Recenzja: music hall MMF-3.3

Brzmienie

Zadbano o antywibrację.

   Puściłem, siadam, słucham – i po kilku minutach zaczynam się zastanawiać: Dlaczego aż tak dobrze gra? Może to wyciągnięte po paru latach z magazynu trójdrożne Audioformy są, o czym zdążyłem zapominieć, aż tak dobre? Zwłaszcza gdy stoją na stożkach Harmoniksa, a nie mosiężnych podkładkach. Tak, są – są na pewno. Może też kabel głośnikowy Sulka – długi, pleciony i drogi – tak ładnie sygnał przepuszcza? Zapewne też, z całą pewnością. A może dwanaście łącznie lamp, rozrzuconych na trzy zespoły dzielonego wzmacniacza, robi taką robotę? Zwłaszcza, że stoją na audiofilskim stoliku Rogoza i łączą je dobre interkonekty. A zasilanie też niekiepskie, w ogóle wszystko dopieszczone.

No dobrze, ale ten gramofonik dość śmiesznie przecież wygląda, gdy go w pamięci zestawiać z bykami z AVS. Niedługie ramię, groszowa wkładka, antyskatingu ciężarek dynda przy prostej przeciwwadze. Lekki talerz, silnik pod spodem, plinta przedzielona gumowym resorem i na gumowych podstawkach. A jeszcze więcej ambarasu powoduje przedwzmacniacz music halla, za śmieszne tysiąc złotych. Pomimo tego… No tak, nie da się ukryć, pod niejednym względem gra to lepiej, niż najdroższy odtwarzacz cyfrowy… Może nie aż tak wali szczegółami i nie szarpie ostrościami krawędzi, ale płynność wokali i dźwięczność brzmieniowych kropli spod fortepianowych klawiszy, to coś dla cyfrowych formatów z dowolnego przedziału jakościowego poza technicznym zasięgiem. I cóż z tego, że holografia i głębia sceny dają się z cyfrowego maksymalizmu krzesać lepsze, skoro takiej spójności i elegancji się nie da?  – Aksamitny i  jedwabisty dotyk muzyki, zupełnie wolnej od zniekształceń i podostrzeń, miał w sobie taki ładunek niebiańskości, tak swym dotykiem zniewalał, że popadłem w zadumę nad marnością cyfrowych zastępstw. Prócz tego jeszcze jedno – kiedy puściłem Miserere Arvo Pärta, uderzyła potęga. – I cóż z tego, że się powtarzam, że to już było mówione? Muzyka z płyty winylowej przy dobrym gramofonie ma wyższy poziom energetyczny, niż z najlepszego nawet odtwarzacza. A ten tu, tytułowy, najwyraźniej do dobrych należy, bo właśnie to pokazał. Zagrzmiało jak armaty w energetycznych momentach –  tym bardziej się zadziwiłem. Taki, przepraszam za wyrażenie – gramofonowy kmiotek, bez ramienia długiego jak szlaban – tak potrafi dojeżdżać? Z taką wkładką i takim pre? W dodatku niczym nie wspomagany – żadnym dociskiem, matą, podstawkami? I jeszcze jedno – niemalże żadnych trzasków. Igła tej wkładki jakaś antytrzaskowa chyba, czy co, do jasnego licha? – bo płyty moje, często nienowe, potrafią sobie trzasnąć. A tu, jak z magnetofonowej taśmy płynie wszystko bez trzasku, niczym byś lał strużkę z kranu.

 

 

 

 

Takie były pierwsze wrażenia i wywołały one chęć przysłuchania się temu lepiej już nie z recenzenckiego obowiązku, ale na własny użytek. Zmieniłem kilkanaście płyt, obejmujących wszelki repertuar i wszelką jakość tłoczeń. Pierwsze wnioski okazały się trafne, nic ich nie podważyło. Z tym, że pewne uzupełnienia. Gramofon w tym układzie, to znaczy ze sprzedażową wkładką, nie nadaje się do podciągania słabszych nagrań. Niczego im nie ujmuje, ale czerwony Ortofon nie oferuje ramasteringu brzmieniowych krawędzi, oddając je z ostrością przynależną samemu nagraniu. Skutkiem czego wyraźność w mniej wyraźnych nagraniach nie będzie podciągana, co drogie wkładki potrafią. Za to kiedy tłoczenie dobre, a nagranie w porządku, wyrazistość okaże się pierwszorzędna. Przykładem Ella Fitzgerald i Louis Armstrong w nagraniu z lat 50-tych (ale jaka technika!), tak samo Cris Rea na parę lat temu wydanej płycie, także wszystkie dawne realizacje w technice Decca tree. To był maksymalizm brzmieniowy, high-endowe rzeźbienie dźwięku. W życiu by mi nie przyszło na myśl, że do tego stopnia możliwy przy użyciu najtańszej wkładki Ortofona! Ale nie tylko wyraźność rysunku i całościowe modelowanie przy dobrze nagranych płytach ulegały radykalnej poprawie do poziomu smakowitego high-endu. Poprawiało się też obrazowanie sceny, poprzez poprawę separacji i powiększenie głębi.

Najtańsza wkładka Ortofona i tak okazuje się bardzo dobra.

Przeciętna płyta z dawnych lat, zawierająca przeciętną realizację i trochę już zmęczona życiem, nie da za pośrednictwem Music Hall MMF-3.3 precyzyjnego rozplanowania źródeł i zjawiskowej scenicznej głębi. Obraz skupi się wokół pierwszego planu i będzie czarował spójnością. A także zjawiskową, niedostępną cyfrom, szlachetnością dotyku. Widok muzyki – głęboki, barwny, zjawiskowo melodyjny, nasączony, pełen energii – i tak każe zapomnieć o tym, że źródła nie są precyzyjnie rozstawione, a scena nie jest głęboka. Za to przy płycie dobrze nagranej, a już szczególnie kręcącej się z szybkością 45 obrotów (jakie to miłe, że gramofon zmienia obroty jednym przyciskiem i nie trzeba przekładać paska), będziemy mieli pełen zestaw, to znaczy też wyraźność, też separację, także głęboką, perspektywiczną scenerię. Więc kiedy taką płytę położyć na jego filcowej macie, a potem siąść w fotelu z zamkniętymi oczami, można się przenieść w krainę brzmienia niczym z drogiego gramofonu, wydawszy trzy tysiące na Music Hall MMF-3.3 i tysiąc na firmowy przedwzmacniacz. Rzecz jasna, jedynie wówczas, gdy reszta toru pierwszorzędna, ale są też sposoby na to, by „resztę” czynić tańszą.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

4 komentarzy w “Recenzja: music hall MMF-3.3

  1. Sławek pisze:

    Też się zastanawiałem nad gramofonem music hall, tylko że mmf 5-3. Jednak wybór padł na model „konkurencyjny” z tej samej fabryki czyli Pro-ject X2, który już od ponad tygodnia cieszy moje uszy. Jest dobre ramię aluminiowo karbonowe z regulacją VTA i azymutu, wkładka na wyposażeniu to Ortofon 2M silver. Co ciekawe music hall przez Pana opisany posiada elektroniczną zmianę prędkości a droższy mmf 5-3 nie, trzeba zdjąć talerz i przełożyć pasek. Talerz w PJ X2 jest 2 kilogramowy akrylowy, zmiana prędkości guziczkiem, chyba, że ktoś chce uzyskać prędkość 78 obr/min, wtedy trzeba zdjąć talerz i założyć inny pasek dostarczany w komplecie. Ale należałoby także zmienić wkładkę, więc to opcja dla hardkorowców, ja nie mam takich płyt (szelakowych?).
    Tych music-hall zarówno the classic i jak i przedmiotu recenzji nie słyszałem, ale PJ X2 gra tak, że opad szczęki, po prostu rewelacja jak za te pieniądze i z tą wkładką (4350 zł zapłaciłem). Co najmniej 2 klasy lepiej od używanego do tej pory TEAC TN-300 z wkładką Audio-Technica AT440mla. A przecież to droższa wkładka od 2M silver! A jeszcze jak się wkładkę wymieni na 2M Black. Gramofon podpięty jest do preampa Pro-ject Tube Box S2, w którym lampy już dawno wymieniłem na Full Music (12ax7) starym kablem Siltecha (nie pamiętam symbolu, dawno już się zatarł, w 1998r. zapłaciłem za niego 500 zł). Brzmienie jest barwne, dociążone wyraziste i szybkie, żadnych tam mgiełek, bardzo mało trzasków, a wysokie tony znakomicie rozdzielcze.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Znajomy na widok tego Music Halla powiedział: „O, przebrandowany Pro-ject!” Sam Music Hall też pisze, że fabrykę mają w Czechach. Nautilus z kolei twierdzi, że jedne ich gramofony są z Czech, a inne nie. Sytuacja odnośnie gramofonowych produktów Music Halla nie jest zatem do końca klarowna – trzeba się orientować, który skąd. Ale najważniejsze, że grają.

      Przyjemnie się czyta takie posty, grunt to zadowolenie z zakupu. A wkładka Ortofon Black faktycznie fantastyczna. Wyjątkowo ją lubię.

      1. Sławek pisze:

        Ortofon 2M Black od dzisiaj gra w moim gramofonie! Rzeczywiście fantastyczna, połączenie wyjątkowej precyzji z muzykalnością. A to dopiero pierwszy dzień, musi się dotrzeć…

        1. Piotr Ryka pisze:

          Gratuluję!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy