Recenzja: Luna Cables Gris głośnikowy

Odsłuch

I poprzez kolorowe rozgałęzienia.

   Głośniki za dwieście tysięcy z kablami za niecałe dwa? A czemu nie, co nam szkodzi? To dopiero będzie prawdziwa miara ich rzekomej jakości. Ściśle natomiast biorąc, to mamy tutaj kabel głośnikowy za tysiąc siedemset z kawałkiem jako element toru za ponad czterysta tysięcy. Śmiało więc i obrazoburczo, lecz z drugiej strony w pamięci miałem rozmowę z dystrybutorem, który poprosił, abym sprawdził, czy może to jemu odbiło, czy też faktycznie kabel głośnikowy Luny jest tak niewiarygodnie dobry. (Prawdziwe słowa były mocniejsze.) A już tak całkiem ściśle, to mi się zwyczajnie ruszać tego wszystkiego nie chciało – bo upał, kolumny wielkie, a poza tym to prawda, że one mogły najlepiej zdiagnozować całą tę sprawę. I do tego też dochodziła pamięć o interkonekcie Gris, zdająca się sugerować, że dystrybutorowi nie musiało odbić. Więc wszystko w ruch i przekładanie winyli, które nie oferują niestety wygodnej funkcji „Repeat”, by na koniec odkręcić gałki krokowych potencjometrów na poziom koncertowy i zacząć słuchać z własnym kablem, a potem przejść na recenzowany, dając mu rozruchowy kwadrans, ażeby było sprawiedliwie.

W związku z takim, a nie innym, układem porównawczym, to, a nie co innego, zmuszony jestem napisać. Poczynając od tego, że wielokrotnie byłem świadkiem, jak głośnikowy Sulek 6×9 zdmuchiwał różne inne takie, w tym także dużo od się droższe. Co nie znaczy, że równie dobrych, a nawet lepszych, u siebie nigdy nie miałem; znaczy natomiast, że bardzo trudno mu dorównać, potrafią to naprawdę wybitni. I wcale nie dla samego efektu stylistycznego użyłem słowa „zdmuchiwał”, ponieważ dosłownie to robił. Chodzi o ilość przesyłanej energii, zamienianej w głośnikach na energię akustyczną i ostatecznie ciśnienie dźwięku. To ciśnienie przy gorszych kablach spada – dźwięk może być sobie bardzo ładny, ale mniej jest energetyczny. Bas staje się pusty w środku, saksofony udają dmuchanie  – ogólnie biorąc, brak fuknięcia. Dźwięk zjawia się rozgęszczony, medium jako uczestnik spektaklu znika – zostaje z niego sama transparencja, a w gorszych razach także nie. Bardzo na ten fatalny stan rzeczy jestem uwrażliwiony, ponieważ przypomina jazdę sportowym samochodem po drodze z dużym ograniczeniem prędkości, albo za ciężarówką. Skóra zaczyna świerzbić, irytacja narasta; wiadomo całym organizmem, że nie tego się chce. Mimozowate pitu-pitu, nawet jeżeli bardzo ładnym rysunkiem będące i muzykalne urzekająco, jest niczym piękna kobieta z jednym okiem, albo koń okulały. Trzeba się mocno natężać, aby to jakoś łykać i brać jedynie to, co dobre, pomijając niechciane. Inaczej mówiąc – taka muzyka cię nie ugotuje na audiofilski gulasz z dużym mięsem, może najwyżej głaskać. Od tego więc zacząłem, zwłaszcza że przy gramofonie dużo lepiej to słychać, a już szczególnie przy kolumnach jak te – wysokociśnieniowych. I nie – nie napiszę, że Luna Cables Gris dawał identyczne ciśnienie. Aż tak dobrze nie było, ale dawał niewiele mniejsze. Że w ogóle jakieś dawał, przy swojej cenie mikrej, to już było zaskoczeniem, a że dawał niewiele mniejsze, to był ogromny sukces z niedowierzaniem w tle. Gdyż nie było to ciśnienie w rodzaju „no, faktycznie”, tako takie „na pełny fun” – można się było rozsmakowywać. Basa walił w klatę i po brzuchu, moc się w powietrzu zagęszczała. Fakt, całościowe ciśnienie było niższe i dozowane bardziej punktowo, ale było to ciśnienie wysokie, a nie na koniec noża. Solidny kawał ciśnienia, prawdziwe audiofilskie „mięcho”.

Do złota pasują diamenty, był zatem i diament.

Z miejsca mnie to świetnie usposobiło, ale skłamałbym twierdząc, że to najbardziej przykuło uwagę. Bo równie bardzo to, jak wyraziste było obrazowanie. Czytelnik moich recenzji wie, że to sygnał mocnych sopranów, lecz w tym wypadku świetnie osadzonych w całości, niczym więcej niż tym obrazowaniem będących. Wyraźne głosy, mocne chrypki i grasejacje, dobrze zaznaczające się kontury, całościowe emocjonalne wzmożenie. Te chrypki zjawiskowe u trąbek – kolejny składnik zadowolenia. Bo trąbki jak nie trąbki, to też jest kulawizna, bardzo tego nie lubię. A tu wibracja w rozkwicie – dmuchana i drapiąca. Ogólnie muzyka z przyprawami, taka w sobie zadziorna, czyli taka „z pazurem”. Emocje silnie zaznaczone, głosy nieobojętne, a całościowy wymiar spektaklu pełny, o włos nawet nie pomniejszony. Przy jednoczesnej pełnej transparencji medium, w tym bardzo dalekim widzeniu w głąb i świetnej separacji. Bardzo udane balansowanie sopranów na granicy pomiędzy wycofaniem a przesadą, jakbyś patrzył na akrobatę wygrywającego po linie z grawitacją. I wraz z tym mocnym ciśnieniem rzecz jasna wypełnienie i solidny fundament basowy, czyli ogólnie pasmo mocno rozciągnięte, ale bez luk, bez rozrywania. Wysoce zadowalająca spójność, choć nie aż na złoty medal, ale na srebrny tak. No, może raczej na brązowy, bo jednak nie była takim pozytywem, jak wyraźność i transparencja, ani też ciśnieniowy charakter. Niemniej w niczym nie przeszkadzała, po prostu sobie była. Za to szczegółowość w rozkwicie i, jasna rzecz, że przy takim sopranowym rysunku także swoistość głosów, a w orkiestrze każdy instrument zjawiał się z własnym życiem, nie jako ujednolicające zlanie.

Złego też słowa o stereofonii i dokładnie obrazowane położenia na scenie, a dźwięk całkowicie od kolumn oderwany i wyraźnie za nimi, bo tak te Zingali grają. Temperaturowo bez ocieplenia, w wymiarze naturalnym; więc barwy też ani ciepłe, ani zimne, natomiast o należytej pigmentacji i w całościowej aurze lekkiego przyciemnienia. Rozjaśnianego jednakże sopranami, mocno się eksponującymi, i wraz z pulsującym dobitnie basem (co czuć było na całym ciele) dającymi poczucie skończonego high-endu. Ale najbardziej w tym zdumiewające, że kabel za tysiąc siedemset nie tylko nie zepsuł toru za czterysta, ale go nawet uświetnił. Wyeksponował walor wyraźności, podkreślił suwerenność i swoistość dźwięków, dał pełnię życia wokalistom i pełnię życia najtrudniejszym do reprodukcji instrumentom dętym. Dość jednocześnie miał dźwięczności, melodyjności i mocy, by oddać należycie fortepian, a spuszczone ze smyczy soprany wystarczająco szlachetne, by skrzypce Mischy Elmana zabrzmiały jednocześnie rzewnie, wzruszająco i słodko.

A zwory niebieściuchne, od Jaśnie Wielmożnego Siltecha.

Muzyczny czar się roztaczał ponad wszystką tą analizą, odciągając słuchacza od badawczego nastawienia – zmuszając do muzyki samej. Jednocześnie „psuła” to odciąganie ekonomia, bo trudno było zapomnieć, przy jakich to pieniądzach. To samo działo się wcześniej, podczas słuchania interkonektu Luny, to samo kiedyś ze słuchawkami Beyerdynamic DT990 Pro, to samo przy tanich gramofonach Nottinghama. Poczucie dziwności i zaskoczenia – bo ileż razy drogie zło, zwłaszcza w dawniejszych czasach, a tutaj taniość znakomita, że aż trudno uwierzyć. Stosunek cena/jakość miota audiofilami po wielkiej scenie, wyraźnie się z nimi bawi. Trochę złowroga to ciuciubabka, zwłaszcza w narożniku drogiej kiepskości, ale po to są właśnie recenzje, byś do niego nie trafił…

 

 

 

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

5 komentarzy w “Recenzja: Luna Cables Gris głośnikowy

  1. Marcin pisze:

    Witam,

    Bardzo zaciekawiły mnie te kable, więc zapytać chciałbym, czy i jak porównałby Pan te Luny do (chyba dość dobrych) Tellurium Q BLACK II?

    Przy okazji, być może głupie pytanie: czy recenzowane kable sprawdziłyby się razem z K1000, zakładając że w tych ostatnich zrobiłbym wejścia bananowe na końcówkach półmetrowego kabla (czyli przewód półmetrowy wlutowany w K1000 z jednej, a z drugiej strony z terminali mi bananowymi, przewód najwyższej klasy, np Tonalium)?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Odnośnie pytania o Black II, to go nie słyszałem, słuchałem tylko Black Diamond, a to dalece co innego. Zwykły Silver natomiast na pewno od Gris jest słabszy wyraźnie.

      Odnośnie drugiej sprawy, to Tonalium niejako wyspecjalizowało się w okablowaniu słuchawek K1000 na wzór Entreq Atlantis i pewnie mogłoby stosowny kabel z głośnikowymi przyłączami wykonać. Co do samego Luna Gris, to zalecam ostrożność z uwagi na sporą ofensywność sopranów, którą i K1000 wykazują. Tonalium będzie prawdopodobnie pewniejszy. Albo któryś wyższy z oferty Luny (zgaduję).

      1. Marcin pisze:

        A czy sam pomysł zrobienia takiego eksperymentu z K1000 (mam na myśli wspomniany krótki odcinek Tonalium zakończony terminalach bananowymi do podłączenia do K1000 kabli glosnikowych) można uznać za warty uwagi?

        1. Paweł pisze:

          Ja bym czasu nie tracił bo właściwe zaterminowanie wteków i ich jakość to połowa sukcesu i większość wydatku. Lepiej w FAW sobie zamówić gotowy kabel.

        2. Piotr Ryka pisze:

          Myślę, że jak najbardziej. Pozwalałoby to wędrować jakościowo w górę wraz ze stosowanymi kablami głośnikowymi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy