Abyss, a zatem znaczeniowo „Otchłań”, słowo pobudzające wyobraźnię. Początek mamy więc otchłanny, w jaźń głęboko zapadający. Początek ów, w sensie fizycznego istnienia firmy JPS Labs® posługującej się tą nazwą, sięga 1990 roku, a kiedy chodzi o słuchawki, kalendarz wskazuje 2012-ty. Z kolei jak chodzi o recenzje spisywane na tych stronicach, rzecz miała inaugurację w 2018-tym, kontynuację cztery lata później. Obie tamte tyczyły tych samych z 2012-tego słuchawek flagowych – pierwsza dokładnie tych z debiutu, druga ich poprawionej wersji z dopiskiem PHI TC.
Sięgnijmy do starszej i przytoczmy: Kalifornijska JPS Labs założona została przez, i wciąż należy do Joe Skubinskiego, a zaczynała w 1990 od filtrów poprawiających brzmienie głośników, które nazwano Złotymi Fletami (org. Golden Fluets). Filtry mogły podejmować współpracę z dowolną kolumną, ale trzeba je było wstawiać za pośrednictwem dodatkowych kabli, które samo JPS Labs zaczęło w t<m stanie rzeczy oferować. A ponieważ okablowanie moc rynkowego przebicia zyskało zgoła niepojętą, szybko zaczęły te kable znaczyć więcej od całej reszty, i wciąż znaczą. JPS Labs oferuje szeroki asortyment analogowych i cyfrowych, ale z czasem do kablowego szaleństwa doszlusowało słuchawkowe – świat zaczął coraz bardziej „słuchawczyć”, obecnie już na maksa. Ogromna góra słuchawkowej oferty została usypana i nieustannie się wypiętrza, a na jej szczycie opromienione chwałą konstrukcje krzyczące za siebie grube tysiące dolarów oraz zestawy ze wzmacniaczami za dziesiątki tysięcy. Tego właśnie rodzaju dolarowego krzykacza firma JPS Labs stworzyła; nie tylko jego wprawdzie, ale on stał się najsławniejszy, bowiem grubaśny był wielce.
Przeskoczmy o lat parę do recenzji kontynuacji znaczonej dopiskami PHI i TC (2018), gdzie PHI oznaczało nową membranę, a TC poprawiony układ magnetyczny oraz doskonalsze materiały tworzące. Ewolucja od wersji bez dopisków szła wprawdzie poprawkami w trzech krokach, tak więc w istocie to czwarta wersja, lecz oficjalnie Abyss AB-1266 PHI TC to druga generacja flagowca. Obie konstrukcje flagowe to słuchawki masywne (640 g) i wzorniczo czerpiące z estetyki industrialnej, co wielu się spodobało, ale na pewno nie wszystkim. Naturalną więc rzeczą była oferta modelu innego estetycznie i wagowo, i tym właśnie są tytułowe Abyss Diana – planarne słuchawki od Joe Skubinskiego z przetwornikami oprawionymi inną, delikatniejszą wzorniczo i lżejszą konstrukcyjnie konfiguracją zawieszenia. Sam Skubinski to zaś inżynier specjalista od głośnikowych kolumn, były pracownik kultem owianej manufaktury Bower&Wilkins, a jednocześnie dobry znajomy kalifornijskiego krajana Jeffa Wellsa, który na jego prośbę przerobił swój głośnikowy wzmacniacz Innamorata na wersję słuchawkową; tak powstał recenzowany tu i wychwalany Wells Audio Headtrip, tak samo jak słuchawki Abyss AB-1266 oferowany w drugim wcieleniu, obecnie już nawet trzecim.
Nim skupimy się na konkretach ofertowanych przez model Diana, jeszcze tylko uwaga, że firma Abyss w poszukiwaniu niższych kosztów translokowała się z zachodniego ku wschodniemu wybrzeżu i zatrzymała w trzystutysięcznym Bufallo nad jeziorem Erie, a zatem w Pasie Rdzy (Rust Belt), który dopiero teraz, w dobie regresu globalizacji, wstaje z ekonomicznie kolan.
I cóż to za słuchawki?
Słuchawki są planarne i jakościowo wysilone. Wycenione na 20 tys. bez tradycyjnych paru groszy, mienią się być luksusowymi, było nie było dwakroć będąc droższymi od recenzowanych ostatnio jednych i drugich flagowych Fosteksów, wyraźnie też kosztowniejszymi od flagowych ZMF Caldera. Lecz z drugiej strony dwakroć tańszymi od takich smoczysk jak Susvara Unveiled czy RAAL Immanis, w sumie więc nie za bardzo wiadomo jak się ustawiać do ich ceny – czy z wiatrem tej tańszości, czy pod wiatr wyższych kosztów. Ale zostawmy to na razie, co się będziemy głowić, to przecież samo wyjdzie, która tendencja bardziej pasuje, wpierw rzućmy okiem na słuchawki.
Planarne są, lecz zgodnie z twórczym założeniem niespecjalnie duże i ciężkie, przy wadze 370 – 385 g (w zależności od wyboru nausznic) oferują nowo opracowane od podstaw przetworniki z membranami ø63 mm, osadzonymi w wyfrezowanych obrabiarkami CNC z lotniczego aluminium[1] muszlach o – jak utrzymuje producent – skomplikowanej strukturze wewnętrznej. Niestety, niczego więcej o membranach ani przetwornikach się nie dowiadujemy – materiału membran nie ujawniono, szczegółów przetworników takoż. Podążając za rzuconą sugestią, że są to przetworniki typu ABYSS, można się tylko domyślać, że tak jak w obu generacjach flagowców odznaczają się specyfiką magnesów tylko po jednej stronie i membran z ultralekkiego polimeru. Obszerniejsza wypowiedź pada odnośnie osłon grillowych, które stworzono na bazie siatki oczek w układzie ciągu Fibonacciego[2], jaką odznacza się przykładowo układ nasion na tarczy słonecznika oraz liczne inne spiralne formy przyrodnicze i nieprzyrodnicze na bazie kąta 137,5 stopnia, zapewniającego niezaburzone, podobne do fraktala spiralne rozrastanie przestrzenne. Ten rozkład oczek ma zapewniać naturalny przepływ powietrza, co za tym idzie naturalny dźwięk, którego dalszą naturalizację zawdzięczać mamy specjalnie formowanym głębokim padom i idealnie pasującej do głowy konstrukcji pałąka. Rzecz jasna głównie samym przetwornikom, a oprócz nich okablowaniu, ale do wersji DZ nie jest dołączany flagowy kabel słuchawkowy samego ABYSS, o dumnej nazwie Superconductor HP, zjawiający się samorzutnie jedynie z najbardziej luksusowym wydaniem ABYSS Diana TC COMPLETE (32 975 PLN). Te oferują w czysto metalowych wykończeniach Titanium Grey bądź Dark Bronze, tutaj mamy zaś wykończenie polimerowo-ceramiczne o z lekka przypominającym żabi skrzek wzorze wokół wymyślnie spiralnej siatki Fibonacciego, a do wyboru kolorystyki Violet Abalone, Gold Forged i Damascus Forged. Z kolei wykończenia części skórzanych to do wyboru skórka wegańska lub jagnięca na obszyciu głębokich padów i naturalny albo wegański welur podwieszonej pod aluminiowym pałąkiem opaski.
W opisywanym przypadku problem stanowi klasyfikacja, bowiem dostałem do opisu tańszą wersję DZ, ale z kablem Superconductor HP i żadnym innym. A w takim razie melanż, taki już bardziej ze wskazaniem na wersję TC COMPLETE, jako że kabel w przypadku 1,8 m długości z wtykiem 4-pin kosztuje 7 tys. PLN, podnosząc cenę kompletu do niebagatelnych w każdej optyce dwudziestu siedmiu tysięcy złotych.
Pozostało opakowanie oraz dane techniczne. Słuchawki otrzymujemy w tekturowym pudełku pokrytym lakierniczo lśniącą bielą. Wewnątrz z utwardzonego brezentu pokrowiec – w nim one, kabel i papierki.
Dane techniczne informują o planarności przetworników, paśmie przenoszenia oszacowanym na 5 Hz – 65 kHz, impedancji 50 Ω i czułości 92 dB. Same słuchawki ważą 315 g, ale z padami o 55 do 70 g więcej, a kabel nie jest ciężki, a przy tym miękki i układny, na całej długości złożony z dwóch osobnych przewodów, zbiegających się do długiego, chromowanego wtyku o złoconych bolcach, sygnowanego przez samo JPS Labs®.
Na koniec pozostało coś jeszcze – pozostały odczucia własne. Słuchawki nie sprawiają wrażenia drogich, na pierwszy rzut oka wyglądają jakby kosztowały tak ze cztery tysiące. Ale zarazem jakby stworzyła je wielka firma mająca rozbudowany dział projektowy, są bowiem bardzo spójne wzorniczo i nietuzinkowe estetycznie. Wrażenie niezbyt kosztownych podważają grille w kompozycji ciągu Fibonacciego – jakich raczej się nie spotyka – podważają też w każdym punkcie obecne jakościowe surowce, sporo elementów ozdobnych oraz świetne leżenie na głowie. Waga dalece odbiega od innych konstrukcji planarnych, a brak krzykliwych akcentów, w postaci zmasowanego blasku metalu, mnie osobiście odpowiadał. Czy słuchawki są na ulicę i dobre dla sprzętu przenośnego? Pierwsza rzecz raczej umowna, ale na pewno się nadają, drugą będziemy sprawdzać. Akcencikiem sugerującym coś wysoce ponad przeciętność jest podpinanie kabla poprzez wtyki idealnie wpasowujące się w obwód muszli, z kolei opakowanie pozbawiono wytworności, nie będziemy się, jak np. u Staksa, przedzierać przez kolejne warstwy muślinów i pergaminów – tekturowe pudełko i pokrowiec na błyskawiczny zamek – tyle.
Jest coś ważnego do dodania – słuchawki idealnie leżą i są lekkie, pomimo braku plastiku, a przede wszystkim są rozpoznawalne, wyraźnie wyróżniające się wzorniczo. Muszle dano im kwadratowe z dużymi zaokrągleniami, pady dystansowo odcięto, a przede wszystkim nie ma chwytaków i obrotnic – muszle i pałąk są zrośnięte. Mimo ta popisowa wygoda, dlatego napisałem, że pachnie to dużym biurem projektowym, a przecież go nie było. Firma JPS Labs® to nie Sony ani Yamacha, a mimo to, a jednak.
[1] Anodyzowane aluminium stopowe (dodatki: mangan, miedź, żelazo, magnez i krzem).
[2] Ciąg, którego kolejne wyrazy to sumy dwóch poprzednich: 0, 1, 1, 2, 3, 5, 8, 13, 21 …. (Przynależność zera rzeczą umowną.)
Odsłuch: Przy komputerze
Tradycyjnie najpierw komputer. Chwilowo jeszcze obsługiwany przez wzmacniacz Feliks Audio Envy Performance z lampami WE 300B i 6SN7 z Taszkientu[3], tradycyjnie natomiast przetwornik od Phasemation, a słuchawek do porównań nazbierało się tyle, że aż przesyt i niechęć używać. W zasięgu ręki Susvara Unveiled, RAAL 1995 Immanis i Spirit Torino Valkyria, chyba odeślę całe to bractwo, bo kręci mi się od niego w głowie. No nic, porównania na potem, na razie obiekt recenzji.
Plan pierwszy, tak samorzutnie – bez wolicjonalnych prób przestawiania, ani przed, ani za oczami, tylko w płaszczyźnie twarzy. Stereofonia dobitnie obecna, łukowo otaczająca, a udzielanie się atmosfery muzycznej, pod postacią bycia na miejscu zdarzeń i emocjonalnego uczestnictwa, rysowało się bardzo wyraźnie za sprawą dwóch wiodących czynników. Primo, sama przestrzeń jawiła się jako żywa i głęboka, narzucająca obecność głosów, ciał i przedmiotów. Po prostu, albo i nie po prostu, tak czy inaczej tam się było, przemożność i dosadność bycia w kreowanym mnogimi rodzajowo dźwiękami obszarze muzyczno-nagraniowym była bezdyskusyjnie świetna; wirtualny autentyzm pokazowy, taki do wbijania w fotel wątpiących w możliwość jego istnienia. Na co – po secundo – składała się jakość samych brzmień, o których trzeba napisać, że doskonale były sporządzane. Temperatury ciał i oddechów tak idealnie dobrane, że internista po zmierzeniu temperatury byłby cały zadowolony. Gładkość zmieszana z chropawością i mienieniem barw też nic nie zostawiały do poprawy, ładnie zatrzymując się dokładnie w tym miejscu, którego przekroczenie oznacza już nie samo słuchanie muzyki, ale też jej analizę. Trójwymiarowy obraz tętnił życiem, kładąc nacisk na wydobycie tego, co kojarzy się z jego nurtem, a nie z badawczym przyglądaniem. Zrozummy się tu dobrze – ilość szczegółów wszelkich typów (i tych od samej muzyki, i tych od miejsca dziania) nie zostawiała nic do życzenia, ale zarazem wszystkie one składały się na narracyjny autentyzm, nie zostawiając ani skrawka na to, co ktoś mógłby odebrać jako osobny czynnik analityczny przekraczający naturalność odbioru. Z tym, że nie było tutaj tak rysowanej perspektywy ani objętości obszaru jak u Susvara Unveiled, ani tym bardziej AKG K1000, nie było również takiej dynamiki jak u Spirit Torino Valkyria, z jej basem jak helikon, niemniej wszystko pozostawało w równowadze i doskonałości odtwórczej pozwalającej stwierdzić: „No tak, to jest muzyka!”.
We wszystkim tym ważnym czynnikiem opisowym była miara pogłosu. Jeżeli czegoś brakowało, to pogłosowej odpowiedzi pudeł np. fortepianu – odpowiedzi na naciskanie klawiszy były troszkę brzmieniowo za proste. Głębia pogłosu dobywanego z architektury w zupełności była wystarczająca, ale do instrumentów można się było z lekka przyczepić. Ogólnie zatem wyrafinowane brzmienie z gatunku natychmiast przekonujących złożonością obrazu w złączeniu z łatwością przyswajania, ale minimalny niedosyt u tych, którzy mają do czynienia w bliskim kontakcie z żywą muzyką albo aparaturą już takiego absolutnie maksymalnego poziomu. W takim razie odnieśmy się do niej.
Spirit Torino potrzebowały większej mocy, by dawać brzmienie nie takie całkiem, ale zauważalnie dostojniejsze. Mocniej akcentowały skraje pasma i obecność pogłosów, tliła się w nich przyczajona energia i poprzez to nie były łatwe i prostoduszne, coś kryły za pazuchą. Wyraźnie bardziej łkały tam, gdzie zjawiało się łkanie, bardziej snuły swe opowieści niż po prostu sobie śpiewały, natomiast pierwszy plan lokowały tak samo i nie czułem jakiegoś wyraźnie mocniejszego przywoływania obecności w ich produkcjach. Energia stała jednak za nimi większa, a tak samo głębia pogłosu. Studnie brzmienia kopały głębsze i o większych średnicach, obecność tajemnicy była wyraźna. W efekcie już nie samo proste bycie, ale też czynnik refleksyjny, jak zawsze przywołujący zadumę i jakiś rodzaj smutku. Złożoność odpowiedzi na aktywację struny w interakcji z pudłem rezonansowym pojawiała się większa, doskonalej potrafiły też rozprowadzać brzmienia z natury trudne odtwórczo oraz takie najbardziej harmonicznie spiętrzone. Brud rocka tarzał się u nich w znakomitszym brudzie, organy bardziej przytłaczały, orkiestry symfoniczne były potężne jak dłoń Stwórcy.
W porównaniu do obu tamtych nowe Susvary to bezapelacyjnie większe sceny ujmowane w mocniejszy rygor perspektywy. Jaśniejsze i intesywniejsze przy tym niż u Valkyrii światło, ale też refleksyjne akcenty wplatane do narracji, tyle że mniej poprzez głębię pogłosów, więcej przez sopranowe srebrzenie. Wrażenie potęgowe niemal lub równie potężne, a jedynie mniej mroczne, za to większą dalą wzmagane. Publiczność sadowiona głębiej i wszystko bardziej przed słuchaczem, a względem Abyss Diana minimalne odjęcie ciepła, zauważalne dodanie pogłosu i przede wszystkim lepsze oddawanie delikatnych akcentów, a nie sam lepszy obraz sceny. Czynnik refleksji bardzo obecny, ale mniej smutku niż z Valkyria, a wyrafinowanie takie, że gdybym nie miał AKG K1000, to pomyślałbym, że doskonalsze nie jest u słuchawek możliwe.
No ale te K1000 doskonalej wkładają dźwięki w przestrzeń, a kiedyś, dawno temu, Sony MDR-R10 były melodyjniejsze. Względem recenzowanych brak poczucia naturalizmu poprzez życiową prostoduszność: „Błogosławieni ubodzy duchem” – nauczał pielgrzym z Nazaretu, a intelektualiści i ich dziwne miejsca (tu filharmonie i opery) z uporem wszystko mącą, nawet muzykę komplikują. Radość przemieniają w zadumę, taniec w dziwne figury, do wszystkiego tłoczą esencje inności i obcości. Kto chce mieć samą radość (ale na najwyższym poziomie), spokojnie może wybrać Abyss Diana, odżegnać się od komplikujących.
Na koniec tych porównań RAAL. Te okazały się najpodobniejsze poprzez taką samą niemalże temperaturę (o włos niższą) i też brak czynnika zadumy. Jeżeli już, to minimalnego w rozbudowanych, ale ciepłych pogłosach, przy dynamice i potędze basu bliskim Valkyriom, a pierwszym planie nie tak odsuniętym jak u Susvar, ale wciąż przed oczami, a nie na płaszczyźnie soczewek oczu. Zarazem RAAL udowadniały, że mają coś specyficznego: ich duże, większe niż u ABYSS i Susvar dźwięki, wyłaniały się z medium narzucającego poczucie nadzwyczajnej czystości, swobody oddechowej i trójwymiarowości obiektów. Jak już wielokrotnie pisałem, słuchawki te z nadzwyczajną precyzją modelują postacie dźwięków i na to kładą główny nacisk, a nie na przestrzeń i otoczenie. Można powiedzieć, że oczyszczają nagrania z szumu i pogłosowych dodatków, dźwiękowy obraz proponując w posprzątanym z życiowych okruchów i życiowego kurzu świecie. Co do mnie, zdecydowanie wolę srebrzystą poświatę, perspektywiczne ujmowanie i przenikliwość Susvar, wolę też tajemniczy, nasycony dynamiczną potęgą mrok Valkyrii, ale na wielu ten odfiltrowany z dodatków, cały skupiony na jak najczystszym zaprezentowaniu samego muzycznego kształtu świat otrzymywany od RAAL wywiera wyjątkowe wrażenie. W porównaniu do niego świat kreowany przez ABYSS Diana jawił się jako zwyklejszy, tzn. też brzmieniowo znakomity i też, a nawet jeszcze bardziej, optymistyczny niż smutny, uwolniony od wszystkich składników mogących odciągać uwagę od brania muzyki w siebie.
Nie było w nim niczego, o czym dałoby się, albo było zmuszonym powiedzieć, że jest wyjątkowe, nieobecne w pozostałych wydaniach. I to, zwłaszcza przy braku porównań, było po prostu dobre, zachęcające do słuchania samą siłą odbioru, a nie poprzez obecność jakiejś nadzwyczajności, na której trzeba osobno się skupiać i osobno ją celebrować. Z tego samego powodu najbardziej podobała mi się niezwykłość Susvar, jako i nadzwyczajna, i mimo tej nadzwyczajności najbliższa naturalności. Śmiało z tym można polemizować, gdyż to samo da się powiedzieć o niezwykłości Valkyrii czy nieobecnych tutaj Stax SR-X9000. RAAL natomiast wydały mi się takie cokolwiek sztuczne, coś miały w sobie z postaci zdjęć potraktowanych Photoshopem.
[3] Najlepsze sowieckie lampy jakie słyszałem, nie ustępujące renomowanym zachodnim i na pewno lepsze od Psvane.
Odsłuch: Z Astell & Kern KANN Ultra
ABYSS pachną sprzętem przenośnym – nie po to są lekkie i super wygodne, a zarazem dobrze leżące i estetycznie wyszukane, ażeby tylko w domu. W ramach tego zgrabne i ładne, jeszcze ze zdobieniami, a sam producent bez skrupułów obdarza je mianem „butikowych”. (Drogi ten butik, ale markowy.) Ale co z brzmieniem? Mocny odtwarzacz nie miał powodów, by nie obdarzać mocnym napędem, niemniej jego pejzaż brzmieniowy malował się inaczej. Znacznie większy był udział pogłosu, a brzmienie wyczuwalnie pociemniało, nie było też już takie ciepłe i pogodne, zostało z lekka wtrącone w labirynt odbić i półchłodów, tu i tam mrocznych zakamarków i rzucanych uroków. Ogólnie było bardzo dobre, ale znacząco inne, a w ramach tego duże różnicowanie w zależności od nagrań. Te gęste i te ripowane z materiału SACD brzmiały cieplej i mniej pogłosowo, niezależnie od tego, że lepsze były pod każdym względem. Na maksymalną notę zaliczony i tutaj został wiążący dla planarów, niezwykle trudny dla nich i elektrostatów egzamin z basu – nie pojawiły się najmniejsze oznaki kontaktu miotających się maksymalnie membran z magnesami, a samo brzmienie było pełne, głębokie, rozdzielcze i znakomicie trójwymiarowe. Ogólnie natomiast takie, jakiego oczekuje się od dobrej aparatury stacjonarnej napędzającej słuchawki – nie tylko dobre, a wybitne. Ku swemu zaskoczeniu z Divertimento in D K.136 zdołałem poszybować – co nieczęsto się zdarza nawet u drogich słuchawek – a chociaż śledzenie nagrań nie było już tak wybitne, jak wcześniej z komputerem, to wciąż wybitne było. Medium czyste jak łza i ożywiane mrowieniem drobin, a propagacja dźwięku swobodna, nie przejawiająca żadnych oznak nieprzyjemnego domykania skutkiem odbicia od jakichś granic. Gęste, ale zarazem nośne dźwięki, dużo powietrza i piękna. Pasmo rozwarte po obu stronach, a bas wręcz popisowy – aż tak znakomitego naprawdę nie podejrzewałem. Wątek sceniczny może nie aż urzekający, ale po prostu dobry – duże obszary, perspektywy, daleko rozchodzące się głosy i długie trwania w pięknym brzmieniu. Skomplikowane kaskady dźwięków (np. w Carmina Burana) nie stwarzały najmniejszych problemów ani z samą swą złożonością, ani ze zintensyfikowanym slalomem między crescendo a diminuendo. Jasna rzecz, że wszystko to można kreować świetniej, ale przecież nie w trybie marszowym, nie z odtwarzaczem wielkości smartfona, jedynie znacznie cięższym.
Przy odtwarzaczu
Ta sesja nic specjalnego nie wniosła, okazała się uzupełnieniem. Dwie rzeczy są do wymienienia, jedna doba, a druga średnia. Dobra to ta, że okazało się na całym materiale nagraniowym, iż słuchawki rzeczywiście reprezentują high-endowy poziom w całym niemalże spektrum brzmienia, jedno nieznaczne niedociągnięcie, o którym za kilka linijek, nie psuje wyrafinowania, można się cieszyć wnikaniem w głębokie warstwy nagrań, świetnym oddaniem środka pasma, a basu to już popisowym. Ten bas na złoty medal, nieomal lepszych nie ma. Tych kilka z doskonalszym, w tym jeszcze potężniejszym, to strasznie drogie ABYSS 1266, obecne tu Valkyrie i dawno zapomniane Ultrasone z serii E7, E9, T7. Zupełnie nie było powodu ku żadnym z nich się zwracać, basowy odcinek spektrum to u tych Diana popis. Niemal to samo środek pasma, z miąższością, aromatem, biologizmem i bezpośrednim kontaktem. Żywi ludzie z całym bagażem życia od normalności do niezwykłości, jedyna na tym skaza, to minimalne niedociąganie na samej górze spektrum. Soprany troszkę opiłowane, co dawało tę łatwość słuchania i złudę pełnej normalności, ale kosztem zjadania urywka, który daje złożoność wybrzmień taką już absolutnie szczytową. To przez to pod klawiszami fortepianu nie było całej złożoności, przestrzeń nie rozwijała się do oszałamiającego ogromu, holografia nie okazała się popisową, a smutek i nostalgia słabły pod względem siły emocjonalnego oddziaływania. To właśnie ta rzecz średnia, powyżej wzmiankowana. Smukłe, przenikliwe soprany to nie as atutowy Diana, aczkolwiek też nie blotka. One są jak dziesiątka albo walet, przebijają większość kart z talii, lecz szczytów nie sięgają. Ze sprzętem przenośnym tego nie znać, ale z aparaturą trochę znać. Oczywiście kiedy się na tym skupić i tego potrzebować, bo entuzjaści basu za tym raczej nie tęsknią; i dla nich istna uczta, ten bas jest wielkim, suto zastawionym stołem. Można się rozkoszować, podobnie jak głosami, podobnie jak melodyjnością, podobnie jak niemal wszystkim.
Podsumowanie
Te Diany miały trochę pecha, że trafiły na kogoś ceniącego smutek i jednocześnie mającego taką możliwość porównań. Ale i tak nie ma co się smucić, czego te słuchawki same nie lubią, podobnie jak większość słuchających. Nie ma, bo porównane z nimi RAAL prezentowały podobny styl, a przecież należą do uwielbianych. A poza stylem też podobne, i w ogóle, patrząc szerzej, przechodząc z ABYSS Diana na którekolwiek z obecnych reprezentujących słuchawkową śmietankę, nie odnosiło się wrażenia spadku jakościowego, jedynie wchodzenie w innym klimat, taki pokrewny wstęgowym RAAL. Dopiero dłuższe osłuchanie dawało głębszą analizę, ale w słuchaniu muzyki nie chodzi przecież o analizy, chodzi o rozbudzanie emocji, wraz z czym powracamy do smutku, nostalgii, tęsknoty, zadumy i melancholii oraz innych stanów zwątpienia. Oddawanie tego rodzaju emocji nie należy do specjalności ABYSS Diana, aczkolwiek nie jest ułomne. Mogą przysmucać, ale jedynie trochę, w zamian reszta na cały etat. No i ten bas – on naprawdę mistrzowski, zwolennicy basowych emocji będą szczęśliwi po czubek głowy.
Słuchawki są uniwersalne względem aparatury napędowej, z tym że nie są banalnie łatwe dla wzmacniaczy, a pod tym względem średnie. Jak grają z kablem sprzedażowym, tego nie miałem okazji sprawdzić, tym samym nie mogę też oszacować ewentualnych popraw wnoszonych przez najlepszy firmowy. Mogę tylko powiedzieć, że z najlepszym są bardzo dobre i takie raczej dla optymistów, zwłaszcza lubiących bliskie i ciepłe międzyludzkie kontakty.
W punktach
Zalety
- Wysoki poziom ogólny, nawiązujący do najlepszych.
- Co przy tej cenie nie byłoby zaskoczeniem, gdyby nie niewielkie rozmiary i mały ciężar muszli.
- Bas ponad wszelkie pochwały, łączący wszystkie atrybuty.
- Na najwyższą ocenę zasługuje także odporność na wszystkie typy zniekształceń.
- Brzmienie ciepłe i bliskie, należycie trójwymiarowe.
- Bezpośredni kontakt z wykonawcami, obcujemy z żywymi ludźmi tworzącymi żywą muzykę.
- Wysoki naturalizm, zaburzany jedynie minimalnym deficytem sopranów.
- W zamian łatwość słuchania, co przy w pełni otwartym na górze spektrum, zwłaszcza na długich dystansach, nie bywa takie łatwe.
- Spore obszary sceniczne, uwalniające od ciasnoty.
- Krystalicznie czyste, a jednocześnie tętniące wibracjami medium.
- Nowo opracowane przetworniki specjalnie dla tych słuchawek.
- Ciągi Fibonacciego wkraczają do akcji.
- Nadają się do sprzętu przenośnego i do noszenia poza domem.
- Ciekawe wzornictwo muszli z elementami ozdób.
- Znakomita wygoda, otulają jak rzadko które.
- Prosta na pozór konstrukcja pałąka wyjątkowo dobrze się sprawdza.
- Do wyboru wykończenia klasyczne i wegańskie.
- Nietani, ale jest – można sobie dokupić lepszy kabel firmowy.
- Praktyczny futerał w komplecie.
- Od firmy z tradycjami.
- Sprawdzona polska dystrybucja-
- Made in USA.
Wady i zastrzeżenia
- Byłoby mniej optymistycznie lecz prawdziwiej, gdyby soprany szły na maksa.
- Te słuchawki nie są wymagające, ale słabe mocowo wzmacniacze się do nich nie przydadzą.
- Flagowe Abyss AB-1266 PHI TC to jednak wyższy poziom.
- Wersja od razu z najlepszym kablem jest dużo, dużo droższa.
- W teście właśnie ten kabel, więc tak naprawdę nie napisałem recenzji Abyss Diana DZ.
Dane techniczne:
- Typ: Wokółuszne, otwarte o konstrukcji planarnej.
- Najcieńsze i najlżejsze słuchawki butikowe na świecie, wyrzeźbione z aluminium lotniczego, zapewniającego nadstandardową wytrzymałość.
- Pasmo przenoszenia: 5 Hz – 65 kHz
- Impedancja: 50 Ω
- Czułość: 92 dB
- Waga: 315 gramów bez nauszników i 370 – 385 gramów w zależności od ich konfiguracji.
- W zestawie wysokiej jakości przewód słuchawkowy JPS Labs o długości 1.5m z wtykiem 3,5 mm, 6,3 mm (1/4″), 4-pinowym XLR lub zbalansowanym 4,4 mm.
System
- Źródła: Astell & Kern KANN Ultra, PC z przetwornikiem Phasemation HD-7A, Cairn Soft Fog V2
- Wzmacniacze słuchawkowe: ASL Twin-Head Mark III, Divaldi AMP 05, Feliks Audio Envy Performance, Phasemation EPA-007
- Słuchawki: Abyss Diana DZ (kabel JPS Labs Superconductor HP), AudioQuest NightHawk (kabel FAW Hybrid), Dan Clark Audio STEALTH (kabel Tonalium-Metrum Lab), Fostex TH1000 RP, HEDDphone 2 GT (kabel Tonalium-Metrum Lab), Final D8000 PRO Da Capo, HiFiMAN Susvara Unveiled (kabel Tonalium-Metrum Lab), RAAL 1996 Immanis, Sennheiser HD 600, Spirit Torino Valkyria
- Interkonekty: Kondo Theme Ls-41 RR, Next Level-tech Flame, Sulek RED, Tellurium Q Black Diamond
- Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Sulek 9×9 Power
- Listwa: Sulek Edia
- Filtr prądowy: Echo Sound Power Guardian
- Kondycjoner masy: QAR-S15
- Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS
- Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Harmonix SF-200, Solid Tech „Disc of Silence”


















Panie Piotrze, w tekście wkradła się mała nieścisłość. Jeff (a nie John) Wells, a Headtrip jest obecnie oferowany już w trzecim wcieleniu, nie w drugim Pozdrawiam.
Dziękuję za zwrócenie uwagi, błędy zawsze należy tępić. Tak nawiasem sam Wells (który rzeczywiście na imię ma Jeff) w nagłówku pisze Headtrip III, a w tekście Headtrip II. Co w sumie mało znaczy, jeden znaczek się zgubił, o wiele bardziej szkoda, że nie ma w tym tekście najmniejszej wzmianki, jakie zmiany zaszły między drugą a trzecią. Widać jedynie inną obudowę, moim zdaniem niespecjalnie udaną. Też pozdrawiam.
Uwaga, uwaga – nadchodzi. Nadchodzi groźny dla konkurencji wzmacniacz słuchawkowy. Już jestem po odsłuchach, zacząłem pisać recenzję. Cena niestety spora, tak koło 17 tys. Tranzystorowy.
Holo Bliss?
Nie, ten to dopiero we wrześniu i cena mocno zaporowa. Podobno się jeszcze dostraja. Anonsowany w cenie koło 15 tys. i tranzystorowy. Ma się pokazać na wrocławskim spotkaniu.
SAEQ Morpheus.
SAEQ PDA-1b
Slyszalem kilka miesiecy temu ze Lucarto Audio pracuje nad tranzystorem do sluchawek, fajnie jakby wypuscili taki model.
A w tym Wrocławiu ktoś był, jakieś wrażenia, czy tylko dzika upiekliście?