Włoskiej Cremony miłośnikom muzyki przedstawiać nie muszę. Tu działali najsławniejsi lutnicy: Guarneri del Gesù, Antonio Stradivari i Nicola Amati, tam także urodził się mistrz chórów i barokowych oper Claudio Monteverdi, a sławny Giuseppe Verdi miał tuż obok wiejską posiadłość. Monteverdi lata twórczości spędził jednak w Mantui i Wenecji, Verdi wielkie tryumfy odnosił w Mediolanie, a sławne skrzypce rozjechały hen, po szerokim świecie. Na miejscu wciąż działa jednak fabryka instrumentów muzycznych i działa też jedyne takie na świecie Muzeum Skrzypiec – Museo del Violino – ulokowane w Palazzo dell’Arte przy Piazza Marconi.
Pejzaż muzyczny, poczynając od 1987, roku się dodatkowo wzbogacił, zjawiła się wytwórnia sprzętu muzycznego Norma Audio Electronics. Nie więc jako sławna bohaterka opery Belliniego, mająca przypisane do roli nieśmiertelnej piękności arie, a wytwórnia aparatury audio. Pojawiła szybko robiącym karierę wzmacniaczem NS 123 i zaraz potem zwielokrotniła swe inżynieryjne i produkcyjne moce współpracą z Opal Electronics Inc., wytwórcą aparatury pomiarowej i teraz także specjalistą od wdrażania AI, a my przypatrzymy się dziełu Norma Electronics o wiele późniejszemu, zaistniałemu rynkowo w kwietniu 2024 odtwarzaczowi Norma Revo CDP-2, wyposażonemu w autorski układ konwersji cyfrowo-analogowej A-DAC, tutaj już w drugiej generacji. Odtwarzaczowi szczycącemu się obfitością przyznanych nagród i wyróżnień produktu roku, groźnemu zatem konkurentowi nie tylko takich zbliżonych cenowo, ale także o wiele droższych.
Coś bliższego o samej Normie. Animatorem powstania i ojcem jej produktów jest inżynier Enrico Rossi, a jego misją, jak powiada, połączenie prądowych obwodów z muzyką w taki sposób, aby te pierwsze zanikały, a druga pozostawała. By zatem nie pojawiły się żadne prądowe artefakty z jednej i żadne muzyczne ubytki z drugiej, aby strona techniczna – na ile to możliwe – okazała się nieingerująca i wierna odtwórczo, a z kolei strona muzyczna jak najżywsza i pełna. By wraz z tym zachowało się piękno oraz towarzyszące mu emocje, jako clou całej sprawy. Probierzem jakościowym ma być zaś prawdziwość ludzkich głosów – znamię odniesionego sukcesu albo poniesionej porażki.
O samych na koniec płytach CD i odtwarzaczach do nich można powiedzieć tyle, że stoją teraz na rozdrożu – i albo pójdą ku zatracie w obliczu rewolucji plikowej, albo się uchowają jak gramofony, z uwagi na to albo tamto, jeszcze nie wiemy dokładnie na co. Sam natomiast Enrico Rossi stoi na stanowisku, że odtwarzacze CD zostaną, albowiem te plikowe jakością im nie dorównują, a jeśli już, to okazją się radykalnie droższe i posiłkują ripami nie z czego innego, jak płyt CD.
Budowa
Odtwarzacz Normy nie usiłuje się wdzięczyć jakkolwiek zmniejszonymi rozmiarami, to maszyna klasycznej wielkości. Szeroka na 43 centymetry, głęboka na 35 i wysoka na 7,5 pyszni się aluminiowym korpusem, który może być srebrny lub czarny. Klasyczny jest też rozstaw funktorów obsługowych: szuflada napędu pośrodku u góry, poniżej dostosowany do niej szerokością, darzący błękitem wyświetlacz, po lewej napis NORMA i przycisk włącznika ON/STAND BY, po prawej sześć klasycznych przycisków obsługi. Wszystkie one, razem z włącznikiem, to chromowane bolce ulokowane we wgłębieniach, działające pod średnim naciskiem i opisane symbolami.
Kilka spraw się wyróżnia. Panel przedni ma obłe wykończenia u dołu i u góry, przez co sprawia wrażenie jakby był gięty z jednej płyty, ale to tylko tak się zdaje. Nie zdaje się natomiast, że część stanowiąca wierzchnią pokrywę została łukowato przykrojona bokami, przez co łagodnie zwęża się ku tyłowi, niwecząc wrażenie zwykłego pudła. Jednoznaczne wrażenie wywiera za to wyświetlacz, jarzący się błękitem sporej wielkości znaków, ale można go ściemnić albo całkiem wyłączyć, to nie jest żaden problem, za to łatwo w razie potrzeby odczytać go z daleka. W inkluzjach aluminiowego z trzech stron otoczenia boczne ścianki okazują się też aluminiowe, aluminiowa jest również cała ścianka tylna, zatem z wszystkich stron grube, konstrukcyjne aluminium (rzadkość). Na tej tylnej po lewej pojedyncze komplety przyłączy RCA i XLR, po prawej gniazdo prądowe i kołyskowy włącznik główny. Staje to wszystko na czterech walcach z miękkimi podkładkami, uzupełnieniem srebrny pilot z czarnymi przyciskami – tak samo jak u Accuphase wielofunkcyjny i nieintuicyjny: trzeba się gapić i gapić, aż pamięć odruchowa wyuczy się rozkładu, a i wtedy o pomyłkę nietrudno.
We wnętrzu potężne trafo bez żadnej osłony, lecz za to niskoszumne z rdzeniem o dużej przenikalności. („Transformator toroidalny specjalnie zaprojektowany do zastosowań audio, niski przepływ dyspersyjny, niski szum mechaniczny, rdzeń magnetyczny o wysokiej przenikalności, co przekłada się na niską impedancję wyjściową” – brzmi opis producenta.) Zasilacz oprócz transformatora tworzy dziewięć kondensatorów o średniej pojemności, a oprócz nich po urządzeniu rozsiano wiele mniejszych i aż trzynaście regulatorów zasilania. Odnośnie napięć warto wiedzieć, że te na wyjściach są nietypowe – dla gniazd RCA 3V; dla XLR 6V. Warto też wiedzieć, że wg producenta optymalne są wyjścia RCA, ale można to zmienić; wolący XLR może zamówić optymalizację dla nich.
Dwie jeszcze sprawy węzłowe: napęd i sekcja przetwornika.
O napęd zadbano poprzez to, że postarano się o taki specjalnie dedykowany odtwarzaczom CD, nie wzięto pierwszego lepszego uniwersalnego CD/DVD. Laser ma wobec tego jedną ogniskową, co daje mu wzrost precyzji. Wirowanie jest ciche, szuflada chodzi gładko, majestatycznie i bezgłośnie. Dodano bufor danych, powodujący 5 sekundowe opóźnienie odczytu, w zamian wysoce usprawniający mechanizm korekcji błędów z przełożeniem na deszyfrację i niezakłócony odczyt płyt, z którymi inne odtwarzacza już sobie nie radzą; całe to oprzyrządowanie przychodzi od marki TEAC, mistrza takich napędów. Wypada jeszcze dodać, że talerz jest masywny, nie ma zatem wrażenia taniości, tym bardziej, że jest tak cicho.
Nie byle jaka okazuje się także sekcja DAC, a nawet jeszcze lepsza. Można ją oglądać na zdjęciach albo po demontażu pokrywy, ma postać czarnej szkatułki. Naniesiono na nią dużymi znakami oznaczenie nazwowe NORMA A-DAC, a małym druczkiem, wyjaśniająco, że to analogowy, dyskretny, zintegrowany, symetryczny i bipolarny bez sprzężenia zwrotnego układ o wyjściu napięciowym I2S.
Układ został objęty patentem i przed wścibskim osłonięty nie samym zapieczętowanym metalowym pancerzem, ale także we wnętrzu antysekcyjnym zalaniem żywicą. Według zapewnień twórcy, samego Enrico Rossi, to układ lepszy od klasycznych na dawnych kościach wielobitowych, jako jeszcze bardziej analogowy, co ma wyrażać to duże A przed DAC.
Tak duży i cały z konstrukcyjnych, masywnych blach aluminiowych, wyposażony w potężne trafo oraz masywny napęd, musi odtwarzacz Normy posiadać słuszną wagę i rzeczywiście waży 10 kilo. Prezentuje się okazale i jednocześnie zgrabnie poprzez te łukowania, zaokrąglenia i niedużą wysokość panelu; jedyne, co bym w nim zmienił, to wyświetlacz na jakiś mający elegantszy krój czcionki i rzucający przyjemniejsze światło.
Cena 20 tysięcy wydaje się adekwatna do dzisiejszych czasów i teraźniejszej wartości pieniądza, tyle teraz takie maszyny kosztują, o ile nie jeszcze więcej. Porównywany redakcyjny, wliczając modyfikacje firmowe i prowadzone na własną rękę, biorąc też pod uwagę dwudziestoletnią inflację i wzrost pazerności rynku, z pewnością wypadłby znacznie drożej, nie mniej niż o jedną trzecią.
Dźwięk
Natychmiast po poprzednim staje przed nami kolejny odtwarzacz CD, kolejny nobilitowany i kolejna podobna historia. Ale tym razem nie za sprawą przenoszenia z prawej na lewą żyły gorącej w przewodzie zasilania ani dbałości o poprawę formy przez wielodniowe docieranie. Odtwarzacz przyjechał wygrzany, a żyłę wolał z prawej, czyli jak większość urządzeń. Pod tym względem należało pamiętać jedynie o dwóch rzeczach: Po pierwsze, podobno woli kable zasilania o niższej pojemności, takie coś wypraktykował dystrybutor i taki przewód zasilający odtwarzacz otrzymał. (Sm także to sprawdziłem i rzeczywiście woli, chociaż to nic szczególnego, z grubszymi też będzie dobrze.) Po drugie, sam producent zwraca uwagę na to, że oprócz wstępnego dotarcia poprzez zwyczajne używanie, który to proces trwa przeciętnie 200 do 300 godzin, należy, dążąc do optymalnego brzmienia, uruchomić maszynę co najmniej na sześć godzin przed użyciem. Tyle zajmuje nasycenie prądem i, jak już sam się domyślam, jaka taka stabilizacja oscylatora kwarcowego w zegarze taktującym, która to stabilizacja zajmuje do osiągnięcia maksimum stabilności w rzadkich przypadkach jedynie osiemnaście godzin (i wtedy tym się chwalą), natomiast chcąc mieć stuprocentową gwarancję pełnej stabilizacji, lepiej założyć, że siedemdziesiąt dwie.
Co innego okazało się jednak ważniejsze od kabla i stabilizacji, a mianowicie wzmacniacz. Chcąc sobie ułatwić życie nieprzełączaniem kabli i ominięciem dokuczliwej w lecie gorączki lampowej, postanowiłem przetestować Norma Revo CDP-2 z tak samo włoskim wzmacniaczem zintegrowanym M2TECH Classic, a więc tranzystorowym z przedziału tak jak ona, urządzeń dwudziestotysięcznych. Wzmacniaczem cenionym i chwalonym o pochodzeniu od znanego i lubianego producenta, tak samo jak ta Norma nagradzanym. To nie był jednak dobry pomysł, chociaż zły także nie. Wykonałem szeroki wachlarz porównań z własnym Cairnem i niezależnie od wydawnictwa oraz jakości płyty, także repertuaru, stara maszyna na starych kościach i nieprodukowanych już od dawna kondensatorach prezentowała się lepiej. Zarazem było to trochę nieuczciwe, jako że Cairn rasowany, bez którego to rasowania kondensatorami Black Gate, dodanym drugim transformatorem i zegarem od LC-Audio nie miałby żadnej przewagi, prędzej zostałby z tyłu, zwłaszcza pod względem barwy. (Mimo upływu dwóch dekad dobrze pamiętam tamto brzmienie.) Zmodyfikowany górował dwiema tylko rzeczami: podawał głębsze brzmienia i oferował głębszą scenę. Wszystkie pozostałe czynniki składające się na jakość ogólną u obu były identyczne i jednocześnie bardzo zbliżone do testowanego dopiero co Accuphase. Ten od obu teraz grających nieznacznie bardziej drobiazgowo przeskanowywał tekstury oraz bardziej stanowczo wyosabniał sceniczne pola dźwięku, ale dynamika, szybkość, wyraźność, przejrzystość i ożywienie medium, także trójwymiarowość, szczegółowość, koloryt, rozpiętość skali, dźwięczność, warstwowość emocjonalna, dobór światła, operowanie pogłosem – i co tam jeszcze na tę okoliczność ktoś mógłby sobie przywołać – to wszystko było u wszystkich trzech z tej samej półki jakościowej i niemal się nie różniło odnośnie niuansów, a głębię i poezję brzmienia Cairn i od Accuphase miał lepsze, przynajmniej w mych kryteriach ocen. Ale co tam ten Accuphase i jego jakże skromne 50 tysięcy budżetu; miał Cairn lepsze też od Esoterica z najwyższej u tej marki serii, a to trzy razy tyle.
To nie jest moja wina, że dzisiejsze układy scalone wolą skanować niż muzykować; tak sobie to wymyślono stopniowo odchodząc po 1990 roku od 14-to, 16-to i 24-bitowych kości długiego słowa do 1-bitowych w układach Delta-Sigma typu Bitstream (Philips), MASH (Technics), MDS (Asahi Kasei), MDS+ (Accuphase) i Hyperstream Modulator (ESS Sabre). Z założenia miało to zaskutkować poprawą dynamiki oraz czystości dźwięku, ale AI widzi inny powód, twierdząc, że przetworniki wielobitowe wymagały niezwykle precyzyjnego dopasowania rezystorów wewnątrz chipu, co było i kosztowne, i trudne w realizacji. Chodziło więc, jak zawsze, o pieniądze, a nie o jakieś awanse i poprawy, chyba że całość popraw ograniczymy do wzrostu zysków załganej branży czipowej.
Norma Audio Electronics od samego początku była takiego stanu rzeczy gruntownie świadoma, dlatego najpierw używała starszych kości wielobitowych, a następnie opracowała własne, chronione patentami oraz pancerną puszką rozwiązanie konwersji o nazwie A-DAC, mające maksymalnie nawiązywać do ery kości wielobitowych, a nawet tamte przewyższyć; w szczególności przeskoczyć sławny, wcześniej przez siebie używany 24-bitowy układ Burr-Brown PCM1704, uważany przez Enrico Rossiego za szczególnie wybitny.
Co znalazło się w A-DAC, tego się nie dowiemy, to wymagałoby śledztwa na miarę FBI. Ale kości Cairna: Analog Devices AD 1896 plus Cirrus Logic Crystal CS4392 przewyższyć się nie udało, natomiast udało się im dorównać. Bardzo wątpię w możliwość przejścia przez siebie ślepego testu na odróżnianie Norma Revo CDP-2 od zmodyfikowanego Cairn Soft Fog V2, co oznacza zacierające różnice zbliżenie do redakcyjnego odtwarzacza, jednakże pod warunkiem wykonywania testu poprzez lampowo-hybrydowy dzielony wzmacniacz redakcyjny, a nie tranzystorowy M2TECH Classic. Przy tym tranzystorowym różnica była oczywista, tak samo jak oczywiste zrównanie przy lampowym. Dlaczego tak się działo, można jedynie spekulować powołując się na synergię – taką samą przy dzielonym wzmacniaczu lampowym, dalece nietożsamą przy próbowanym tranzystorowym.
Zwróćmy się ku tej dobrej, gdyż to o dobro nam chodzi; każdy meloman i audiofil nie do czego innego zmierza. Odtwarzacz Normy pokazał wszystko to, co tak cenię we własnym. Zanotowałem, że teraz, przy systemie lampowym, wszystko stało się inne niż było przy tranzystorach, poczynając od tego, że pierwszy plan poszedł w głąb, znacznie za linię głośników, z którą wcześniej był równy. Zjawiła się też analogowość godnej pochwały miary, przyrosło także ciepło – obecnie już wyraźnie odczuwalne. Brzmienie nabrało szlachetności i autentyzmu, poprzez zwiększenie długości i czarowności wybrzmień, większy pietyzm i doskonalszy materiał dotyku, zjawienie się zaśpiewu oraz słodyczy w kobiecych głosach, również lepsze użycia echa oraz w ogóle zaistnienie atmosfery zdecydowanie teraz bardziej muzycznej i jednocześnie ludzką miarą piękna wyższą notą mierzonej. To już nie była sama techniczna biegłość w oparciu o dynamikę i wyraźność, w dodatku nie bez krytycznych uwag odnośnie niedostatecznej głębi brzmienia i przepastności sceny, jak również zbyt mocnego akcentowania nie dość trójwymiarowych sopranów, poprzez co brak nastrojowości i czarowania – w ogóle tego wszystkiego, czym muzyka potrafi zachwycać odnośnie sfer wyższych niż sam hałas, drajw i ostra jazda. Teraz to wszystko, co przejawia się w dźwięku, było nie tylko prawdziwe wyraźnością i poziomem energii, ale też głębsze, bardziej wyrafinowane i o szlachetniejszym materiale budulca. Wraz z tym bardziej też zhumanizowane i tak po prostu piękne – już nie takie powszednie i na dodatek z wadami, a artystyczne i popisowe.
Całkowicie opanowana została obecna przy tranzystorach krzykliwość, zastąpiona przez formy bez zarzutu teraz trójwymiarowe i lepiej realizowane czasowo. Jeszcze większy uzysk jakości brał się uporządkowania sceny, która tam była bałaganiarska i przede wszystkim ukazywana bez pełnego oderwania się źródeł dźwięku od głośników, czego już naprawdę nie lubię. Przy takim obrazowaniu przestrzennym nie mogło być mowy o magiczności zjawiska reprodukcji dźwiękowej, a teraz taka magia wróciła z całą siłą, jawiąc się jako bezdyskusyjna. Wróciła nie tylko poprzez to oderwanie, ale także zjawiający się sceniczny porządek, podczas gdy wcześniej kotłowanina: źródła pchające się jedne na drugie i brak stereofonicznej panoramy niezależnej od kolumn – wszystko pozostające w wyraźnym związku z prawą lub lewą, niczym dwa nie do końca kooperujące ośrodki.
To nie uległo poprawie, bowiem nie było co poprawiać, natomiast trzeba rzecz odnotować: odtwarzacz Normy operował na całą skalę szerokim pasmem i w ramach tej szerokości wyważeniem – nie miał problemu ani z precyzyjnym obrazowaniem najcięższego basu, ani oddaniem autentyzmu w przypadku ludzkich głosów (na co sam Rossi kładł nacisk szczególny), ani dającym pełnię satysfakcji używaniem strzelistych sopranów z należytym wzbudzeniem towarzyszących wibracji. Niczego nie powściągał, niczego nie hamował, nie stanowiły też dla niego problemu wszelkiego typu zniekształcenia. Wszystko czyste, wyraźnie, klarowne i finalnie prawdziwe; wszystko z dobrym, wyróżniającym się wyraźnością i sferycznością modelowaniem przestrzennym, zarówno w odniesieniu do kształtu pojedynczych dźwięków, jak i wzajemnych między nimi relacji. A w takim razie świetne zarówno instrumenty solo, jak i całe orkiestry; zarówno głosy pojedyncze i w duetach, jak zbiorowości w chórach. Mam taki test, nie powiem jaki, ale znakomicie się nadający do ukazania, na ile dany system radzi sobie z umieszczeniem słuchacza pośród wykonawców, z otaczaniem go tłumem innych ludzi. Ten test wszystkie trzy odtwarzacze przeszły bez zająknienia, także Norma wstawiła mnie pomiędzy ludzi odznaczających się autentyzmem sceniczno-grupowym i indywidualno-postaciowym.
Na wyróżnienie zasługiwała też materializacja dźwięku – ani trochę nie uszczuplona, zasługiwał też monumentalizm wielkich konstrukcji brzmieniowych na równi z pojedynczymi delikatnymi brzmieniami. Wzorcowej klasy była również holografia oraz ukazywanie ruchliwości źródeł w obrębie sceny, niczego do życzenia nie pozostawiała dźwięczność, poetyka i zaangażowanie emocjonalne. To ostatnie było z kolei dla mnie szczególnie istotne – strasznie nie lubię grania niezaangażowanego, a jeszcze bardziej takiego, które przez ocieplenia, przesadne słodzenie i uszczuplanie skrajów pasma przeinacza wydźwięk emocjonalny. Niczego w tym rodzaju tym razem nie było: lekko ściemniona, klimatyczna aura pozwalała wszelkim rodzajom emocji dochodzić do głosu i każdorazowo bez przeinaczeń, i zawsze z dużą mocą.
Powiedzieć, że wszystko było bardzo dobre i takie jak należy, byłoby najkrótszym zdaniem relacji z zachodzącego stanu rzeczy, ale nie eksponowało dostatecznie wyrafinowanego smaku tego brzmienia i całej szerokiej skali skojarzonej z nim niuansowości. Te dwie sfery, nie mniej istotne niż sam mechanizm podstawowy, przy przedwzmacniaczu lampowym i hybrydowej końcówce mocy także były spełnione do ostatniej kropelki – high-end dochodził do głosu w całej swej rozciągłości. Co skądinąd dość oczywiste, bo zaraz na początku napisałem, że odróżnienie w ślepym teście recenzowanej Normy od referencji redakcyjnej albo wymagałoby bardzo dużego zaangażowania poprzez treningi w odróżnianiu, albo nawet i wtedy byłoby niemożliwe; tak czy tak niemal identyczność.
Podsumowanie
Trudno nie przyjąć z satysfakcją, że jest na rynku odtwarzacz bardzo podobny do własnego, który się bardzo lubi. Tym bardziej, że ten własny od bardzo dawna nieprodukowany, a jego udoskonalenie poprzez kondensatory Black Gate także stało się niemożliwe, wobec ich braku na rynku, i to również od bardzo dawna. A zatem stare żyje w nowym, a że jest to muzyka, to życie owo cenne – dobrze, że nie uległo zatracie. Oczywista są jakieś niuansowe różnice i najwyraźniej różne synergie odnośnie sprzętu towarzyszącego, ale muzyczny trzon pozostał zachowany, przy czy to słowo „trzon” jest tu tak w sumie nie na miejscu, o ile będzie się je traktować węziej niż jako całokształt treści. Bo ważne nie jest samo jądro: ot, choćby przykładowo kultura sopranów – tutaj ważne jest wszystko, całość muzycznej formy. To ona się powtarza i jest w tym powtarzaniu biegła: słuchając płyty za płytą muzyka ożywała tak samo z jedną i drugą maszyną. Może Cairn był odrobinę głębszy i ciemniejszy, a może nie? Może Norma odrobinę większy nacisk kładąca na wyraźność, a mniejszy na upojność? Może tak – może nie, nie wiem. To były zbyt nikłe różnice, o ile jakieś były, by do nich przykładać wagę. Muzyczne piękno ożywało za sprawą obu odtwarzaczy i odżywało w całym majestacie, a nie jedynie fragmentarycznie. Zawierały się u obydwu wszystkie składniki brzmienia przywołujące prawdziwość i generujące piękno, albo przynajmniej podziw. Bo jeśli nie aż piękno samo, jako że dana muzyka nie o tym charakterze, to poryw, zaangażowanie i współdzielenie agresji. Krótko mówiąc emocje; i to zarówno te bierne, towarzyszące zadowoleniu z tego, że tak znakomite odtwarzanie, jak i takie aktywne, wywoływane tak wiernie oddawaną treścią. Odtwarzacz Normy ma swe narowy, nie wszystko mu pasuje, ale kiedy zadbamy o to, ażeby pasowało, odwdzięczy się z nawiązką.
W punktach
Zalety
- W dobie odtwarzania muzyki cyfrowej jednobitowym formatem, nawrót do formy długiego słowa i poprzez nią śpiewności.
- Jednocześnie dostajemy to wszystko, co potrzebne oprócz śpiewności:
- Całą skalę tonalną, do tego dobrze wyważoną.
- Perfekcyjną przejrzystość medium wraz z jego ciśnieniową obecnością i planktonowym nasyceniem oraz własną wibracją i głębią.
- Znakomitą wyraźność poprzez precyzję konturu i drobiazgowe skanowanie tekstur.
- Trójwymiarowość form.
- A wraz z nią kulturę sopranów i kubatury instrumentów.
- Głębię brzmienia.
- Głębię i porządek sceniczny
- Stereofoniczną panoramę.
- Koloryt..
- Dynamizm i dramatyzm.
- Naturalność ludzkiego głosu (silnie skorelowaną ze śpiewnością).
- Pobudzoną sferę emocjonalną.
- Dobre odnajdywanie się w formach zespołowych i równie dobre indywidualnych.
- Wżywanie się w muzykę za sprawą siły jej działania.
- Dobre używanie pogłosu i silny efekt holografii.
- W przypadku rocka jego dzikość.
- W przypadku ballad i poezji śpiewanej ich wrażliwość.
- W przypadku muzyki poważnej jej siłę konstrukcyjną.
- Obudowa cała aluminiowa, wysmakowana estetycznie.
- Objęty patentem autorski układ konwersji D/A.
- Napęd TEAC dedykowany odczytowi CD i z dodatkowym pojemnym buforem.
- W efekcie da się używać płyt przez inne odtwarzacze już nie czytanych albo czytanych z błędami.
- Czytelny wyświetlacz.
- Wielofunkcyjny pilot.
- Całościowo masywna konstrukcja.
- Napęd pracuje cicho, szuflada chodzi gładko.
- Symetryczny obwód w oparciu o markowe podzespoły.
- Można wybierać jakościową preferencję sygnału dla gniazd RCA lub XLR (standardowa dla RCA).
- Znany producent.
- Made in Italy
- Sprawdzona polska dystrybucja.
Wady i zastrzeżenia
- O synergię z aparaturą towarzyszącą trzeba się będzie postarać, jako że nie jest uniwersalna.
- Wyświetlacz mógłby prezentować wyższej jakości szatę graficzną.
- Trzysta godzin na docieranie i potem każdorazowo po sześć przed użyciem (a lepiej jeszcze więcej).
- Pilot to gąszcz przycisków z lekka drażniących małością palce.
- Za czarną wersję dopłata.
Dane techniczne
- Typ urządzenia: odtwarzacz CD
- Napęd: TEAC z poszerzonym buforem
- Konwerter D/A: własny, firmowy A-DAC
- Odtwarzane formaty: CD, CD-R, CD-RW
- Pasmo przenoszenia: 0 Hz – 22 kHz
- Napięcia gniazd wyjściowych: RCA 3,0 V; XLR 6,0 V
- Obudowa: w całości z anodyzowanego aluminium
- Wykończenie: srebrne lub czarne
- Wymiary 430 x 350 x 75 mm
- Waga: 10 kg
- W komplecie: aluminiowy pilot wielofunkcyjny, kabel zasilania, instrukcja i gwarancja
- Okres dochodzenia do pełnej sprawności: 300 godzin normalnego użycia
- Zalecany czas rozruchowy: nie mniej niż 6 godzin
Cena 19 990 PLN
System:
- Odtwarzacze CD/SACD: Accuphase DP-570S, Cairn Soft Fog V2 (rasowany), Norma Revo CDP-2
- Przedwzmacniacz: ASL Twin-Head Mark III
- Wzmacniacz zintegrowany: M2TECH Classic
- Końcówka mocy: Croft Polestar1
- Kolumny: Audioform 304
- Interkonekty: Sulek RED, Sulek 6×9, Tellurium Q Black Diamond
- Kabel głośnikowy: Sulek 6×9
- Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, GFmod Advanced, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One,
- Sulek 9×9 Power
- Listwa: Sulek Edia.
- Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
- Kondycjoner masy: QAR-S15.
- Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
- Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Divine Acoustics KEPLER, Solid Tech „Disc of Silence”.
- Ustroje akustyczne: Audioform.








