Recezja: Audiobyte hydra vox i hydra zap

   Tak głoszą napisy na dwóch częściach dzielonego przetwornika rumuńskiego Audiobyte, którego podstawowy przetwornik cyfrowo analogowy Black Dragon recenzowałem jeszcze w 2014-tym. Już samo to oznajmia, że firma nie jest debiutantem, liczy już parę latek i na rynku się utrzymała. W dodatku są to dwie firmy, a tak dokładniej dwie marki tego samego producenta.

Stoi w tej sprzed lat recenzji, że Audiobyte, poza tym że rumuńskie, jest firmą z ambicjami i nie pozbawioną osiągnięć. Że rozlokowało się w Suczawie, dawnej stolicy Mołdawii, mieście historycznym i stutysięcznym, i że ma na koncie już kilka urządzeń, o których powiada, że nie są w stylu „me too”, czyli tak zwanym klonem, ale rozwiązaniami w pełni autorskimi. I że, odnośnie tego produkcyjnego podwojenia, właściciel oraz główny w jednej osobie konstruktor – Nucu Jitariu – jest nie tylko szefem Audiobyte, ale także specjalizującego się w droższych rozwiązaniach Rockna Audio, a obie firmy proponują łącznie szeroki asortyment, obejmujący przetworniki, interfejsy, przedwzmacniacze, końcówki mocy, a nawet kable cyfrowe ze specjalnymi modułami dla redukcji jittera.

Odnośnie teraz faktu, że to recenzja przetwornika. Można powiedzieć „znowu”, bo co i rusz się tu przewijają przetworniki, słuchawki oraz wzmacniacze do nich. Lecz tak dyktuje samo życie, słuchawki wiodą prym. Kiedyś tylko w Japonii, gdzie przepierzenia mają z bibuły i głośnik dla sąsiada byłby jako ten wściekły pies, a teraz wzdłuż i w poprzek świata, który chwilowo stał się mniej mobilny, ale za chwilę będzie znowu. A ta mobilność to miliony przemieszczających się w słuchawkach, z czego by wynikało, że dźwięki współczesności dla uszu są niemiłe, więc lepiej ją przemierzać z własną muzyką w uszach. Sam tego nie praktykuję, to mi przeszkadza w myśleniu i w patrzeniu, ale pochodzę ze starej bajki i w świetle tego nieużywania należałoby spytać, dlaczego uchodzę za znawcę słuchawek. Niezależnie jednak od tego, dobrze czasami za coś uchodzić, chociaż czasami wręcz przeciwnie. Akurat uchodzenie za słuchawkowego guru jeszcze najgorsze nie jest, więc korzystając z niego będę i tu ich używał strojąc się w piórka eksperta, ale zanim do tego dojdzie, trzeba o samym przetworniku. 

Dwie hydry i dlaczego

Dzielony przetwornik szczytowy od Audiobyte.

   Dwa stoją na sobie metalowe pudełka i inaczej nie mogą. Nie, ponieważ łączą je dwa krótkie kable zamocowane z tyłu po przeciwnych stronach, czego skutkiem stanie przy sobie wykluczone. Poza tym ma być jeszcze pudełko trzecie (dedykowane przyłącza już czekają), a w nim sekcja streamingu – ale jeszcze jej nie ma, prace dopiero trwają. Póki co jest więc sam kompletny przetwornik, którego część nazwana hydra zap (nowomodnie pisana z małej) to sekcja zasilania, a przetwornik właściwy nazywa się hydra vox. Nie bez powodu te nazwy z małej, one są dla zmylenia. Bo w internetowej instrukcji obsługi figuruje Hydra ZAP i Hydra VOX, w związku z czym nie wiadomo z jakiej litery pisać. Pisownia języka polskiego i instrukcja chciałyby z dużej, same urządzenia i nowoczesność z małej – zatem remis 2:2. Akurat taki wynik padł w El Clásico 2018, a czy i tym razem będziemy grali na najwyższym poziomie, o tym już niebawem będziemy się przekonywać. Tymczasem spójrzmy na technikę i przy okazji estetykę oraz ergonomię.

Od strony ergonomicznej topimy się w nowoczesności. Obydwie sekcje zaopatrzono w ekrany dotykowe, i ten na sekcji zasilania służy za włącznik główny obu oraz w przyszłości będzie też aktywował podłączony streamer. W tej sytuacji ekran na przetworniku właściwym (VOX) przejmuje wszystkie ustawienia – można za jego pośrednictwem wybierać gniazdo wejścia (USB, I2S, SPDIF), dobierać fazę, regulować poziom wyjściowy sygnału i aktywować lub dezaktywować wbudowany słuchawkowy wzmacniacz. Prócz tego ustawieniami można manipulować za pośrednictwem smartfona, po uprzednim zainstalowaniu oprogramowania „VOX software DAC” ze strony producenta. Nie ma natomiast tradycyjnego pilota – smartfony coraz bardziej je zastępują. I wszystko byłoby oki, gdyby te dotykowe ekrany nie świeciły jak księżyc w pełni albo dawały się przygasić. Nie dają, a w każdym razie sam na to sposobu nie znalazłem i w tej sytuacji kawałek czarnego sukna zastąpił przygaszenie. Jest jeszcze druga trudność, mianowicie po pierwszym włączeniu, przed którym kabel zasilania nie tkwił w gniazdku, przez grubo ponad kwadrans sycą się prądem kondensatory zasilacza, których procentowy stopień naładowania jego ekran wyświetla. Najlepiej zająć się wtedy czymś innym, bo rzecz się wlecze i wlecze, ale na szczęście tylko raz, chyba że znów wyciągniemy kabel, i to wyciągniemy na dłużej. W zamian za konieczną cierpliwość otrzymujemy zasilanie o podwyższonej jakości i mniej zależne od kaprysów gniazdka.

W pancernych obudowach.

A skoro już na technologię zeszło, to biorąc pod rękę producenta i wysłuchując jego uwag dowiadujemy się, że VOX to unikalny konwerter, zbudowany od podstaw na bazie unikalnych, wypracowanych przez samo Audiobyte technik. Bazujący na programowalnym (FPGA) procesorze Xilinx 7, rachujący w konwencji 1-bitowej i przetwarzający dane równolegle w aż osiemdziesięciu rdzeniach, co przy szybkości 200 MHz i 68-bitowym kodowaniu gwarantuje najwyższą jakość obróbki i pełne zaspokojenie audiofilskich potrzeb. Dochodzi do tego technika filtrowania, o której producent pisze: „Unikalną cechą Hydra VOX jest płynna integracja filtrów analogowych i cyfrowych w celu zachowania idealnej fazy sygnału audio. Powszechnie jest wiadomym, że każdy analogowy filtr dolnoprzepustowy generuje zniekształcenie fazowe, zmieniając jakość dźwięku. Aby tego uniknąć, filtry cyfrowe wewnątrz FPGA są zaprogramowane tak, by uzgadniały zgodność fazową, eliminując w ten sposób błąd dopasowania z domeny analogowej. Rezultatem idealna krzywizna w paśmie audio.”

Prócz tego dowiadujemy się, że jakość najwyższą otrzymamy czerpiąc sygnał przez złącze I2S, które jest dodatkowo izolowane od pochodzących ze źródła szumów. Z kolei moduł zegara pracuje z wykorzystaniem optymalizacyjnej pętli sprzężenia zwrotnego (cyfrowego PLL), co pozwala na niemal całkowite usunięcie jittera. Dołącza do tego analogowy bufor eliminacji szumów resztkowych na wyjściu i magistrale danych 24-bit dla I2S i SPDIF oraz 32-bit dla USB. (Dla I2S i USB możliwy jest tryb „Direct DSD256/512”.) Wewnętrzna szyna danych pracuje natomiast w konwencji aż 35-bitowej, a regulacja głośności jest cyfrowa i dla odmiany 32-bitowa.

Przetwornik ma wbudowany wysokiej klasy wzmacniacz słuchawkowy o architekturze dyskretnej i mocy wyjściowej 3W/16Ω, którego gniazdko 6,3 mm łagodnie podświetla się na czerwono, dzięki czemu namierzysz je także w mrokach. Zlokalizowano je na prawo od wyświetlacza części VOX i poza samymi na obu częściach wyświetlaczami oraz po lewej przy każdym plakietki z nazwą producenta stanowi jedyne urozmaicenie frontów.

Z tyłu więcej się dzieje – tam część zasilająca na środku ma trzypinowe gniazdo POWER, ale bez obok włącznika głównego, którego w ogóle nie ma (jak już wspomniałem, włączamy poprzez aktywujący się wraz z wpięciem kabla ekran), a także bez zatoczki dla bezpiecznika, który skrywa się wewnątrz. Po obu stronach POWER są po dwa gniazda wielopinowe – dla VOX i nie oferowanego jeszcze streamera: dwa analogowe 5-pinowe do przesyłania zasilania i dwa 8-pinowe na rzecz cyfrowej łączności. (Kable łączące są typu profesjonalnego; niezbyt grube, ale z mocującymi zakrętkami.)

Z logiem firmy na grzbiecie.

Część przetwornika właściwego ma trzy wspomniane wejścia cyfrowe, z których najważniejsze jest i2S, a USB i SPDIF uzupełnieniem. Ma też oczywiście własne ośmio i pięciopinowe gniazda łączenia z zasilaczem, a także po parze wyjść RCA i XLR.

W obydwu częściach metalowe front, tył i wierzch wykończono na czerń matową, a wyświetlacze są nie tylko jasno świecące, ale też kolorowe. Uzupełnieniem czarno-barwnej kompozycji są srebrne, aluminiowe żebrowania, stanowiące całość u obu sekcji boków. Każda opiera się na czterech małych walcach z nierdzewnej stali z gumowanymi spodami, które pozwoliłem sobie nie bez pozytywnych efektów dla dźwięku zastąpić podkładkami od Avatar Audio i alternatywnie Harmoniksa.

Oba frontony to centymetrowej grubości profile z aluminium, wraz z solidnymi pozostałymi ściankami oraz obfitym faszerunkiem elektronicznym czyniące każdą z sekcji swoje ważącą.

Fakt bycia dzielonym oczywiście nobilituje, nie pozostając bez wpływu na jakość muzyczną, a skośne przycięcia górnych naroży oraz za nimi srebrne żeberka stanowią elementy zdobnicze. Całość prezentuje się bardzo solidnie i tylko szkoda, że razi oczy mocną kolorystyką wyświetlaczy. O których należy dodać, że spisują się bez zarzutu – jako panele dotykowe nie nastręczały najmniejszych problemów.

Sterownik ze strony producenta z zalecanym osobnym pakietem ASIO też zainstalował się bez problemu, nie zaoferował natomiast narzucanego nadpróbkowania, a w każdym razie u mnie (Windows 10, 64-bit) go nie zaproponował. Pogryzł się przy tym ze sterownikiem iFi dla konwertera iOne, toteż chcąc grać przez USB trzeba było tego iFi w panelu urządzeń Windows dezaktywować, inaczej przejmował kontrolę i USB wyciszał.

I aluminiowanymi radiatorami na bokach.

Pochylmy się jeszcze nad ceną i parametrami technicznymi. Odnośnie tych ostatnich, producent się nie rozwodzi. Ponad to, o czym już wspomniałem, dowiadujemy się jedynie, że parametry S/N i THD jednako opiewają na 118 dB. Niemniej o technologii sporo było – o tym zegarze i procesorze, także o super zasilaniu, więc nie ma co narzekać. Odnośnie jeszcze tego zasilania, to się składają na nie dwa duże toroidalne trafa (oddzielne dla cyfry i analogu) oraz mające znacznie wyższą niż przeciętnie pojemność kondensatory (2 x 310 F), te egzaminujące cierpliwość.  Za wszystkie karesy one przyjdzie zapłacić 18 490 PLN, a więc ponownie lądujemy w recenzji przetwornika z wyższych poziomów stanów średnich. Ten PrimaLuny przy sprzedażowych lampach był tańszy, w razie najlepszych już nie, a Auralica będzie droższy, ale zaopatrzony w streamer. Ogólnie biorąc daleko jeszcze do najdroższych, ale daleko też od cenowego dołu. Niezależnie jednak od tego, że jest na tym dole sporo ciekawych pozycji, gotowych ratować budżety ciesząc zarazem uszy, przetwornik w dobie plikowego grania wszedł w buty dawnych CD, a nie muszę chyba szanownym przypominać, jakie toczono kiedyś boje o jak najlepszy odtwarzacz i jak dla przykładu wychwalano ten od Aero Audio Capitol, który za „tylko” trzydzieści parę tysięcy oferował kilkanaście lat temu jakość porównywalną z najlepszymi. Z czego płynie nauka, że na przetwornik nie warto skąpić, a w każdym razie nie w ten sposób, że tnie się maksymalnie jakość.

Odsłuch

Bogato zaopatrzony tył.

   Jaka jest jakość w tym wypadku? Głupio byłoby nie nawiązać do ocenianego dwie recenzje temu produktu PrimaLuny. Tamten przetwornik za podobne pieniądze skierowany był do tych, którzy cenią lampowe brzmienia – głębokie, długo podtrzymane, olśniewające melodyką, czarujące czymś więcej niż nagą techniczną biegłością. Nigdzie też specjalnie się nie śpieszące, natomiast mające tę specjalną morfologię na bazie lepszej miąższości i całkowicie spójnej konsystencji. Odnośnie tych przymiotów produkt Audiobyte nie będzie równorzędny, ale skierowany jest do kogo innego i ma na tę okoliczność odpowiednie zaplecze. Jest przede wszystkim szybki, wyrazisty, dokładny i dynamiczny. Rzeźbi z chirurgiczną precyzją i oferuje mocniejsze światło, a wraz z nim mocniejsze kontrasty oraz  większą przezierność bardziej transparentnego medium. Narzuca też szybsze tempo, bo nie pieści dźwięków tak długo; oto tranzystorowa szkoła – w historii audio najpierw nieobecna, potem czas jakiś jedyna, teraz musząca konkurować. Mająca swoich entuzjastów i zdeklarowanych wrogów – bardziej wymagająca dla okablowania i materiału źródłowego, ale się za te wymagania potrafiąca odwdzięczać i ten niebagatelny mająca atut, że w przypadku rozwiązań szczytowych, typu topowych przetworników Nagry czy MBL, potrafiąca osiągać taki poziom, że od lampowej właściwie nieodróżnialna nawet na obszarze jej największych zalet. Stricte tranzystorowe tory potrafią grać nie tylko jak lampowe, ale z cyfry robić analog niemalże miary gramofonu. Trzeba mieć wyszkolone ucho, by móc od razu poznać, czy ma się do czynienia z dźwiękiem analogowym źródłowo, czy perfekcyjnym naśladownictwem cyfrowym. To nie jest ani trochę trudne w przypadku super gramofonów obsługiwanych przez najlepsze wkładki i z tej samej półki ściągnięte przedwzmacniacze, ale w przypadku gramofonów przeciętniejszych już łatwe niekoniecznie.

Powiedzmy to od razu – dzielony Audiobyte nie aspiruje do miana przetworników takiej jakości. Jego tranzystorowy sznyt daje się rozpoznawać, lecz ma niezaprzeczalne zalety, bardzo cenione przez wielu.

Zanim się w to wgłębimy, słowo o podłączaniu. Sygnał dostawał od PC przez kabel USB Fidaty wspomagany przez dwa iPurifiery3.0 (po jednym na każdym końcu) oraz alternatywnie kablem koaksjalnym Tellurium Q Black Diamond via konwerter iFi iOne. Ten poprzedzony był podwójnym kablem iUSB Gemini3.0 wspieranym przez  dedykowany moduł zasilania – i tak to sobie grało.

Jak już wcześniej wspomniałem, by aktywować/dezaktywować grę po złączu koaksjalnym trzeba było włączać i wyłączać sterownik iFi w menedżerze urządzeń Windows, co nie było specjalnie uciążliwe, bo komputer nie potrzebował restartu. W odsłuchu udział wzięły (podobnie jak w poprzednich testach) dwa słuchawkowe wzmacniacze – tranzystorowy Phasemation w konwencji symetrycznej oraz lampowy Ayon porównawczo w niesymetrycznej. Poza graniem po I2S (nie miałem takiego źródła) wypróbowałem zatem wszystkie konfiguracje i z tego takie nauki:

Dwa kable do łączenia.

– W odróżnieniu od przetwornika PrimaLuny, mającego wbudowany konwerter, przetwornik Audiobyte bardzo nieznacznie, ale lepiej grał po złączu koaksjalnym. To były śladowe różnice, niemniej gdy komuś zależy na jak największej płynności i gładkości przekazu, to za pośrednictwem konwertera iOne przy mniej więcej tej samej jakości okablowaniu będzie cokolwiek drożej, ale gładziej i płynnej.

– Odnośnie natomiast symetryzacji i lamp vs tranzystory, to sytuacja była bardziej skomplikowana, gdyż uzależniona od jakości plików. W przypadku tych dobrej, ale nie najwyższej, bardziej podobał mi się dźwięk z Phasemation – nieco niższy, bardziej chropawy, bardziej akcentujący separację niż kooperację dźwięków. Ta sytuacja się odwracała w przypadku plików o jakości wysokiej i najwyższej. Nie wiem dlaczego, ale wówczas to brzmienie lampowego toru stawało się odrobinę niższe, a przynajmniej nie wykazywało już tendencji do sopranowego piania, jak działo się przy gorszych. I jednocześnie u tych lamp większa zdolność kooperacji pomiędzy poszczególnymi brzmieniami traciła skłonność do zlewania, a zyskiwała do bycia wyraźnie elegantszą. Równie dobrze separowane i indywidualne, poszczególne brzmienia w torze lampowym ładniej schodziły się w całość i były poprawniejsze tonalnie. Ale znowu różnica niewielka, niemalże pomijalna. Trzeba się było na niej skupiać, by docierała do świadomości.

Na finał rzecz najważniejsza – jaki ten Audiobyte w sumie jest? I co w ramach tego odróżnia go od porównywanych przetworników PrimaLuny i Auralica? Tu jedna różnica się pokazała istotna i na niej nie trzeba było się skupiać, by dotarła do świadomości. Dzielony Audiobyte podawał dźwięki mniej płynne, a za to bardziej cisnące na wyraźność i przede wszystkim bardziej chropawe. Wyoblanie i wygładzanie to nie jest jego szkoła, chociaż zarazem nie da się mu zarzucić braku muzykalności. Ta jednak jest bardziej drugoplanowa; jest jej akurat tyle, by słuchacz nie zauważył jakiegokolwiek deficytu, o ile nie należy do tych, dla których miodopłynność i dźwięki grubo traktowane masłem są faworyzowane. Ten styl najmocniej reprezentował przetwornik Auralica, a PrimaLuna to osobny temat powiązany z wymianą lamp, który był wałkowany w jej recenzji.

W zamian za brak nacisku na wygładzanie i kooperację dźwięków, flagowy przetwornik Audiobyte daje dwie ważne rzeczy. Obie sam bardzo lubię słyszeć, więc dla mnie były cenne, aczkolwiek nie na tyle, aby przegonić PrimaLunę. Tym niemniej głęboko tłoczone i wraz z tym chropawe tekstury, głosy znaczone grasejacją i lekkimi chrypkami, a także dźwięki głębokie w czarnych aurach i przede wszystkim wyjątkowo dokładnie cyzelowane – to wszystko tworzyło szczególny klimat i było bardzo dobre. To prawda, że Auralic i PrimaLuna to urządzenia bardziej melodyjne i brzmienia u nich jedne z drugimi bardziej ponakładane, tworzące bardziej zwartą całość. Że więcej u nich ciepła i słodyczy, miłego uszom łagodnego falowania, więcej poezji brzmienia. Także u PrimaLuny w przypadku użycia lepszych lamp dźwięki bardziej wielowarstwowe i bardziej opanowujące przestrzeń, a z kolei Auralic taki do rany przyłóż, że wygładzone wszystkie zadry. Ale sam bardzo lubię, cenię przekaz bardziej drapiący, pikantniejszy, smakowo mniej jałowy.

Dwa panele dotykowe.

Bo nie powiecie, chłopaki, że nie lubicie jak dziewczyna was po plecach drapie i szorstkiej gładzi jeansów. Warkotu rasowanego silnika i szorstkich liści traw. Smaku razowca, ostrych przypraw, grillowanego mięsa i ziemniaków z ogniska w mundurkach. Traperskie życie to jest to! – i brzmienie Audiobyte Vox plus Hydra jest takie właśnie traperskie z ducha. To nie są tańce salonowe – gawoty i kadryle dla facetów w jedwabnych pludrach. To muzyka bardziej osadzona w przyrodzie, tu można być ukąszonym. Ale nigdy, powtarzam – nigdy – nie zostaniecie pokąsani sopranowymi piskami, jakimkolwiek jazgotem, wizgiem. Brzmienie tonalnie jest w punkt, bądź lekko obniżone, struktury z należytym żebrowaniem i wypełnienia solidne. To oczywiście nie oznacza, że jakiekolwiek subtelności doznają w tym uszczerbku – brzmieniowy przepych się narzuca, prawdziwe feerie dźwięków w przypadku muzyki wielogłosowej. Obrazy w sensie złożoności i siły indywidualizacji są stricte high-endowej natury i nie ma wątpliwości, że to brzmieniowe mistrzostwo. Natomiast szkoła pędzla nie brana od Rafaela Santi, tylko faktury jak Velasqueza i światło Caravaggia. Mocniejsze pociągnięcia z mniej chowającą się strukturą tworzącą oraz mocniejsze światło. Faktury nie tak przykryte wykańczającym ulizaniem, kontrasty świetlne mocne i same brzmienia ostrzejsze. Kto lubi relaksujące kąpiele w dźwięku, a nie smaganie wiatrem, ten nie będzie w pełni zadowolony, aczkolwiek żadna jemu krzywda. To brzmienie bardziej dla żeglarza; też, choć nie tylko, częstujące bryzą.

– PrimaLuna to bardziej nurkowanie, to przenikanie w głębię. – Auralic to łagodna kąpiel, sama brzmieniowa pieszczota. – A Audiobyte Vox i Hydra to surfing smagany pianą pomiędzy głębią toni a ostrym blaskiem Słońca.

Głupio to opisałem? Może i głupio, lecz nie jest łatwe porównywanie urządzeń z jednej półki odmiennych samym stylem. Można by tę rzecz wprawdzie chwytać bardziej od technicznej strony i ograniczać wyrazowo do samych form sztampowych, ale mi się nie chciało. W innych recenzjach to znajdziecie, a tutaj było inaczej.

Podsumowanie

   To dobrze, że jest taki wybór, takie stylistyczne rozbicie. Z drugiej jednakże strony stajesz jak ten osiołek przy żłobie: to pachnie i to nęci – chciałbyś mieć wszystko naraz. Ale taki przetwornik jest dopiero w zintegrowanym Ayonie CD-35 HF Edition, i on swą znakomitość zawdzięcza także przyspawanemu źródłu. Idę przy tym o zakład, że spirytus movens Audiobyte – Nicolae Jitariu – nie myślał tworząc własny flagowy, iż komuś może się skojarzyć z przyjemnościami traperskiego życia. Wszak odnoszone doń pochwały ze strony marketingu mówią o wyjątkowej spójności i gładkości korekcji fazowej, a nie o jakichś szorstkościach, niczym byś korę gładził. Aż taki szorstki dźwięk z flagowego DAC Audiobyte na pewno nie wychodzi, ale śliski jak masło też nie. I w sumie bardzo dobrze, choć sprawa jest złożona i mógłbym cały referat wygłosić o roli gładzi i szorstkości w percypowaniu muzyki. Daruję sobie i tylko powiem, że jedno i drugie ważne, a zależności się układają w złożoną architekturę brzmienia. Od dzielonego Audiobyte Hydra Vox i Zap otrzymujemy muzykę stawiającą większy powierzchniowy opór niż od dwóch konkurentów w tym teście przymierzanych, ale w odniesieniu akurat do tej cechy, podobnie jak do dynamiki i wyraźności, on się na pierwsze miejsce wysuwał, najbardziej cieszył recenzenta. Lubię, po prostu lubię te chropawości, tak samo jak wolę chrapliwy głos Louisa Armstronga od aksamitnego Franka Sinatry. (Sinatry nie lubię też dlatego, że z jego głosu przebija bycie sk…, choć może lepiej nie oceniać bliźnich o tak, po samym głosie.) Po głosie oceniamy natomiast aparaturę audio – i flagowy, dzielony Audiobyte klasyfikuję jako reprezentanta tranzystorowej szkoły brzmienia, w jej ramach oceniam wysoko. Ma swój wdzięk – żywość, skoczność, bystrość nurtu, wyjątkową precyzję obrazowania i całościowy rozmach. Raduje dynamiką i szorstkim, męskim realizmem – nie chce się łasić i przymilać, za żadne skarby być oskarżanym o łagodzenie klimatu i zbytnie ulizanie. Tego się świetnie słucha, ale jak ktoś wyżej ceni lampową gładź, powłóczystości i inne czary-mary, to trzeba wybrać inny. Z tym że (bez cienia wątpliwości) już bardzo krótkie zżycie pozwała o tych mary zapominać i użytkownik żył będzie w przekonaniu, że ma absolutnie wszystko.

 

W punktach:

Zalety

  • Wyjątkowa precyzja obrazowania.
  • W tym bardzo czyste medium i wyostrzone krawędzie.
  • Ale żadnych ostrości przykrych – nic-nic, ani trochę.
  • Muzyka wprawdzie bardziej wyraźnie aniżeli zwykle podana, ale trójwymiarowo i z pełną kulturą.
  • Też nie bez pewnej powłóczystości, nastrojowości i bogatego kolorytu.
  • W efekcie zjawia się też element czarowania, nastroju, w razie potrzeby sentymentalizm.
  • Ogólnie zaś pełna otwartość na każdą formę nastroju.
  • Otwartość także w sensie sposobu budowania dźwięków – żadnych banieczek, domykania, zaokrąglania. (I tak zdecydowanie wolę.)
  • Szczegółowość, muzyczny plankton i oddychanie przestrzeni na szczytowym poziomie.
  • Rozciągnięte na obu skrajach pasmo i bardzo dobre wypełnienie.
  • Medium całkowicie przejrzyste, ale zarazem ciśnieniowe.
  • Trójwymiarowe kształty i trójwymiarowa scena.
  • Faktury dźwięków gruzełkowate, stawiające w dotyku pewien opór; zupełny brak wygładzania i śliskości, o ile nie stanowią przymiotu samego nagrania.
  • Jako tego pochodna głosy szybciej ujawniające wszelkie chrypki, grasejacje, modulacje gardłowe.
  • Co im dodaje realności.
  • W efekcie inny sposób poetyzowania – bardziej trzeźwy, mniej idealistyczny, mniej wypomadowany i upudrowany.
  • Wybitna nie tylko wyrazistość i szczegółowość, ale też dynamika.
  • Szybkie tempo jako następstwo braku przeciąganych wybrzmień.
  • Od pierwszej chwili wywiera mocne wrażenie; natychmiast wiesz, że to aparatura wybitna.
  • Liczne atuty techniczne
  • W tym: rozbudowana sekcja zasilania w oparciu o duże transformatory oraz kondensatory dużej pojemności.
  • Zegar wspierany technologią DPLL.
  • Własnego autorstwa ulepszony system korekcjo fazowej.
  • Osiemdziesięciordzeniowy procesor pracujący w trybie 68-bitowym z częstotliwością 200 MHz.
  • Rozbudowany bufor sekcji analogowej.
  • Izolowane od zakłóceń wejście I2S.
  • Dzielona konstrukcja.
  • Pancerne obudowy.
  • Wysokiej jakości wbudowany słuchawkowy wzmacniacz.
  • Ekrany dotykowe i obsługa ze smartfona.
  • Symetryczność.
  • Dedykowany streamer. (W opracowaniu.)
  • Made in Romania.
  • Znany i ceniony producent.
  • Polska dystrybucja.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Nie dla ceniących przede wszystkim melodyjność i gładkość przekazu.
  • Za jaskrawo świecące wyświetlacze.
  • Tradycjonalistom zabraknie pilota.

 

Dane techniczne:

1. NAPIĘCIA ZASILAJĄCE:

• Cyfrowe: 5,1 V DC (dostarczone przez Hydra ZAP Super capacitors Digital Supply);

• Analogowe: ± 16,5 V DC → ± 19,5 V DC (regulowane, dostarczane przez Hydra ZAP);

• Odniesienie: 8,5 V DC (dostarczone przez Hydra ZAP).

2. WEJŚCIA:

• I2S LVDS (złącze HDMI): wszystkie częstotliwości próbkowania

• Koncentryczny S / PDIF: do 192 k / DSD64

• USB: wszystkie częstotliwości próbkowania

3. WYJŚCIA:

• Pojedynczy RCA zakończony: 3,8 V (szczyt)

• Zbalansowane XLR: 3,8 V (szczyt)

• Wyjście słuchawkowe: 9 V (szczyt)

4. THD + N: 118 dB (0 dB)

5. S/N: 118 dB

Cena: 18 490 PLN

 

System:

  • Źródła: PC, Ayon CD-T II.
  • Przetworniki: Audiobyte hydra vox i hydra zap, Auralic Vega G2, PrimaLuna EVO 100.
  • Wzmacniacze słuchawkowe: ASL Twin-Head, Ayon HA-3, Phasemation EPA-007.
  • Słuchawki: HEDDphone (kabel Tonalium-Metrum Lab), Meze Empyrean (kabel Tonalium-Metrum Lab), Sennheiser HD 800 (kabel Tonalium-Metrum Lab), Ultrasone Tribute 7 (kabel Tonalium-Metrum Lab) .
  • Przedwzmacniacz: ASL Twin-Head.
  • Końcówka mocy: Croft Polestar1.
  • Kolumny: Zingali Client Evo 3.15.
  • Kable USB: Fidata HFU2 Series USB, iFi Gemini + iUSB3.0
  • Kabel LAN: Fidata LAN HFCL Series.
  • Kabel koaksjalny: Tellurium Q Black Diamond.
  • Konwerter: iOne.
  • Interkonekty analogowe: Siltech Empress Crown, Sulek Audio & Sulek 6×9, Tellurium Q Black Diamond XLR.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Acrolink MEXCEL 7N-PC9500, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Sulek 9×9 Power.
  • Listwy: Power Base High End, Sulek.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Acoustic Revive RIQ-5010, Divine Acoustics KEPLER, Solid Tech „Disc of Silence”.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy