całkiem, ale zauważalnie dostojniejsze. Mocniej akcentowały skraje pasma i obecność pogłosów, tliła się w nich przyczajona energia i poprzez to nie były łatwe i prostoduszne, coś kryły za pazuchą. Wyraźnie bardziej łkały tam, gdzie zjawiało się łkanie, bardziej snuły swe opowieści niż po prostu sobie śpiewały, natomiast pierwszy plan lokowały tak samo i nie czułem jakiegoś wyraźnie mocniejszego przywoływania obecności w ich produkcjach. Energia stała jednak za nimi większa, a tak samo głębia pogłosu. Studnie brzmienia kopały głębsze i o większych średnicach, obecność tajemnicy była wyraźna. W efekcie już nie samo proste bycie, ale też czynnik refleksyjny, jak zawsze przywołujący zadumę i jakiś rodzaj smutku. Złożoność odpowiedzi na aktywację struny w interakcji z pudłem rezonansowym pojawiała się większa, doskonalej potrafiły też rozprowadzać brzmienia z natury trudne odtwórczo oraz takie najbardziej harmonicznie spiętrzone. Brud rocka tarzał się u nich w znakomitszym brudzie, organy bardziej przytłaczały, orkiestry symfoniczne były potężne jak dłoń Stwórcy.

     W porównaniu do obu tamtych nowe Susvary to bezapelacyjnie większe sceny ujmowane w mocniejszy rygor perspektywy. Jaśniejsze i intesywniejsze przy tym niż u Valkyrii światło, ale też refleksyjne akcenty wplatane do narracji, tyle że mniej poprzez głębię pogłosów, więcej przez sopranowe srebrzenie. Wrażenie potęgowe niemal lub równie potężne, a jedynie mniej mroczne, za to większą dalą wzmagane. Publiczność sadowiona głębiej i wszystko bardziej przed słuchaczem, a względem Abyss Diana minimalne odjęcie ciepła, zauważalne dodanie pogłosu i przede wszystkim lepsze oddawanie delikatnych akcentów, a nie sam lepszy obraz sceny. Czynnik refleksji bardzo obecny, ale mniej smutku niż z Valkyria, a wyrafinowanie takie, że gdybym nie miał AKG K1000, to pomyślałbym, że doskonalsze nie jest u słuchawek możliwe.

    No ale te K1000 doskonalej wkładają dźwięki w przestrzeń, a kiedyś, dawno temu, Sony MDR-R10 były melodyjniejsze. Względem recenzowanych brak poczucia naturalizmu poprzez życiową prostoduszność: „Błogosławieni ubodzy duchem” – nauczał pielgrzym z Nazaretu, a intelektualiści i ich dziwne miejsca (tu filharmonie i opery) z uporem wszystko mącą, nawet muzykę komplikują. Radość przemieniają w zadumę, taniec w dziwne figury, do wszystkiego tłoczą esencje inności i obcości. Kto chce mieć samą radość (ale na najwyższym poziomie), spokojnie może wybrać Abyss Diana, odżegnać się od komplikujących.  

     Na koniec tych porównań RAAL. Te okazały się najpodobniejsze poprzez taką samą niemalże temperaturę (o włos niższą) i też brak czynnika zadumy. Jeżeli już, to minimalnego w rozbudowanych, ale ciepłych pogłosach, przy dynamice i potędze basu bliskim Valkyriom, a pierwszym planie nie tak odsuniętym jak u Susvar, ale wciąż przed oczami, a nie na płaszczyźnie soczewek oczu. Zarazem RAAL udowadniały, że mają coś specyficznego: ich duże, większe niż u ABYSS i Susvar dźwięki, wyłaniały się z medium narzucającego poczucie nadzwyczajnej czystości, swobody oddechowej i trójwymiarowości obiektów. Jak już wielokrotnie pisałem, słuchawki te z nadzwyczajną precyzją modelują postacie dźwięków i na to kładą główny nacisk, a nie na przestrzeń i otoczenie. Można powiedzieć, że oczyszczają nagrania z szumu i pogłosowych dodatków, dźwiękowy obraz proponując w posprzątanym z życiowych okruchów i życiowego kurzu świecie. Co do mnie, zdecydowanie wolę srebrzystą poświatę, perspektywiczne ujmowanie i przenikliwość Susvar, wolę też tajemniczy, nasycony dynamiczną potęgą mrok Valkyrii, ale na wielu ten odfiltrowany z dodatków, cały skupiony na jak najczystszym zaprezentowaniu samego muzycznego kształtu świat otrzymywany od RAAL wywiera wyjątkowe wrażenie. W porównaniu do niego świat kreowany przez ABYSS Diana jawił się jako zwyklejszy, tzn. też brzmieniowo znakomity i też, a nawet jeszcze bardziej, optymistyczny niż smutny, uwolniony od wszystkich składników mogących odciągać uwagę od brania muzyki w siebie.

 

 

 

 

    Nie było w nim niczego, o czym dałoby się, albo było zmuszonym powiedzieć, że jest wyjątkowe, nieobecne w pozostałych wydaniach. I to, zwłaszcza przy braku porównań, było po prostu dobre, zachęcające do słuchania samą siłą odbioru, a nie poprzez obecność jakiejś nadzwyczajności, na której trzeba osobno się skupiać i osobno ją celebrować. Z tego samego powodu najbardziej podobała mi się niezwykłość Susvar, jako i nadzwyczajna, i mimo tej nadzwyczajności najbliższa naturalności. Śmiało z tym można polemizować, gdyż to samo da się powiedzieć o niezwykłości Valkyrii czy nieobecnych tutaj Stax SR-X9000. RAAL natomiast wydały mi się takie cokolwiek sztuczne, coś miały w sobie z postaci zdjęć potraktowanych Photoshopem.

 

[3] Najlepsze sowieckie lampy jakie słyszałem, nie ustępujące renomowanym zachodnim i na pewno lepsze od Psvane.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

9 komentarzy w “Recenzja: Abyss Diana DZ”

  1. Adam K. pisze:

    Panie Piotrze, w tekście wkradła się mała nieścisłość. Jeff (a nie John) Wells, a Headtrip jest obecnie oferowany już w trzecim wcieleniu, nie w drugim Pozdrawiam.

    1. Piotr+Ryka pisze:

      Dziękuję za zwrócenie uwagi, błędy zawsze należy tępić. Tak nawiasem sam Wells (który rzeczywiście na imię ma Jeff) w nagłówku pisze Headtrip III, a w tekście Headtrip II. Co w sumie mało znaczy, jeden znaczek się zgubił, o wiele bardziej szkoda, że nie ma w tym tekście najmniejszej wzmianki, jakie zmiany zaszły między drugą a trzecią. Widać jedynie inną obudowę, moim zdaniem niespecjalnie udaną. Też pozdrawiam.

  2. Piotr+Ryka pisze:

    Uwaga, uwaga – nadchodzi. Nadchodzi groźny dla konkurencji wzmacniacz słuchawkowy. Już jestem po odsłuchach, zacząłem pisać recenzję. Cena niestety spora, tak koło 17 tys. Tranzystorowy.

    1. Kajetan pisze:

      Holo Bliss?

      1. Piotr+Ryka pisze:

        Nie, ten to dopiero we wrześniu i cena mocno zaporowa. Podobno się jeszcze dostraja. Anonsowany w cenie koło 15 tys. i tranzystorowy. Ma się pokazać na wrocławskim spotkaniu.

        1. Stefan pisze:

          SAEQ Morpheus.

          1. Piotr+Ryka pisze:

            SAEQ PDA-1b

  3. Michal Pastuszak pisze:

    Slyszalem kilka miesiecy temu ze Lucarto Audio pracuje nad tranzystorem do sluchawek, fajnie jakby wypuscili taki model.

  4. Piotr+Ryka pisze:

    A w tym Wrocławiu ktoś był, jakieś wrażenia, czy tylko dzika upiekliście?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

© HiFi Philosophy