Recenzja: Struss® – kabel głośnikowy i interkonekt

Odsłuch: Kabel głośnikowy

I uzbrojony pierwszorzędnie.

   By w pełni opisać ten przewód, trzeba scharakteryzować trzy brzmienia. Jako pierwsze jego brzmienie po prostu, tak jak go nam sprzedają.

Podpinałem go do systemu z uczuciem satysfakcji, bo złącza Bfa są wyjątkowo wygodne w sensie łatwości instalacji i pewności trzymania, a kabel na tyle nielejący, że łatwo było go zawiesić ponad podłogą na podkładkach. Od strony użytkowej same plusy, też przy okazji to, że sprawia solidne wrażenie i powierzchowność ma elegancką. Ale to tylko dodatki, sedno leży gdzie indziej. Puściłem w ruch lampowy system, ażeby się rozruszał, co mu zajmuje trzy godziny do pełnej wydolności. Puściłem z niską głośnością, ażeby nie przeszkadzał, i już od pierwszych chwil wiedziałem, że kabel jest zaskakująco dobry. Bo nawet ciche granie, podobnie jak słuchawki grające na czyjejś głowie, też pozwala od razu ocenić, czy granie dobre, czy złe. To było bardzo dobre, zwłaszcza w kontekście ceny. Nie trzy, a sporo więcej godzin później znalazł się czas na odsłuch niczym niezakłócony, wziąłem się do roboty. Tak, jak przewidywałem, brzmienie okazało się bardzo dobre: analogicznie jak w przypadku interkonektu, w każdym aspekcie doważone, a jednocześnie nieprzesadne, operujące też więcej niż dobrą melodyjnością i bardzo dobrym oświetleniem (nie jasnym ani ciemnym). Szczególnie, pośród innych rzeczy udanych, udana była średnica – partie wokalne od rozrywkowej przez jazz po opery pozwalające uszom się cieszyć. Dobry też rytm, wypełnienie i wrażenia ogólne – całościowo udane słuchanie bez żadnych brzmieniowych katastrof. Jedno mnie tylko trochę martwiło, mianowicie reprodukcja sopranów. Przy czym zmartwienie dość specyficzne, gdyż ani te soprany nie przycięte, ani też niemelodyjne. Szybujące wysoko i dość przyjemne w odbiorze, ale na tle głośnikowego Sulka…

Cóż, pan recenzent tę ma wadę, że dysponuje jednym kablem głośnikowym. Takim za dwadzieścia cztery tysiące i na dodatek rewelacyjnym. Na jego tle inne głośnikowe poza takimi naj-naj wypadają mocno przeciętnie, by nie powiedzieć słabo. Tylko wyjątkowo udane z tańszych potrafią nieźle się bronić, ale jest takich sporo, więc żadna tam tragedia. Odnośnie tych sopranów w głośnikowym Struss®, to jak mówiłem – nieprzycięte i całkiem melodyjne, ale trochę wyprane z treści, za bardzo papierowe. Takie „dobre, lecz nie do końca” – za mało brzmieniem nasączone. To się nie działo na średnicy, ale na samej górze zjawiał się deficyt piękna skutkiem niedoboru brzmieniowej pełni. Za nadto te soprany były szkicowe – naszkicowane ładnie, ale tylko naszkicowane. Efektem dzwonki czy koloratury za bardzo natarczywe, wyprane z obfitości jaką daje harmoniczna złożoność. Ale prócz tego same plusy, nie miałem więcej zastrzeżeń. Może jedynie uwaga, że mój system – zarówno wzmacniacz dzielony, jak i interkonekty – dają brzmienia pełniejsze i bardziej nasączone od przeciętnego toru, a zatem nie działamy w obszarze przeciętności.

Teraz muszę napisać coś, przed czym mam wewnętrzne opory. W sumie mógłbym nie pisać, machnąć na wszystko ręką. Jednak sensem takich jak ten serwisów jest pomaganie innym, a nie przybieranie przez piszącego dumnych póz wyższościowych. Jestem tu by doradzać, a nie by się wywyższać, dlatego muszę po raz kolejny napisać: użyłem płyty formującej Harmoniksa. Być może to się robi nudne, że do tej płyty tak wracam, ale byłem autentycznie wstrząśnięty, ile dobrego zdziałała. Jej użycie to raptem kilka minut po wydaniu trzystu bodajże złotych. Na czas produkowanych przez nią wizgów trzeba się wynieść z pokoju, a nawet w drugim pomieszczeniu też będzie nieprzyjemnie. Za to potem przyjemniej. Jej użycie powoduje zniżenie brzmienia, otwiera kanał niższym rejestrom. W efekcie brzmienie nieco się ściemnia, ale przede wszystkim wypełnia. Ewidentnie zyskuje kulturę, wszystko staje się lepsze, a staje takie tym bardziej, im słabsze było wcześniej. Być może w przypadku szczytowej jakości torów jej użycie nic by nie dało, ale w przypadku innych, nie da się nie usłyszeć poprawy.

Tak samo jak w przypadku słuchawek T+A Solitaire P (a zatem bardzo drogich) płyta przyniosła to, co było najbardziej wyczekiwane. Powiem krótko – przestałem do tych sopranów mieć anse, stały się pierwszorzędne. Kiedy przed jej użyciem słuchałem chórów Verdiego, mogłem się cieszyć walorami sceny, szczególnie dobrze rozpisanej, także głosami chórzystów i partiami orkiestry, ale nie w najwyższych rejestrach. Tam się stawało nazbyt lekko, by nie powiedzieć z wewnętrzną pustką, poza tym też męcząco. Zbyt szkicowe a jednocześnie ofensywne soprany psuły całościowo udany obraz. Nie psuły w taki sposób, żeby nie chciało się słuchać, ale się miało ochotę, by to jakoś poprawić. A pola do poprawy zero, wszystko już zoptymalizowane. Dlatego płyta ratunkiem. W tym wypadku nie poprawiła trochę, poprawiła znacząco. Po jej użyciu mogłem już się rozsiąść i słuchać z pełną satysfakcją. Z kablem głośnikowym za tysiąc złotych grało to pierwszorzędnie, ale żeby dokończyć opisu, muszę to odnieść do trzeciego brzmienia, do różnic względem mojego kabla. Dwadzieścia cztery razy droższy oferował więcej żywości, więcej brzmieniowej głębi i więcej głębi scenicznej. Tej ostatniej nie takiej mierzonej w metrach, bo tu różnicy nie było, tylko samego wrażenia, że przestrzeń się otwiera i chce nas w siebie wchłonąć. To otwieranie otchłani miał drogi kabel zasadniczo lepsze i było to coś pięknego; w domenie słuchawkowej oferuje takie coś jedynie Sennheiser Orpheus. Poza tym drogi Sulek bardziej też  różnicował brzmienia i więcej jednak czytał, na przykład szum podkładu ukazywał dużo wyraźniej, a medium oraz tła wyraźnie bardziej ożywiał. Prócz tego same dźwięki miał bardziej wyrafinowane i większą przepustowość (krokowy potencjometr wymierzał różnicę głośności na jeden do dwóch kroków). Więcej się działo, potężniej grało, ogólnie więcej życia, ale całościowe wrażenie oddania muzyki jako z życia branego tworu kabel za tysiąc złotych dawał pełne, a nie żadną namiastkę. Za co należą mu się duże brawa – tak tanio jeszcze nie było, a po użyciu płyty Harmoniksa grał w pełni satysfakcjonująco.

Możecie za tę płytę okładać mnie anatemą, możecie mnie wykpiwać, możecie się wymądrzać na dowolnie wiele sposobów. Sam bym wolał o niej nie pisać, oszczędzając sobie mitręgi. Bo niby czemu kilka minut wizgów ma wpływać tak udanie; a jeśli to jest w jakiś sposób oczywiste, to czemu nikt wcześniej na to nie wpadł?

Jako filozof mam negatywny stosunek do tych, którzy chcą widzieć wszystko jak najprościej, ale mam także uprzedzenie do wierzących w czary i gusła. – Płyta działa? – Działa! – Dlaczego? – Nie wiem.  Ale realizuje swoją misję niewątpliwie fizycznie, a nie magiczną różdżką. Kto chce, niech ją sobie kupi, a kto nie chce, to się obejdzie. A jeśli nie zadziała, to niech mi plunie w twarz internetową, będę miał przynajmniej nauczkę, Bo może działa tylko u mnie? (Bywają takie fakty: na przykład prawdziwy jogurt może powstać tylko w Bułgarii, ser Roquefort tylko w pewnych francuskich jaskiniach.) Ale wiem, że nie tylko, sprawdzałem wyjazdowo.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

14 komentarzy w “Recenzja: Struss® – kabel głośnikowy i interkonekt

  1. Marek pisze:

    …”eksperymentów i badań wykonywanych przez Jacka Hrynkiewicz-Struss”. Wpaniale. Do pełni szczęścia byłoby dobrze prawidłowo po polsku odmienić: Jacka Hrynkiewicza – Strussa. Albo tak sformułować to zdanie, żeby odmiana nie była konieczna. Chętnie przekazałbym Panu Jackowi ten komentarz.
    Czytuję często w prasie audio – i tej papierowej i internetowej – niepolską odmianę słów. Np. DAC brzmi po naszemu – DAK i to brzmienie powinno nam sugerować odmianę: byłoby wówczas łatwiej posługiwać się „dakiem”, a nie – jak to niedawno gdzieś czytałem – „daciem”. A ta recenzja – to duża frajda!
    Pozdrawiam z Francji.

    1. Marcin pisze:

      Proszę zejść na ziemię. Blogi czy fora w internecie to nie wypracowanie doktoranckie promowane przez prof. Miodka.

      Nazywanie przetwornika C/A w języku polskim jako DAC i takie odmienianie go przez przypadki, a dodatkowo pisanie tych form z małej litery jest poprawne, gdyż jest to wyraz pochodzenia obcego – możemy używać wersję obcą (np. założyć jeansy) oraz wersję spolszczoną (np. założyć dzinsy).

      Pozdrawiam z Polski.

  2. Adam pisze:

    Zresztą po naszemu to raczej powinniśmy pisać nie DAK, a PCA – przetwornik cyfrowo-analogowy.
    Tylko obawiam się, że mało kto by zrozumiał o co chodzi bez wyjaśnień.
    Zresztą w takim razie słów jak Facebook, Skype itp też nie powinniśmy odmieniać. Nie, korzystam z facebooka tylko korzystam z Facebook. Dla nas dziwnie to wygląda, ale w sumie słowo również nie jest polskie. Polski odpowiednik? Hmmm twarzowa książka? albo książkowa twarz? No raczej nie ma polskiego odpowiednika.
    Wygodniej dla nas jest mówić korzystam z PayPala, niż korzystam z PayPal, no ale w sumie nie do końca jest to poprawne. Angielskojęzyczne słowa podlegają ich odmianie, a polskie podlegają polskiej odmianie.

    Problem w tym, że Polak chce być światowy i zamiast mówić czy pisać zasoby ludzkie to woli być światowy i pisać HR. Przecież Zasoby ludzkie tak mało profesjonalnie brzmią.

    Polak zamiast znaleźć i korzystac z polskich zamienników słów angielskojęzycznych, woli po prostu należeć do tej „elity” która się posługuje zagranicznymi słowami, że jak przyjedzie zagraniczna osoba, to pokażemy jacy my światowi jesteśmy.

    Nazwy zawodów również w większości angielskojęzyczne wersje, a nie polskie.

    Więc z czym do ludzi. Czepiasz się o słowo DAC, kiedy tu pół „polskiego słownika” zajmują obce słowa, które spolszczamy, zamiast użyć przetłumaczonych słów.

    1. Marek pisze:

      Wiem, tłum obcych słów zamiast polskich irytuje ale ja nie o tym. Tu nie o DAC’a, czy dac’a chodzi, a o poprawną odmianę. Słowo po odmianie musi być do przeczytania. „Daci” nie są😁

  3. Sławek pisze:

    Panie Piotrze – czy chodzi o tą płytę:
    https://www.premiumsound.pl/manufacturer/harmonix/enacom-harmonix-zestaw-tuningowy-przewody.html
    Enacom Tuning Disc CSS-1 – płyta CD
    Jeśli tak – jest ostrzeżenie, by nie używać z aktywnymi kolumnami głośnikowymi. Takowych nie posiadam, ale na pewno moim Pylon Audio Ruby Monitor taka kuracja by się przydała. Tylko nie wiem czy można by ten sygnał przepuścić przez słuchawki HiFiMan HE-6, podpięte teraz do odczepów głośnikowych końcówki mocy Audio-gd A1 ?
    A co do kabli, dobrze, że takie jeszcze są, ciekawa byłaby konfrontacja z tanimi seriami Argentum, tyle Argentum robi tylko na zamówienie.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Tak, to jest ta płyta. Słuchawkom też powinna pomóc.

      1. Sławek pisze:

        Dziękuję, Panie Piotrze!

        1. Piotr Ryka pisze:

          Mam nadzieję, że u innych ta płyta też coś dobrego zdziała, bo jak nie… Szkoda, że kosztuje aż prawie czterysta złotych, przykro byłoby aż tyle zmarnować. Ale u mnie raz po raz poprawiała i raczej daleko poza granicą błędu percepcji, toteż nieuczciwie byłoby utrzymywać to w tajemnicy. Pożyczałem ją też parę razy i komentarze pożyczających też były pozytywne. Ale jeżeli ktoś ją kupi i nic dobrego nie osiągnie, to nie chciałbym, aby przez wzgląd na moją reputację powstrzymał się od negatywnych komentarzy. O ewentualnych pejoratywnych doświadczeniach proszę pisać bez skrępowania, wszak tylko o prawdę nam chodzi.

          1. Sławek pisze:

            Płyta zamówiona i opłacona! Dam znać jak przyjdzie i popracuje – jaki będzie efekt.

          2. Piotr Ryka pisze:

            Z góry dziękuję.

      2. MirekM pisze:

        Czyli płyta może pomóc, bez zalecanych razem z nią filtrów głośnikowych Enacom?

        1. Piotr Ryka pisze:

          U mnie pomogła.

  4. qwertz pisze:

    Panie Piotrze, a jak Pan ocenia porównanie IC Strussa z droższymi Luną Gris i niedawno recenzowanymi Acoustic Revive oraz – jeżeli Pan zna też interkonekt, bo głośnikowy był opisywany – Luną Orange? Jeśli chodzi o dociążenie dźwięku, przestrzeń i szczegółowość, które Pana zdaniem będą najodpowiedniejsze, pomijając różnice cen?

    1. Piotr Ryka pisze:

      IC Luna Orange słyszałem tylko przelotnie, nie miałem okazji badać porównawczo. Luna Gris jest łagodniejsza od Acoustic Revive, poza tym prezentują zbliżony poziom. Fantastyczny jest też zrecenzowany kiedyś Oyaide AZ-910. A najbardziej realistyczny, ale najtrudniejszy dla otoczenia – Acoustic Zen Absolute Cooper. Łagodny high-end to z kolei Sulek Edia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy