Recenzja: RAAL Immanis 1995 w nowej odsłonie

Istota sprawy

     Przedmiot bieżącej recenzji, wprowadzone niedawno udoskonalenia, tyczą nie wciąż oferowanych tamtych, a owych RAAL Immanis z 2024, czyli słuchawek zupełnie innych od inaugurujących wstęgową erę słuchawkową SR1a i 1b, ale tak samo wstęgowych. Mających po trzy spionizowane wstęgi na stronę w obudowach już dla słuchawek klasycznych – muszlach szczelnie okalających uszy. (Łączna powierzchnia trójki przypadającej na ucho to 25,2 cm², a konstrukcja muszli otwarta.) Odniesiona do nich konieczność uzupełnienia dwóch wcześniej poświęconych im recenzji to wprowadzony w zeszłym roku znacznie droższy adapter (inaczej interfejs) oraz nowe, też dużo droższe okablowanie. W tej sytuacji opisu samych słuchawek nie ma już sensu powtarzać, skoncentrujemy się na innowacjach.

     Starszy adapter (oferowany teraz jako standardowy, wyposażony w transformator miedziany) i nowo opracowany (nadstandardowy ze srebrnym uzwojeniem) – jeden i drugi znalazły się u mnie, bardzo mało z zewnątrz się różnią. Przy identycznych gabarytach sporego walca obudowy, służącej zarazem za podstawę wyrastającego z niej wkręcanego grzybka w funkcji słuchawkowego stojaka, na walcu zjawiły się u nowego dwie cienkie w dwucentymetrowym odstępie obejmy z połyskliwej nierdzewnej stali i do umieszczonego u góry napisu RIBBON CURRENT DRIVE INTERFACE dodano SILVER MULTI-STANDARD COAXIAL WINDINGS (srebrne wielożyłowe uzwojenia współosiowe). 

     We wnętrzu dużo ważniejsze rzeczy, te właśnie za napisem. Nowo opracowane dopasowujące transformatory o całkowicie zmienionej konstrukcji, oparte o nowe rdzenie i nowe uzwojenia, liczące odpowiednio po 308 i 28 srebrnych zwojów. Na pytanie: – Dlaczego srebrnych? – Aleksandar Radisavljevic odpowiada, że miedź w odróżnieniu od srebra wymaga temperatury wyżarzania przekraczającej wytrzymałość emalii na rdzeniu, a transformatory musi się wyżarzać, ponieważ bez tego zabiegu dostaje się brzmienie twarde i jasne, podczas gdy po wyżarzającym odprężeniu gładkie i organicznie. Nowe, srebrne transformatory odznaczają się oprócz tego lepszym sprzężeniem magnetycznym (niższym upływem indukcyjnym), co wg Radisavljevica ma przełożenie na wzrost rozdzielczości i wyraźności.

    Uzupełnieniem nowego adaptera (zamiennie zwanego interfejsem) zaistniało też nowe okablowanie pomiędzy niego a słuchawki, kosztowny kabel STAR-12 Silver. Wyznacznikami jego stworzenia była bardzo trudna technicznie i zarazem pionierska (wcześniej słuchawek wstęgowych nie było) optymalizacja przewodu, zmuszonego przenosić sygnał dla niemal pozbawionych impedancji, odznaczających się właściwym dla przetworników wstęgowych czynnikiem oporu 0,015 – 0,057 Ω. W poprzedzającym to, prototypowym wówczas okablowaniu miedzianym, posłużono się koncentrycznym wzorem ułożenia żył – i jakoś to działało, lecz optymalny układ to topologia gwiazdy pozbawiona izolacji na rdzeniu. (Dwie żyły plus i dwie minus ułożone w kwadrat – tak wyglądało pierwsze rozwiązanie gwiazdowe w najstarszym i najprostszym STAR-4.) To taki wzorzec konfiguracyjny najlepiej redukuje indukcyjność poprzez najmniejsze obszarowo i najbardziej centralne sytuowanie pola magnetycznego.  

     Nowy kabel jest identycznie srebrny jak poprzedzający go gwiazdowy STAR-8, który zaistniał z misją przewyższenia jakościowego pierwszego dołączanego do Immanis miedzianego, a tytułowy STAR-12 (najlepszy z teraz dostępnych) jest grubszy i sztywniejszy, ponieważ jakość przewodzenia zależy w tym wypadku nie tylko od topologii i surowca, ale też od ilości nitek w żyle oraz ilości samych żył, wg ogólnej zasady: „im sumarycznie więcej jak najcieńszych, tym lepiej”. Równolegle zależy też od całościowej sztywności, albowiem prąd przewodzony ma w tym wypadku natężenie rzędu 3A (trzech amperów), a to już generuje duże siły między przewodzącymi nićmi, trzeba je więc zabezpieczać sztywnym splotem przed powodującym niekorzystne naprężenia odsuwaniem od siebie.

    Co ciekawe, wręcz osobliwe, ale biorące się najpewniej z mniejszej potrzebnej długości, w nowym zestawie nie ma 12-żyłowego srebrnego STAR pomiędzy wzmacniacz a interfejs, zmiana ogranicza się do samego interfejsu oraz kabla po stronie słuchawek. Te dostajemy w albumowym neseserze wraz z interfejsem i okablowaniem, można również nabywać neseser z samym tym nowym oprzyrządowaniem.

 

 

 

 

     Oferta obejmuje teraz te same co poprzednio słuchawki Immanis, ale już dwa odmienne rodzaje interfejsów i dwa różne dla nich zestawy okablowania. Tańszy, analogiczny z dawniejszym, to na miedzianym uzwojeniu Standard Interface-Stand (32ohm) plus RCD-XLR Copper Cable do wzmacniacza i Star-8 MkII Silver Cable do słuchawek. Taki komplet ze słuchawkami w aluminiowym neseserze kosztuje 45 500 PLN. Wyższą jakościowo alternatywą Silver Interface-Stand plus Star-8 MkII Silver Cable do wzmacniacza i STAR-12 Silver Cable do słuchawek – za taki zestaw pada żądanie 60 000 PLN. Uzupełniająco trzeba nadmienić, że Interface-Stand można także zamawiać w wersji 8ohm, będącej korzystniejszą w przypadku zasilania poprzez odczepy głośnikowe. (RAAL dodaje do niego odpowiednie widełkowe przyłącze.) Można także zamawiać specjalną wersję do współpracy z wyjątkowo silnymi wzmacniaczami słuchawkowymi ViVa Audio, z którym okablowanie już to samo.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

6 komentarzy w “Recenzja: RAAL Immanis 1995 w nowej odsłonie”

  1. Darek pisze:

    Czy właściciele „starych” Immanisów mogą czuć się zrobieni w bambuko? Ja tak się czułem, mając Gillette Mach 3 jak pokazało się Gillette Fusion 5 😉

    1. Piotr Ryka pisze:

      Używam Wilkinsona, gdzie też było przejście z 4 na 5, ale różnica bardzo nieznaczna. O tyle nie są ci od dawniej sprzedawanych Immanisów zrobieni w coś tam, że nowy kabel jak najbardziej pasuje, a same słuchawki wciąż te same. Interfejs też niekoniecznie muszą zmieniać, ale kabel, to już dla maksymalizacji doznań koniecznie.

  2. mich pisze:

    Mam wrażemie, że pojawiła się konkurencja dla wstęgowych produktów Raal 1995 a jest nią: FlowzTone F-R1. Piszę to na podstawie impresji youtuberów z londyńskiego CanJamu. Poczekamy,

    1. mich pisze:

      zobaczymy…

      1. Michal Pastuszak pisze:

        Inne prezentacje, Raale bardziej podkreslaja tekstury, graja wyczynowo w porownaniu, jesli idzie o podkreslanie szczegolow.

        Flowztone sa duzo bardziej miekkie w prezentacji w tym i basu, bardzo przypominaly mi charakterem HE-1 kiedy ten gral z wewnetrznego DACa i jakiegos taniego podajnika plikow. Dzwiek po ciemnej stronie z poteznym basem ( u Sennheiser wrecz przewalonym), ale Flowztone lepiej go kontrolowaly, ten nie nachodzil na srednice, byly tez spojniejsze w calym pasmie w tym i przestrzennie, choc podobnie rozdzielcze. Pytanie jak wypadaja oba z lepszym zrodlem. W sumie to bardzo tez podobna prezentacja tonalnie do starych, relatywnie taniutkich Raal CA1 (z padami bez szczelin), ale Flowztone sporo lepsze przestrzennie. Na pewno pomaga im lepiej dopracowany i zestrojony firmowy wzmacniacz od Flowztone. Te notoryczne poprawki kabli i adepterow ze strony Raala kompletnie mnie zniechecily do ich wyrobow, zwlaszcza ze winduja tez ceny za te akcesoria do granic absurdu.

        Flowztone jeszcze dlugo nie bedzie konkurencja dla nich, no chyba ze poprawia moce produkcyjne i zmienia tuning.

  3. Stefan pisze:

    Fakt te zmiany i wersje to po mału szaleństwo, nie wspominając o cenach.
    Ciekawy jestem tych Flowztone tym bardziej, że można je dopasować pod swój gust zmieniając ich charakterystykę brzmienia.
    Immanis z tym nowym interface gra też trochę bliższą sceną, zwłaszcza pierwszym planem, ale czy te zmiany są warte, aż tyle? Bo te różnice są, ale nie jakieś drastyczne, tak jak z kablem. Można też dociążyć brzmienie innym kablem do wzmacniacza np. z czystej grubej miedzi, sprawdzałem WW mini eclipse 7, trochę sztywny ale nie jakoś bardziej niż star-12.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

© HiFi Philosophy