Recenzja Ultrasone Edition 12

Budowa

Ultrasone_Edition12_08

Stylistyka wydaje się być więcej niż trafiona

   Jak analogia, to analogia. Edition12 są niewątpliwie analogonem Edition10, a by nim były muszą być prawie takie same. Natychmiast rzuca się w oczy identyczny zabieg estetyczny, polegający na kielichowatym otwieraniu się ku górze metalowych prążków stanowiących maskownicę osłony przetwornika. Przy okazji wdrażania modelu E10 ze strony producenta była mowa o tym, iż kształt ten nie jest przypadkowy i nie o samą estetykę tu chodzi lecz także o dźwięk, który przechodząc przez te rozchodzące się ku górze łuki jest podrywany i rozpraszany na większym obszarze, dzięki czemu brzmi piękniej. Identyczny wzór geometryczny i wykonanie z metalu nie oznaczają jednak, że obie maskownice są dokładnie takie same. Ta od E10 sporządzona została z rutenu, a ta od E12 jest z aluminium. To samo dotyczy całej w dużym stopniu metalowej konstrukcji obu szczytowych Ultrasonów. Cała oprawa przetwornika i nagłowny pałąk u jednego są z rutenu a u drugiego z aluminium, co wpływa na różnicę cenową bo ruten jest droższy, ale raczej nie stanowi o jakościowej ani wizualnej, jako że aluminium jest równie efektowne, a jego matowa faktura przeplatana połyskliwymi chromowaniami nadaje modelowi Edition12 znakomitego wyglądu. Wydaje się nawet, iż prezentuje się efektowniej niż połączenie rutenu z drewnianymi inkrustacjami z drzewa zebrano, którymi pyszni się model E10, gdyż prążki są ładniej profilowane i całość ma bardziej jednolity estetycznie wydźwięk. Odmienne jest też wykończenie kolorystyczne oraz faktura stanowiących drugi główny składnik wizualizacji elementów skórzanych i materiałowych. U E10 jest to wyłącznie skórka – jasnobrązowa, tak więc trafnie powiązana kolorystycznie z drewnianymi aplikacjami i na wzór siedzeń w luksusowych limuzynach dziurkowana. Z kolei w modelu E12 skórzane wykończenie dotyczy jedynie nagłownego pałąka i jak podaje producent pochodzi od etiopskich owiec długowłosych. Kolor to ciemny popiel, dopasowany wizerunkowo do aluminium. Same pady powleczono natomiast mikrowelurem, specjalnie podobno wyselekcjonowanym i mającym poprawiać dźwiękową reprodukcję dzięki swej izolacyjności i sposobowi odbijania fal akustycznych, co ponoć ma zapewniać więcej powietrza w dźwięku. W sensie wygody nowa powłoka z mikroweluru sprawdza się bez zarzutu, choć nie jest tak chłodna w dotyku jak te z jagnięcej skórki od modeli E7 i E9 ani tak wizualnie nęcąca jak ta dziurkowana z modelu E10. Jest jednak przyjemna w kontakcie ze skórą a na długich odsłuchowych dystansach jej używanie nie budzi żadnych zastrzeżeń.

Ultrasone_Edition12_14

Co tu dużo mówić – to istne dzieło sztuki

Słuchawki siedzą na głowie bardzo solidnie przy jednoczesnym braku wyczuwalnego ucisku, a wielkość okrągłych padów w zupełności wystarcza by objąć nawet duże uszy. Sam pałąk jest dosyć cienki, co też ma mieć wpływ na brzmienie. Podobnie jak kiedyś Grado zwraca Ultrasone uwagę na istotną rolę pałąka w budowaniu reprodukcji dźwiękowej, kształt którego to pałąka i jego grubość pozornie wydają się bez znaczenia, a znaczenie to – okazuje się –  posiadają. Kabel przyłączeniowy wygląda solidnie i na tyle jest gruby, że ma chyba konstrukcję symetryczną, zakończoną wprawdzie normalnym dużym jackiem lecz bezproblemowo prawdopodobnie możliwą do przerobienia na dwa osobne wtyki lub 4-pin. Jak to wszystko jest pakowane nie wiem, bo dostałem słuchawki bez pudełka, które gdzieś się u dystrybutora zawieruszyło albo od producenta nie dotarło. Wiem natomiast, że od strony technicznej istotny jest fakt napylenia powierzchni przetworników złotem, który to zabieg stosuje także firma HiFiMAN w swoich planarnych HE-6. Istotne mają też być wspomniane welurowe pady. Jedno i drugie wydaje się być próbą wyrugowania sybilacji pojawiającej się w tych wadliwych egzemplarzach modelu Edition10 i od razu powiem, że nie bez efektów. Najważniejszy jest jednak system S-Logic Plus, jak wyjaśnia Ultrasone działający bardziej kompleksowo i aktywniej od swoich antenatów, na czym jednak ta kompleksowość i aktywność polegają – tego się już nie dowiadujemy. Na filmie reklamowym widać jedynie, że przetwornik jest umieszczany w komorze rezonansowej decentralnie i że komory te u różnych modeli mają różny kształt.

Ultrasone_Edition12_09

Ale czy to samo można powiedzieć o płynącym z nich dźwięku?

Patrząc całościowo słuchawki prezentują się bardzo elegancko, stylistykę mają nowoczesną i z daleka rozpoznawalną, wygodę bardzo dobrą a opakowanie nieznane. Cena towarzyszy temu charakterystyczna dla bardzo wysokich modeli o konstrukcji dynamicznej i nie jest wprawdzie tak ekstremalna jak u Edition10, ale wyższa niż na przykład u Beyerdynamic T1. Analogiczna lub niemal analogiczna jak u Fosteksów TH-900 czy po ostatniej podwyżce Sennheiserów HD 800. Wszystko na swoim miejscu – można powiedzieć.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

14 komentarzy w “Recenzja Ultrasone Edition 12

  1. Maciej pisze:

    Jak długo warto wygrzewać słuchawki przed pierwszym odsłuchem? I czy są jakieś sprawdzone metody. Ja co prawda bardziej doceniam kilkumiesięczne wygrzewanie bo zauważyłem, że takowe występuje. Ale nie mam pewności nigdy czy wystarczy noc przed pierwszym odsłuchem czy tydzień..

  2. Piotr Ryka pisze:

    Nie ma jakiejś ogólnej zasady co do czasu. Zwykle z ciekawości słucham od razu, a dźwięk nabiera ostatecznego kształtu po jakichś dwustu godzinach. Są jednak wyjątki. Najdłużej wygrzewały się Ultrasone Edition9; jakieś pół roku. A czasami dźwięk niewiele się zmienia.
    Jak chodzi o metodę, to jestem zdecydowanym przeciwnikiem specjalnych płyt do wygrzewania. Mam z nimi jak najgorsze doświadczenia. Wydaje mi się, że warto wygrzewać najlepszym dźwiękiem jakim się dysponuje i na pewno nie należy grać głośno przez pierwszych parędziesiąt godzin. Kolega Gradofan opracował kiedyś metodę wygrzewania, która podobno dobrze się sprawdza, ale przyznam ze wstydem, że się z nią dotąd nie zapoznałem. Może ktoś ją przypomni.

  3. Grzegorz Bilski pisze:

    W tej technice ogólnie chodzi o wygrzewanie słuchawek wyłącznie samym basem, ale takim naprawdę głębokim, „basowym” basem.
    Wg autora metody bowiem, niskie częstotliwości powodują największy wychył membran i to właśnie daje najlepsze efekty.
    Puszczamy jakąś cichą muzykę z możliwie jak najniższym, ale naturalnym, wypełnionym basem. Z narastaniem i wybrzmieniem.
    Nie zaleca się w tym czasie zakrywania wylotów komór przetworników.
    Po dłuższym czasie (podobno nieraz kilkaset godzin), usłyszymy znaczną poprawę w całym paśmie.

    Druga metoda – Majkela – to jego autorskie „tortury łomotem” 😉
    Podkręcamy głośność do momentu pierwszych słyszalnych „przesterów” i co parę godzin, w miarę jak membrany przestają już „warczeć” – podkręcamy jeszcze głośniej.
    Tutaj zalecana jest duża ostrożność, bo można uszkodzić przetworniki.

    Osobiście ani jednej, ani drugiej metody nie testowałem.

  4. Piotr Ryka pisze:

    Wygrzewanie samym basem znów wymagałoby jakichś specjalnych nagrań. Wygląda jak trening siłowy bez szybkościowego. Może to się sprawdza – najpierw budujemy siłę, a kiedy już ją mamy zaczynamy dbać o sopranową szybkość. Trening ekstremalnego wysiłku zalecany przez Majkela nie powinien być na pewno stosowany w całkiem nowych słuchawkach, bo może się skończyć poważną kontuzją. Ale takie solidnie podtrenowane już słuchawki może faktycznie zyskują w ten sposób formę wyczynową. Sam bym się jednak bał tak ostro je ćwiczyć.

  5. Maciej pisze:

    Jak pisałem najbardziej wierzę w kilkumiesięczne rozkręcania się membran. Bo dodatkowo w tym czasie układają się pady. Ale ponieważ przedwczoraj kupiłem DT150, bardzo byłem ciekaw tego pierwszego rozruchu. Bo o ile w T70 wygrzewanie zmieniło niewiele, dopiero ułożenie padów po 4-5 miesiącach wpłynęło znacząco, i o ile w HD650 wszystko wyszło naturalnie z wygrzewaniem bo miałem T70-ki do równoległego odsłuchu, o tyle teraz kiedy nie mam warunków w pracy by słuchać konstrukcji otwartej, nieco mi śpieszno z posłuchaniem dotartych zamkniętych DT150.

    1. Piotr Ryka pisze:

      I jak porównania pomiędzy słuchawkami?

      1. Maciej pisze:

        Temat jak na moje barki trudny do opisania. Bo zbyt dużej wprawy nie mam w soczystych opisach brzmienie. Więc zrobię to tak na moje wyczucie, posługując się może mało typowymi epitetami. Zaznaczam na początku, że DT150 są bardzo świeże.
        Moje doświadczenia nie są bardzo długoterminowe. Bo w słuchawki 'poważniejsze’ jako takie wszedłem niecały rok temu. T70 były u mnie pierwsze, zachwyciły mnie swoją otwartością. Planując zakup słuchawek obawiałem się takiej specyficznej dla słuchawek matowości, przebasowienia i klaustrofobii w brzmieniu. Po przesłuchawniu wielu modeli z poziomu cenowego DT770 i np ATH-M50, T70-ki olśniły mnie jasnością. Dźwięk mnie oczarował detalami i tą lekkością. Ale kolejne miesiące serwowały mi mieszane uczucia. Od euforii powodowanej tą ich równowaga i jasnością, po znużenie przesadnym rozjaśnieniem, ostrościami przy gorszych nagraniach, i brakiem 'ciała’ w dźwięku. To słuchawki są wspaniałe na krótkie sesje odsłuchowe, dają bardzo dużo wrażeń, relatywnie bogaty spektakl, ale potrafią zmęczyć.
        Ten stan rzeczy i równoległe poszukiwania w sieci zainspirowały mnie do odsłuchu i zakupu HD650. Były pewną przeciwstawnością T70, były otwarte i oferowały jeszcze lepszą przestrzeń, a do tego bardzo kremową barwę. Jak ktoś dobrze opisał HD650 są jak okulary z polaryzacją. Patrząc na jezioro widzimy poprawiony kontrast, zbytnie blaski ulegała osłabieniu, kolory są nasycone ale spójne. Tych słuchawek miło się słucha. Tak w tym miejscu przyznaję: lubię słuchać muzyki, przesadna analiza zabiera mi urok tych chwil, jest świetnym hobby ale wyczerpującym, dlatego wolę słuchać muzyki. HD650 graja niezgorzej nawet z laptopem, nawet ze Spotify, po prostu podają dźwięk w fajny sposób. Można ich długo słuchać. Jednak są to jak wiemy słuchawki otwarte. A ja w czasie pracy potrzebuję konstrukcji zamkniętej.
        Rósł we mnie niedosyt. Niby miałem uzupełniające się duo, ale ciągle to nie było to. Mógłbym żyć z brzmieniem HD650, ale gdyby były zamknięte… W czasie poszukiwań napotkałem na swojej drodze między innymi: T1, T5p, Denon AH-D7100, Audeze LCD 2 rev 2, Yamaha YH100, HE-500, HE-400, Ultrasone PRO2900, Grado RS1, SR-325is, DT-770, DT-990, Westone R3… Wiele z nich to wybitne modele, jedne posiadające dobre brzmienie, inne pięknie wykończone. Jednak zdecydowana większość posiadała nieco wyeksponowane wysokie częstotliwości. Ponieważ lubię porównywać dźwięk odsłuchiwany z tym co występuje fizycznie w otaczającej mnie przestrzeni to bardzo cenię sobie realizm. Tutaj oczywiście pojawia się podział który wykrystalizował się w czasie moich obserwacji. Otóż jedni z nas wolą duże rockowe koncerty, efekty dźwiękowe z sal kinowych, brzmienie potężne i rozdzielcze. Drudzy wolą dźwięk nie wzmacniany i nie przetwarzany elektronicznie. Mi bliżej do tej grupy drugiej. Oczywiście wielu lubi i to i to co jest rzeczą w pełni naturalną. Cenię sobie jednak gładkość, zrównoważenie brzmienie, lubię szeroką scenę, ale nie lubię zbyt silnych kontrastów. W odbiorze dźwięku bliżej mi do prezentacji analogicznej do morskich pejzaży Williama Turnera, niż współczesnych obrazów Wilhelma Sasnala. Obydwa podejścia do sztuki są jak najbardziej właściwe. Jednak jedno to pewien poryw energii i pewna fuzja barw i emocji, a drugie to gra kontrastu i silnego konturu. Kwestia gustu. Suma sumarum aby nie zanudzać: natrafiłem na opis DT-150. Wiele rzeczy mi się nie zgadzało. Cena, no tak 650 pln to pewnie jest to jakiś substandard słuchawkowy, pewnie coś wybrakowanego, wielce wulgarnego w przekazie, techniczne granie, na pewno nie dla mnie. Przecież ja lubię szukać tych eufonicznych momentów, tych detali, tych niuansów przestrzennych. Uznaję nawet wpływ jakości kabli zasilających. I takie DT-150. Kiedy budżet szykował się już na coś na poziomie 4K. Ale życie jest tak przekorne. Te słuchawki zagrały bardzo bardzo naturalnie. Głosy zabrzmiały bez natarczywości, bez sybilizacji, głęboko, wprost z przepony. Płyty Grzegorza Turnau’a które zawsze kojarzyłem z dość przeciętną realizacją, nabrały masy i gęstości. Poczułem atmosferę studio. Gdzie bas jest basem, a nie czasem tam się pojawia czasem nie, czasem trzeba go poszukać. Klarnet nie jest przy większych poziomach głośności nieproszonym rozwydrzonym ptakiem, ale barwnym dopełnieniem, bez grama ziarnistości, uwaga: ma tę swoją chropowatość, ale nie jazgotliwy. Te słuchawki są specyficzne, nie wiem czy są bliżej prawdy czy dalej, ale w tym temacie nie ma prawdy. to musimy sobie wszyscy wyznać jako jedyny fakt w całym temacie audio. DT-150 mają rodowód studyjny, służą głównie do realizacji nagrań lektorskich oraz jako słuchawki do odsłuchu dla wykonawców. Podobno jednym z założeń było wyprodukowanie słuchawek które nie męczą słuchającego nawet przy dłuższym użytkowaniu. To już nawet teraz mogę potwierdzić. Choć pewnym minusem może być ich ergonomia, bo owszem są bardzo solidne i lekkie, ale pady są póki co twarde i dla mnie docisk trochę za mały. Ale za to kabel 3.5m, co pozwala mi rozkoszować się nimi na sofie, rzecz niebagatelna. Nie chcę się rozpisywać obficie o samym brzmieniu. Bo ono po prostu jest bardzo dobre. Nic nie wychodzi w nich przed szereg. Naturalnie HE500 są dla mnie królami detalu, ale potrafiły mnie zmęczyć i brakowało im trochę niższej średnicy (tej z przepony kiedy ktoś nisko śpiewa), T1 są wygodniejsze i takie szlachetne, Audeze są gęste ale otwarte (szkoda, słuchałem ich za krótko u kolegi ale tam coś ciekawego się zapowiadało..), Grado cieszą ale tylko chwilę – w moim przypadku. A DT150 są takim bardzo radosnym uwieńczeniem pewnych poszukiwań, pewnego gatunku brzmienia. Te słuchawki mają autorytet w brzmieniu. Nie mają w sobie labilności. Brzmią trochę jak wielonczela if you know what I mean ( jakby to napisał ktoś z za wielkiej wody)
        Przyszłość: W samych poszukiwaniach brzmienia nie zamykam się na przyszły rozwój. Pan Piotr wskazał mi chociażby na Staxy Omega MK1, których odsłuch postaram się gdzieś zaaranżować, ale ponieważ są otwarte muszą poczekać raz na fundusze a dwa na odpowiednie warunki odsłuchowe u mnie.
        Warto ich posłuchać. Warto dać im chwilę. Jako świeże potrafią zadudnić lekko, ale efekt ten słabnie stopniowo wraz z wygrzewaniem. Dla komfortu można założyć w nich welurowe pady.
        Ja równocześnie poszukiwałem różnych wzmacniaczy dla T70 chcąc dodać im pewnego wolumenu brzmienia, jednak DT150 cenią sobie bardziej neutralne tory. I chyba wolą tranzystor od lampy – przynajmniej u siebie to zauważyłem. Przeciwnie do HD650 i T70.

        Słucham głównie muzyki filmowej, symfoniki, kameralistyki, nieco wokalnego jazzu.

        1. Maciej pisze:

          I jak na konstrukcję zamkniętą to przestrzeń w mojej ocenie większa niż w T70 i bardziej skalowalną. Kiedy nagranie jest w małym studio ma ono silnie wyczuwalną swoją kubaturę rzekłbym z dokładnością do 3m.

          1. Piotr Ryka pisze:

            Pamiętam jak kiedyś przywoływany tu już przez Grzegorza konstruktor wzmacniaczy słuchawkowych Darkul, czyli Dariusz Kulesza po prostu, też przywoływał Beyerdynamiki DT-150 jako swoje ulbione słuchawki, zwracając szczególną uwagę na ich znakomitą prezentację muzyki organowej. Słuchawki są niezwykłe i charakterystyczne szkoły dla Beyerdynamica. Podobnie jak DT 990PRO kosztują niewiele a grają ponadprzeciętnie.
            Dziękuję za ciekawy i obszerny opis. Daje do myślenia.

  6. Maciej pisze:

    Niemniej basowa gitara z płyty 'Water Falls’ Sary K. dobrze się spisuje jako repertuar dla tego zadania.

  7. Grzegorz Bilski pisze:

    Miałem kiedyś DT150 i miło je wspominam.
    Choć, trochę małe muszle miały (jak na me duże „uszęta”). 😉

  8. MarekS pisze:

    Co do ED12. Posiadam je i z początku załamałem się ich dźwiękiem. Dopiero po 40 godzinach złagodniały i otworzyły się. Teraz dopiero grają jak słuchawki z przedziału 5kzł. Dziwne to, ponieważ model niżej tj. SigPro od początku grał na wysokim poziomie. Jak dla Mnie dźwięk podobny z tymże, ED12 to jego rozwinięcie.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Większość słuchawek gra prosto z pudełka dużo słabszym dźwiękiem niż po kilku tygodniach używania. To norma. Signature Pro są wyjątkowo sympatyczne brzmieniowo i pewnie dlatego od początku dawały się słuchać z przyjemnością.

  9. mario_L pisze:

    https://www.youtube.com/watch?v=DXD6wFEpYeA

    czy barwa dźwieku tych ultrasonów 12-tek jest podobna jak w tym filmiku ?
    jeżeli tak to ja wymiękam i zadaję sobie pytanie jak to jest mozliwe że cena tych słuchawek jest tak absurdalnie wysoka …
    rozumiem że moga być szczegółowe, mieć świetną scenę ale barwa wyraźnie odbiega od przyjętych że tak się wyraże norm …
    jeszcze tak dopytam:
    czy prawdą jest że wersja signature pro ultrasonów ma podobną barwę do 12-tek ?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy