Recenzja: Lampy 12AX7/ECC83 – porównanie

Lamp są trzy kategorie – duże, średnie i małe. To niefachowy podział, prócz którego jest wiele bardziej technicznych, przenikliwiej drążących sprawę. Wszakże ten dobrze odmalowuje zewnętrzną stronę zjawiska – lampy są duże, średnie i małe. Są także bardzo duże i bardzo małe, ale te spotykamy rzadziej.

Małe triody średniej mocy o podwójnym żarzeniu 12AX7/ECC83 są zgodnie z nazwą małe i spośród małych najczęstsze. Mogą pracować jako lampy sterujące, zajmując się wstępnym wzmocnieniem, którego ostateczny rozmiar kształtują lampy większe, ale mogą też być tymi ostatecznymi odnośnie dawki mocy. Poza tym są bardzo uniwersalne, to znaczy łatwo wchodzą w schematy. Czy jajko było przed kurą, czy też kura przed jajkiem – tego nie wiem (to ani to zapewne odnośnie sprawy źródłowej) – więc nie wiem także, czy najpierw były te 12AX7 uniwersalne i dlatego stały się popularne, czy może wielu producentów i produkcja masowa tę popularność wypromowały. Faktem pozostaje natomiast, że jeśli ktoś z małymi triodami miał w ogóle do czynienia, to z dużym prawdopodobieństwem były to ECC83. Z czego także wynika, że jeśli ma lampowy wzmacniacz, przedwzmacniacz, wzmacniacz słuchawkowy, to całkiem możliwe, że ECC83 w nim są. Ale jeżeli nie, to żadna strata – inne lampy tak samo dobre. Nawet może być z tego zysk, bo popularność ma tutaj i ciemną stronę – najlepsze takie lampy w historii kosztują teraz horrendalne kwoty. Albowiem nowych takich brak. To swoisty paradoks, chociaż w audiofilizmie niejedyny. Winyle z dawnych tłoczeń (zwłaszcza amerykańskie) bywają lepsze od nowych 180-gramowych wydań luksusowych, pierwsze super słuchawki dynamiczne z 1988 roku wciąż nie znalazły pogromcy, najlepsze dawne schematy lampowe kopiuje się a nie poprawia. Przykład z małymi triodami jest jednak dość drastyczny, ponieważ zapotrzebowanie na nie jest duże i stale rośnie, a nowych naprawdę zjawiskowo brzmiących jak na początku nawrotu do lamp w latach 90-tych nie było, tak wciąż nie ma. Nawrót trwa zatem już trzy dekady – a nawet zaradni Chińczycy, mimo podejmowanych prób, triod ECC83 takich jak dawne najlepsze nie zdołali przywrócić. Zapewne głównie dlatego, że rozpowszechnione gorsze się bardzo dobrze sprzedają – przeciętny nabywca lamp o super przykłady sprzed lat się nawet nie ocierał. Ale może także dlatego, że surowce oraz warunki pracy przy wytwarzaniu tamtych dawnych nie byłyby dzisiaj dobrze widziane. Nie wiem, nie jestem dość blisko sprawy, więc jedynie sygnalizuję, że dawne super ECC83 były zdecydowanie lepsze.

Takich najlepszych w historii było co najmniej kilka, lecz nie ma między nimi ścisłej hierarchii na bazie wiarygodnych porównań. Być może taka stratyfikacja w ogóle nie jest niemożliwa, bo można na przykład woleć dźwięk cieplejszy albo gładszy, a można też nie woleć. Wszakże jest pewien parametr, a ściślej parametrów zbiorek, które to parametry niezależnie od ciepła i gładkości dają jasną wykładnię. Trudniej to wyartykułować aniżeli usłyszeć (usłyszeć natychmiast da się), bo nazewnictwo na tym polu nie jest usystematyzowane i wieloznaczność z niezrozumieniem już się czają do skoku. Niemniej z zawodowego obowiązku przystępuję do sprawy niczym saper do miny i powiadam, że takimi parametrami są wieloskładnikowość i wielowarstwowość brzmieniowa, coś takiego jak „tysiąc czułków”, rozfalowanie melodyki, plastyczność i holograficzność dźwięku, meszkowy charakter i głębokie tłoczenie faktur oraz magiczne światło wraz całkowitą przejrzystością medium. Też eufoniczność, jako ogólny brzmieniowy wyraz (zamiennie z muzykalnością) – i jeszcze jedno ważne, na szczęście oczywiste – to wszystkim nam doskonale znane pełne lub nie rozwarcie pasma. Jeżeli lampa ma to wszystko, to może być cieplejsza lub zimniejsza, jaśniejsza lub ciemniejsza i gładsza albo bardziej chropawa, niezależnie od tego będąc przykładem topu. Tego topu, którego teraz się nie powtarza – więc niech to jasna cholera. (W cholerze biegunka ma jasny kolor, niestety często będąc śmiertelną, bo wydalasz własne jelita. Toteż w porównaniu z tym nasza dzisiejsza gromka „Kurwa!” nie jest specjalnie groźna.)

Tak cóż, zostaje mieć świadomość, że jedną z bolączek współczesnego audiofilizmu są kiepskie małe triody, a teraz przysłuchamy się sporemu gronu lamp z dawniejszych czasów, ale nie samym najlepszym. Trzy będą z bardziej przeciętnych, pozostałe najwyższych lotów. Wszystkie spośród opisywanych poza moimi własnymi dostarczyła firma TUBES-store.eu, której za to podziękowania.

I jeszcze, na sam koniec początku, przypomnienie. To drugi na tych łamach artykuł o ECC83; pierwszy zawiera obszerniejszy wstęp i pozwolił ustalić tę bolesną różnicę między nowymi a dawnymi. Iunctim między testami i wspólny punkt odniesienia stanowiły będą używane przeze mnie na co dzień Mullard branded Amperex Buggle boy ECC83 „long-plate”, występujące tu i tu. Reszta to debiutanci.

Brzmienia

  Zacznę od tego punktu wspólnego, od przypomnienia Mullard „long-plate”. Lampy, podobnie jak poprzednio, pracowały w ASL Twin-Head jako sterujące dla prostowniczych GZ34 też Mullarda, a jako kontroler brzmienia wystąpiły tym razem słuchawki Meze Empyrean i Audio-Technica ATH-L5000; jedne i drugie wyjątkowo dobrze brzmienia odczytujące, bo bez własnego pogłębiania ani innych upiększeń. Sygnał z Ayona CD-T II szedł na wzmacniacz słuchawkowy poprzez przetwornik dCS Bartok; i tylko jeszcze zaznaczę, że mimo otoczenia aż czterema parami lamp innych typów, różnice między testowanymi były więcej niż ewidentne.

Mullard branded Amperex Buggle boy ECC83 „long-plate”

Lampowa legenda za ponad dwa i pół tysiąca, przez wielu uważana za „the best”, pokazała naturalne, głębokie brzmienie, ale bez przesadzania z tą głębokością. Z malarskim światłocieniem i też ze sztalug przejętym chwytem mocnego doświetlania jasnych partii obrazu. Jednocześnie gładkie i płynne, wszakże i też z drugim kontrastem, bo generalna gładkość okraszana przez ekspresyjne, wyjątkowo strzeliste soprany (tylko jedne z kolejnych te soprany powtórzą), mocny atak, głębokie tłoczenia tekstur i dynamikę. Całkowita nad tym wszystkim wyraźność i równoczesna muzykalność poparta zjawiskowym, niemalże (albo nawet i malże) niezrównanym bogactwom harmonicznym. Muzykalność tak mocna, że magia całkiem jawna – brzmienie natchnione, nastrój, czar. Nie tylko te głębokie tekstury, ale wszystkie powierzchnie aktywne – z meszkiem i jakby dotykające tysiącami czułków. Oddychanie, poświsty przepływającego powietrza i wysokie ciśnienia dźwięku; zupełne przeciwieństwo martwoty i upraszczania. Mocny i ekspansywny, ale złączony z muzyką pogłos, powodujący wzbogacenie nie tylko poprzez widzenie wnętrz, ale też pewną wokół brzmień aurę. W przypadku testu zwykłej mowy słyszalne te odbicia, dające lekki efekt podkręcenia (aktywne środowisko) wraz z minimalną sopranową addycją. W przypadku wszelkich wokali efekt taki pracujący wyłącznie na rzecz tła, sam zaś głos prowadzący wyjątkowo namacalny i autentyczny; można nawet powiedzieć, że wręcz przerażająco prawdziwy. – Oto obok nas ktoś, kogo nie ma – nie można go dotknąć, zobaczyć. A mimo to ta czysto audialna wizja, jak już kiedyś zwracałem uwagę, nieskończenie bardziej realna od wszelkich kin, telewizji, zdjęć. Tutaj w najwyższym rozkwicie, aż dreszcze. Tym bardziej, że pasmo wyważone, żadnych przechyłów na osi bas-sopran, mogących tę realność podważać. Więc jeśli coś temu ewentualnie zarzucać, to najwyżej nadmiar bogactwa – najdalej posunięty przepych brzmieniowy, który potrafi niektórych męczyć.

Sylvania Baldwin 12AX7

To nie są drogie lampy, jakieś cztery i pół setki za parę. Ale nobliwie stare, z końca lat 50-tych, o długich, szarych anodach. Stary szarak, można powiedzieć, bo nic nadzwyczajnego. Brzmieniowo? Zacznę od tego, że cen ani żadnych odnośnych opisów przed testem nie sprawdzałem. Brałem lampy z pudełka jak leci, nazwy mi nic nie mówiły (na Bałdwinach nie ma nawet oznaczenia Sylvania), wsadzałem i słuchałem, tyle że po Mullardach, żeby mieć odniesienie. To odniesienie w przypadku Sylvania Baldwin niewątpliwa redukcja, ale całkiem przyjemna. Lampy nie podostrzają dźwięku, nie starają się być lepsze niż są. Spokojny przekaz – wyraźny i ciekawy. Nieco mniej harmonicznych i wraz z tym bardziej jednoznacznie, tak bez żadnego strzępienia krawędzi i pogłosowej ani brzmieniowej aury. Ten jednoznacznie wybrzmiewający głos mocny, materią i treścią nasycony, konkretny. Bez piłowania złymi sopranami, które ładnie sprzedaje, i bez podbarwiania basem, który na swoim miejscu i za tą konkretnością stoi. Pomimo redukcji pogłosu i mniejszej ilości harmonicznych dobre czucie obecności pomieszczeń w nagraniach te pomieszczenia uwzględniających, a największy powód do zadowolenia to doskonałe wypełnienie oraz wspomniana jednoznaczność. Mniej natomiast  dźwięczności, perlistości, muzycznego szumu i blasku na czarnych tłach – ogólnie bardziej matowo, trochę głucho i spokojniej. Słabsze czucie przestrzeni, nie ma tysiąca czułków, mniej wyrzeźbione dłonie, nie tak frenetyczne oklaski. (A prawdziwe oklaski naprawdę są ostre.) Wszystko bardziej stonowane i nie tak pełne brzmieniowego przepychu, ale wokal mimo pewnego zmatowienia także realny, dający czucie obecności. Jednak namacalność nie taka, nie budząca już dreszczy. Ogólnie dobre lampy, ale dające pewien dystans do przedmiotu. Ładny rysunek dźwięku i dobra melodyjność, spora gładkość, bez żadnych kaleczących zadr. Ładny też i nie eksponujący się pogłos, spokojne, stonowane światło, powierzchnie raczej matowe. Atutem duża moc i duża dynamika – żadnego odchudzania. Rzeczowość i wyraźność, żadnej przesady w czymkolwiek, żadnych sztucznych efektów.

Ei ECC83 smooth-plate

Ei oczywiście rozpoznałem – to jugosłowiańskie lampy produkowane na maszynach Telefunkena przy dodatkowym osprzęcie Philipsa. Od początku uchodzące za bardzo dobre, czasami wręcz rozchwytywane. Wytwórnia już nie istnieje, zwinęła się w 2016-tym. Opisywane ECC83 to przeniesiona do Serbii produkcja szeroko znanych i popularnych ECC83 Telefunken smooth-plate.

Ciekaw ich byłem, bo nie miałem wcześniej zbyt wiele do czynienia, parę razy mi się przewinęły na różnych odsłuchach wyjazdowych. Brzmienie pokazały od poprzednich wyraźnie dźwięczniejsze, bogatsze i bardziej harmonicznie. Nie aż tak rozwibrowane, oszałamiająco bogate i z tysiącami muśnięć, jak u długoanodowych Mullardów, ale całkiem podobne, czerpiące z tej samej maniery. Mocny pogłos dawał efekty wiadome – pomieszczenia i własną aurę; a tworzące je mocne soprany względem Mullardów były bardziej szorstkie. Nie aż przeszkadzająco, ale też nie tak piękne, niemniej z mocną ekspresją. W związku z czym pewien niedostatek wrażenia „Ach!” i magia nie aż taka, niemniej magia, nie żaden czerstwy realizm. Ogólnie lepiej niż z Sylvaniami, mimo iż temperatura i sposób oświetlenia takie same. Ale blask, połysk, rozwibrowanie wyraźnie większe. Taka sama wyraźność i czucie w dźwięku mocy wraz z prawidłowym wypełnieniem, ale góra pasma wyraźnie bardziej aktywna, dodająca swoich walorów. Odrobina zmatowienia względem Mullardów, ale od poprzednika więcej blasku, i to wyraźnie. Mniej też od wzorca dźwięczności, ale ogólny naturalizm i taki bardziej sopranami zrywny, nie tylko przysadzisty basem. Nie aż na miarę referencji bogaty, ale wysokiej próby. Słabsze też niż u Mullardów czucie przestrzeni i trochę zredukowana szczegółowość, niemniej prawdziwość dość konkretna, dająca się dość dobrze odczuć. Nie dziwi mnie więc, że się potrafiły podobać, że ludzie je cenili. Można je określić jako„małe Mullardy” (eweentualnie bisujące Telefunkeny); takie, spokojniejsze, odfiltrowane, oddalone od prawdy brzmieniowej, ale pozostające w kontakcie. Wycena? Para 600 złotych.

General Electric Kinsman  12AX7

Podobnie jak od Sylvanii niedrogi komplet, około 850 PLN za parę. Także leciwy, też przełom lat 50-tych i 60-tych, i też firmy GE się nie dopatrzyłem, pobieżnie rzucając okiem przy wkładaniu. Ale cena ceną, a brzmienie brzmieniem, bo zjawił się dźwięk z nowo testowanych najlepszy. Wielowarstwowy, z niemałym blaskiem, dobrym czuciem przestrzeni, o wiele mniejszym niż u Sylvanii zmatowieniem i najlepszym generalnie rozwarciem pasma. Realistycznie żywe oklaski, bardzo dobry, bogaty pogłos. Wreszcie słuchanie na cały etat, nie aż miary Mullardów, ale brzmienie rasowe. Nie tej co u nich miary misterność, lecz misterności sporo, naturalizm niemalże naturalny, namacalność prawie że namacalna. Bariera między słuchaczem a realnością skutecznie odblokowana, zredukowana do minimalnych rozmiarów. Czucie prawdziwej obecności w przypadku wokalistów mocniejsze niż u poprzedników, na bazie wzrostu dźwięczności, brzmieniowego bogactwa, niemalże względem wzorca braku dystansu jakościowego. Tym niemniej od tego wzorca brzmienie spokojniejsze i takie tylko „prawie”. Prawie już dźwięczne dzwoneczki i prawie te czułki dotykowe, ale jednak nie całkiem. Nie jak z Mullardami holograficznie, nie tak dobrze pracujące pogłosy, pewien mimo wszystko ubytek dźwięczności. Lecz mimo to najlepiej z dotychczas próbowanych i jeśli Ei to małe Mullardy, to GE Kinsman nieco większe.

Brzmienia cd.

RCA 12AX7 Black plate

Jak już mówiłem, odsłuchy (bardziej z rozpędu niż umyślnie) prowadziłem bez znajomości cen i dlatego troszeczkę jestem z siebie dumny. Coś trochę było w tym ze ślepego testu, który udało się przebrnąć. Nic bowiem nie wiedziałem o tym, że te RCA są refereencyjne i wycenione inaczej, że wołają za nie w przypadku lamp dobrze dobranych w parę oraz z pełną emisją ponad tysiąc osiemset. Niewiele też mogła podpowiedzieć długa anoda, bo u poprzednich też długie; ewentualnie jakość mogło podszeptywać tych anod czarne, metaliczne pokrycie, ale ileż to lamp takiego nie ma, a grają fenomenalnie. (Za chwilę na takie się natkniemy.)

Dość, do rzeczy. Największa dźwięczność, czułki dotyku, magia, mienienie się w koloraturach – soprany samo piękno. Więcej niż u poprzednich brzmieniowych warstw, czaru, ciepła i falowania. Dystans do referencyjnych Mullardow ledwie zauważalny – odrobina mniej magii i oddechu. Ta sama natomiast dawka wszelakiej holografii, tak samo dźwięczne dzwoneczki. Głębia nie tylko samego brzmienia, ale przede wszystkim warstwowa, jakby muzycznych planów i kształtów przybyło. Dopiero wraz z nimi ten sam co u referencji meszek na dźwiękach i dopiero wraz z nimi powrót aktywnych – pompujących brzmienia pogłosów. Te lampy naprawdę warto kupić, tamte przy nich to jak protezy. Gardła, oddechy, chrypki, tekstury – to wszystko wreszcie super. I super też oklaski. Znów na koncercie całym sobą, znów „tam”, pośród autentycznej muzyki i zjawiskowo pięknych głosów. Identyczna jak u Mullardów stylizacja dźwięku, a ślepego testu normalnej mowy nie próbowałem, bo w pojedynkę się nie da, ale trudny byłby do przejścia na innych słuchawkach niż L5000. Ogólnie zatem super i pełna rekomendacja. Może nawet je sobie sprawię.

Telefunken ECC83 ribbed-plate  

Oryginał to oryginał – nie tylko droższy, ale też lepszy. Para tych Telefunkenów w należytym doborze i stanie to koszt 1900 złotych. Ale też wersje ribbed-plate są od smooth-plate z kopii Ei nieco droższe. Brzmienie się pokazało nad którym nie ma co się specjalnie rozwodzić, bo poza jednym faktem – że było nieco jaśniejsze i o włos bardziej pastelowe – to niemal takie samo, jak to przed chwilą z black-plate RCA. Śladowo większa procentowa dawka sopranów za tą jasnością stała, powodująca także więcej młodzieńczości w głosach, nieco delikatniejszą delikatność i nie tak gęste pogłosy. Ale to wszystko na granicy wychwytywania, odbiór generalny ten sam. Magia, meszek na dźwiękach, dojmujący realizm i ujmujący sposób bycia. Brzmienie nie kubek w kubek tak wspaniałe, jak u referencji Mullarda, ale słuchane z równą przyjemnością. Spokojnie mogę je polecić; zwłaszcza że jeszcze coś dodatkowo, co mają właśnie Telefunkeny. Nie wszystkie, ale niektóre mają i mnie to bardzo odpowiada. Do dziś dnia żałuję niekupionych Telefunken ECC88 D-getter, które wcale nie były CCa, czyli najlepsze z najlepszych, ale tych CCa słuchałem i mniej mi się podobały. To coś znów trudnego do nazwania, ale chyba najlepiej opisowo będzie powiedzieć, że umie łączyć jasne i pastelowe światło z fenomenalną jakością wszystkich cech poszczególnych. To daje piorunujący efekt pastelowej skromności i pozostałego bogactwa, i takie coś chyba tylko od lamp  Telefunkena. Wspomniane ECC88 nie dały wprawdzie się kupić, gdyż trzy godziny po włączeniu zaczynały się zakłócające szumy i nic nie można było z tym zrobić, ale zostały w pamięci i strasznie ich żałowałem. Te tutaj ECC83 nie miały wprawdzie tej telefunkenowej nuty w takiej dawce, ale coś niewątpliwie z niej miały i to mnie ujmowało.

Raytheon 12AX7 shiny-black-plates

Te pochodzące z przełomu lat 50-tych i 60-tych najlepsze w dziejach firmy Raytheon 12AX7/ECC83 są rekomendowane na stronie internetowej dostarczyciela jako ”bezsprzecznie najlepsza lampa ECC83 na świecie”. Podobno powstały na zamówienie US Navy, jako szczególnie czułe i ciche (pozbawione szumów własnych), aby pracować w sonarach. Wyprodukowana została zaledwie jedna partia, późniejsze ECC83 Raytheon to już nie to. A miejmy także świadomość, czym jest tu firma produkująca. Przychody w 2018-tym ponad 27 miliardów dolarów; jeden z największych koncernów zbrojeniowych świata.  Więc technologia z absolutnego topu, aż po tę niedostępną zwykłym śmiertelnikom. Wartość według aktualnej wyceny tych shiny-black-plate to równe 2000 PLN za parę, a co w zamian? W zamian wewnątrz długa anoda i brzmienie ciemne, gęste, bardziej obfitujące dolnymi niż górnymi rejestrami. Płynne, muzykalne, bardzo miłe i łatwe w odbiorze, a stylistycznie bliskie Mullardom i zwłaszcza RCA – tak jak one amerykańskim i określanym mianem black-plate. Słuchałem tych Raytheon w drugiej turze, mającej miejsce następnego dnia, która skupiała się na porównywaniu korony lampowej 12AX7 made in USA – trzecimi były podobnie sławne i cenne Tung-Sol. O nich za moment i one brzmieniowo inne, natomiast  Mullard, RCA i Raytheon stanowiły brzmieniowo jedną grupę, której rozróżnienie na kolumnach Zingali i nawet słuchawkach Meze nie było całkiem łatwe, choć bez problemu do przejścia. Mullardy brzmieniowo były najbogatsze i najbardziej niezwykłe, a RCA i Raytheony bardziej zbierające brzmienia w jedną całość, bardziej brzmieniowo jednoznaczne. Nie tak też różnorodne pogłosowo, natomiast pełne, gęste, melodyjne.

Operujące zarówno trójwymiarowo szlachetną brzmieniową bryłą, jak i głęboką sceną z holografią. Jedyna większa różnica tyczyła niższych rejestrów, których RCA dawały procentowo więcej i w gładszym otoczeniu. Obfitsza góra Raytheonów w przypadku Zingali i Meze wtapiała się w muzykalność, ale w przypadku wyjątkowo strzelistej u Audio-Techniki potrafiła przejawiać pewną szorstkość, niekoniecznie taką z przyjemnych. To jednak mało znaczy, bo te słuchawki efemerydą – nie będę się teraz z ich opisem wyrywał, ale są naprawdę niezwykłe. Dlatego ich użyłem i nie bez ważkich efektów. Górne rejestry selekcjonują wściekle i do nich te z RCA, a tym bardziej Mullardy pasowały lepiej. Niemniej kiedy w torze deficyt góry, Raytheon mogą być od RCA przydatniejsze. Nie od Mullardów, które ogólnie są lepsze, ale to wszystko rozróżnienia na hierarchicznych szczytach. Zresztą, jeżeli komuś bardziej odpowiada brzmienie zaciskające się w węzły harmoniczne od harmonicznie postrzępionego i bardziej wielowarstwowego, to RCA i Raytheon przed Mullardem.

Z mocniejszą niż u RCA górą w obrębie bardzo spójnego pasma na bazie gęstych, bardziej ciemnych niż jasnych i pięknie melodyjnych dźwięków, dają referencyjne Raytheon brzmienie rasowe, spełniające tej rasowości wszystkie kryteria. Mające lekki sopranowy akcencik pośród ogólnie głębokiego i bardzo nisko schodzącego brzmienia w oprawie mocnego pogłosu. Generalnie są to jednak lampy brzmieniowego środka, to znaczy z niczym się nie wyrywające. „Świetna lampa” – to pierwsza myśl podczas słuchania, która się w inną podczas sesji nie zmienia i towarzyszy nam do końca. RCA są wprawdzie jeszcze bardziej „środkowe”, bo sopranowo łatwiejsze i jeszcze melodyjniejsze, ale różnica bardzo mała, najmniejsza w całym teście.

Tung-Sol 12AX7 long-grey-plate

Trzecie z amerykańskiej korony też są za dwa tysiące para, ale wiekowo nieco młodsze, z 1963 roku. (Sama firma z 1907, a nazwa jej znaczy „Słońce wolframu”. Warto także podkreślić, że to pierwszy producent lamp specjalnie przeznaczonych dla sektora Hi-Fi, poczynając już od 1954 roku.) Cała budowa testowanych 12AX7 zawiera się w ich nazwie, natomiast brzmienie od dwóch z konkurencyjnego topu mają sporo inne, na pewno nie do pomylenie. Albowiem dają jeszcze więcej góry, zdecydowanie więcej. W porównaniu z nimi nawet Raytheon są powściągliwe, a RCA z akcentem dolnym a nie górnym. Co bynajmniej nie znaczy, że Tung-Sol nie potrafią basem. Nie tylko że potrafią, ale dzięki sopranowemu wzmożeniu ich bas basuje na bardziej objętościowych i lepiej opisanych co do kształtu pudłach i membranach, ponieważ nawet kształt bębnów i pudło wiolonczeli są rysowane sopranami. Te soprany w szarych (a widzicie!) Tung-Sol są dodatkową wartością, ale do ujarzmienia trudną. Przykładem niech będzie fakt, że rocznicowej Audio-Techniki z nimi w Twin-Head nie dało się z przyjemnością słuchać, dopóki wszystkie lampy porządnie się nie rozgrzały. A nawet po tym czasie stare nagrania były boleśnie obnażane – nic ich nie upiększało, żadne cięcie na górze i dodatkowe wypełnianie. Lecz z drugiej strony wszystkie komory akustyczne, sale, dzwonki, blachy, dęciaki – to wszystko miało najciekawsze, najbardziej autentyczne brzmienie. Ton wysoki należy przecież do jądra samej muzyki, a że się go zwykle tnie lub psuje, to na pohybel psującym. Nie robią tego jednak ani słuchawki rocznicowe Audio-Techniki, ani dawne 12AX7 Tung-Sol. Efektem brzmienie najtrudniejsze ze wszystkich tu przedstawianych, ale też wyjątkowe. Kiedy zacząłem słuchać, najpierw popadłem w zachwyt, potem przy starych nagraniach się krzywiłem, a potem znów zachwycałem. Rozdzielczość, rozwarcie pasma, obrazowanie akustyki wnętrz i wpisywanie w nie głosów – to wszystko dają te Tung-Sol wyjątkowe, niecodzienne, specjalne. Dlatego gdyby miał z amerykańskiej trójki wskazać zwycięzcę, zagłosowałbym na nie. Ale jedynie pod warunkiem stosowania w najlepszych torach.

ECC83 Simens Typ 1

I na sam koniec coś znów wyjątkowego. Najdroższe z wszystkich, mimo że stosunkowo mało stare. Z 1967 roku się wywodzące Simensy szacuje sprzedawca na 3200 PLN z uwagi na wyjątkową rzadkość. Ale też i brzmienie niezwykłe, obok Mullardów i Tung-Sol najdalsze od przeciętności. To nie są lampy środka, ale ani nie przez harmoniczne szaleństwo, ani przez sopranowe. Są przez szaleństwo przestrzenne. Spośród wszystkich tu testowanych i wszystkich jakie słyszałem nadawały brzmieniom największą objętość i umieszczały je w największych kubaturach. Magia obszaru i na nim holografii jest dla nich charakterystyczna i jedyna w swoim rodzaju. Poza tym brzmienie dosyć ciemne, jak zresztą u większości porównywanych. Stosunkowo też nisko postawione, choć z w razie potrzeby z mocno zaznaczającą się górą. Od pierwszych sekund z nim spotkania rozumiesz, że trafiłeś na obszar specjalny, że to inne, niezwykłe. Brak agresji, zachwycająca przestrzeń, głęboki oddech, zjawiskowo kontrolowana góra. W stepowaniu więcej głuchej deski niż podkutego obcasa, dzwonki przede wszystkim obszerne i głębokie, dopiero potem rozdzwonione i przenikliwe. I przede wszystkim przestrzeń, przestrzeń, przestrzeń…

Pokaż artykuł z podziałem na strony

1 komentarz w “Recenzja: Lampy 12AX7/ECC83 – porównanie

  1. Piotr Ryka pisze:

    Zdjęcia się uzupełni. Lampa Raytheon 12AX7 jest widoczna na zdjęciu z dwiema innymi (tymi najlepszymi z USA), jako środkowa z emblematem „Baldwin” pomiędzy RCA a Tung-Sol. Ten Baldwin, tak nawiasem, to marka pianin elektrycznych, skupująca masowo lampy i brandująca je swoimi emblematami, gdzie kolor emblematu oznacza markę producenta. Dla Raytheon to kolor żółty, dla Sylvanii zielony, a dla RCA czerwony.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy