Recezja: Audiobyte hydra vox i hydra zap

Odsłuch

Bogato zaopatrzony tył.

   Jaka jest jakość w tym wypadku? Głupio byłoby nie nawiązać do ocenianego dwie recenzje temu produktu PrimaLuny. Tamten przetwornik za podobne pieniądze skierowany był do tych, którzy cenią lampowe brzmienia – głębokie, długo podtrzymane, olśniewające melodyką, czarujące czymś więcej niż nagą techniczną biegłością. Nigdzie też specjalnie się nie śpieszące, natomiast mające tę specjalną morfologię na bazie lepszej miąższości i całkowicie spójnej konsystencji. Odnośnie tych przymiotów produkt Audiobyte nie będzie równorzędny, ale skierowany jest do kogo innego i ma na tę okoliczność odpowiednie zaplecze. Jest przede wszystkim szybki, wyrazisty, dokładny i dynamiczny. Rzeźbi z chirurgiczną precyzją i oferuje mocniejsze światło, a wraz z nim mocniejsze kontrasty oraz  większą przezierność bardziej transparentnego medium. Narzuca też szybsze tempo, bo nie pieści dźwięków tak długo; oto tranzystorowa szkoła – w historii audio najpierw nieobecna, potem czas jakiś jedyna, teraz musząca konkurować. Mająca swoich entuzjastów i zdeklarowanych wrogów – bardziej wymagająca dla okablowania i materiału źródłowego, ale się za te wymagania potrafiąca odwdzięczać i ten niebagatelny mająca atut, że w przypadku rozwiązań szczytowych, typu topowych przetworników Nagry czy MBL, potrafiąca osiągać taki poziom, że od lampowej właściwie nieodróżnialna nawet na obszarze jej największych zalet. Stricte tranzystorowe tory potrafią grać nie tylko jak lampowe, ale z cyfry robić analog niemalże miary gramofonu. Trzeba mieć wyszkolone ucho, by móc od razu poznać, czy ma się do czynienia z dźwiękiem analogowym źródłowo, czy perfekcyjnym naśladownictwem cyfrowym. To nie jest ani trochę trudne w przypadku super gramofonów obsługiwanych przez najlepsze wkładki i z tej samej półki ściągnięte przedwzmacniacze, ale w przypadku gramofonów przeciętniejszych już łatwe niekoniecznie.

Powiedzmy to od razu – dzielony Audiobyte nie aspiruje do miana przetworników takiej jakości. Jego tranzystorowy sznyt daje się rozpoznawać, lecz ma niezaprzeczalne zalety, bardzo cenione przez wielu.

Zanim się w to wgłębimy, słowo o podłączaniu. Sygnał dostawał od PC przez kabel USB Fidaty wspomagany przez dwa iPurifiery3.0 (po jednym na każdym końcu) oraz alternatywnie kablem koaksjalnym Tellurium Q Black Diamond via konwerter iFi iOne. Ten poprzedzony był podwójnym kablem iUSB Gemini3.0 wspieranym przez  dedykowany moduł zasilania – i tak to sobie grało.

Jak już wcześniej wspomniałem, by aktywować/dezaktywować grę po złączu koaksjalnym trzeba było włączać i wyłączać sterownik iFi w menedżerze urządzeń Windows, co nie było specjalnie uciążliwe, bo komputer nie potrzebował restartu. W odsłuchu udział wzięły (podobnie jak w poprzednich testach) dwa słuchawkowe wzmacniacze – tranzystorowy Phasemation w konwencji symetrycznej oraz lampowy Ayon porównawczo w niesymetrycznej. Poza graniem po I2S (nie miałem takiego źródła) wypróbowałem zatem wszystkie konfiguracje i z tego takie nauki:

Dwa kable do łączenia.

– W odróżnieniu od przetwornika PrimaLuny, mającego wbudowany konwerter, przetwornik Audiobyte bardzo nieznacznie, ale lepiej grał po złączu koaksjalnym. To były śladowe różnice, niemniej gdy komuś zależy na jak największej płynności i gładkości przekazu, to za pośrednictwem konwertera iOne przy mniej więcej tej samej jakości okablowaniu będzie cokolwiek drożej, ale gładziej i płynnej.

– Odnośnie natomiast symetryzacji i lamp vs tranzystory, to sytuacja była bardziej skomplikowana, gdyż uzależniona od jakości plików. W przypadku tych dobrej, ale nie najwyższej, bardziej podobał mi się dźwięk z Phasemation – nieco niższy, bardziej chropawy, bardziej akcentujący separację niż kooperację dźwięków. Ta sytuacja się odwracała w przypadku plików o jakości wysokiej i najwyższej. Nie wiem dlaczego, ale wówczas to brzmienie lampowego toru stawało się odrobinę niższe, a przynajmniej nie wykazywało już tendencji do sopranowego piania, jak działo się przy gorszych. I jednocześnie u tych lamp większa zdolność kooperacji pomiędzy poszczególnymi brzmieniami traciła skłonność do zlewania, a zyskiwała do bycia wyraźnie elegantszą. Równie dobrze separowane i indywidualne, poszczególne brzmienia w torze lampowym ładniej schodziły się w całość i były poprawniejsze tonalnie. Ale znowu różnica niewielka, niemalże pomijalna. Trzeba się było na niej skupiać, by docierała do świadomości.

Na finał rzecz najważniejsza – jaki ten Audiobyte w sumie jest? I co w ramach tego odróżnia go od porównywanych przetworników PrimaLuny i Auralica? Tu jedna różnica się pokazała istotna i na niej nie trzeba było się skupiać, by dotarła do świadomości. Dzielony Audiobyte podawał dźwięki mniej płynne, a za to bardziej cisnące na wyraźność i przede wszystkim bardziej chropawe. Wyoblanie i wygładzanie to nie jest jego szkoła, chociaż zarazem nie da się mu zarzucić braku muzykalności. Ta jednak jest bardziej drugoplanowa; jest jej akurat tyle, by słuchacz nie zauważył jakiegokolwiek deficytu, o ile nie należy do tych, dla których miodopłynność i dźwięki grubo traktowane masłem są faworyzowane. Ten styl najmocniej reprezentował przetwornik Auralica, a PrimaLuna to osobny temat powiązany z wymianą lamp, który był wałkowany w jej recenzji.

W zamian za brak nacisku na wygładzanie i kooperację dźwięków, flagowy przetwornik Audiobyte daje dwie ważne rzeczy. Obie sam bardzo lubię słyszeć, więc dla mnie były cenne, aczkolwiek nie na tyle, aby przegonić PrimaLunę. Tym niemniej głęboko tłoczone i wraz z tym chropawe tekstury, głosy znaczone grasejacją i lekkimi chrypkami, a także dźwięki głębokie w czarnych aurach i przede wszystkim wyjątkowo dokładnie cyzelowane – to wszystko tworzyło szczególny klimat i było bardzo dobre. To prawda, że Auralic i PrimaLuna to urządzenia bardziej melodyjne i brzmienia u nich jedne z drugimi bardziej ponakładane, tworzące bardziej zwartą całość. Że więcej u nich ciepła i słodyczy, miłego uszom łagodnego falowania, więcej poezji brzmienia. Także u PrimaLuny w przypadku użycia lepszych lamp dźwięki bardziej wielowarstwowe i bardziej opanowujące przestrzeń, a z kolei Auralic taki do rany przyłóż, że wygładzone wszystkie zadry. Ale sam bardzo lubię, cenię przekaz bardziej drapiący, pikantniejszy, smakowo mniej jałowy.

Dwa panele dotykowe.

Bo nie powiecie, chłopaki, że nie lubicie jak dziewczyna was po plecach drapie i szorstkiej gładzi jeansów. Warkotu rasowanego silnika i szorstkich liści traw. Smaku razowca, ostrych przypraw, grillowanego mięsa i ziemniaków z ogniska w mundurkach. Traperskie życie to jest to! – i brzmienie Audiobyte Vox plus Hydra jest takie właśnie traperskie z ducha. To nie są tańce salonowe – gawoty i kadryle dla facetów w jedwabnych pludrach. To muzyka bardziej osadzona w przyrodzie, tu można być ukąszonym. Ale nigdy, powtarzam – nigdy – nie zostaniecie pokąsani sopranowymi piskami, jakimkolwiek jazgotem, wizgiem. Brzmienie tonalnie jest w punkt, bądź lekko obniżone, struktury z należytym żebrowaniem i wypełnienia solidne. To oczywiście nie oznacza, że jakiekolwiek subtelności doznają w tym uszczerbku – brzmieniowy przepych się narzuca, prawdziwe feerie dźwięków w przypadku muzyki wielogłosowej. Obrazy w sensie złożoności i siły indywidualizacji są stricte high-endowej natury i nie ma wątpliwości, że to brzmieniowe mistrzostwo. Natomiast szkoła pędzla nie brana od Rafaela Santi, tylko faktury jak Velasqueza i światło Caravaggia. Mocniejsze pociągnięcia z mniej chowającą się strukturą tworzącą oraz mocniejsze światło. Faktury nie tak przykryte wykańczającym ulizaniem, kontrasty świetlne mocne i same brzmienia ostrzejsze. Kto lubi relaksujące kąpiele w dźwięku, a nie smaganie wiatrem, ten nie będzie w pełni zadowolony, aczkolwiek żadna jemu krzywda. To brzmienie bardziej dla żeglarza; też, choć nie tylko, częstujące bryzą.

– PrimaLuna to bardziej nurkowanie, to przenikanie w głębię. – Auralic to łagodna kąpiel, sama brzmieniowa pieszczota. – A Audiobyte Vox i Hydra to surfing smagany pianą pomiędzy głębią toni a ostrym blaskiem Słońca.

Głupio to opisałem? Może i głupio, lecz nie jest łatwe porównywanie urządzeń z jednej półki odmiennych samym stylem. Można by tę rzecz wprawdzie chwytać bardziej od technicznej strony i ograniczać wyrazowo do samych form sztampowych, ale mi się nie chciało. W innych recenzjach to znajdziecie, a tutaj było inaczej.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy